Zima, zima, zima, pada, pada śnieg…

Właśnie przeczytałam podsumowanie roku poczynione przez Kamila – oczywiście jednocześnie przyatakowało mój kobiecy mózg kilka spostrzeżeń:

  • Jak ja chciałabym mieć taką wenę!
  • Jak ja chciałabym mieć taką lekkość pisania!
  • Jak to możliwe, że facet pamięta dokładnie każde zawody, które przebiegł w ciągu tego roku, a ja mam problem z przypomnieniem sobie, co dokładnie zjadłam wczoraj w ciągu dnia?! No dobra, może jedzenie to jakaś specjalna kategoria, zapewne to mój mózg po prostu broni się przed tą informacją, no wiecie, żeby mnie uchronić przed przygnębieniem, depresją, zapchanie danymi (aplikacje typu FitnessPal to zdecydowanie zostały wymyślone przez mężczyznę i to przez mężczyznę o skłonnościach sadystycznych – oczywiście dla kobiet jak ja, z pamięcią w stylu rybki Doris). Ad rem – ja nie pamiętam swoich biegów po tygodniu, a co dopiero wszystko zebrać na koniec roku! Szacun i oddaj człowieku troszkę Twojej pamięci!
  • O tym, że podłoga wygląda na czystą na tych fotkach, to już w komentarzu wspominałam…
  • Jak ja mu zazdroszczę tego medalu Ludzika numero uno z cyklu PKO Grand Prix Gdyni 2015! Ja nie mam, bo jeszcze wtedy nie biegałam, ale w tym roku mam cichą nadzieję zgromadzić wszystkie cztery. Od biedy mogę ewentualnie sama sklecić jakiś pasujący z własną podobizną i potem przyszpanować – choć raz na pudle 🙂
  • A co ja będę gorsza, też se tu swoje medaliszcza wstawię, ha! (Już jak robił fotkę mu pozazdrościłam, moje dla odmiany leżą na obrusie – czystym faktycznie, a nie tylko wyglądającym – też dla odmiany).
IMG_3892
Mysie Biżu – kolekcja 2015

Żeby nie było, tak jak pisałam wcześniej – nie pamiętam jak się biegało te poszczególne biegi i może to i lepiej. We wcześniejszych wpisach chyba coś tam skrobnęłam o nieszczęsnym Enduromanie Elbląg 2015 – dla mnie nieszczęsnym, ale jeśli chodzi o organizację i atmosferę to akurat przecudna! Całkiem możliwe, że dzięki mojej słabej pamięci mam ochotę zapisywać się na kolejne biegi 🙂

Mysia w biżu – po odpicowaniu 🙂

No dobra, tylko co to wszystko ma wspólnego z tematem?! Ano jak na mnie przystało, będzie pokrętnie. Wstawiłam dzisiaj to zdjęcie właśnie dlatego, żeby sobie samej przypomnieć, że bieganie jest super. Gdy temperatura na dworze spadła poniżej zera, ale podniebny cukier puder jeszcze nie opadł, biegało mi się genialnie! Oddychałam elegancko, pełną piersią, jakoś tak nawet udało się przyspieszyć o kilka sekund na kilometr – cud, miód, malina. To było jeszcze przed świętami. Zamarzył mi się śnieg. Od razu wytłumaczę – to moja pierwsza biegowa zima, czuję się rozgrzeszona z braku wyobraźni 🙂 Na dodatek wszystkie te świąteczne dobra – pierniki, makowce, czekolady, marcepany – zaczęły się świetnie przyjmować. Nie powiem, na początku dostarczały fajnej energii do biegania, tylko jak ekologiczne ubranko zaczęło puchnąć to tak jakoś… No i tegez – przybyły mi 2 kg i niestety czuję przy bieganiu i pedałowaniu na trenażerze absolutnie każde 100g dodatkowego poświątecznego tłuszczyku 🙁 I niestety każdy przecudny płatek śniegu przy bieganiu też. Od dwóch tygodni drepczę napięta jak gumka recepturka – tu się poślizgnę, tam szpagatem błysnę. I nagle to fajne tempo, w sensie MOJE fajne tempo (jak mi pierwsza cyferka przeskoczyła z 6 na 5, to się dla mnie zrobiło fajne), poszło sobie w las 🙁 Moje własne łakomstwo (jedzeniowe i wrażeń też), mnie pokonało i teraz truchtam MysioŻółwiem – smutno mi i już wcale tak bardzo nie chcę tej zimy. Sucha leśna alejko, wróć!

Podsumowanie roku 2015

Lepiej późno niż później 😉 Z przyczyn rozmaitych (ostatnia sesja, pisanie pracy magisterskiej, lenistwo) dopiero teraz zabrałem się za podsumowanie sezonu 2015. To pierwszy sezon, gdy współpracuję z trenerką, Olą Sypniewską. Postępy poczyniłem znaczne, nowe życiówki, nowe osiągnięcia. Ale po kolei.

Zacznę od biegów najkrótszych. Tych w sezonie 2015 popełniłem w sumie pięć:

  • Bieg Urodzinowy w Gdyni (10 km) – 21 luty – czas 00:40:45
  • Bieg Europejski w Gdyni (10 km) – 9 maja – czas 00:41:45
  • Nocny Bieg Świętojański w Gdyni (10 km) – 19 czerwca – czas 00:39:52
  • Bieg o Złotą Górę (9,2 km) – 19 września – czas 00:36:05
  • Bieg Niepodległości w Gdyni (10 km) – 11 listopada – czas 00:50:59

Pierwszym startem w 2015 roku był gdyński Bieg Urodzinowy. To był pierwszy test, czy uczciwie przepracowałem zimę. W głowie tkwiła myśl, że jestem w stanie zrobić życiówkę na 10 km, co więcej – zejść po raz pierwszy poniżej 40 minut! Wszystko szło dobrze, aż do ul. Świętojańskiej, gdzie zaczynał się dosyć długi, chociaż łagodny, podbieg. Mój plan zakładał przyspieszenie właśnie na Świętojańskiej i mocny finisz aż do mety. Niestety, chwilę po zwiększeniu tempa mocno zabolała mnie pachwina. Wtedy plan z „zejść poniżej 40 minut” zmienił się na „po prostu dobiec”. Dobiegłem, życiówkę poprawiłem o 21 sekund (wcześniejsza była 00:41:09), ale zadowolony nie byłem. Nie lubię, kiedy coś w moim ciele zawodzi.

Kolejny start to Bieg Europejski, również w Gdyni. Tydzień później miałem biec maraton w Gdańsku, więc nie było sensu zbytnio ryzykować spinając się na wynik, ale po głowie znowu chodziło zejście poniżej 40 minut. Trenerka wymyśliła plan: pierwsze 3 km tempo 4:10 min/km, kolejne 3 km tempo 4:00-4:05 min/km, a potem ile fabryka dała. Plan dobry, miałem zamiar się do niego zastosować. Pierwsze 3km poszły zgodnie z planem, na 4 km poczułem ból w pachwinie, znowu! Mając z tyłu głowy, że za tydzień maraton, resztę trasy pobiegłem zachowawczo. Dobiegłem minutę wolniej niż w lutym.

Następna dziesiątka w Gdyni była tą, która zadziwiła mnie najbardziej w tym sezonie. Nie nastawiałem się na wynik, bo nie czułem się najlepiej przed startem. Miałem jakiś problem pokarmowy, bolał mnie brzuch i w sumie nie chciało mi się biec szybko. Mentalnie odpuściłem sobie ten bieg. I tak się właśnie kończy nie nastawianie na wynik… sam się zrobił 😉 Już na starcie uknułem sobie plan, żeby pobiec pierwsze 2-3km w tempie 4:10 min/km i potem zobaczyć, jak się będę czuł. Pierwszy kilometr pobiegłem w 4:07 min/km i byłem dziwnie rozluźniony. Stwierdziłem, że nie zwalniam tylko lecę dalej. Drugi km wyszedł 4:03 min/km i dalej był luz. Czułem, że tętno jest zaskakująco niskie. No to zobaczmy trzeci kilometr – wyszedł 3:57 min/km. Na czwartym kilometrze podbieg, to lekko odpuściłem, żeby się za szybko nie zajechać. Potem gaz, kolejne kilometry wyszły 3:57 i 3:59 – więc myślę, to spróbuję tylko leciutko odpuścić na Świętojańskiej i wtedy pognam do mety, może się uda złamać 40 minut. Świętojańska w 4:07 min/km, więc myślę – jest dobrze, gazu! 8 i 9 km wyszły po 3:50 min/km, a w połowie 10km nagle czuję jak mnie zaczyna zginać i mam wrażenie, że zaraz, za przeproszeniem, zbrązowię nogi… Ale biegnę, chociaż zwieracze ledwie trzymają… Patrzę, jest zegar a na nim 40:31, no to myślę, najwyżej popuszczę, trudno. Dobiegam, zatrzymuję zegarek i widzę czas: 39:55. Jest na krawędzi, ale chyba się udało. I potem dostałem smsa, oficjalnie 39:52. Udało się! Było tak źle, a skończyło się tak dobrze 😀 Cały bieg miałem w głowie praktycznie tylko jedną główną myśl – biegnij luźno, żeby nie załatwić pachwiny. I nie załatwiłem!

Bieg o Złotą Górę to bieg, którego celem było pozbycie się glikogenu z mięśni. Miałem się zmęczyć i pozbyć energii, w ramach przygotowań do startu w Maratonie Warszawskim. Oficjalnie trasa biegu ma 10 km, w rzeczywistości wychodzi tego 9,2 km. Ten bieg był o tyle ciekawy, że na odcinku od 0,5 km do 1,2 km był podbieg o 35 metrów 🙂 Niestety, biegło się trudno ze względu na kontuzję mięśni brzucha, którą udało mi się załapać parę dni wcześniej, w trakcie treningu szybkościowego. Medal ze Złotej Góry wygląda tak:

Medal z Biegu o Złotą Górę 2015
Medal z Biegu o Złotą Górę 2015

Ostatnia dziesiątka była już po okresie roztrenowania. Biegłem z Moniką, która kończyła sezon wyścigów biegowych. Udało się z lekkim przytupem, bo poprawiła swoją życiówkę po raz kolejny w 2015 roku, tym razem o 21 sekund 🙂 Komplecik medali z całego cyklu GP Gdyni w biegach ulicznych 2015 wygląda tak:

Medale Gdynia 2015
Medale Gdynia 2015

Następnie biegi na dystansie średnim, całe dwa:

  • Enduroman w Elblągu (25 km) – 23 sierpnia – czas 02:24:15
  • II Amber Expo Półmaraton (21,1 km) – 25 październik – czas 01:58:49

Enduroman… Mój brat, Arek, startował na dystansie 50 km. Umówiliśmy się, że pojedziemy większą ekipą, żeby mu pokibicować. Trenerka była uprzejma wpisać mi 30 km długiego wybiegania na ten dzień. Padł więc pomysł, żeby Arek biegł swoje, ja żebym pobiegł na dystansie 25 km (+ jedno kółko 5 km, którego jednak nie zrobiłem), a Monika na dystansie 10 km. Mama tym razem tylko kibicowała, ale nie wytrzymała i wybrała się obejść trasę. W bardzo nieodpowiednim obuwiu 😉 Jako, że wybieganie miało być luźne, to stwierdziłem, że nie spinam się na wynik i biegnę spokojnie, swoim tempem. Próbowałem pilnować tętna, ale średnio mi to szło. Biegi w ramach Enduromana mają to do siebie, że można je uznać za biegi poniekąd górskie. Dlaczego? Na dystansie 25 km według zegarka biegowego było 892 m podbiegów. Chociaż w przypadku podejścia pod Belweder, ciężko mówić o podbiegu 😉 Tak czy owak, udało mi się przebiec te 25 km bez strat własnych, przy średnim tętnie 151 uderzeń i zająć ostatecznie 5 miejsce. A byłem tydzień po ukończeniu Maratonu Solidarności. Strach pomyśleć, co by było, jak bym pobiegł na maksa 😉 Polecam te zawody, atmosfera na części biegowej była bardzo fajna, wręcz familijna 🙂 Medal z Enduromana wygląda tak:

Medal Enduroman 2015
Medal Enduroman 2015

II Amber Expo Półmaraton w Gdańsku, to druga impreza z tej serii i druga w której startowałem. Tym razem biegłem jako pacemaker dla Moniki, która postawiła przed sobą ambitne zadanie ukończenia półmaratonu w czasie poniżej dwóch godzin. Jak widać z wyżej wymienionego wyniku, udało się! Na mecie rozpierała mnie duma, bo poniekąd byłem współautorem tego osiągnięcia. Oczywiście, to Monika trenowała, pod koniec przygotowań prowadziła ją już Ola. Ale spory kawałek przygotowań poprowadziłem ja. Co tylko uświadomiło mi, że nie nadaję się na trenera, bo mam za mało wiedzy. No i do tego to poczucie odpowiedzialności za osobę trenowaną… To było ciężkie! Tak czy owak, założony cel został osiągnięty z zapasem, a w nagrodę dostaliśmy takie medale:

Medal II Amber Expo Półmaraton 2015
Medal II Amber Expo Półmaraton 2015

Na koniec biegi długie, w tym przypadku trzy maratony:

  • 1. PZU Gdańsk Maraton – 17 maja – czas 03:11:13
  • XXI Maraton Solidarności – 15 sierpnia – czas 03:25:19
  • 37. PZU Maraton Warszawski – 27 września – czas 02:58:13

Maraton w Gdańsku był startem testowym, żeby zobaczyć, jak wygląda moja kondycja i po cichu liczyłem na zrobienie nowej życiówki poniżej 3 godzin i 10 minut. Kondycyjnie było rewelacyjnie. Na mecie zrozumiałem, że w sumie to mogłem urwać jeszcze z 5 minut z tego czasu, jednak pobiegłem zachowawczo, ponieważ bałem się przegiąć po chorobie, którą przeszedłem tuż przed maratonem. Na początku chciałem pobiec wolniej, ale jak ruszyłem, to założone tempo (4:29 min/km) okazało się odpowiednie, więc biegłem z założonym tempem. Podpiąłem się do kilku biegaczy, którzy do 22-23 km ciągnęli w tempie około 4:30 min/km, a chwilami nawet ciut szybciej. W trakcie biegu pojawiły się dwa problemy. Pierwszy, w okolicach 28 km zaczęły mnie bardzo boleć stopy. Po oględzinach już w domu, okazało się, że zrobiły się i popękały mi pęcherze. Nie byłem w stanie biec na śródstopiu, pojawiła się myśl, żeby zejść z trasy. Ale potem pojawiła się jeszcze inna myśl – mogę spróbować pobiec bardziej z pięty. Spróbowałem, bolało dużo mniej – lądowałem (próbowałem) na prawie płaskiej stopie, żeby nie zupełnie z pięty. Udało mi się nawet przyspieszyć. I tak sobie biegłem, nawet podbieg na 34 km nie był mi straszny. Czułem, że bolą mnie uda, ale starałem się je rozluźnić i po prostu biec. Dobiegłem do około 37 km i wtedy poczułem palący ból w pachwinie. Głowa nie wytrzymała i zacząłem iść. Wziąłem flaszkę wody (była zimna od wiatru) i się polałem, po czym zacząłem już tylko truchtać, nie mogłem wejść w rytm. Byłem cały spięty. Gdzieś tam po drodze znowu na chwilę zacząłem iść, ale w końcu zmusiłem się znowu do truchtania. I tak dotarłem do mety. Oficjalnie po 3:11:13. Na całej trasie wiatr dawał się we znaki jak wiał od frontu lub boków, co też chwilami mocno mnie spowalniało. Na koniec już w ogóle dał czadu, jak już mnie ta pachwina mocno bolała, bo miałem wrażenie że stoję w miejscu. Ale dobiegłem, zrobiłem nową życiówkę. Niestety, poniżej moich własnych oczekiwań. Byłem zawiedziony, szczególnie tą pachwiną… Medal z tej imprezy wygląda tak:

Medal 1. PZU Gdańsk Maraton 2015
Medal 1. PZU Gdańsk Maraton 2015

Drugim startem maratońskim, który miał być po prostu długim wybieganiem czy też jak to nazwała trenerka „zrobieniem objętości”, był XXI Maraton Solidarności. To mój trzeci Maraton Solidarności z rzędu! W XIX Maratonie Solidarności debiutowałem na tym królewskim dystansie. W 2015 roku po raz pierwszy było tak gorąco, do tej pory mnie oszczędzało. Na trasie nie było większych emocji, poza tym, że na 17 km zaczęła mnie pobolewać pachwina, ale wystarczyło się rozluźnić i było dobrze. Cały czas polewałem się wodą, na każdym z punktów żywieniowych. Mimo tego na 39 km mnie zgrzało na tyle, że zrobiło mi się biało przed oczami i na chwilę przystanąłem. Dobrze, że był przy mnie wtedy Arek, bo inaczej pewnie bym się nie zmotywował do dokończenia. Tempo mi spadło, do mety już tylko dotruchtałem. Byłem ugotowany. Ale dobiegłem! I kolejny medal do kolekcji:

Medal XXI Maraton Solidarności 2015
Medal XXI Maraton Solidarności 2015

O Maratonie Warszawskim skrobnąłem już parę słów tutaj. To był start główny sezonu 2015. Cel był „prosty”, ukończyć ten maraton z czasem poniżej 3 godzin. Tego dnia prawie wszystko było źle. Ale po kolei. Już w trakcie rozgrzewki bolał mnie brzuch. Od startu starałem się pilnować, żeby być w miarę rozluźnionym. Pierwszy raz miałem zamiar korzystać z pomocy pacemakera. Pacemaker generalnie był trochę zagubiony, bo pierwszy kilometr poprowadził w okolicach 4’00”, a potem zwalniał i przyspieszał, szarpiąc tempem. Pierwsza piątka poszła mi słabo, kolejna tak samo. Na 10 km przyjąłem pierwszy żel. Do 15 km po prostu już cierpiałem. Na około 17 km pacemaker poczuł zew natury i udał się do toitoi’a, więc dalej biegłem pilnując tempa sam. Grupa biegnąca na 3 godziny się rozpadła, część osób przyspieszyła, część zwolniła. Jako że zegarek mi ściemniał z czasami poszczególnych kilometrów, więc musiałem w głowie liczyć, jaki czas powinienem mieć na każdym kilometrze i szacować, czy biegnę dobrze, czy nie. Na 20 km kolejny żel. Jak się potem okazało ostatni. Liczenie jakoś mi szło, na połowie dystansu miałem około minuty zapasu. Problem w tym, że zaczęły mnie też boleć stopy – buty mi się uklepały, to był błąd, że nie kupiłem nowych. Znaczy, kupiłem, ale kurde w złym rozmiarze (numer mniejsze niż trzeba) i nie mogę w nich biegać dłużej niż godzinę, bo zaczynają być za ciasne. W okolicach 25km miałem mocne postanowienie, że jeśli nie przejdzie mi ból brzucha do 30km, to schodzę z trasy. Jakoś na 26km był krótki podbieg i stwierdziłem, że przynajmniej nie zwolnię, nawet jeśli nie uda mi się przyspieszyć. Podciągnę trochę i potem wrócę do swojego tempa, żeby zobaczyć jak się będę czuł. Gdy przyspieszyłem biegacz który biegł za mną od kilku kilometrów jęknął tylko „Chyba cię pogięło!”. Ale pomogło/zadziałało, mogłem biec. Do 30 km jakoś się dokulałem. Na 32 km był zegar, na którym zobaczyłem czas 2 godziny 14 minut. Miałem 45 minut na przebiegnięcie ostatniej dychy. 4:30 min/km. W głowie coś mi przeskoczyło, ból nie tyle zniknął, co się oddalił. Przecież w 45 minut to ja dychę na treningach z palcem w nosie biegam. Stwierdziłem, że nie odpuszczę. Ze względu na palący ból zewnętrznych krawędzi stóp zacząłem biec z pięty, żeby tylko nie zwolnić, nie odpuścić. Niewiele pamiętam z tych ostatnich 10 km, poza tym, że praktycznie non-stop wyprzedzałem i coś z tyłu głowy mi krzyczało „zwolnij, żebyś się nie spalił, żeby cię nie odcięło”. Od 40 km leciałem już na autopilocie, na 41 km poczułem że zwalniam. Jak zobaczyłem tablicę „600 metrów do mety” to miałem wrażenie, że ledwie truchtam. Jak się potem okazało, ostatni kilometr pobiegłem w tempie ~3:45 min/km… Na mecie musiałem złapać się barierek, żeby nie paść na twarz. Po minucie pokuśtykałem na masaż, po masażu już było dużo lepiej. Wniosek na przyszłość, nie biegajcie maratonów w uklepanych butach, to zły pomysł. Na mecie była Mama i Monika, ciężko mi było powstrzymać wzruszenie… A medal z tego wydarzenia wygląda tak:

Medal 37. PZU Maraton Warszawski 2015
Medal 37. PZU Maraton Warszawski 2015

Ogólnie, w sezonie 2015 dużo było biegania, trochę mniej roweru i sporo pływania. Pływanie to moja pięta achillesowa. Ale o tym innym razem. Podsumowując, wszystkie medale z biegów w 2015 roku wyglądają tak:

Medale 2015
Medale 2015

Dziękuję wszystkim za wsparcie, którego mi udzielili. I proszę o więcej! 😀 Bo ten rok będzie jeszcze cięższy. Szykują się pierwsze starty TRI…

Witaj, świecie!

Witaj na witrynie trilozofia.pl. Niedługo nastąpi początek programu.

Na początku zawsze pada pytanie „Ale o co chodzi?”. Chodzi o spisywanie pamiętniczka, dla przyjemności, dla potomności. Tym przecież jest blog, nieprawdaż? W tym miejscu w sieci będziemy (my, czyli Monika i Kamil) wrzucać to, co nam się żywnie spodoba. Najczęściej pewnie wpisy będą dotyczyły tematów okołotriathlonowych. Dlaczego? Bo taka nasza trilozofia 😉

Pomysłów na wpisy jest wiele. Dotyczyć będą (kolejność przypadkowa):

  • treningu triathlonowego
  • diety i żywienia (nie tylko w sporcie)
  • sprzętu
  • techniki (w szerokim tego słowa znaczeniu)
  • naszych postępów, osiągnięć i porażek
  • rzeczy różnych, acz ciekawych 😉

Jeśli zdarzyło Ci się zajrzeć, zostaw po sobie ślad. Jeśli jakiś wpis wydał Ci się szczególnie kontrowersyjny/ciekawy/nudny, daj znać!

Może wydawać się dziwne, że wpis „Witaj świecie” nie jest pierwszy, ale taka to już sytuacja. Jakiś czas temu Monika zaczęła prowadzić bloga w innym miejscu sieci, ale skoro powstało to, to przeniesione zostały tutaj.

To na razie tyle, zapraszamy do lektury!

Wynurzenia noworoczne

Obiecuję sobie, że będę tutaj częściej pisać i gdy tylko klikam ‚Nowy post’ znika cała zawartość mózgownicy i palce nie chcą jakoś sunąć po klawiaturze.
A przecież od poprzedniego wpisu (i nie chodzi tu o tabelkę z podsumowaniem 2015 roku), to znaczy od 7 października zdążyło się u mnie sporo zadziać 🙂
Po pierwsze – udało mi się przebiec w założonym czasie (poniżej 2h, dokładnie 1:58’48”), najważniejszy start tego sezonu, tzn. półmaraton w Gdańsku, z czego jestem ogromnie dumna 🙂 Jestem przekonana, że nie poradziłabym sobie bez wsparcia Szanownej Trenerki, ale przede wszystkim bez K., który nie dość, że rozpisywał mi osobiście treningi aż do września, to jeszcze pobiegł ze mną ten półmaraton! Dzielnie przeczołgał się moim żółwim tempem, żeby służyć mi swoim doświadczeniem i wspierać. Pocieszał mnie, kiedy zaczynałam jęczeć, podawał wodę, dbał o odżywianie na trasie. Nie myślałam, że wyjdzie ze mnie taka maruda, a tu proszę – są łaskawe uszy i nagle cały strach wylewa się ze mnie w postaci utyskiwań, stękań, pojękiwań i narzekań – totalny dramat! A K. jest po prostu święty!

2015_10_25_AmberExpoPolmaraton_Gdansk
Mysia ze Świętym Kamilem 🙂

Po drugie – jakimś cudem poprawiłam życiówkę na 10 km w Biegu Niepodległości w Gdyni (50’59”). K. znów dzielnie mi towarzyszył i wysłuchiwał mojego stałego repertuaru: „już nie mogę, muszę zwolnić”, „poczekaj”, „zaraz odpadną mi płuca”, „po cholerę mi to”. Co prawda nie udało mi się zejść poniżej 50 minut i przez kilka kolejnych dni chodziłam totalnie z siebie niezadowolona, ale… przeszło mi. Przemyślałam sprawę i doszłam sama ze sobą do ładu. K. zresztą tłumaczył, że to nie był główny cel w tym roku i że zabrakło treningów tempowych. Ja po prostu mam cichą nadzieję, że uda mi się te 50 minut złamać 13 lutego 2016 w Biegu Urodzinowym w Gdyni. Trzymajcie kciuki, proszę! 🙂
Po trzecie – nieustający katar i problemy z oddychaniem na basenie skłoniły mnie do wizyty u alergologa. O swojej alergii wiedziałam od dawna – jestem uczulona na całkiem pokaźny pakiet alergenów wziewnych, których raczej nie wyeliminuję z otoczenia (m.in. roztocza kurzu, pyłki traw). Bałam się bardzo astmy, a przede wszystkim, że usłyszę poradę w stylu: „pani musi skończyć z tym sportem”. Tak się jednak złożyło, że moja Trenerka również cierpi na alergię i astmę – kategorycznie zakazała zgrywania męczennicy i wysłała do lekarza. Tym sposobem skończyłam co prawda z bogatym pakietem lekarstw, ale nadal mam swój sport, a wyniki powoli się poprawiają 🙂 Zarówno te zdrowotne, jak i sportowe 🙂
Po czwarte – mniej więcej rozplanowałam już starty w 2016 roku. Najważniejszym startem w sezonie będzie 1/2 IM Enea Challenge Poznań. Wcześniej kilka krótszych (1/8 i 1/4) startów „treningowych”. Najbliższy start to wspomniany wcześniej Bieg Urodzinowy w Gdyni, a później drugie spotkanie z półmaratonem – 20 marca 2016, również w Gdyni…
[c.d.n.]

Jak potok płynie czas…

Nie mogę uwierzyć, że minęło tyle czasu odkąd ostatnio tu zaglądałam! Najwyższa pora coś skrobnąć, skoro w moim życiu tyle się dzieje! 🙂

Od października rozpoczęłam współpracę z panią trenerką od triathlonu, czyli robi się poważnie. Pływam dalej swoim własnym mysio-kraulem, chociaż naprawdę staram się nauczyć pływać poprawnie. Obecnie skupiam się na prawidłowej pracy nóg i… nie ma lekko – mój ciężki kuferek ciągnie mnie w dół, a kolana zginają się bez sensu. Stópki jak na złość nie zawsze chcą się obciągnąć, a gdy wreszcie zadowolona z pracy nóg odkładam deskę i próbuję płynąć pełnym stylem to… nogi znów toną 🙂 Trenerka pociesza mnie, że w końcu zaskoczy… mam cichą nadzieję, że przed pierwszymi zawodami. Do ogarnięcia przecież jeszcze tyyyle różnych rzeczy! Przede wszystkim ze względu na zbliżający się półmaraton w ostatnich tygodniach w ogóle nie mam treningów rowerowych. Ogromnie się stresuję, że nie opanuję roweru i pływania.

Bieganie jakoś mi idzie, ponoć coraz lepiej, ale ja oczywiście jestem głodna większej prędkości – już, natychmiast! Dobrze, że czuwa nade mną trenerka i K. – od czasu do czasu ktoś rozsądny musi mi skrócić smycz, żebym nie zaprzepaściła tygodni treningu przez własną popędliwość i głupotę, nie straciła z oczu celu długoterminowego.

Od ostatniego wpisu zdążyłam:

    • poprawić życiówkę na 10km w 53. Biegu Westerplatte w Gdańsku – w tej chwili mój czas to 51’20”
03
Jeszcze się szczerzę, czyli jak nic przed 5. km 🙂
  • dość już zmęczona wziąć udział w II Biegu o Złotą Górę w Kartuzach, na dystansie 9,2km – bardzo ładna trasa! – czas netto: 49’51”
  • zaliczyć Bieg na Piątkę przy okazji wspierania K. w jego maratońskiej przygodzie 🙂 – czas netto: 25’09”

A dzisiaj zapowiada się super przyjemny trening biegowy – 10 km po lesie, a później pot i łzy podczas core stability 😉

EnduroMan Elbląg 2015 – 10km mojej treningowej porażki :)

„Siała baba mak, nie wiedziała jak – trener wiedział i powiedział, a babie nie w smak… ”
Tak w skrócie można opisać przyczynę mojej porażki w tym biegu. Zabrakło mi doświadczenia i rozeznania we własnych możliwościach by odpowiednio rozłożyć siły w tym wymagającym biegu. A trener ostrzegał, napominał – przecież miał to być bieg treningowy, a nie wyścig. To podejście rozumiałam jeszcze mniej więcej na 5 minut przed startem. Jak zwykle gdy wystrzelił pistolet wstąpił we mnie jaki czort – tętno skoczyło na starcie do ponad 160 uderzeń serca na minutę i najwidoczniej cały tlen odpłynął spod kopuły. Zaczęłam powiedzmy spokojnie, chociaż oczywiście zupełnie nie w mojej II strefie tętna. Po około 300 m poczułam panikę – wyprzedzili mnie już chyba wszyscy biegacze, co do jednego. Mam tak po prostu ślimaczyć dalej? Bieg treningowy i tętno ma być niskie?! Przecież i tak nie jest! Nie jest i nie będzie! Nie w tym biegu przynajmniej! Przecież to TOTALNIE i NA 100% bieg przełajowy, zatem jestem TOTALNIE i NA 100% rozgrzeszona ze swojego podwyższonego tętna, prawda?! No i tym sposobem zamiast pobiec spokojny bieg treningowy popełniłam jakiś dziwny marszobieg. Zipałam, sapałam i prychałam, snułam się, zwisałam z liny pod Belwederem, generalnie robiłam wiele, ale trudno to nazwać bieganiem. W każym razie dopełzłam do mety z czasem znacznie gorszym niż bym sobie wymarzyła, ale może chociaż mądrzejsza po szkodzie…

A taka byłam właśnie przeszczęśliwa, że w ogóle dokończyłam ten bieg:

Mysia1
Miałam ochotę paść i całować ziemię…

A tu z K. – moim mądrym trenerem 🙂

2015_08_23_Enduroman_Elblag_12
Dumne Wizziulki

Mhm przemyśliwuje

Jest siódma rano – nieludzka godzina. Niby spałam jakieś 8 godzin, ale oczy wciąż lekko podpuchnięte, myśli leniwe i dalej chce mi się spać – jeszcze nie doszłam do siebie po wczorajszym EnduroManie. Wcinam nieprzepisową drożdżówkę z serem, zapijam ciepłą i słodką (również nieprzepisowo), kawą z mlekiem i zastanawiam się jak najlepiej oddać moje wrażenia z poprzedniego tygodnia trenigowego.
Sumarycznie – boję się 🙂 Lękam czy na pewno uda mi się nadrobić wszelkie braki przed przyszłorocznym startem w 1/2 IronMana. Nie jestem pewna czy dałabym radę w sprincie, a co dopiero w 1/2. Szaleństwo. A najbardziej przeraża mnie moja własna głowa, ale może jakoś tak bardziej po kolei?

Najpierw o pierwszej rowerowej „przejażdżce” na trenażerze.
Ha! To Ci dopiero żart! Jedź z kadencją 90, lekko, pilnuj tętna mówili. Ja nie dam rady? Lekko? No skoro lekko, to przecież dam! Rozpędzam swoje leniwe nogi na NAJNIŻSZYM obciążeniu. Trochę za długo zabiera mi wskoczenie na kadencję 90, tym samym moja spanikowana głowa i leniwe ciało pchają moje biedne serce w rytm 140 uderzeń na minutę. Zatem już nie lekko. Tętno ważniejsze mówili. Tylko, że już za późno! Może gdyby padło: „Trzymaj tętno 120, a jak się uda przy nim doskoczyć kadencji 90 to będzie super”… Ja już jednak mam w głowie informację, że POWINNA to być kadencja 90. Co robię? Trzymam te 90 rpm, przecież serce z piersi przy 140 bpm mi nie wyskoczy, co nie? I tak oto oszukuję plan treningowy przez przepisowe 30 minut. Ujechałam w tym czasie ledwie 10km – na najniższym obciążeniu, bez przewyższeń i utrudnień wszelakich na jakie rowerzysta narażony jest w terenie. Dramat i rozpacz. No i jeszcze jedno – suwam się w tych śliskich portkach, w tej cholernej grubej pielusze po siodle i obcieram sobie co nieco. Czy moje co nieco się do tego przyzwyczai?

Drugi trudny przystanek w tym tygodniu to „treningowy” bieg EnduroMan na dystansie 10km.
No i tutaj proszę Państwa to dałam do wiwatu ;/ Muszę tylko jeszcze zebrać myśli żeby najlepiej oddać stan mojego umysłu w trakcie i po tej całej „zabawie”…

c. d. n.

Wstępniak

Witaj Internetowy Przechodniu!

Jestem zszokowana, że w ogóle chciało Ci się tutaj zajrzeć!
Nie zdziw się, jeśli nie znajdziesz tutaj niczego ciekawego lub przydatnego – ostatecznie to MÓJ codziennik i wcale nie musi być atrakcyjny dla innych 🙂
Acha, dodatkowo jestem kiepska w pisaninie – w moim umyśle panuje chaos i dokładnie tego można się tutaj spodziewać.
Dostałeś ostrzeżenie i masz szansę opuścić ten dziennik, póki jeszcze moja sraczka myślowa nie odcisnęła na Tobie piętna – czuję się rozgrzeszona.
Welcome to Jamaica, have a nice day!

Co trenuję i dlaczego?

Od połowy kwietnia 2015 roku próbuję biegać.
Początkowo nawet trudno to było nazwać slow-joggingiem – nie dawałam rady przebiec łącznie 30 minut – łapała mnie kolka, pot lał się po twarzy i zipałam jak palacz z bronchitem. To był autentyczny dramat. I pomyśleć, że minęły niecałe 2 lata odkąd przestałam korzystać z siłowni i może pół roku kiedy ostatni raz byłam na pracowej siatkówce! Jak żyć?!
A dlaczego w ogóle zaczęłam? Otóż właśnie, po tym jak przestałam robić cokolwiek moja waga zaczęła dramatycznie rosnąć (w końcu uwielbiam jeść czy tam żreć, jak zacznę uzupełniać swój dziennik żywieniowy to zrozumiesz, dlaczego to drugie określenie jest bardziej adekwatne), a psychika siadać (nie tylko z powodu braku ruchu, ale nie o tym).
Musiałam zrobić coś ze sobą i dla siebie, a bieganie wydawało się najprostszym rozwiązaniem wszelkich moich problemów.
Mamy sierpień 2015 i mogę powiedzieć, że uprawiam jogging. Potrafię truchtać dłużej niż przez 30 minut, pocenie i zipanie niestety pozostało. Mój Pan Trener twierdzi, że uprawiam bieganie. W jego opinii jogger truchta sobie po 3-4km na sesję, a ja przecież na treningu przebiegam minimum 6 km. Ja tam swoje wiem – jestem Mysioggerem. Mysiotruchtam sobie zatem w lokalnych zawodach na 10km, a na październik 2015 zaplanowałam pierwszy udział w półmaratonie.
A co mnie podkusiło, żeby w przyszłym roku zostać kobietą z żelaza? Ano mój Pan Trener mnie podkusił i kibicowanie w tegorocznym Ironman 70.3 Gdynia.
Póki co zaczynam (tak, zaczynam, uczę się od około miesiąca?), pływać MysioKraulem, a dziś (21.08.2015) czeka mnie mój pierwszy trening na rowerze triathlonowym – oczywiście na trenażerze, żebym przypadkiem nie zaczęła swojej przygody z rowerem od spektakularnej wywrotki. Szkoda by było zedrzeć takie piękne nowe spodzienki czy kask.

Cokolwiek by się nie działo – proszę, trzymaj za mnie kciuki 🙂

C.d.n.