Wynurzenia noworoczne

Obiecuję sobie, że będę tutaj częściej pisać i gdy tylko klikam ‚Nowy post’ znika cała zawartość mózgownicy i palce nie chcą jakoś sunąć po klawiaturze.
A przecież od poprzedniego wpisu (i nie chodzi tu o tabelkę z podsumowaniem 2015 roku), to znaczy od 7 października zdążyło się u mnie sporo zadziać 🙂
Po pierwsze – udało mi się przebiec w założonym czasie (poniżej 2h, dokładnie 1:58’48”), najważniejszy start tego sezonu, tzn. półmaraton w Gdańsku, z czego jestem ogromnie dumna 🙂 Jestem przekonana, że nie poradziłabym sobie bez wsparcia Szanownej Trenerki, ale przede wszystkim bez K., który nie dość, że rozpisywał mi osobiście treningi aż do września, to jeszcze pobiegł ze mną ten półmaraton! Dzielnie przeczołgał się moim żółwim tempem, żeby służyć mi swoim doświadczeniem i wspierać. Pocieszał mnie, kiedy zaczynałam jęczeć, podawał wodę, dbał o odżywianie na trasie. Nie myślałam, że wyjdzie ze mnie taka maruda, a tu proszę – są łaskawe uszy i nagle cały strach wylewa się ze mnie w postaci utyskiwań, stękań, pojękiwań i narzekań – totalny dramat! A K. jest po prostu święty!

2015_10_25_AmberExpoPolmaraton_Gdansk
Mysia ze Świętym Kamilem 🙂

Po drugie – jakimś cudem poprawiłam życiówkę na 10 km w Biegu Niepodległości w Gdyni (50’59”). K. znów dzielnie mi towarzyszył i wysłuchiwał mojego stałego repertuaru: „już nie mogę, muszę zwolnić”, „poczekaj”, „zaraz odpadną mi płuca”, „po cholerę mi to”. Co prawda nie udało mi się zejść poniżej 50 minut i przez kilka kolejnych dni chodziłam totalnie z siebie niezadowolona, ale… przeszło mi. Przemyślałam sprawę i doszłam sama ze sobą do ładu. K. zresztą tłumaczył, że to nie był główny cel w tym roku i że zabrakło treningów tempowych. Ja po prostu mam cichą nadzieję, że uda mi się te 50 minut złamać 13 lutego 2016 w Biegu Urodzinowym w Gdyni. Trzymajcie kciuki, proszę! 🙂
Po trzecie – nieustający katar i problemy z oddychaniem na basenie skłoniły mnie do wizyty u alergologa. O swojej alergii wiedziałam od dawna – jestem uczulona na całkiem pokaźny pakiet alergenów wziewnych, których raczej nie wyeliminuję z otoczenia (m.in. roztocza kurzu, pyłki traw). Bałam się bardzo astmy, a przede wszystkim, że usłyszę poradę w stylu: „pani musi skończyć z tym sportem”. Tak się jednak złożyło, że moja Trenerka również cierpi na alergię i astmę – kategorycznie zakazała zgrywania męczennicy i wysłała do lekarza. Tym sposobem skończyłam co prawda z bogatym pakietem lekarstw, ale nadal mam swój sport, a wyniki powoli się poprawiają 🙂 Zarówno te zdrowotne, jak i sportowe 🙂
Po czwarte – mniej więcej rozplanowałam już starty w 2016 roku. Najważniejszym startem w sezonie będzie 1/2 IM Enea Challenge Poznań. Wcześniej kilka krótszych (1/8 i 1/4) startów „treningowych”. Najbliższy start to wspomniany wcześniej Bieg Urodzinowy w Gdyni, a później drugie spotkanie z półmaratonem – 20 marca 2016, również w Gdyni…
[c.d.n.]

Jak potok płynie czas…

Nie mogę uwierzyć, że minęło tyle czasu odkąd ostatnio tu zaglądałam! Najwyższa pora coś skrobnąć, skoro w moim życiu tyle się dzieje! 🙂

Od października rozpoczęłam współpracę z panią trenerką od triathlonu, czyli robi się poważnie. Pływam dalej swoim własnym mysio-kraulem, chociaż naprawdę staram się nauczyć pływać poprawnie. Obecnie skupiam się na prawidłowej pracy nóg i… nie ma lekko – mój ciężki kuferek ciągnie mnie w dół, a kolana zginają się bez sensu. Stópki jak na złość nie zawsze chcą się obciągnąć, a gdy wreszcie zadowolona z pracy nóg odkładam deskę i próbuję płynąć pełnym stylem to… nogi znów toną 🙂 Trenerka pociesza mnie, że w końcu zaskoczy… mam cichą nadzieję, że przed pierwszymi zawodami. Do ogarnięcia przecież jeszcze tyyyle różnych rzeczy! Przede wszystkim ze względu na zbliżający się półmaraton w ostatnich tygodniach w ogóle nie mam treningów rowerowych. Ogromnie się stresuję, że nie opanuję roweru i pływania.

Bieganie jakoś mi idzie, ponoć coraz lepiej, ale ja oczywiście jestem głodna większej prędkości – już, natychmiast! Dobrze, że czuwa nade mną trenerka i K. – od czasu do czasu ktoś rozsądny musi mi skrócić smycz, żebym nie zaprzepaściła tygodni treningu przez własną popędliwość i głupotę, nie straciła z oczu celu długoterminowego.

Od ostatniego wpisu zdążyłam:

    • poprawić życiówkę na 10km w 53. Biegu Westerplatte w Gdańsku – w tej chwili mój czas to 51’20”
03
Jeszcze się szczerzę, czyli jak nic przed 5. km 🙂
  • dość już zmęczona wziąć udział w II Biegu o Złotą Górę w Kartuzach, na dystansie 9,2km – bardzo ładna trasa! – czas netto: 49’51”
  • zaliczyć Bieg na Piątkę przy okazji wspierania K. w jego maratońskiej przygodzie 🙂 – czas netto: 25’09”

A dzisiaj zapowiada się super przyjemny trening biegowy – 10 km po lesie, a później pot i łzy podczas core stability 😉

EnduroMan Elbląg 2015 – 10km mojej treningowej porażki :)

„Siała baba mak, nie wiedziała jak – trener wiedział i powiedział, a babie nie w smak… ”
Tak w skrócie można opisać przyczynę mojej porażki w tym biegu. Zabrakło mi doświadczenia i rozeznania we własnych możliwościach by odpowiednio rozłożyć siły w tym wymagającym biegu. A trener ostrzegał, napominał – przecież miał to być bieg treningowy, a nie wyścig. To podejście rozumiałam jeszcze mniej więcej na 5 minut przed startem. Jak zwykle gdy wystrzelił pistolet wstąpił we mnie jaki czort – tętno skoczyło na starcie do ponad 160 uderzeń serca na minutę i najwidoczniej cały tlen odpłynął spod kopuły. Zaczęłam powiedzmy spokojnie, chociaż oczywiście zupełnie nie w mojej II strefie tętna. Po około 300 m poczułam panikę – wyprzedzili mnie już chyba wszyscy biegacze, co do jednego. Mam tak po prostu ślimaczyć dalej? Bieg treningowy i tętno ma być niskie?! Przecież i tak nie jest! Nie jest i nie będzie! Nie w tym biegu przynajmniej! Przecież to TOTALNIE i NA 100% bieg przełajowy, zatem jestem TOTALNIE i NA 100% rozgrzeszona ze swojego podwyższonego tętna, prawda?! No i tym sposobem zamiast pobiec spokojny bieg treningowy popełniłam jakiś dziwny marszobieg. Zipałam, sapałam i prychałam, snułam się, zwisałam z liny pod Belwederem, generalnie robiłam wiele, ale trudno to nazwać bieganiem. W każym razie dopełzłam do mety z czasem znacznie gorszym niż bym sobie wymarzyła, ale może chociaż mądrzejsza po szkodzie…

A taka byłam właśnie przeszczęśliwa, że w ogóle dokończyłam ten bieg:

Mysia1
Miałam ochotę paść i całować ziemię…

A tu z K. – moim mądrym trenerem 🙂

2015_08_23_Enduroman_Elblag_12
Dumne Wizziulki

Mhm przemyśliwuje

Jest siódma rano – nieludzka godzina. Niby spałam jakieś 8 godzin, ale oczy wciąż lekko podpuchnięte, myśli leniwe i dalej chce mi się spać – jeszcze nie doszłam do siebie po wczorajszym EnduroManie. Wcinam nieprzepisową drożdżówkę z serem, zapijam ciepłą i słodką (również nieprzepisowo), kawą z mlekiem i zastanawiam się jak najlepiej oddać moje wrażenia z poprzedniego tygodnia trenigowego.
Sumarycznie – boję się 🙂 Lękam czy na pewno uda mi się nadrobić wszelkie braki przed przyszłorocznym startem w 1/2 IronMana. Nie jestem pewna czy dałabym radę w sprincie, a co dopiero w 1/2. Szaleństwo. A najbardziej przeraża mnie moja własna głowa, ale może jakoś tak bardziej po kolei?

Najpierw o pierwszej rowerowej „przejażdżce” na trenażerze.
Ha! To Ci dopiero żart! Jedź z kadencją 90, lekko, pilnuj tętna mówili. Ja nie dam rady? Lekko? No skoro lekko, to przecież dam! Rozpędzam swoje leniwe nogi na NAJNIŻSZYM obciążeniu. Trochę za długo zabiera mi wskoczenie na kadencję 90, tym samym moja spanikowana głowa i leniwe ciało pchają moje biedne serce w rytm 140 uderzeń na minutę. Zatem już nie lekko. Tętno ważniejsze mówili. Tylko, że już za późno! Może gdyby padło: „Trzymaj tętno 120, a jak się uda przy nim doskoczyć kadencji 90 to będzie super”… Ja już jednak mam w głowie informację, że POWINNA to być kadencja 90. Co robię? Trzymam te 90 rpm, przecież serce z piersi przy 140 bpm mi nie wyskoczy, co nie? I tak oto oszukuję plan treningowy przez przepisowe 30 minut. Ujechałam w tym czasie ledwie 10km – na najniższym obciążeniu, bez przewyższeń i utrudnień wszelakich na jakie rowerzysta narażony jest w terenie. Dramat i rozpacz. No i jeszcze jedno – suwam się w tych śliskich portkach, w tej cholernej grubej pielusze po siodle i obcieram sobie co nieco. Czy moje co nieco się do tego przyzwyczai?

Drugi trudny przystanek w tym tygodniu to „treningowy” bieg EnduroMan na dystansie 10km.
No i tutaj proszę Państwa to dałam do wiwatu ;/ Muszę tylko jeszcze zebrać myśli żeby najlepiej oddać stan mojego umysłu w trakcie i po tej całej „zabawie”…

c. d. n.

Wstępniak

Witaj Internetowy Przechodniu!

Jestem zszokowana, że w ogóle chciało Ci się tutaj zajrzeć!
Nie zdziw się, jeśli nie znajdziesz tutaj niczego ciekawego lub przydatnego – ostatecznie to MÓJ codziennik i wcale nie musi być atrakcyjny dla innych 🙂
Acha, dodatkowo jestem kiepska w pisaninie – w moim umyśle panuje chaos i dokładnie tego można się tutaj spodziewać.
Dostałeś ostrzeżenie i masz szansę opuścić ten dziennik, póki jeszcze moja sraczka myślowa nie odcisnęła na Tobie piętna – czuję się rozgrzeszona.
Welcome to Jamaica, have a nice day!

Co trenuję i dlaczego?

Od połowy kwietnia 2015 roku próbuję biegać.
Początkowo nawet trudno to było nazwać slow-joggingiem – nie dawałam rady przebiec łącznie 30 minut – łapała mnie kolka, pot lał się po twarzy i zipałam jak palacz z bronchitem. To był autentyczny dramat. I pomyśleć, że minęły niecałe 2 lata odkąd przestałam korzystać z siłowni i może pół roku kiedy ostatni raz byłam na pracowej siatkówce! Jak żyć?!
A dlaczego w ogóle zaczęłam? Otóż właśnie, po tym jak przestałam robić cokolwiek moja waga zaczęła dramatycznie rosnąć (w końcu uwielbiam jeść czy tam żreć, jak zacznę uzupełniać swój dziennik żywieniowy to zrozumiesz, dlaczego to drugie określenie jest bardziej adekwatne), a psychika siadać (nie tylko z powodu braku ruchu, ale nie o tym).
Musiałam zrobić coś ze sobą i dla siebie, a bieganie wydawało się najprostszym rozwiązaniem wszelkich moich problemów.
Mamy sierpień 2015 i mogę powiedzieć, że uprawiam jogging. Potrafię truchtać dłużej niż przez 30 minut, pocenie i zipanie niestety pozostało. Mój Pan Trener twierdzi, że uprawiam bieganie. W jego opinii jogger truchta sobie po 3-4km na sesję, a ja przecież na treningu przebiegam minimum 6 km. Ja tam swoje wiem – jestem Mysioggerem. Mysiotruchtam sobie zatem w lokalnych zawodach na 10km, a na październik 2015 zaplanowałam pierwszy udział w półmaratonie.
A co mnie podkusiło, żeby w przyszłym roku zostać kobietą z żelaza? Ano mój Pan Trener mnie podkusił i kibicowanie w tegorocznym Ironman 70.3 Gdynia.
Póki co zaczynam (tak, zaczynam, uczę się od około miesiąca?), pływać MysioKraulem, a dziś (21.08.2015) czeka mnie mój pierwszy trening na rowerze triathlonowym – oczywiście na trenażerze, żebym przypadkiem nie zaczęła swojej przygody z rowerem od spektakularnej wywrotki. Szkoda by było zedrzeć takie piękne nowe spodzienki czy kask.

Cokolwiek by się nie działo – proszę, trzymaj za mnie kciuki 🙂

C.d.n.