Zmierzyć się z bestią? Ale masz jakieś wsparcie?

Nie lubię bieżni mechanicznej. Parę razy próbowałem się nią polubić, kiedy zeszłą zimą powietrze w Warszawie dawało się gryźć 😉 Niestety, nie wyszło. Źle mi się na bieżni biega, skracam krok, po jakimś czasie biegu zaczynam się zataczać. Nienaturalne to dla mnie i tyle. Co dziwne, to trenażer lubię. Często wolę treningi jakościowe cisnąć na trenażerze, bo można dokładniej się cyferek trzymać (ach to OCD… ;)). Tak się jednak złożyło, że zamiast jechać gdzieś daleko na nieośnieżony odcinek do biegania, zdecydowałem się zrobić Trening (tak, przez wielkie „T”!) na bieżni.

Trening, o którym mowa, przerażał mnie bardzo już od kilku dni. Wynikało to z tego, że pierwsze podejście do niego miałem w zeszłym tygodniu i poległem przeokrutnie. Może najpierw napiszę, co to w ogóle była za jednostka 🙂 Prosty trening, 2x(6×2’@LT p. 1′)p. 5′. Czyli dwa razy po sześć dwuminutowych powtórzeń w tempie progowym. Między dwuminutówkami minuta przerwy, między obiema szóstkami pięć minut przerwy. Proste, łatwe, nieprzyjemne 😉

Cóż więc się stało w zeszłym tygodniu? Wyszedłem na trening, nastawiony bojowo, bo przecież nie takie rzeczy się biegało (no dobra, takich akurat nie – nie te tempa), więc co to dla mnie? Na początku rozgrzewka, parę przebieżek na rozruszanie kopytek i zaczynamy zadanie. Pierwsza dwuminutówka (cudne słowo!) poszła spoko, ciut nawet za szybko. Druga, trzecia też. Po czwartej… normalnie stan przedzawałowy! Biało przed oczami, błędnik sfiksował i prawie się wywaliłem. Przestraszyłem się i odpuściłem. Do domu poszedłem spacerkiem, nie byłem w stanie zacząć truchtać. Następnego dnia, u laryngologa, okazało się, że to wskutek infekcji zatok i to w sumie normalnie. Niestety, dostałem szlaban na basen i bieganie. Został jedynie trenażer… Na koniec tygodnia, mogę to śmiało napisać, był niezły ból tyłka 😛

Wracając do biegania i bieżni. I Treningu! W piątek, wraz z Trenerem, zgodnie ustaliliśmy, że czuję się na tyle dobrze, że mogę w sobotę się trochę rozbiegać, a w niedzielę robimy podejście numer dwa do Treningu. Przed sobotnim bieganiem byłem jeszcze z Mysią i Heniem na spacerze i trochę mi kuper zmarzł. Stwierdziłem więc, że skoro i tak rozważam zrobienie Treningu na bieżni, to może pójdę się z wrogiem zapoznać, żebym sobie nie zafundował jakichś niespodzianek na Tym Ważnym Treningu. I to był bardzo dobry pomysł. Bardzo. Czy wiecie, że bieżnie mają bardzo czuły hamulec bezpieczeństwa? Lekkie smyrnięcie ręcznikiem i sru, bieżnia stoi… :-O Zdarzyło mi się to dwa razy w ciągu pięciu minut! A niby coś tam technicznie ogarniam… 😉 To była cenna lekcja, dzięki niej ogarnąłem gdzie ręcznik powiesić, żeby nie smyrać hamulca bezpieczeństwa. No i dzięki temu, że w rozbieganiu były przebieżki, to ogarnąłem jak szybko zmieniać prędkość. Nie, wcale nie robi się tego przyciskiem „+” koło znaczka prędkości, jak mi się wydawało. Robi się to wpisując cyferki i klikając „ptaszka”. Któż by pomyślał, nie? 😉

Trochę podbudowany stwierdziłem – ogarnę ten Trening i na bieżni! Wstanę sobie wcześniej, pojadę potrenować, wrócę i będzie super. Henio musiał mnie usłyszeć, bo w nocy dał czadu. Oj dał. Efekt taki, że owszem, wstałem wcześniej (szósta rano), ubrałem się, zszedłem na dół z myślą o śniadaniu i… rzuciło się na mnie łóżko w gabinecie 😉 Chwilę przed ósmą Mysia zeszła z Heniem na dół, więc zwlokłem się do nich. Jak Monika mnie zobaczyła, to od razu było: „idź na górę spać, bo masz Ten Ważny Trening do zrobienia”. Polazłem, i zasnąłem. Pospałem do dziesiątej i obudziłem się z samopoczuciem psa zmielonego razem z budą. Ma sa kra.

Zszedłem na dół, Monika zdecydowanie podkreśliła, że mam zjeść śniadanie, bo idę przecież na Ten Ważny Trening. A mi w głowie już chodziło pisanie do Trenera, że może jednak jutro czy coś. Ale wiara Moniki w to, że przecież to ogarnę, że mimo niewyspania i tak mam formę, była tak wielka, że sam w to uwierzyłem. Wciągnąłem michę musli z jogurtem (węgle, przed treningiem dużo węgli!) i stwierdziłem, że o dwunastej ruszam na walkę z Bestią. W Mysich oczach widziałem zarówno tą głęboką wiarę, jak i odrobinę zmartwienia, że jestem niewyspany. Stwierdziłem więc, że pogram Heniowi na gitarze i pewnie poczuję się lepiej. Zacząłem grać, razem z Moniką chwilę pośpiewaliśmy, synek się wkręcił i cieszył się jak dziki. Ale tylko na żywsze utwory. Wszystko w skalach molowych było nie do przyjęcia 😉

Wybiła dwunasta. Zabrałem spakowany wcześniej plecak, wydałem po buziaku Monice i Heniowi i ruszyłem do siłowni. Wychodząc z domu wątpliwości wróciły. I tak się biłem z myślami jadąc całe pięć minut. Gdy wszedłem na siłownię, to przypomniałem sobie spojrzenie Moniki i wiedziałem, że trudno, najwyżej tym razem padnę. Ale się nie poddam!

Teraz można by napisać, że gdy wszedłem na bieżnię rozpoczął się bój, zaczęła się walka… Ale tak nie było. Wlazłem na bieżnię, odpaliłem i biegnę rozgrzewkę. Kurde, coś za lekko się biegnie! Sprawdzam, ale nie, prędkość taka jaka ma być. Zrobiłem przebieżki, żeby się przed zadaniem głównym rozgrzać i dalej luz. No to myślę, że będzie dobrze. I było. Tak naprawdę, jak by było 3x6x2 to też bym dzisiaj ogarnął. Chyba Mysia musi częściej przejmować kontrolę i mną dyrygować, to wtedy życiówki się będą sypały jak z rękawa 😉 Wszystkim życzę takiego wsparcia, jakie mam u siebie!

A teraz czas na pożywną grochówkę, też od Mysi! Jutro na basenie będzie napęd pneumatyczny 😀

Obóz Endure Team Gniewino 2017

Dzieje się! Po maści wszelakich rozterkach i stresach ostatnich czasów Małżonka wysłała mnie na obóz Endure Team w Gniewinie. To mój pierwszy obóz triathlonowy i zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Jedyne co wiedziałem, to że wytrenuję się do syta 😉

Pierwszy dzień zaczął się treningiem do samodzielnego wykonania jeszcze przed wyjazdem. Bieganie, w sumie 50 minut, bez szaleństw. Na początek OWB 1, 10 przyspieszeń i dokończenie OWB 1. W trakcie przyspieszeń, jak zwykle ostatnimi czasy, testuję jak zachowuje się pachwina przy większych obciążeniach. I dała radę, wszystko spoko. A prędkości na przyspieszeniach coraz solidniejsze – od 3’25″/km (pod wiatr ;)) do 3’06″/km (z wiatrem ;)).

Dojazd na obóz zajął jakąś godzinkę, bez napinania. Trochę przygód z zakwaterowaniem, musieliśmy poczekać, więc Trener zadecydował, że zaczniemy od treningu i zameldujemy się później. Pogoda nie rozpieszczała, więc padło na trenażery. Godzina i dwadzieścia pięć minut. Najpierw luźne kręcenie, potem dziesięć minutówek, znowu trochę kręcenia i potem przyspieszenia na luźnej nodze. Taaa, luźna noga na trenażerze… 😉 Ale pokręcone solidnie! Po treningu się zakwaterowaliśmy i był czas na obiadokolację. Jedzenie całkiem przyjemne, trochę pogadaliśmy i usłyszeliśmy co nas czeka kolejnego dnia.

Drugi dzień zaczął się basenem (o 6:30!). Moje przerażenie w wodzie było, delikatnie to określając, wielkie. Od początku dzikość w głowie, dzikość w ruchach, problemy z oddychaniem, generalnie panika. No ale z upływem czasu trochę odpuściło. Trenerzy dawali wszystkim wskazówki, na co zwrócić uwagę. Strofowali delikatnie, ale też nie szczędzili pochwał, tam gdzie to się należało 😉 Na koniec treningu, jak pływaliśmy na rękach w łapkach, zostałem przeniesiony na szybszy tor. Tam chłopaki już naprawdę wymiatali! I gdzie tam ja do nich? Na szczęście pływaliśmy już tylko w tych łapkach, więc jakoś dawałem radę. Licznik dystansu zatrzymał się na 2500 metrów.

Po powrocie do hotelu było śniadanie. Po śniadaniu chwila na regenerację (drzemka!), przed kolejnym treningiem – tym razem łączony rowerowo-biegowy. Po krótkiej rozgrzewce rowerowej trenowaliśmy przejście z roweru na bieg. Najpierw niezbyt długi, ale raczej intensywny rower, potem bieg w tempie na 5-10 km. I tak trzy razy. U mnie wychodziło na biegu bardziej tempo na 5 km, bo dychy (jeszcze) tak nie przebiegnę. Chociaż nie ukrywam, że będę próbował, na Biegu Europejskim w Gdyni, sprawdzić jak szybko aktualnie mogę pognać 😉

Obiad po pierwszym treningu stał się całkiem zabawną historią. Naszła nas ochota na pizzę. W recepcji polecili nam konkretną pizzerię – blisko, pięć minutek autem, zaraz przy drodze, na której jeździliśmy rowerami – więc się tam wybraliśmy. Na miejscu zdziwienie, bo lokal zarezerwowany w całości na wesele. Jednak obsługa powiedziała, że o ile na miejscu nie zjemy, to możemy dostać jedzenie na wynos. Szybka konsultacja i decyzja – bierzemy. Złożyliśmy zamówienie, usiedliśmy przy stole na zewnątrz i tak siedzimy, lekko marznąć. A w międzyczasie pojawia się coraz więcej gości weselnych 😉 Jeden z kelnerów stał w blokach startowych z powitalnym chlebem i solą, a jeden z obozowiczów (Marcin) co chwilę informował kelnera, że to jeszcze nie, że młodzi jeszcze nie dojechali 😉 Gdy dostaliśmy zamówienia stwierdziliśmy, że zjemy w hotelu, żeby nie przeszkadzać weselnikom, którzy już trochę dziwnie na nas patrzyli 🙂

Ostatni trening tego dnia miał być aktywną regeneracją. Można było wybrać rower lub bieganie. Jako jedyny wybrałem bieganie 😉 Słuchawki w uszy, spokojna muzyka i plan na luźne truchtanie. I tu zonk. Biegnę sobie luźno, ale zegarek pokazuje 4’48″/km. No kurde! Świadomie zwalniam i truchtam dalej. Słucham muzyki, pełen relaks. Zegarek sygnalizuje kolejny kilometr, patrzę, a tu 4’45″/km! Zaczynam być wkurzony, bo przecież miała być aktywna regeneracja, a tu nogi niosą. Z jednej strony, to muszę przyznać, nie czuję tego tempa jako obciążenia. Z drugiej, to jednak trochę za szybko na bieg regeneracyjny. No i tak biegłem sobie, walcząc z prędkością. Po 30 minutach stwierdziłem, że czas skończyć, bo cały czas się rozpędzałem. Szybki prysznic, oczekiwanie na powrót grupy rowerowej i czas na obiadokolację!

Kolejny dzień ponownie zaczął się od basenu. Tym razem od początku na mocniejszym torze :-O Przerażenie +500, bo przecież będę zamulał chłopakom… No i zamulałem, ale jakoś przeżyłem. Chłopaki też, mam nadzieję, że za bardzo nie przeszkadzałem! Pod koniec treningu czułem już spore zmęczenie. A tu jeszcze mocna zakładka w kolejce! Ale najpierw śniadanie i odpoczynek (w tym drzemka – ten element treningu lubię najbardziej ;)). Lekki lunch i o 14 start zakładki. Zadanie rowerowe ambitne, ale nie zabijające 😉 Cztery interwały po osiem minut na pięciominutowej przerwie. Po ostatnim interwale, bez przerwy, od razu na bieg. Bieg miał być BNP, podzielony na trzy części. Udało się przebiec dwie i jak mnie coś szarpnęło pod żebrami z lewej strony, to złożyłem się w pół. Masakra. Moc była, nogi podawały, a tu takie coś… Przez chwilę łudziłem się, że to może kolka, ale objawy się nie zgadzały. Zapadła decyzja – koniec treningu. Schłodzenie było truchtaniem w tempie powyżej 6’/km. Masakra, każda próba przyspieszenie kończyła się mocnym bólem pod żebrami. Zły, bardzo zły, koniec dnia treningowego. Potem jeszcze kolacja, trochę pogaduszek w gronie obozowiczów i czas spać. Bo rano ostatni basen!

Ostatni basen… Bolało mnie pod żebrami, bałem się tego treningu. Na początek rozpływanie, starałem się je robić bardzo delikatnie. Ból w żebrach był, ale do zniesienia i się nie pogarszał. Dalej też szło całkiem nieźle, ale chyba zacząłem w jakiś sposób asekurować, bo zaczął boleć mnie lewy bark. Trener regularnie dopytywał, czy wszystko OK – potwierdzałem, bo w sumie było dobrze, przynajmniej z żebrami 😉 Z barkiem w sumie też, bo zacząłem się starać wykonywać poprawne ruchy. Technika pływania, której się teraz uczę, jest o wiele prostsza do ogarnięcia, niż to, czego uczyłem się do tej pory. I chyba idzie mi coraz lepiej, patrząc po tempach i tętnie 😉 Po treningu pływackim było ostatnie śniadanie i czas się było pakować…

Aby uniknąć blokady dróg wynikającej z zawodów Cyklo Gniewino zapadła decyzja, że uciekamy do domów wcześnie. Jeszcze mała akcja z odpaleniem samochodu jednego z kolegów – nocny/poranny mróz z lekka dopiekł akumulatorowi 😉 Potem pożegnanie i jazda do domu. Po godzince byłem w domu i mogłem w końcu wyściskać Mysię! Niby tylko kilka dni, ale zdążyłem się solidnie stęsknić!

Podsumowując cały wyjazd, sporo potrenowałem w komfortowych warunkach. Tomek i Marcin zaopiekowali się nami, solidnie dali w kość, ale zarazem zadbali o to, żeby nas nie zajechać. Do tego wszystkiego poznałem fantastycznych ludzi i dużo się od nich nauczyłem. A to tylko kilka dni! Z chęcią pojadę na kolejne tego typu obozy, jeśli tylko będę miał taką możliwość 🙂 Wielkie dzięki dla Endure Team za świetną robotę, dla koleżanek i kolegów współobozowiczów za fajną atmosferę! I mam nadzieję, że Trener wybaczy żeśmy jojczyli troszkę na basenie… 😉