Sukcesów kilka

Chwilę nie pisałem, poniekąd z braku czasu. To zawsze dobra wymówka 😉 W ostatnich dwóch tygodniach odniosłem dwa spektakularne sukcesy. Pierwszy z nich jest mało związany ze sportem, ale pokazuje co można uzyskać ciężką i mądrą pracą. Otóż, udało obronić mi się pracę magisterską i ukończyć studia z oceną celującą. 😀 Sukcesem jest zarówno ocena, jak i sam fakt, że ukończyłem te studia! I to studia, które nie należały do łatwych. Skutek jest taki, że poważnie zastanawiam się nad swoją przyszłością zawodową. Czas pokaże, jakie będą rezultaty tego zastanawiania 😉

Drugi sukces, bardziej niespodziewany, to dzisiejszy I PZU Gdynia Półmaraton. A konkretnie, czas w jakim go ukończyłem. Po Biegu Urodzinowym Gdyni zakładałem, że dam radę przebiec ten półmaraton ze średnim tempem w okolicach 4’00″/km. No, 3’59″/km, tak optymistycznie zakładając. Żeby zmieścić się ciutek poniżej 1 godziny i 25 minut. A tutaj niespodzianka. Ale po kolei. Przed biegiem zjadłem standardowe, ostatnimi czasy, śniadanie mające dać mi siłę na bieg. Pomysł podpatrzony w książce redaktora Łukasza Grassa „Trzy mądre małpy” (polecam lekturę, lub audiobooka czytanego przez p. Bartłomieja Topę – idealne do słuchania w trakcie biegania :)). Śniadanie składało się z białego ryżu wymieszanego z miodem i cynamonem oraz wkrojonym do tego bananem. Zjedzone 3 godziny przed startem daje naprawdę niezłego kopa energetycznego, a nie obciąża żołądka i nie daje uczucia ciężkości. Polecam przetestować! Samopoczucie przed biegiem było takie sobie. W głowie kołatały się myśli, że dzisiaj to nie bardzo czuję się na robienie rekordów. W sumie uczucie zbliżone do tego, które miałem przez maratonem, w którym złamałem 3 godziny. No, minus ból brzucha, którego tym razem na szczęście nie było. W okolice startu dotarliśmy około 9:15, udaliśmy się w kierunku depozytów narzekając co nieco na zimny wiatr, który skutecznie wydmuchiwał cały zapał do biegania. To w ogóle był dziwny start, bo nic mnie nie bolało, nie miałem żadnej kontuzji czy dolegliwości. Może poza katarem, którego coś nie mogę się pozbyć. Czyli fizycznie było super. Psychicznie ciut gorzej i nastawiłem się, że może być ciężko zrobić założony wynik. Co w sumie nie było takie złe, bo zeszła presja na wynik 😉

Punktualnie o 10:00 nastąpił start. Pierwsze metry wyrwałem, żeby spróbować się rozpędzić do tych upragnionych 3’59/km. Po chwili ze zdziwieniem zauważyłem, że biegnę 3’47″/km. Za szybko! Szczególnie, że pierwsze 6 kilometrów było w dużej mierze pod górę. Z tyłu głowy kołatała się myśl, żeby nie przegiąć. Że to jest półmaraton, a nie dycha, więc potrzeba jednak trochę więcej energii, żeby to przebiec i nie można od razu lecieć na całość. I tak sobie ostrożnie biegłem przez pierwsze 10 kilometrów. W międzyczasie, w okolicach 7 kilometra, podpiąłem się pod całkiem fajnie biegnącą grupę, w której biegł m.in. Maciek Lewandowski (pozdrowienia i gratulacje wyniku! ;)). Tak pokulaliśmy się do 12 kilometra, gdzie Maciek dał czadu i wyrwał do przodu. Miał moc w nogach! Ja biegłem swoim tempem, bojąc się drugiego podbiegu pod Świętojańską. Na szczęście, nie był tak straszny, jak miał być… Oba kilometry zrobiłem poniżej 4’00″/km! No a dalej to już w sumie z górki było, więc 19 kilometr był 3’46”. Czad! Ostatnie dwa kilometry wyszły równo po 3’54”. Na mecie zameldowałem się po 1 godzinie 22 minutach i 35 sekundach. Poprawiłem życiówkę, zrobioną zresztą w trakcie maratonu, o jakieś 6 minut! Szok, po prostu szok! Nie tego się spodziewałem. A potem zegarek wyświetlił informację, że również i życiówkę na 10 kilometrów poprawiłem. Według zegarka było to 38’38”, a według oficjalnego pomiaru czasu pierwsze 10 kilometrów przebiegłem w… 37’50”, czyli o minutę i 21 sekund szybciej niż w trakcie Biegu Urodzinowego! Mając na uwadze, że trasa półmaratonu miała atest PZLA pozwoliłem sobie założyć, że czas z oficjalnego pomiaru był prawidłowy 😉

Można powiedzieć, że jestem bardzo ukontentowany. Oba sukcesy cieszą, bo pokazują mi, że regularna praca nad jakimkolwiek tematem przynosi oczekiwane efekty. Albo nawet lepsze niż oczekiwane 🙂

Nasz pierwszy Parkrun

W ramach przygotowań do zbliżającego się wielkimi krokami półmaratonu Trenercia wysłała nas na Parkrun. W swej ogromnej przenikliwości poczyniła ona słuszne założenie, że pewne prędkości rozwijam jedynie podczas biegów zorganizowanych, bo z natury leniwa ze mnie bestyja i na dodatek nie lubię sobie zadawać bólu. Mysi ryjek boleśnie wykrzywił się w tej sekundzie, gdy tylko oko zarejestrowało tempo zadane przez Trenercię w mikro – mysie turbo miało zostać uruchomione na poziomie 5min/km (pierwsze 2 km), później zejść do 4’50”min/km (kolejny kilometr), a następnie do tak zwanego tempa „ile fabryka dała”. Mysia fabryka wiele jeszcze nie naprodukowała, a czwórka z przodu to dla mnie ogromny wyczyn, zatem popłoch ścisnął me mysie serce. Ból sprawiało mi nawet tworzenie Workout’u w Garminie, a co dopiero myśleć o jego realizacji. Pocieszał mnie jedynie fakt, że poniżej 5min/km muszę wytrzymać TYLKO przez 3 km. Powtarzałam to sobie jak mantrę ledwo otworzyłam w sobotę mysie ślepię.

Oczywiście totalnie inaczej przedstawiała się cała kwestia u Kamila – zacierał łapki ledwo dostał mikro – cieszył się, że wreszcie sobie „pohasa”. Jego taśma produkcyjna porusza się co najmniej minutę na kilometr szybciej i takie też było założenie (ja 3 z przodu mam tylko podczas biegania przyspieszeń na 100m, o ile mi sznurowadła nie popuszczą, a najlepiej to z wiatrem). Wstał zatem w sobotę radosny jak skowronek, wciągnął przedtreningowe wafle ryżowe z dżemorem i zaczął przygotowywać wyjściowy dres. Chcieliśmy wyglądać jak człowieki, bo to jednak trening typu „wyścig”, nasz pierwszy raz, a dodatkowo towarzyszyć miał nam jeszcze kolega z teamu – Robert, no to wstydu nie mogło być.

„Ja dzisiaj w krótkich spodenkach, żeby się nie ugotować.” – tako rzekł Kamil, a że ma większe doświadczenie to tylko przytaknęłam i żeby nie być gorszą sięgnęłam po swoje gacie 3/4. Gil jednak wisiał nam do pasa, zatem góra „na długo” – padło na czarne koszulki termoaktywne i eleganckie białe t-shirty techniczne (mój z herbem na plecach, muszę kiedyś obfotografować). Na wierzch wciągnęliśmy wyjściowe dresy, po kurtce przeciwwiatrowej na garb, po czapce na łepetynę i pojechaliśmy naszym Leosiem na Parkrun. Oczywiście z dużym wyprzedzeniem czasowym, bo po pierwsze – spóźniać się nie wypada, po drugie – nie wiadomo czy będzie gdzie zaparkować, po trzecie – rozgrzać się trzeba, a po czwarte – tak to już mamy w sytuacji nerwowego podniecenia, że nie usiedzimy na czterech literach.

Parking przed Del Mar o 8 rano świecił pustkami (zbiórka przed ParkRunem miała być o 8:45, a start o 9:00). Zupełnie nie zadziwił nas wejherowski wehikuł, którego właściciel totalnie zignorował wyrysowane linie parkingowe, ani nawet podzielający naszą pasję Przecinek (taka chudzinka), który uznał za normę odcedzić kartofelki jakieś 10m (3 drzewka) od naszego Leosia – tak właśnie było zimno, sennie i leniwie. Wysiedzieliśmy w Leosiu jeszcze 15 minut – po Kamilu było widać, że on już MUSI się przewietrzyć i zacząć rozgrzewać, bo inaczej para mu zacznie uszami uciekać. Poza tym zanim człowiek się wypakuje z tych dresów, nałoży ten celofan na siebie i zacznie truchtać… rozgrzewkę zaczęliśmy zatem o 8:20. Postanowiłam nie zdejmować kurtki przeciwwiatrowej, bo zimno byłoooo… pół rozgrzewki wiatr w plecy, a drugie pół prosto w ryjek. Skończyliśmy tuptać oczywiście jakieś 20 minut przed startem. W międzyczasie dołączył do nas kolega Robert (on mądrze zaczął się grzać ciut później), a my zaczęliśmy podskakiwać z zimna na poboczu w oczekiwaniu na zbiórkę. Pojawili się też inni biegacze – mali i duzi, dwu i czworonożni, mężczyźni, kobiety i dzieci – całkiem kolorowa grupka 🙂 Taka oto:

Parkrun Gdynia #218
Parkrun Gdynia #218

Wreszcie nadszedł TEN moment – sympatyczna prowadząca objaśniła nam (debiutantom), którędy wiedzie trasa i co nas czeka na mecie. Ustawiliśmy się gdzie trzeba i… wystartowaliśmy. Piknęłam swojego Garmina – z ekranu wyparował mój wspierający Ninja, a przed oczami zamigotało mi to nieszczęsne założone tempo… oczywiście wyrwałam za szybko i musiałam zwolnić, żeby się nie spalić na starcie, przed czym przestrzegała mnie w mikro Trenercia. Pierwszy kilometr biegło się jeszcze całkiem sympatycznie, z wiatrem w plecy i w ogóle. Przy drugim to już oczywiście musiałam coś pokiełbasić i zeszłam poniżej tych 5min/km zbyt wcześnie. Mysi ryjek wykrzywiło cierpienie, które towarzyszyło mi już do samego końca, tym bardziej, że od 3. km wiatr zaczął wiać prosto w twarz. Zipałam i sapałam jak stara lokomotywa – było mi strasznie głupio, kiedy przez kilkaset metrów próbowałam trzymać się swobodnie i z gracją biegnącej nastolatki, która zresztą odstawiła mnie z palcem w nosie i bez zadyszki w okolicach 4. km. Do mety udało mi się jednak szczęśliwie doczłapać przed upływem 25 minut, a za samą metą jeszcze pokręciłam się jak bąk, żeby dobiegać do końca Workout’u (zabrakło mi < 10 metrów, ale wykręcić to pomiędzy zawodnikami na mecie wcale nie było tak łatwo). Jeszcze tylko kilometr truchtu na schłodzenie, zarejestrowanie wyniku i można było wrócić Leosiem do domciu 🙂

Poniżej załączam dowody rzeczowe:

a) mego cierpienia…

Wykrzywiona cierpieniem Mysia

b) Kamilowej uciechy:

Uradowany i jakże fotogeniczny Kamil

 

Coś z głową ;)

Dzisiejszy trening biegowy był bardzo fajny. Lubię treningi, gdzie pojawia się II zakres. A tutaj był „lekki” i „mocny” II zakres – nie pytajcie mnie o definicję, nie znam się, jak tylko robię co mi każą 🙂 I tak, miałem przebiec sobie 5 km rozbiegania, potem 8 km lekki drugi i 6 km mocny drugi. Na koniec kilometr truchtu.

Już po pobudce wiedziałem, że mi się nie chce. I to bardzo mi się nie chce iść na ten trening. Mój wewnętrzny głos, mieszkający w mojej głowie, coś tam mówił, że przecież to będzie ciężki trening, bo 20 kilometrów i to w miarę szybkie, bo się złacham i będzie bolało, a najpewniej to w ogóle nie dam rady utrzymać nakazanych zakresów tempa i ogólnie dupa. Skubany wie, jak mnie podejść. Mojej świadomej części też się trochę przestało chcieć. Ale, decyzja zapadła, idziem biegać. Idziem, bo Monika też miała swój trening biegowy do zrobienia. No to się zebralim i poszlim, a raczej poszlim do auta i pojechalim 😉

Przez całą podróż (jakieś 10 minut) głos w głowie mówił „odpuść, zasymuluj kontuzję szybko, przecież nikt się nie będzie czepiał…”. I weź tu z takim gadaj. Na razie kulturalnie rzekłem mu „zamilknij, gdyż nie wiesz co mówisz” i powtórzyłem to kilka razy. Dojechaliśmy na parking, gdzie zazwyczaj porzucamy auto. Monika szybko czmychnęła biegać, gdyż jej również się trochę nie chciało i chciała po prostu zacząć bez zamulania. Mi chwilę zeszło, bo to muzykę odpalić trzeba, poprawić wiązania buta… Cholera, to głos przejął kontrolę. Nie ma, koniec zamulania, do roboty!

Auto zamknięte, kluczyk zamknięty (w kieszeni na zamek), słuchawki w uszach – można biec. Na początek luźne rozbieganie. Głos już marudzi: „Weź, zobacz, źle się biegnie, masakra będzie, potknij się, połóż się i odpoczniemy”. No to analizuję, źle się biegnie? A gdzie tam, fajnie jest. Rzut oka na zegarek, ups, za szybko! Hm, ale tętno w porządku. Ej, dobrze się biegnie, co mi ściemniasz?! Lecimy dalej!

No to lecę. Co, już zaraz piąty kilometr? Szybkie sprawdzenie tętna – średnie 136, czyli jak trzeba. Tempo? 4:31?! No to głos zaczyna „Co Ty robisz debilu? Zajedziesz się na rozbieganiu, a przecież zaraz będzie lekki drugi, się zesrasz a nie pobiegniesz jak trzeba! Wstydu nam narobisz!”. „Spojrzałem” na niego wewnętrznie i zacząłem drwić: „Co Ty w ogóle wiesz o bieganiu, co? Przecież kilka miesięcy temu przebiegliśmy maraton szybciej, niż dzisiaj mamy robić ten lekki drugi.” Zamilknął!

Zaczął się szósty kilometr, czas delikatnie przyspieszyć. Zegarek zaczyna wibrować, chyba za wolno biegnę, może jednak głos miał rację? Patrzę na zegarek, a tam czerwona obwódka dookoła tarczy – za szybko! Zwalniam, ale zegarek znowu wibruje, że za szybko. No to zwalniam bardziej, w końcu „trafiam” w zakres. Osiem kilometrów w tym tempie, szybko pójdzie 🙂 A tu głos zaczyna: „Zaraz spuchniesz, boś słaby. Tak kozaczysz, a tych ośmiu nie zrobisz, nie ma szansy.” No i weź tu z takim… Chamski sznurek. Ignoruję go, biegnę swoje. 5 kilometr tego interwału i zaczynam zauważać, że coś za lekko mi się biegnie. Rzut oka na zegarek, średnie tempo 4:15 min/km – no kurde, jest jak trzeba. Chwilę później zegarek zaczyna wibrować, znowu za szybko! Głos szydzi: „Spalisz się, spalisz się, na mocnym nie dasz rady.” Ja nie dam? Ja? Tydzień temu biegłem podobny trening i czułem się po nim świetnie, więc co to za bzdurne pitolenie?!

Lekki interwał zbliża się do końca, zaraz czas przyspieszyć. Tu już poczuję prędkość, sam to wiem. Głos znowu: „To dla Ciebie za szybko, przebiegłeś już 13 km, nie dasz rady 6 km w tym tempie =}”. Ze stoickim spokojem nie reaguję, bo wiem co się zaraz stanie. Przyspieszę, odczuję większe obciążenie, a po jakimś kilometrze wszystko się znowu ustabilizuje. No to przyspieszam, biegnę, przychodzi stabilizacja oddechu.

Głos po raz ostatni, teraz już cichutko i ledwie słyszalnie próbuje: „Nie utrzymasz tego tempa, to za szybko…” Szeroko się uśmiecham, bo wiem, że już z nim wygrałem. Mówię mu: „Ty chyba masz jakiś problem z pamięcią. Zapomniałeś już, że kilka tygodni temu pobiegliśmy 10 km ciągiem w tempie o 10 sekund na kilometr szybszym i okazało się, że to było za wolno?”. Głos nie odpowiada. Chyba nastąpił foch. Trudno, co zrobić? A mi biegnie się rewelacyjnie. Jest moc! Cztery kilometry z sześciu mocnego II zakresu już z głowy. Nogi chcą więcej, więc delikatnie im odpuszczam, niech pohasają. Uśmiech, który towarzyszy mi w sumie od początku biegu, staje się coraz szerszy 😀 Aż się ludzie dziwnie na mnie patrzą, biegnie taki, kurtka rozpięta, rękawiczki i czapka zdjęte, a do tego szczerzy się jak głupi do sera. Później, już w domu, sprawdziłem, że te ostatnie dwa kilometry mocnego wyszły w 3:43 min/km i 3:59 min/km… Dużo za szybko, ale cóż. Biegło się tak lekko, że po prostu nie mogłem zwolnić.

Trucht to już była tylko formalność. Tętno się uspokoiło, spokojnie dotruchtałem do auta. Tam 10 minutek na rozciąganie, szybkie przebranie się w suche ciuchy i chwilę po tym, jak schowałem się w aucie, przybiegła Monika. Zjazd do domu z poczuciem, że ten trening był bardzo przyjemny, a mój wewnętrzny głos jest gópi 😉

Czy potrzebny mi plan żywieniowy?

Podczas świąt tak skutecznie popuściłam pasa, że cały styczeń i połowę lutego tyłam dalej zamiast chudnąć. Treningi coraz bardziej wymagające, objętość treningowa również rośnie – powinnam tracić na wadze z palcem w nosie, a tu taki klops. Oczywiście nie ma tutaj żadnej zagadki ani filozofii – tyłam, bo dostarczałam organizmowi więcej energii niż zużywałam. Nie podobał mi się taki stan, ale tolerowałam go przez tak długi czas, bo to jednak oznacza konieczność wprowadzenia ograniczeń, a tego chyba nie lubi nikt. Dotarło do mnie jednak, że większa masa ciała, ale i pewna ospałość, ociężałość spowodowane nieodpowiednią dietą, zaczęły się przekładać wprost na moje sportowe wyniki. Doświadczyłam tego między innymi podczas ostatniego biegu ulicznego na 10 km – nie poszło mi dokładnie tak, jak chciałam. Postanowiłam zatem, że jednak pochylę się uważniej nad swoim talerzem 🙂

Ciężki ręcznik

Problemy z utrzymaniem wagi w normie to dla mnie żadna nowość – w swoim życiu zdążyłam już pewnie przytyć i schudnąć „całego dorosłego człowieka”, co za tym idzie świetnie wiem, co jeść, a czego nie jeść, i w jakich porcjach i proporcjach, ale… co innego wiedzieć jak odżywiać się zdrowo prowadząc umiarkowanie aktywny tryb życia, a co innego odżywiać się odpowiednio będąc sportowcem (również sportowcem-amatorem). Czy moja dieta może wyglądać tak samo, jeśli już na początku sezonu ćwiczę średnio 10 godzin tygodniowo i przygotowuję swoje ciało do przeżycia 1/2 IM? I choć wydaje mi się, że o jedzeniu wiem całkiem sporo, to i tak wolę się jeszcze w tym temacie podszkolić. Ostatnio nabyłam zatem pomoc w postaci ksiażki „Dieta triatlonisty. Pływanie, rower, bieg – odżywianie” Toma Hollanda i Amy Goodson i tak sobie poczytuję. Czytam sobie, czytam i wygląda na to, że ten plan to mi jednak będzie potrzebny, a odżywianie w triathlonie to wręcz czwarta dyscyplina – szczególnie na średnim i długim dystansie.

Postaram się wrzucić tu od czasu do czasu jakieś nieoczywiste oczywistości i inne ciekawostki, które wyczytam, so… stay tuned 😉

 

Z kalendarza mysiowego – podsumowanie lutego

Chciałam się Wam pochwalić jak wygląda mój kalendarz treningowy na przykładzie minionego miesiąca. Powiem Wam, że jak widzę te wszystkie kolorowe wpisy to jakoś tak mi cieplej na sercu i dumna z siebie jestem, że podołałam 🙂

Mysiowy luty
Mysiowy luty

No i tabeleczka też musi być, prawda?

Luty 2016

Rodzaj aktywnoś˜ciLiczba aktywno˜ściDystans [km]Czas [hh:mm:ss]
Biegi13144.1413:58:01
Kolarstwo13283.7911:12:00
Płˆywanie1226.7812:02:26
Inne (siła)7-4:15:39
Ogółem45454.7141:28:06

Jak widać znowu dzielnie przetrenowałam roboczotydzień! Na dodatek już „prawie, prawie” udało mi się wrócić do grudniowej wagi (tej sprzed pierników i marcepanów), co jest dla mnie równie istotne, co poprawa wyników sportowych 🙂

To co w lutym było najfajniejsze, to… nowy strój kąpielowy od Kamila 🙂 🙂 🙂 Wreszcie mam taki „profi” – z „o” na plecach, i taki łaaadny, granatowy z kolorowymi jak tęcza paseczkami – podkreśla on moją lokalną przynależność dzięki oczywistemu skojarzeniu z logo pewnej galerii HandLove’j 😉 . Super były także dłuższe sesje basenowe i mniej pływaków na naszym basenie – szkoda, że ferie zimowe trwają tylko 2 tygodnie.

Mocne postanowienie marcowe – muszę wreszcie nauczyć się pływać na tyle szybko, żeby mieścić się ze swoim treningiem w 45 minutach, wtedy wreszcie będę mogła zrezygnować z treningów w AquaParku – to by było coś!

Motywacja

Motywacja to trudny temat. Istnieje bardzo wiele opracowań, artykułów, opisów, kursów i innych źródeł, które można zdobyć, żeby się dokształcić i wyrobić sobie własne zdanie na ten temat. Mimo wszystko, postanowiłem podzielić się swoimi przemyśleniami 😉 Większość tego, co opisałem poniżej, jest wynikiem moich doświadczeń. Przeszedłem tą drogę i mogę powiedzieć, że jestem człowiekiem szczęśliwym, niezależnie od tego, co mnie w życiu spotkało. Poniższy tekst jest pewnie „odrobinę” chaotyczny, pisałem go dosyć długo i doszedłem do wniosku, że żeby przekazać wszystko co chcę, to potrzebna była by książka.

Wersja TL;DR: motywacja siedzi w nas, tylko od nas zależy, czy nam się będzie chciało.
A dla tych, którzy chcą poczytać ciut więcej, wersja dłuższa poniżej 😉

Na wstępie warto przytoczyć definicję słowa motywacja (za Słownikiem Języka Polskiego PWN):

1. «to, co powoduje podjęcie jakichś działań lub decyzji»
2. «uzasadnienie czyichś działań lub decyzji»

Po przeczytaniu tej definicji wydaje się, że wszystko jest jasne, prawda? Coś, co powoduje podjęcie jakichś działań lub decyzji. Proste?

Jako człowiek pracujący w korporacji i zarządzajacy ludźmi, w ramach swojego stanowiska, odbyłem kilkanaście szkoleń z zakresu motywacji. Usłyszałem na nich trochę wartościowych informacji, ale też całą masę rzeczy, z którymi się nie zgadzam. Na tych szkoleniach często motywowanie ludzi przedstawiane jest jako de facto manipulowanie nimi. Sposób na to, żeby ludzie robili to co chce korporacja, co chcę ja. Czy to jest motywowanie? Moim zdaniem nie. Co więcej, moim zdaniem, ten sposób działania jest na dłuższą metę demotywujący. Bo ludzie nie są głupi, prędzej czy później zorientują się, co się próbuje zrobić.

Co więc powoduje, że robimy cokolwiek? Rachunek zysków i strat? Osiąganie korzyści? Co sprawia, że przełamujemy wrodzone lenistwo i jednak coś robimy? Przymus? Konieczność? Być może. To zapewne wystarcza, żeby podjąć pracę. Bo jeść trzeba, ubrać się trzeba, rodzinę wyżywić też trzeba. No ale dlaczego robimy coś poza tym, co „trzeba”? Co nami powoduje?

Poczytajmy Wikipedię 😉

Motywacja – stan gotowości do podjęcia określonego działania, wzbudzony potrzebą zespół procesów psychicznych i fizjologicznych określający podłoże zachowań i ich zmian. Wewnętrzny stan człowieka, mający wymiar atrybutowy.

Procesy motywacyjne ukierunkowują zachowanie jednostki na osiągnięcie określonych, istotnych dla niej stanów rzeczy, kierują wykonywaniem pewnych czynności tak, aby prowadziły do zamierzonych wyników (zmiana warunków zewnętrznych, zmiana we własnej osobie, zmiana własnego położenia). Jeśli człowiek jest świadomy wyniku wykonywanych czynności, wówczas ten wynik nazywa się celem. Proces motywacyjny składa się z zespołu pojedynczych motywów. Motywem nazwać zaś można przeżycie pobudzające człowieka do działania lub powstrzymujące go, lub przeszkadzające jego wykonaniu.

Jak czytam powyższe, to zaczyna mnie boleć głowa 😉 W tymże artykule Wikipedii napisane jest, że motywacja może być wewnętrzna lub zewnętrzna. Pamiętacie to, co napisałem wyżej o manipulacji? W Wikipedii, odnośnie motywacji zewnętrznej, napisali tak:

zewnętrzna – polega na wzbudzeniu potrzeb przez stosowanie kar i nagród, informowaniu o możliwościach zawartych w różnego rodzaju sytuacjach i manipulowaniu tymi możliwościami

„Manipulowaniu tymi możliwościami”? Od kiedy manipulacja jest motywacją? Czy może nią w ogóle być? Czy manipulacja ma w ogóle cokolwiek wspólnego z motywacją? Na to pytanie wszyscy powinni sobie odpowiedzieć samodzielnie, ale moim zdaniem odpowiedź jest oczywista. Istnieje wiele teorii odnośnie tego, jak można zewnętrznie stymulować u kogoś działanie. Czy są skuteczne? To zależy, zdarza się, że bywają. Ale czy motywują, tworzą w kimś wewnętrzną wolę działania?

Zanim opiszę, czym dla mnie jest motywacja, chciałbym jeszcze wspomnieć o demotywacji. Demotywację rozumiem nie jako brak motywacji, ale działania pozbawiające chęci do działania. Innymi słowy gaszące motywację. Niestety, dookoła jest mnóstwo demotywatorów, które (za naszą zgodą!) pozbawiają nas chęci do działania. Żeby motywacja mogła istnieć należy zminimalizować liczbę demotywatorów. Zrzędzący szef, wiecznie niezadowolona teściowa (;)), to tylko przykłady. Na szkoleniach dotyczących motywacji, na których byłem, często podkreślano, że pracowników nie motywują pieniądze lub że motywują bardzo krótkoterminowo. Zgadzam się z tą teorią, to nie pieniądze motywują. Szkoda tylko, że na większości owych szkoleń nikt nie wspominał, że brak pieniędzy skutecznie pracowników demotywuje. Na tyle skutecznie, że inne sposoby na zainspirowanie (!) pracowników do wzbudzenia w sobie motywacji (!!) mogą okazać się nieskuteczne.

Dla mnie motywacja jest wyrazem wewnętrznej woli. Wola to kluczowe pojęcie, w tym przypadku. Bo od tego się zaczyna. Musi MI się chcieć. Mi, nie komuś innemu. Bez tego nie ma mowy o motywacji. Z przyczyn różnych, zajęło mi wiele lat dojście do obecnego punktu widzenia, ale odkryłem w końcu coś co czułem od dawna. Nikt i nic, co pochodzi z zewnątrz, nie jest w stanie mnie zmotywować. Owszem, mogę zostać zmuszony do działania, ale to nie będzie motywacja. Te działania będą zainspirowane. Jednak żeby działać powinienem CHCIEĆ. Powody, dla których się chce coś zrobić bywają różne. Czasami „muszę” (cóż za okropne słowo!), czasami „trzeba”, czasami „się chce”. Ale tak czy owak pojawić musi się wola do działania. Kiedy coś muszę, kiedy coś trzeba, to oznacza istnienie jakiegoś przymusu, zazwyczaj negatywnych konsekwencji braku działania. Nawet wtedy mam wybór, bo mogę wybrać poniesienie tychże konsekwencji, zamiast zmuszenia się do działania. Wybór jest kolejnym istotnym słowem w moim rozumieniu motywacji. Bo oprócz woli zawsze jest jeszcze wybór. Są zapewne ludzie, którzy na to stwierdzenie zareagują, że są sytuacje, w których nie ma wyboru. Otóż nie, nie ma takich sytuacji. Wybór jest zawsze. Nie zawsze konsekwencje tego wyboru są równoważne. Niektóre wybory po prostu wydają się być oczywiste. Czy są? Czasami pewnie tak. Czy zawsze oczywista droga jest najlepsza? Z tym już bywa różnie.

Motywacja jest też wyrazem oczekiwań wobec siebie. Czy zgodzicie się ze stwierdzeniem, że kiedy działamy zgodnie ze swoimi oczekiwaniami stajemy się wewnętrznie spokojni? Ile razy w życiu byliście w sytuacji, kiedy po jakimś zdarzeniu mówiliście do siebie „powinnam/powinienem inaczej zareagować”? Sądzę, że ja byłem w takiej sytuacji co najmniej tysiące razy. A ile razy zdarzyło się Wam z zadowoleniem z siebie powiedzieć „właśnie tak należało to zrobić”? Jak się w takich sytuacjach czuliście? Zapewne dobrze, spokojnie i, z braku lepszego określenia, spójnie. To jest właśnie funkcja tego, czego sami oczekujemy od siebie. W tych sytuacjach, gdy działamy zgodnie z własnymi oczekiwaniami, czujemy się spójni, czujemy się dobrze.

Moim zdaniem, pierwszą i podstawową rzeczą, która potrzebna jest do tego, żeby się zmotywować, jest świadomość tego, czego sami od siebie oczekujemy. To jest nasz drogowskaz, nasza wizja siebie. Gdy wiem czego chcę, to wiem do czego chcę dążyć (chcę, a nie muszę, bo to mój wybór). Oczywiście, można próbować iść na skróty i stać się kimś, kim de facto nie jesteśmy a chcemy być, za pomocą sztuczek czy masek, które można nałożyć. Stworzyć sobie osobowość, swego rodzaju reputację. Ale czy da się tak żyć na dłuższą metę? Pewnie się da, tylko z czasem ludzie nas przejrzą, bo będziemy niespójni. A prawda jest taka, że nie ma drogi na skróty, jeśli chodzi o pracę nad sobą. Gdy budujemy dom, to zaczynamy od fundamentu. Gdy fundament jest kruchy, to budynek nie będzie stabilny. Albo inaczej, przykład zaczerpnięty z „7 nawyków skutecznego działania” Stephen’a R. Covey’a (polecam lekturę!), gdy rolnik zapomni zasiać na wiosnę i pojawi się na polu w porze zbiorów, to czy będzie miał co zbierać? Raczej będzie z tym słabo. I tak samo jest z budowaniem siebie. Tak, dokładnie o to mi chodzi, o budowanie siebie. Bo mamy taką możliwość. Posiadamy zdolność do bycia samoświadomymi. Jesteśmy w stanie na bieżąco analizować swój stan psychiczny, swój tok myślenia! Co więcej, mając tę świadomość, możemy zmieniać zarówno swój tok myślenia, jak i stan psychiczny! Czyż to nie jest potężne narzędzie? Samoświadomość pozwala nam wybrać swoją reakcję na bodziec. Zastanówmy się, jak działa nasz umysł, jeśli chodzi o reakcje. Zazwyczaj jest tak, że najpierw jest bodziec, potem jest reakcja, a na końcu jest miejsce na refleksję. Z czasem, jeżeli będziemy to w sobie ćwiczyć, pomiędzy bodźcem i reakcją pojawi się luka, w której pojawi się czas na podjęcie decyzji, jaka będzie nasza reakcja. I z każdą podjętą w ten sposób decyzją będzie łatwiej, czas na podjęcie reakcji będzie dłuższy. O tym, jak to ćwiczyć, można poczytać na przykład w „7 nawykach”, w części dotyczącej proaktywności.

Przykładowo, gdy ktoś zajedzie mi drogę na ulicy, mogę zareagować agresją lub mogę wzruszyć ramionami i stwierdzić po prostu, żę to się zdarza. Która reakcja sprawi, że poczuję się lepiej? To pewnie zależy od osobowości, ale zapewne taka, która będzie zgodna z oczekiwaniami wobec siebie 😉 Tak czy owak, możliwość wyboru mamy i należy z niej korzystać. Jeśli mam wybór, to mogę wybrać reakcję, której sam od siebie oczekuję. Czy to się zawsze udaje? Nie, mi nie. Ale w ramach refleksji mam możliwość analizy tego, co zrobiłem i dlaczego to zrobiłem. Na podstawie tej analizy mogę pracować nad tym, żeby następnym razem zareagować zgodnie ze swoimi oczekiwaniami, zgodnie z mechanizmem opisanym powyżej. I to działa, wiem po sobie. Mam wybór i z niego korzystam. Chcę z niego korzystać. Mając wizję obecnego siebie mogłem zacząć budować wizję tego, kim chcę być. Jaki chcę być. Mogę wyznaczyć sobie pewne podstawowe cele i wartości. Znaleźć swego rodzaju punkt docelowy. Mieć wizję końca drogi.

Mam nadzieję, że zauważacie pewną prawidłowość. Proces tworzenia, o którym piszę powyżej, zaczyna się w środku i dopiero później się uzewnętrznia. W metodyce zarządzania projektami niektórzy nazywają to siedzeniem na rękach. W fazie inicjacji projektu kierownika projektu powinny boleć ręce, właśnie od siedzenia na nich 😉 Zanim cokolwiek zrobi, powinien wszystko przemyśleć, wykonać wewnętrzny proces planowania (oraz zarządzania ryzykiem i parę innych), a dopiero potem zabrać się za robotę, w tym formalne planowanie. Musi najpierw mieć pomysł, a dopiero później może przestać siedzieć na rękach i zacząć ich używać do działania. Z mojego doświadczenia wynika, że dobrze przemyślane zawczasu projekty mają dużo większą szansę powodzenia. Życie bynajmniej nie jest projektem, ale przemyślenie i planowanie są tu również kluczowe. To pewnie oczywiste, ale pracę nad sobą trzeba rozpocząć od siebie. Cóż zmieni rozgłaszanie wszem i wobec, że „oto nowy, lepszy, ja, patrzcie jak staję się człowiekiem sukcesu!”, gdy nasze działania się nie zmienią? Albo, gdy będą powierzchowne i przy pierwszej lepszej sytuacji prawda wyjdzie na jaw? Bez porządnego fundamentu nie da rady. Trzeba najpierw zasiać, żeby zbierać plony.

Należy pamiętać, że tak naprawdę wszystko robimy dla siebie, żeby spełnić własne oczekiwania wobec siebie. Nawet, jeżeli sobie nie zdajemy z tego sprawy. Gdy pomagamy innym, co samo w sobie jest chwalebne, tak naprawdę nie robimy tego dla nich, ale właśnie dla siebie, żeby spełnić swoje własne oczekiwania wobec swojej wizji siebie. Bo przecież oczekujemy od siebie tego, że będziemy pomagali innym. Zdaję sobie sprawę, że to może wydawać się kontrowersyjne, ale moim zdaniem tak właśnie jest. Napędza nas to, że chcemy coś zrobić. A chcemy, bo to sprawia, że czujemy się lepiej. I to wcale nie jest egocentryzm, tylko po prostu realizowanie własnej wizji siebie. Warto być tego świadomym, gdyż wtedy mamy większy wybór tego co chcemy robić oraz sposobów na realizację tego co chcemy robić.

No dobrze, ale co to wszystko ma wspólnego ze sportem? Ma i to wiele, bo w sporcie jak w życiu 😉 Przede wszystkim, należy sobie zadać pytanie, dlaczego w ogóle zajmuję się sportem? Co sprawia, że chcę trenować? Nie wiem, co kieruje innymi, ale wiem, co kieruje mną. W mojej misji życiowej, którą sobie spisałem i (w miarę) regularnie przeglądam, widnieje taki zapis dotyczący sportu:

Szukam granic swoich możliwości i je przekraczam.
Rozwijam się przez sport, psychicznie i fizycznie.
Zarażam tym innych, chętnie dzielę się swoją wiedzą i doświadczeniami.
Nauczę się pływać. Ukończę triathlon.

To są właśnie powody, dla których JA trenuję. Jak widać, trenuję dla siebie. Skupiam się na tym, żeby to były MOJE powody, które zaspokajają MOJE oczekiwania wobec siebie. Te powody są źródłem motywacji, która powoduje, że trenuję. Wyznaczają pewien kierunek w moim życiu, ale są przy tym na tyle ogólne, że warto było by je sprecyzować. I tu właśnie pojawiają się marzenia i cele, zarówno długo jak i krótkookresowe. Przykładowo, moim marzeniem jest ukończyć kiedyś zawody na pełnym dystansie Ironman. Właściwie to nawet nie tylko ukończyć, ale przebiec w nim maraton ze średnim czasem poniżej 5 min/km. Takich marzeń i celów mam więcej. Takim najbliższym do zrealizowania jest oswojenie się z głębokością na basenie Arki na tyle, żeby móc tam robić normalne treningi. Cele pomagają zaspokoić potrzebę realizowania czegoś konkretnego, co da (relatywnie) szybkie efekty.

Cały przydługi wstęp służył temu, żeby zobrazować moje podejście do, hm, teraz w sumie to już wszystkiego. Po pierwsze, wiem że nie ma drogi na skróty. Jeśli chcę coś zrobić, to powinienem znaleźć zasady, na jakich to działa i potem zgodnie z nimi ciężko i mądrze pracować. Co nie znaczy, że nie mogę szukać innych dróg, bo kreatywność może pomóc w osiągnięciu lepszych efektów 🙂 Poza tym, zgodnie z definicją szaleństwa przedstawioną przez Alberta Einsteina, która mówi:

Szaleństwem jest ciągłe robienie tego samego i oczekiwanie innych wyników

Szukanie nowych dróg ma sens! 🙂 Może się okazać, że jedna metoda treningowa zadziała na nas lepiej przez jakiś czas, a w innym okresie druga metoda będzie efektywniejsza. Ale trenować trzeba, bo bez tego się nie uda osiągnąć założonych celów. Tutaj dochodzimy do kwestii wychodzenia na trening. Wielokrotnie słyszałem od innych, że nie poszli na trening, bo byli zajęci, mieli jakieś zobowiązania i takie tam, co skutkowało brakiem czasu na trening. A przecież każdy jest panem własnego czasu. To ode mnie, od mojej decyzji, zależy czy na trening pójdę, czy nie. Czy zaplanuję dzień tak, że trening się zmieści, czy nie. Pilnuję, żeby mój dzień nigdy nie był wypełniony bardziej niż w 60%, zarówno w sferze prywatnej, jak i służbowej. To zostawia niezbędny margines pozwalający na elastyczność. Owszem, są dni, kiedy niezależnie od elastyczności rzeczy po prostu się spiętrzają. Wtedy też można wybrać, czy aby napewno wszystkie rzeczy są ważne? A może niektóre są tylko pilne, ale tak naprawdę nic się nie stanie, jeśli przesuniemy je na jutro? A jeżeli wszystkie są ważne, to może trening da się zrobić wieczorem? Pamiętam, że kilkukrotnie zdarzało mi się zaczynać trening biegowy czy rowerowy na trenażerze tuż przed północą. I żyję 😉 Prawie zawsze da się znaleźć sposób na to, żeby trening zrealizować. Bo kto chce, szuka sposobu. Kto nie chce, szuka usprawiedliwienia. Albo inaczej, jak powiedział Henry Ford:

Czy myślisz, że możesz, czy myślisz, że nie możesz – masz rację

Jeszcze parę słów w temacie „chcenia”. Zdarza się, że po prostu nie chce się wyjść na trening. Nie uwierzę, że istnieje ktoś, kto nigdy tego uczucia nie doświadczył. 😉 Co w takiej sytuacji? Ja w takich sytuacjach pamiętam o proaktywności. To ja decyduję, czy mi się chce. I nawet jeżeli wewnętrznie mi się nie chce, to jestem tego świadomy i mogę ten stan zmienić. Bodźcem jest niechęć, moją reakcją jest świadoma decyzja, że chcę wyjść na trening. Wiem, że wiele osób stwierdzi, że takie podejście jest naiwne, nierealne i tym podobne. Faktem jednak jest, że mamy świadomość tego co sami czujemy. Mamy świadomość tego, jakie są nasze cele. Mamy świadomość tego, jakie będą konsekwencje, gdy nie pójdziemy na trening. I mamy wybór. Możemy wybrać poniesienie konsekwencji i zadziałanie wbrew własnym oczekiwaniom wobec siebie, albo możemy zmienić nastawienie i na trening pójść. W moim przypadku, w 99% sytuacji, gdy nie chciało mi się iść na trening, ale jednak poszedłem, po treningu czułem się świetnie. Szczególnie psychicznie. Byłem z siebie bardzo zadowolony, bo działałem zgodnie z własnymi oczekiwaniami wobec siebie 🙂 Nie spotkałem się jeszcze z przypadkiem, kiedy ktoś, komu się nie chciało iść na trening, w ostatecznym rozrachunku był zadowolony, z tego, że treningu nie było.

Podsumowując, motywacja jest w każdym z nas. To wyraz naszej woli, który skutkuje podjęciem przez nas samych działań. Nic z zewnątrz nas nie zmotywuje. Ale może nas zainspirować, zbudować w nas chęć, która skutkować będzie decyzją, że coś zrobimy, że pojawi się wola. W tym momencie ktoś może stwierdzić np. ale mnie motywuje rywalizacja z kolegą! Czy aby napewno motywuje? A może ta rywalizacja jest celem i jednocześnie inspiracją? Przecież chęć, żeby rywalizować, powstała w środku, prawda? Wszyscy mamy w sobie przepotężną siłę, tylko trzeba sobie z tego zdać sprawę. To Wy sami decydujecie o tym, co chcecie robić. To Wy macie moc sprawczą, żeby to realizować. To Wy możecie podjąć decyzję, że Wam się chce, nawet gdy czujecie, że Wam się nie chce. Najlepszym podsumowaniem tego tekstu będą cytaty z pierwszej części Kung Fu Pandy, które pojawiły się już we wpisie o inspiracji:

Mr. Ping: The secret ingredient is… nothing!
Po: Huh?
Mr. Ping: You heard me. Nothing! There is no secret ingredient.
Po: Wait, wait… it’s just plain old noodle soup? You don’t add some kind of special sauce or something?
Mr. Ping: Don’t have to. To make something special you just have to believe it’s special.
[Po looks at the scroll again, and sees his reflection in it]
Po: There is no secret ingredient…

Tai Lung: Finally… oh, yes… at last, the power of the Dragon Scroll is *mine*…
[He opens the scroll – and stares at it]
Tai Lung: It’s nothing!
Po: It’s okay. I didn’t get it the first time either.
Tai Lung: What?
Po: There *is* no secret ingredient. It’s just you.

Powyższe to tylko wierzchołek góry lodowej, bo temat motywacji i tego, że pochodzi z wewnątrz, to temat na grubą książkę. Ale tego ten blog by nie zniósł 😉

Ziarnko do ziarnka

Kilka dni temu śniło mi się, że pokonuję część rowerową na dziecięcym rowerku z przytroczonymi do rączek pomponikami, takimi wiecie, z włosa anielskiego, czarno-srebrno-niebieskimi, w kolorze mojego obecnego rumaka – zbieg okoliczności? Freudowskie takie, co nie? W tym śnie kibice śmiali się ze mnie do rozpuku, a ja z irytacją cisnęłam dalej wyprzedzana przez zawodników na profesjonalnym sprzęcie i z mordem w oczach podzwaniałam od czasu do czasu takim wielkim srebrnym dzwonkiem. Mysia Killer. Jestem święcie przekonana, że to odzwierciedlenie wszystkich moich lęków związanych z tegorocznymi startami. Bywa też, że nie mogę zasnąć kiedy wiem, że następnego dnia czeka mnie trudny trening, albo taki, jakiego jeszcze nie miałam i nie wiem jak sobie z nim poradzę. Dodatkowo stresują mnie treningi pływackie – nie dlatego, że jestem kiepskim pływakiem (chociaż jestem), lubię pływać, ale w ostatnim czasie na basenach jest tylu ludzi, i tak wiele u nich pomysłów na basenową etykietę, że się w tym gubię. To jednak taki temat kobyła, na osobny post.

Obracam się wśród zawodników trenujących już po kilka lat, a mój narzeczony biega ze mną od czasu do czasu… swoje biegi regeneracyjne. Spokojnie mógłby mnie „oblatywać” dookoła, jak ćma lampę i nadal pozostałby rześki niczym świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy, podczas gdy moje tętno szybuje sobie w 3. strefę i zaczynam zipać jak stara kobyła po westernie. Znacie?

Moja trenerka z kolei jest świeżo po porodzie, a dosłownie WSZYSTKO robi dużo, dużo szybciej (niż ktokolwiek, nie tylko ja) – pływa niczym syrena, biega jak rączy jeleń i zapieprza na tym trenażerze tak, że spokojnie mogłaby zasilić w trakcie treningu wszystkie latarnie na Monciaku. Mówię Wam, można nabawić się olbrzymich kompleksów.

Jakiś czas temu załamałam się, że nie ma u mnie postępów. Mój narzeczony mądrze powiedział – proszę, zerknij w swój profil na Garminie i porównaj swoje wybiegania z początków, co? Popatrz na tempo i tętno i nie marudź. Jako rzekł, tak uczyniłam. W końcu mądry jest, a mądrego słuchać należy. No i dzięki Ci o Garminie, za raporty! Oto, co moje oczy zobaczyły:

predkosc
Mysie bieganie

Podjarałam się i podejrzałam też pływanie:

plywanie
Mysie pływanie

Coś tam się poprawia? A jużci! Pisałam zresztą i w ostatnim poście o swoich postępach – trenując dzień po dniu i patrząc na tych wszystkich zarąbistych zawodników wokół można tego zwyczajnie nie zauważyć. Gdybym miała porównywać swoje wyczyny do reszty, to już dawno powinnam to rzucić w cholerę, tylko… porównywać trzeba się z głową. Należy pamiętać o latach ćwiczeń, które pozostali mają za sobą. Bez pracy nie ma kołaczy – ja biegam dopiero od kwietnia 2015, uczę się pływać powiedzmy od lipca 2015, a na trenażer wskoczyłam pierwszy raz bodajże w październiku 2015. Powinnam sobie nakleić na czepek zielony listek i na kask rowerowy też, zdecydowanie 🙂 A przede wszystkim powinnam częściej pracować nad swoją głową, bo nad resztą przecież uczciwie pracuję. Pewnie, najważniejsza jest WYGRANA. Jednak nie z drugim zawodnikiem – z własną słabością, z moim przedtreningowym „nie chce mi się”, z gorącą głową i pragnieniem szybkiego efektu. Wczoraj na przykład stoczyłam wewnętrzny bój i… też udało mi się wygrać – zrzuciłam jedną przerzutkę podczas treningu rowerowego. W zeszłym tygodniu taki sam trening próbowałam zrobić szybciej, ale nie udało mi się wykonać go prawidłowo, nie utrzymałam kadencji. Wczoraj wybrałam, że pojadę lepiej jakościowo. Szybkość kiedyś wypracuję, przecież po to właśnie to całe trenowanie.

Do kilkunastu inspirujących cytatów Kamila mogę zatem po tych kilku miesiącach dorzucić coś od siebie:

Taka bywam:

Niecierpliwość żąda rzeczy niemożliwej – mianowicie osiągnięcia celu bez środków.  – Georg Wilhelm Friedrich Hegel

I dlatego właśnie powinnam sobie te poniższe wyryć albo wyhaftować i powiesić np. nad trenażerem 😉

Cierpliwość jest gorzka, ale jej owoce są słodkie.  – Jean-Jacques Rousseau

 

Cierpliwość nie jest, jak się zwykło uważać, cnotą dusz słabych i bez woli walki, ale cnotą dusz silnych i zuchwałych. – Mario Rapisardi

Byle do wiosny

Jeszcze tylko miesiąc i… wiosna 🙂 Z jednej strony nie mogę się jej doczekać – wreszcie będę mogła rzucić w kąt te ciepłe biegowe spodnie, bluzy, czapki i rękawiczki (te ostatnie i tak upycham za paskiem po 2-3 km, ale jakoś ciężko przełamać się i nie zakładać ich wcale), chodnikowe treningi przestaną w końcu przypominać dreptanie po plaży, no i próbuję sobie wyobrazić jak zmieni się nasz las? Nie miałam jeszcze okazji biegać po nim wiosną, a mój mysi nos podpowiada, że może być cudnie 🙂 Po kobiecemu jaram się wizją nowych ciuchów sportowych 😉 Jak na rasową Wielkopolankę przystało szukam okazji. Ostatnio w Lidlu dorwałam kilka par sportowych legginsów 3/4 i jakieś koszulko-staniki – dopiero po kilkunastu treningach rowerowych dotarło do mnie, że mogę spokojnie przestać obciskać się pancernym cyckonoszem biegowym – nie skacze tam nic jak podczas biegania i byle opaska wystarczy, żeby sprzęta nie wkręciły się w szprychy. No i marzą mi się nowe buty biegowe… takie soczyste i żarówiaste, żywe niczym wiosenne klomby. Może będę w nich umiała wykręcić jakieś lepsze wyniki? 🙂

Taaak, i w sumie tyle tego „nie mogę się doczekać”, bo po Mysiowemu musi być przecież i druga strona. A zatem… boję się (też mi nowość, prawda? ;)) Niech tylko słupek rtęci powędruje powyżej 10 st. C – trzeba będzie wypiąć rumaka z trenażera i spróbować swoich sił na dworze. Ile razy się wyglebię na stopie? Czy ja w ogóle będę umiała wejść w zakręt? Czy nie spowoduję wypadku drogowego? Jak mój tyłek przeżyje co najmniej 2 godziny treningu, skoro na trenażerze drętwieje już po pół godzinie? A pozycja aero? W moim wykonaniu to totalny dramat. Na trenażerze mogę sobie siedzieć prosto i bez trzymanki, ale na dworze to nie przejdzie 🙁 O ewentualnej konieczności zmiany dętki to już nawet nie wspomnę (wcześniej było). No i jedna Kaśka mnie nastraszyła, że kierowcy nie trawią cyklistów, a już kobiet ponoć szczególnie. Serio? Piesi nie trawią biegaczy, kierowcy i politycy z PiSu- cyklistów, a żaby, łabędzie i kaczki – pływaków. Gdzie nie spojrzę, ktoś mnie nie trawi. A kij im wszystkim w oko!

Po kobiecemu zmienię sobie teraz temat, żeby dalej nie biadolić. Podsumowania dawno nie było jakiegoś takiego fikuśnego, z tabelką, prawda? Jak na korpoludka przystało powinnam kochać tabelki wszelkie i wykresiki, a zatem o proszę bardzo, o:

Styczeń 2016

Rodzaj aktywnoś˜ciLiczba aktywno˜ściDystans [km]Czas [hh:mm:ss]
Biegi15156.5215:33:13
Kolarstwo11239.859:26:33
Płˆywanie1531.313:56:21
Inne (siła)8-4:11:34
Ogółˆem49428.3543:07:41

Jak widać styczeń był całkiem pracowity – jakby nie patrzeć spędziłam na treningach ciut ponad roboczotydzień! Jakieś efekty tej Mysiej roboty? Otóż mam się nawet czym pochwalić, gdyż:

  • Poprawiłam wynik T-30, czyli w pływaniu kraulem bez przerw przez 30 minut. Pod koniec grudnia płynęłam swój pierwszy taki test i wtedy udało mi się przepłynąć ciągiem 1290m. Drugi raz płynęłam ten test na początku lutego i pokonałam około 1362.5m 🙂
  • Poprawiłam wynik T-200, czyli w pływaniu kraulem dystansu 200m. Pierwszy test płynęłam jakoś w połowie listopada. Udało mi się wtedy z bólem w płucach wykręcić czas 4’22”54. Kolejny test płynęłam w pierwszym tygodniu lutego i udało mi się uzyskać czas: 4’02”30.
  • W lutowym Biegu Urodzinowym w Gdyni poprawiłam swoją życiówkę na 10km. Co prawda nie udało mi się złamać 50 minut, o czym całkiem jawnie marzyłam przez tych kilka zimowych miesięcy, ale biorąc pod uwagę, że ledwo co pożegnałam solidne przeziębienie i nadal trenuję głównie w tlenie, to w sumie mogę być zadowolona, że nie było regresu 🙂 Mój nowy czas na 10km to 50’27” 🙂 Dodatkowo humor poprawił mi nowy rekord na 5km, również z tego samego biegu – mój Ninja (zegarek mój najulubieńszy) odnotował, że moje najszybsze 5km z tego biegu przebyłam w 24’56” – poprzedni rekord 25’09” padł we wrześniu 2015, w Biegu Na Piątkę w Warszawie.

Może dość już tego chwalenia… trening czeka 😉

Bieg Urodzinowy Gdyni 2016

To był bardzo pouczający weekend. Z dwóch względów, po pierwsze, w sobotę miał miejsce Bieg Urodzinowy Gdyni 2016 (Gdynia ma już 90 lat!). Po drugie, na niedzielę miałem zaplanowany w mikro tzw. dzień konia, czyli wszystkie rubryki (pływanie, rower, bieg, siła) miały w sobie wpis!

Zacznijmy od biegu. Przed biegiem byłem dosyć mocno zestresowany. W sumie kompletnie bez sensu, ale mimo wszystko byłem. To miał być drugi bieg na dystansie 10 km, który miałem przebiec w czasie poniżej 40 minut. Pierwszy był Nocny Bieg Świętojański 2015, też w Gdyni. Wtedy uzyskałem czas 39 minut i 52 sekundy. Jak mi się wtedy biegło opisałem w podsumowaniu roku 2015. Tym razem fizycznie czułem się dobrze, po przeziębieniu nie było już śladu. Co więcej, akcent zrobiony w poniedziałek pozwalał mi być optymistą, że ponownie się uda. Z drugiej strony bardzo bałem się, żeby się nie spalić. Nie wyrwać zbyt szybko, nie pobiec zbyt mocno od początku. Trenerka zasugerowała strategię taką, żeby pierwsze trzy kilometry pobiec na spokojnie, w tempie 4’00″/km. A potem miałem grzać.

Przed biegiem miała miejsce rozgrzewka, razem z Moniką i innymi zawodnikami Tridei. Ja najpierw potruchtałem z Maćkiem, potem porobiliśmy przyspieszenia (już bardziej każdy na własną rękę). Krótkie rozciąganie i można iść (truchtać) na start. Tak więc truchtamy z Moniką na start, a w mojej głowie dziesiątki scenariuszy, jak rozegrać ten bieg. Czy powinienem zignorować wytyczne trenerki i od początku pociągnąć mocno? A może jednak się posłuchać i poczekać z wyrywaniem? Na trasie są trzy podbiegi, w tym jeden dosyć długi (ponad kilometr), może powinienem je wszystkie pobiec oszczędnie? A może te krótkie zrobić mocno i tylko na Świętojańskiej się pooszczędzać? Gonitwa myśli trwała w najlepsze. Przedstartowy buziak od Moniki na szczęście i rozeszliśmy się do swoich stref startowych. W strefie coraz więcej wątpliwości. Przecież w poniedziałek akcent wyszedł dobrze, czułem się mocny, może jednak pognać?

Zabrzmiał sygnał startowy, moja fala wystartowała. Przekraczając linię startu podjąłem decyzję, początek pobiegnę tak jak to było ustalone, potem zobaczę jak się będę czuł. Pierwszy kilometr prawie idealnie w zgodzie ze strategią, 3’59”. Chwilę później zaczął się pierwszy, najkrótszy, podbieg. Skupiłem się na tym, żeby nie zrobić tego, co robię zazwyczaj, czyli nie pognać pod górę. Trzymać tempo, biec swoje. Drugi kilometr w 4’02”. Trzeci kilometr, płaski, na którym jest dosyć długi prawy łuk, większość ludzi biegnie po zewnętrznej. Zawsze zastanawiam się, dlaczego? Przecież w ten sposób dokładają sobie dodatkowy dystans do przebiegnięcia 😉 Patrząc na to z mojej perspektywy, to w sumie dobrze, bo wewnętrzna jest wolna dla mnie! Zaczęło mnie nieść, czułem się mocny. Ten kilometr zajął 3’56”. Uśredniając, prawie się zmieściłem w strategii. Na czwartym kilometrze jest drugi podbieg, pod wiadukt, też w sumie krótki. Postanowiłem pobiec go trzymając dalej to samo tempo, co się udało, bo ten kilometr przebiegłem w równo 4 minuty. Stwierdziłem, że czas trochę przyspieszyć. Piąty kilometr wyszedł 3’54”. Powoli zbliżam się do Świętojańskiej, prawie 1,5 kilometra podbiegu. Niby nie stromy, ale potrafi zmęczyć. Chciałem w tym biegu cały ten dystans przebiec ze średnim tempem poniżej 4 minut na kilometr. Udało się! Szósty kilometr zajął 3’49”, a siódmy 3’56”. Zgodnie z tym, co pokazał zegarek, na siódmym kilometrze, pomiędzy jego początkiem i końcem, była różnica poziomu 18 metrów. A praktycznie całą Świętojańską wyprzedzałem ludzi. Z tyłu głowy miałem cały czas głos, który mówił mi „nie przegnij!”. Ciało mówiło z kolei, żeby gnać. Posłuchałem jednak głosu, jak się za chwilę okazało, niepotrzebnie. Gdy dobiegłem do góry ul. Świętojańskiej czułem, że ciągle mam dużo sił i pobiegłem ją za wolno. Trudno, trzeba pocisnąć końcówkę, może się jeszcze uda podkręcić tempo! Na ósmym kilometrze, zrobionym w 3’44”, zdołałem jeszcze odsapnąć, bo było z górki. Dziewiąty kilometr to był już początek finiszu, ale znowu nie chciałem się spalić, więc pobiegłem zachowawczo. Wyszło 3’46”. Ostatni kilometr pobiegłem tak samo jak ósmy, w 3’44”. W sumie wyszło 39’10”.

Nowa życiówka, lepsza od poprzedniej o 42 sekundy. Z jednej strony ogarnęła mnie radość, z drugiej czułem niedosyt. Za dobrze się czułem, nie zmęczyłem się tak, jak walcząc o poprzednią życiówkę. Sprawdziłem na zegarku, jakie miałem średnie tętno. Wynik? Średnio 154 uderzenia na minutę, maksymalne 163. Co?! Przecież ja wyższe tętno mam na treningach interwałowych! Z jednej strony cieszę się z tego wyniku, naprawdę. Z drugiej, widzę, że powinienem popracować nad głową. Przy poprzedniej życiówce, na dokładnie tej samej trasie, miałem średnie tętno 161, maksymalne 170. W sumie też nisko, ale jednak przyłożyłem się mocniej. Zastanawiałem się przez ostatnie dwa dni, dlaczego tak się stało. Formę fizyczną mam, jak widać, dobrą i rosnącą. Czyli to coś w głowie, co nie pozwala mi się mocniej zmęczyć. A przecież chciałbym w tym roku zrobić jeszcze kilka życiówek! Dzisiaj w trakcie regeneracyjnego truchtania doszedłem do wniosku, że marcowy półmaraton w Gdyni powinienem dać radę przebiec w tempie poniżej 4 minut na kilometr. Musze jedynie popracować nad głową! Jak? Pewnie na dwa sposoby, po pierwsze pogadać ze sobą „po swojemu” 😉 Po drugie, co już zapowiedziała trenerka, treningiem szybkościowym. Oj, dostanę wciry… 😉

A teraz parę przemyśleń w temacie dnia konia, na dzień po zawodach. Bałem się tej niedzieli strasznie. Na szczęście, pobiegłem zawody, jak pobiegłem. Dzięki temu zmęczenie było praktycznie żadne. 🙂 Ale! Nie chciało mi się wstać na basen z rana, więc stwierdziłem, że najpierw zrobię zakładkę (odwrotną, najpierw bieganie, potem rower na trenażerze) i siłę („tylko” core), a basen zostawię na deser. Bieganie wyszło luźniutko, rower jeszcze bardziej, ale siła mnie zmasakrowała. A to tylko w sumie 13 minut podporów w różnych wariantach! Na basen trafiłem kilka godzin później, samopoczucie było już lepsze. Ale po przepłynięciu tych 2200 metrów czułem się podmęczony. I tak na koniec dnia zacząłem się zastanawiać, jak ja sobie dam radę w tym triathlonie? 😉 Na szczęście uświadomiłem sobie, że nie będę przecież startował w zawodach dzień po dniu. No i dzisiaj, pomimo że jestem po regeneracyjnym bieganiu, jestem już o wiele bardziej wypoczęty 🙂

Inspiracja – cytatów kilka

Ludzie trenujący rozmaite sporty bardzo często rozmawiają o motywacji, o tym co ich inspiruje do treningu. Co pomaga motywację utrzymać, albo nawet ją podkręcić. Planuję post o motywacji, ale to jeszcze nie ten czas. Dzisiaj postanowiłem się podzielić swoimi przemyśleniami w temacie inspiracji, a konkretnie paroma cytatami, które poniekąd definiują to, jak obecnie podchodzę do treningu, zawodów i sportu w ogóle, jak również do życia w ogóle. To będzie zbiór moich ulubionych cytatów z różnych źródeł, czasami pewnie okażą się zaskakujące. Do rzeczy!

Pierwszy cytat przypomina mi o tym, że w życiu są rzeczy ważniejsze niż posiadanie.

There must be more to life than having everything. – Maurice Sendak

W kwestii treningu i zawodów, ten cytat przypomina mi, że posiadanie nawet najlepszego sprzętu nie zapewni wyniku. Sprzęt jest dodatkiem do tego, co mamy wewnątrz. Liczy się przede wszystkim nasza praca, mądra praca, zazwyczaj też ciężka. Dlaczego najpierw mądra? Bo można ciężko trenować, ale bez sensu. Przykładowo, robić trening wyłącznie szybkościowy, gdy trenujemy do maratonu. Czy będziemy szybcy? Tak. Czy będziemy szybcy w maratonie, gdy nie wybiegamy odpowiedniej objętości? Wątpliwe.

Drugi cytat podkreśla rolę tego, żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce 😉 Bez tego nie ma mowy o sukcesie.

Desire is the most important factor in the success of any athlete. – Willie Shoemaker

Inną kwestią jest to jak definiowany jest sukces. Dla kogoś to będzie po prostu ukończenie zawodów, dla innych zrobienie jakiegoś konkretnego wyniku czy życiówki, dla jeszcze innych pokonanie innego zawodnika. Żeby to osiągnąć trzeba chcieć. Chcieć trenować, chcieć poświęcić czas i zasoby na trening, chcieć opuścić strefę komfortu. Przeprowadziłem kilka prezentacji na temat biegania i często pojawiającym się na nich pytaniem było: jak zrobić, żeby mi się chciało biegać? Moja odpowiedź zazwyczaj była zadziwiająca dla słuchających: zdecyduj, że Ci się chce. Reakcja? „Ale jak to, zdecyduj?” Tak, to właśnie Ty masz tę moc, żeby o tym zdecydować. Więcej będzie we wpisie o motywacji, który pojawi się za czas jakiś 😉

Kolejnym cytatem jest cytat jednego z Pogromców Mitów.

Failure is always an option. – Adam Savage

Często spotykałem się z tym, że trenujący jakiś sport mówią, że nie ma możliwości, żeby się nie udało. Otóż jest. Trzeba się z nią liczyć. Co więcej, porażka nie oznacza końca świata. Z porażek trzeba wyciągać wnioski, wprowadzać poprawki, a potem dalej robić swoje. Porażki, przynajmniej w moim przypadku, są niestety najskuteczniejszym sposobem nauki. Dlaczego niestety? Bo wiele razy zdarzyło się, że o czymś czytałem, czy słyszałem, a potem w trakcie treningu lub zawodów popełniłem dokładnie ten błąd. Mądry Polak po szkodzie? 🙂 Najważniejsze, to wyciągać wnioski i nie popełniać tych samych błędów ponownie.

Ten cytat jest bardzo istotny dla osób takich jak ja, ponieważ przypomina o bardzo ważnej części treningu: odpoczynku!

The time to relax is when you don’t have time for it. – Sydney J. Harris

Szczególnie istotny jest odpoczynek w okresie przedstartowym, albo w trakcie trwania BPSa. Wtedy najbardziej kusi mnie, żeby sobie dołożyć wysiłku. Mimo, że trenerka już zadbała o to, żebym dostał w tyłek. To chyba taki kompleks prymusa. I często boję się, że w trakcie najważniejszych zawodów wyjdzie, że jednego treningu mi zabrakło do celu… A regeneracja, co powie Wam każdy trener, to jest część treningu. Istotna część treningu!

Wykrzywiona forma poniższego cytatu często jest przytaczana przez różnych ludzi, którzy w nie do końca dobry sposób próbują coś zrobić. Bardzo często przez polityków.

Wisdom denotes the pursuing of the best ends by the best means. – Francis Hutcheson

Oryginał często tłumaczony jest jako „cel uświęca środki”, co jest po prostu karykaturą oryginalnego znaczenia. Ja tłumaczę sobie to tak: rozwaga nakazuje poszukiwać najlepszych rozwiązań uzyskanych najlepszymi środkami. Prawda, że znaczy to coś zupełnie innego, niż „cel uświęca środki”? Tutaj nawiązać można ponownie do mądrej pracy na treningu. Szukamy najskuteczniejszych środków treningowych, które najmniejszym nakładem sił pozwolą uzyskać oczekiwany efekt. Można to odnieść do zasady najsłabszego skutecznego środka treningowego. Czyli nie ma sensu się zarzynać na treningu, jeżeli ten sam efekt można osiągnąć lżejszym treningiem. Chyba, że celem treningu jest głowa, przyzwyczajenie jej do zarzynania się na zawodach 😉 Tak czy owak, trzeba szukać rozsądnych sposobów osiągania najlepszych celów.

When we have done our best, we should wait the result in peace. – John Lubbock

Trzeba pamiętać o tym, że gdy wszystko co miało zostać zrobione zostało zrobione, to wtedy ze spokojem trzeba oczekiwać rezultatów. To zresztą napisała mi Ola w mikro, tuż przed startem w maratonie, cytuję:

Wszystko zostało zrobione… Leć więc 😉 – Aleksandra Sypniewska

Rzetelnie wykonana praca odpłaca się efektami. Z jednej strony mówi nam to tyle, że nie warto się stresować, jeżeli zrobiliśmy co trzeba. Zdarzyło mi się kilka razy „spalić się w głowie” na zawodach. Głowa sama wytworzyła takie ciśnienie, że ciało samo się poddawało. Tak było z moim łamaniem 40 minut na 10 km. A przecież jeżeli procent realizacji treningu stoi na dosyć wysokim poziomie, to potem przekłada się na wzrost formy. Obecnie jestem właśnie na takim etapie. Jeśli dobrze kojarzę (a wydaje mi się, że tak, bo sprawdziłem mikroplany 😉 ), to w tym sezonie przygotowawczym odpuściłem JEDEN trening – siłę – której nie dałem rady zrobić, ze względu na migrenę. Moja forma jest na fali wznoszącej. Oceniam, że jestem w formie zbliżonej do tej, którą osiągnąłem na koniec przygotowań do maratonu. Owszem, objętości są jeszcze trochę mniejsze, ale tak czy owak, jest dobrze. A będzie lepiej! Czyli stając na starcie zawodów nie powinienem się stresować aż tak, żeby negatywnie odbiło się to na moich możliwościach!

Z powyższym wiąże się kolejny cytat.

Whether you say you can’t or you can, you’re right. – Walt Disney

Często nasze nastawienie determinuje, czy coś uda nam się zrobić, czy nie. Jeżeli wierzymy, że tak, to bardziej się staramy, robimy więcej, żeby się udało. Jeżeli nie wierzymy, to często sami, nie do końca świadomie, sabotujemy swoje wysiłki. Bo przecież się nie uda. Taka samospełniająca się przepowiednia. U zawodników występuje często efekt pigmaliona. Polega on na tym, że jak trener powie zawodnikowi, że da radę, to ten zazwyczaj daje radę. Ciekawe, prawda? 🙂

Teraz czas na te cytaty, które być może będą zaskakujące, ze względu na źródła 🙂 Cytaty, które w dużej mierze pomogły mi wydobyć się z depresji. Pierwsze dwa pochodzą z filmu Kung Fu Panda. Trzeci pochodzi z drugiej części, czyli Kung Fu Panda 2. Czwarty usłyszałem w serialu animowanym Xiaolin Showdown, a w oryginale przypisywany jest Laozi, chińskiemu filozofowi.

Mr. Ping: The secret ingredient is… nothing!
Po: Huh?
Mr. Ping: You heard me. Nothing! There is no secret ingredient.
Po: Wait, wait… it’s just plain old noodle soup? You don’t add some kind of special sauce or something?
Mr. Ping: Don’t have to. To make something special you just have to believe it’s special.
[Po looks at the scroll again, and sees his reflection in it]
Po: There is no secret ingredient…

Powyższy cytat to fragment rozmowy pana Pinga z Po, kiedy postanowił wyjawić Po sekretny składnik zupy. Okazało się, że nie ma żadnego sekretnego składnika, była po prostu zupa.

Tai Lung: Finally… oh, yes… at last, the power of the Dragon Scroll is *mine*…
[He opens the scroll – and stares at it]
Tai Lung: It’s nothing!
Po: It’s okay. I didn’t get it the first time either.
Tai Lung: What?
Po: There *is* no secret ingredient. It’s just you.

Ten cytat pochodzi z fragmentu filmu, kiedy Tai Lung walczy z Po. Tai Lung odebrał Smoczy Zwój i po rozwinięciu go odkrył, że zwój jest pusty. Cały zwój był kawałkiem lustrzanego materiału, w którym „czytający” mógł zobaczyć swoje odbicie.

Powyższe dwa cytaty uświadomiły mi coś, co uświadomić powinien sobie każdy. Nie istnieje żaden magiczny sekretny składnik, który pozwoli rozwiązać wszelkie problemy i da nieograniczoną siłę. To wszystko siedzi w nas, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. To ja jestem tym, który może tworzyć w swoim życiu. Mogę wybierać ścieżkę, którą podążę. Co zrobię, gdy spotka mnie przykrość? Co zrobię, gdy odniosę sukces? Decyzja należy wyłącznie do mnie.

Soothsayer: Your story may not have such a happy beginning, but that doesn’t make you who you are. It is the rest of your story, who you *choose* to be. So, who are you, panda?
Po: [determined] I am Po. And I’m gonna need a hat.

Powyższy cytat jest fajnym uzupełnieniem dwóch poprzednich. Ten cytat pokazuje, że nasz los nie jest zdeterminowany tym, skąd przyszliśmy, gdzie zaczęła się nasza podróż. Bo swoją drogę zawsze możemy wybrać. Dla mnie jest on również bardzo osobisty. Z pewnych względów obwiniałem parę osób o to, jaki byłem, jakie miałem problemy, co się ze mną stało, że wpadłem w depresję. Dopiero terapia i lektura „7 nawyków skutecznego działania” pozwoliły mi zrozumieć, że to wszystko były wymówki. Tak było łatwiej i wygodniej żyć, móc obwiniać kogoś za swoje porażki. Cała odpowiedzialność, wydawało mi się, spadała na kogoś innego. Zdanie sobie sprawy z tego, że sami ponosimy odpowiedzialność za swoje życie jest, dla mnie, z jednej strony wielkim ciężarem, z drugiej źródłem ogromnej siły. Skoro to ja decyduję, co się ze mną stanie, to ja mam moc, dzięki której mogę pokierować swoim życiem. Oczywiście, zaraz pojawią się głosy, że to ułuda, bo nie ma się wpływu na rozmaite zdarzenia, etc. Owszem, na cały świat wpływu nie mamy. Ale jeśli coś mi się przydarzy, to ja decyduję o tym, jak na to zareaguję. Tylko ja.

A na koniec coś, co powinno każdemu uświadomić, że po pierwsze, każdy kiedyś zaczynał. Po drugie, że czas upłynie niezależnie od tego, czy coś będziemy robili, czy nie.

The journey of a thousand miles begins with but a single step.

Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Każda. Tak jak bieg na każdym dystansie zaczyna się od pierwszego kroku. Kiedyś przeczytałem, taką anegdotę:
– Który krok jest najważniejszy w maratonie?
– Następny.
I tak jest ze wszystkim. Zaczyna się od pierwszego kroku. Potem następują kolejne. Żadnego z nich pominąć się nie da. Wszystko ma swoją kolej. Wyobraźcie sobie rolnika, który pominął zasianie zboża, a potem w trakcie żniw chce zebrać plony. Czy to ma szansę się w ogóle udać? Ile razy w życiu mieliście moment, w którym zadawaliście sobie pytanie, czy też robiliście wyrzuty „dlaczego ja wtedy nie zaczęłam/zacząłem?”? Ja miałem takich momentów więcej, niż chciałbym 😉

A jakie są Wasze ulubione cytaty, powiedzenia, przypowiastki związane z treningiem?