Bieg Westerplatte 2018

Wczoraj odbyła się kolejna, pięćdziesiąta szósta, edycja jednego z najstarszych biegów ulicznych w Polsce, Biegu Westerplatte. Nie było tego startu w moim planie, który rozważałem na początku sezonu. Doszło do niego poniekąd przypadkowo. Kolega z Endure Team, Marcin Dybuk, napisał, że planuje złamać 40′ na 10 km w tym biegu. Ja zaoferowałem się jako zając. Dalej już poszło samo, okazało się, że będę zającem dla dwóch Marcinów, którzy toczyli charytatywny pojedynek na rzecz Zosi (https://siepomaga.pl/zosia).

Szyku trzeba zadać!
Szyku trzeba zadać!

Przed startem rozterki miałem dwie. Pierwsza – jak się ubrać. Pogoda się zepsuła, piątkowe bieganie było przy 26 stopniach, a tutaj miało być ich ledwie 10-12 i do tego zimny wiatr. A ja ciągle podziębiony i niedoleczony. Druga rozterka, czy dam radę to tak pobiec, bo sobotni trening był stosunkowo mocny (zakładka bieg-rower-bieg) i nie miałem pewności, czy dam się radę zregenerować. Chociaż Trener nie dał by mi tego treningu, gdyby nie uważał, że nie dam rady po nim pobiec dychy w 40′. Ostatecznie ubrałem się na krótko, dokładając jedynie cienką koszulkę termiczną z długimi rękawami (czyli krótko, ale nie do końca). I czapkę na czerep. Bo wiało, a włosów mało. 😉

Rozgrzewka standardowa, na rozgrzewce zdziwienie – nogi są w całkiem dobrej formie! Jedynie ciut za wcześnie się za tą rozgrzewkę zabrałem, bo potem jeszcze 15 minut stania w strefie startowej. W strefie dołączył do nas Konrad, który zarzekał się wcześniej, że on na 40′ to nie pobiegnie, bo maraton, czy coś tam 😉 O 10:10 wystartowaliśmy. Trochę wiało, więc mówiłem chłopakom, żeby się za mną chowali i leciałem na zegarkowe 3’57″/km. Zegarki GPS mają to do siebie, że super precyzyjne nie są, więc lepiej mieć ciut zapasu. Na piątym kilometrze wyskoczył mi międzyczas 19’40”, czyli średnia 3’56″/km. Jest dobrze! Jestem zdziwiony, bo ten bieg to taki, w sumie, lekki wysiłek. Moja głowa ciągle jeszcze uważa, że prędkości szybsze od 4’/km to duże obciążenie. A ciało już o tym nie wie 😉

Kolejne dwa kilometry, mimo lekkich podbiegów, poszły nieźle. Głowa się zgrzała, więc zdjąłem sobie czapkę. Po ósmym kilometrze Marcin Dybuk zaczął mieć kryzys. Tempo spadło, spiął się w górnych częściach ciała, skrócił krok. No posypało się! Baloniki na 40′ zaczęły się oddalać, tak jak wiara Marcina w sukces. Marcin Hinz nas wyprzedził i też zaczął się oddalać. Poględziłem mu ja, pogadał Paweł i Marcin odbił. Na początku nieśmiało, z czasem się rozpędził, by na ostatnich kilkuset metrach popędzić do mety! Nawet nie próbowałem go gonić, wyglądałem tylko drugiego Marcina, który gdzieś zniknął. Najpierw myślałem, że po prostu jest gdzieś z przodu, ale po dobiegnięciu na metę i rozejrzeniu się, zobaczyłem jak wbiega. Niestety, na końcówce poskładało go i nie udało mu się tych 40′ złamać 🙁

Na mecie dowiedziałem się też, że mojemu bratu Arkowi, udało się poprawić życiówkę o dwie minuty! I to na tydzień przed duathlonem w Gniewinie. Wypas 🙂 Z Marcinem Dybukiem i Arkiem zrobiliśmy sobie jeszcze lekkie rozbieganie i na koniec jeszcze słitfocię 😉

Słitfocia na mecie zawsze spoko! (fot. Marcin Dybuk)
Słitfocia na mecie zawsze spoko! (fot. Marcin Dybuk)

Żałuję, że niestety nie była ze mną moja ekipa wspierająca (Mysia, Henio, Mama), ale pogoda była taka, że szkoda było ryzykować choroby. Tak czy owak czułem ich wsparcie! Nie mogę też przecenić wsparcia, które Monika daje mi poza zawodami. Bez niego nie dałbym rady trenować i się regenerować! Dzięki Mysiu! :*

Biegiem Westerplatte zakończyłem cykl przygotowań do Duathlon Energy w Gniewinie, gdzie rozgrywane będą Mistrzostwa Polski na dystansie standard (10-40-5). Biorąc pod uwagę dzisiejsze samopoczucie (tylko lekkie zmęczenie), to wygląda na to, że forma jest. Jeśli w końcu uda mi się wykurować, to jest szansa na dobry wynik 🙂

Bieg Europejski 2017 w Gdyni

Bieg Europejski 2017 – relacja na gorąco 😉 Ten bieg mnie stresował. Od dwóch dni chodzę jak na szpilkach, jestem nie do życia. Z jednej strony zmartwienie, że kontuzja, która się ujawniła na obozie, może się odnowić w trakcie biegu. Z drugiej strony, miałem spore oczekiwania wobec tego biegu. Chciałem zejść poniżej 39 minut, nawet uwzględniając nową trasę. No i jeszcze Trener na dzień przed startem dołożył się do ciśnienia… 😉 Tak czy owak, napięcie zostało zbudowane. Dzisiaj z rana nawet nie miałem ochoty nic jeść – nerwy? 😉 Zjadłem owsianki na wodzie z łyżką miodu i uznałem, że wystarczy. W końcu to tylko bieg na 10 kilometrów, a nie maraton! 10 kilometrów to ja na głodnego, przed śniadaniem, zaraz po przebudzeniu i takie tam. A tu kurde stres jak przed pierwszym startem w życiu :-O

Pojechaliśmy na miejsce, chwilę połaziliśmy, złapaliśmy się z kolegami z Endure Teamu na wspólne zdjęcie – mało nas się złapało. Może nie tylko ja zestresowany byłem? Rzeczone zdjęcie:

Atmosfera gorąca, ale wiatr nie ;)
Atmosfera gorąca, ale wiatr nie 😉

Po zdjęciu rozgrzewka. Na rozgrzewce olśnienie – jest moc! Czyli może być dobrze! Te 39 minut są spokojnie w zasięgu! Rozgrzałem się solidnie, rozważyłem wizytę w toalecie, ale stwierdziłem, że nie ma potrzeby. Potruchtałem na start. Tam czekała na mnie Szanowna Małżonka, po chwili dołączyła też moja Mama 🙂 Mój najwierniejszy klub kibica 🙂 W tych warunkach to już w ogóle musiało się udać! Samopoczucie nagle wystrzeliło jeszcze wyżej. Do startu została minuta, czas skupić się na zadaniu.

Krótkie odliczanie i nastąpił start. Wyciągnąłem nauczkę ze startu w Przywidzu – nie miałem zamiaru dać się przestraszyć prędkości i odpuszczać na początku. Pierwszy kilometr jeszcze niepewnie, ale nie odpuszczam! Wyszło 3’49”, czyli tak jak Trener chciał, poniżej 3’50/km 😉 Drugi i trzeci podobnie, 3’48″/km – jest dobrze! I, co ważniejsze, jest luz w nogach, czyli można napierać. Czwarty kilometr w 3’50”, no rewelacja! Mentalnie nastawiłem się, że jeszcze kilometr spokoju (bo płasko) i jedziem pod górkę! Początek piątek kilometra to delikatne podciągnięcie tempa i… przepraszam za słownictwo, ale wszystko się zesrało. Spięło mi całą lewą stronę korpusu. Odcięło mi oddech… Piąty kilometr w 3’59”. Szósty, leciutko pod górę, w 4 minuty. Czuję, że biegnę prawie na bezdechu, nie mogę się rozluźnić. A tu akurat Świętojańska do góry… Tempo spada, a miałem je trzymać. Wyszło w 4’08”. Jest coraz gorzej, spięcie coraz większe. Kolejny, ósmy już kilometr, w 4’10”. Cały czas jestem wyprzedzany, coraz bardziej jestem zły. Nie tak miało być. Teraz miałem znowu przyspieszać, żeby wrócić w okolice 3’50″/km, a tutaj problem. Jest siła, żeby biec, ale oddychać nie jestem w stanie. Na dziewiątym kilometrze zszedłem do 3’59”, ale to był już maks tego, co mogłem zrobić. Ostatni kilometr w 4’02” i meta…

Dobiegłem i z tego jestem zadowolony. Dobiegłem poniżej 40 minut, więc to też dobrze. Ale przecież nie o to chodziło w tym biegu. Miało być minutę szybciej, a wyszło, zgodnie z wiadomością od organizatora, tak:

Bieg Europejski z PKO Bankiem Polskim, Twoj czas netto 00:39:47, 156 miejsce Open M, 70 miejsce M30, gratulujemy, wiecej na gpx.gdyniasport.pl

Masakra. Z jednej strony jestem zły i nieusatysfakcjonowany, ale… Z drugiej strony, czuję moc, w mięśniach był ogromny zapas. Rzut oka na wykres tętna i lekki szok. Średnie tętno 158… toć to ledwie mocniejszy drugi zakres. Tętno maksymalne 163, czyli się po prostu nie rozkręciłem. W sumie, to nic dziwnego, jak się nie może oddychać. Garminowy training effect to „szalone” 3.4, czyli niższe niż na mocnych treningach. Zalecany czas odpoczynku, to wg zegarka całe 22 godziny, ponownie zdecydowanie mniej niż po mocnych treningach.

Wniosek, a jakże, być musi! W poniedziałek spróbuję ogarnąć wizytę u fizjoterapeuty. Trzeba coś z tymi mięśniami zrobić. Trzeba w końcu to ogarnąć, żeby machnąć życióweczkę na 10 kilometrów. Bo to już jest męczące. I może jakiś Parkrun po drodze, żeby życiówkę na 5 kilometrów też poprawić.

Podsumowując, Bieg Europejski 2017 w Gdyni uznaję za jednocześnie udany i nieudany. Nieudany, z powodów oczywistych. Udany, bo trening przynosi efekty. Trener daje czadu, łącząc trening pływacki, rowerowy i biegowy w taki sposób, że we wszystkich trzech dyscyplinach jest spory progres. Teraz zostaje się ogarnąć „sprzętowo” i zacząć robić wyniki! 🙂 Teraz jeszcze trzeba przywrócić umiejętność biegania po górkach i możemy łamać 40 minut na Nocnym Biegu Świętojańskim, gdzie trasa będzie miała, hm, ciekawy podbieg 😉