Duathlon Ustka 2017

Gdy tylko pojawiła się informacja, że organizowany będzie Duathlon Energy w Ustce od razu się nim zainteresowałem. Moje pływanie w wodach otwartych jest tam, gdzie było. Głęboko w lesie. W związku z tym, z przyczyn otwartowodnych, Duathlon w Ustce został moim startem A. Jedyny start w multisporcie w tym roku. Musiało być mocno. I nie da się ukryć, że mocno było. Mocno obsadzona była ekipa Endure Team. Mocno obsadzona była ekipa kibicująca (Monika z Heniutkiem inside, Mama). No i mocno obsadzona reprezentacja Andruszów (Arek i ja) 🙂 W takich okolicznościach nie zostało mi nic innego, jak zrobić porządny wynik.

O wynikach ekipy Endure Team wypadałoby napisać osobny wpis, bo koleżanka i koledzy zdominowali tabele wyników! Gratulacje dla wszystkich! A wpis w konkretnych wynikach zapewne popełnią Trenerzy, więc nie będę się wcinał w kompetencje 😉 Nie da się ukryć, że jako Endure Team byliśmy świetnie widoczni, nie tylko za sprawą wyników, ale też nowych strojów startowych. Stroje są fajne, zarówno pod względem wzorów, ale i wygody!

Startowałem na dystansie długim, który teoretycznie miał składać się z 10 kilometrów biegu, 40 kilometrów na rowerze i na dokładkę jeszcze 5 kilometrów biegu. Teoretycznie miał. Ale o tym za chwilę. Logistyka wyprawy do Ustki była skomplikowana, bo Heniek już teoretycznie jest „na wylocie” i trzeba było się na tą okoliczność zabezpieczyć. Wyprawka do szpitala, fotelik, takie tam. Oprócz tego nasze rzeczy (Mamy, Moniki i moje). I rower. Internetowy dostawca dał ciała i w ostatniej chwili napisał, że nie zdąży wysłać łap do bagażnika dachowego. Przez to w czwartek szukałem, gdzie w Trójmieście mogę je znaleźć. Na szczęście się udało! 🙂

Do Ustki pojechaliśmy dzień przed zawodami, żeby na spokojnie wszystko ogarnąć, wyspać się przed startem, etc. Pierwszy raz zabrałem ze sobą śniadanie w pudełku, żeby nie ryzykować tego co dają w hotelu. I to był dobry pomysł! Pojadłem jak trzeba i potem nie było żadnych problemów żołądkowych, podobnie z zapasem energii – było jej dosyć 🙂

Zakładka, zrobiona tydzień wcześniej, utwierdziła mnie w przekonaniu, że obmyślony plan na start jest dobry. Plan był prosty i ambitny, pierwszy bieg w tempie poniżej 4’/km. Rower na pierwszej pętli na ~240-250 watów, na drugiej na ~260-270 watów. Drugi bieg też poniżej 4’/km, a najlepiej na życiówkę na 5 kilometrów, czyli w tempie poniżej 3’48″/km. 😉 Rzeczywistość trochę te plany zweryfikowała.

Start nastąpił o godzinie 11. Pierwsze metry i czuję, że mnie ponosi. Szybki rzut oka na zegarek, tempo 3’35″/km, tego się nie da na razie utrzymać 😉 Strategicznie zwolniłem do założonego tempa i poleciałem jak należy. Na początku była spora grupka i zastanawiałem się, ile osób jest przede mną. W pewnym momencie zauważyłem, że ktoś biegnie z naprzeciwka – strój nie pozostawiał wątpliwości, to był Tomek Spaleniak. Znowu pierwszy 😉 Za Tomkiem widziałem kolejną osobę. Chwileczkę później jeszcze jeden zawodnik. No to pudło w open chyba się nie uda 😉 Dosyć blisko mnie było jeszcze trzech zawodników. I nikogo więcej! Byłem siódmy :-O W głowie siedziała jedna myśl: biegnij swoje, to jeszcze nie czas na ciśnięcie. Szczególnie, że to był dopiero trzeci kilometr… Konsekwentnie biegłem swoje. Na podbiegach skupienie na formie i pracy rąk i jakoś szło. Pierwsza pętla, a Garmin pokazuje tempo 3’58″/km. Dobrze, brawo ja! Teraz wystarczy tego nie zepsuć 😉 I się udało. Gdzieś po drodze wyprzedziłem jednego zawodnika, na jednym z podbiegów.

Druga pętla pierwszego biegu
Druga pętla pierwszego biegu

A propos, podbiegi. Przewyższenia według wysokości były śmieszne. Ale „konstrukcja” tych podbiegów była, hm, wymagająca. Już wtedy zdałem sobie sprawę, że życiówka na drugim biegu będzie trudna 😉 Jednak nie ma co uprzedzać faktów. Na razie dokończyłem drugą pętlę, w dobrym zdrowiu, niezbyt zmęczony. Średnie tempo 3’58″/km, zgodnie z założeniami. Czas 38’26”, szósty czas pierwszego biegu! Dystans wyszedł ciut krótszy niż planowane 10 kilometrów, ale jakoś mi to nie przeszkadzało 😉 Strefa zmian o wiele lepiej niż rok wcześniej w Przywidzu, więc nie będę narzekał. Wybiegam na rower. No właśnie, wybiegam, ale w butach rowerowych. Nie ogarnąłem wskakiwania na rower, to zamulam. Do poprawy!

Wybieg z T1
Wybieg z T1

Sam rower był pasmem zaskoczeń. Nawierzchnia była trudna. Najpierw sporo bruku, potem kiepskiej jakości asfalt, potem jeszcze ciutkę bruku. I w końcu fajny asfalt! Na początku asfaltu chciałem przycisnąć, szarpnąłem się i coś mnie zaczęło boleć w plecach. Bolało już do końca zawodów. Niestety, asfaltowe szczęście nie trwało długo, bo po jakimś kilometrze, czy może dwóch, okazało się, że trasa prowadzi na ścieżkę rowerową. Brukowaną, wąską, pokręconą i z piaszczystymi śladami po kałużach. Jako, że moja technika jazdy jest taka sobie (delikatnie określając), tempo nie było zbyt imponujące. Ścieżka się skończyła, chwila trochę lepszej nawierzchni i znowu kostka. Grrr, no jak tu pędzić?! Potem lewy zakręt (90 stopni), znowu trochę średniego asfaltu i wjazd do lasu. Tutaj mokry asfalt, ale tragedii nie ma to cisnę. Nagle zakręt! Cholera, mokro, przed chwilą trochę mi się koło poślizgnęło, więc zwalniam. Wychodzę z zakrętu, zaczynam cisnąć, a tu niespodzianka – nawrotka! Moment, moment, przecież to jakieś 5 kilometrów za szybko! Masakra. Trudno, trzeba jechać dalej i tyle. Powrót prawie tą samą trasą, zjazd ze ścieżki, na ten fajny asfalt, przez „kładkę” nad trawnikiem. Znowu prędkość poleciała, wrrrr! Potem znowu bruk, kiepski asfalt i nawrotka. Druga pętla bez większych zmian, ciut odważniej pojechałem. Nawet kogoś zdublowałem. 🙂 Czas roweru 53’47”, mimo mojego niezadowolenia, okazało się, że to piąty czas zawodów :-O

Koniec roweru jest już bliski!
Koniec roweru jest już bliski!

Zsiadłem z roweru i… znowu potuptałem w butach rowerowych. Bo wiecie, schodzenia z roweru też nie potrenowałem. Może to dlatego, że jestem niestabilny (na rowerze :-P) i się boję? 😉 Tak czy owak, do poprawy. Zadowolony byłem z odżywiania w trakcie . Na pierwszym biegu nie jadłem nic (zgodnie z planem), przed startem jedynie Bossmana podarowanego mi przez Konrada. Posłużył dobrze 😉 Na rowerze spożywałem moje węgle o smaku malinowym. Ze skrobi ziemniaczanej… 😀 Smak malinowego ziemniaka mnie kiedyś odrzucał, ale się przyzwyczaiłem do niego. No i najważniejsze, nie rozsadza mi po nim wnętrzności, tak jak po vitargo. Plan był taki, żeby na rowerze wypić cały bidon, ale gdy okazało się, że trasa rowerowa jest krótsza, to stwierdziłem, że nie ma co w siebie wlewać na siłę. I to była dobra decyzja, bo po wyjściu na drugi bieg nic nie chlupotało i nie wracało 🙂

Zaczynam drugie bieganie
Zaczynam drugie bieganie

No właśnie, drugi bieg. Plan był, żeby zrobić z tego BNP wedle sił. Pierwszy kilometr miał być 4’15”-4’10”, wyszedł w 4’10”. Supcio 🙂 Na drugim kilometrze był podbieg. Krótki, ale wredny. Jakieś 14 metrów w górę na odcinku 100 metrów i zaraz analogiczny zbieg. Potem 200 metrów do nawrotki i znowu ta kombinacja podbieg/zbieg. Masakra, miałem wrażenie, że na podbiegach się zatrzymuję… No i drugi kilometr wyszedł w 4’12”. Niedobrze, ale było do przewidzenia. Trzeci kilometr, pomimo podbiegu pod schody i nawrotki wyszedł w 4’05”. No jest progres! Za to czwarty kilometr mi dołożył… 4’21”! Ostatni w tempie 4’/km to było wszystko na co mnie było stać. Wyszło nienajgorzej, bo to był znowu szósty czas zawodów na biegu.

I do mety :)
I do mety 🙂

Ostatecznie, skończyłem na szóstej pozycji w open i na drugim miejscu w kategorii wiekowej. Czas sumaryczny 1 godzina 55 minut i 19 sekund.

Podium :D
Podium 😀
Drugie miejsce w kategorii wiekowej
Drugie miejsce w kategorii wiekowej

Podsumowując, zawody uznaję za udane. Zarówno osobiście, jak i zespołowo. No i, co najistotniejsze, rodzinnie. Startował przecież też mój brat Arek. Ciutkę mu pomogłem w przygotowaniach 🙂 Kibicowały nam Monika i Mama, których wsparcie było czuć na całej trasie. I miejscami też słychać i widać 😉

Mocny finisz Arka
Mocny finisz Arka