Półmaraton Gdynia 2017

Półmaraton Gdynia 2017 już za mną. Znowu wiało, pogoda generalnie mnie nie urzekła. Przed startem standardowo – rozgrzewka, żeby nie wyrwać się do biegu na zimno. Po rozgrzewce miałem dziwnie wysokie tętno… Albo pasek wysechł i przekłamywał, albo coś fizycznie było nie tak. Postanowiłem, tak czy owak, spróbować polecieć poniżej 4’/km. Ustawienie na starcie, ostatnia wymiana słów z moimi najwierniejszymi kibickami i można lecieć 😉

Zmodyfikowana trasa fajna, można było zasuwać. No i na początku wszystko szło fajnie. Pierwsze 4-4.5 km pod lekką górkę, tempo dobre, średnio zgodnie z założeniami. Udało się złapać fajną grupkę, która żwawo, w tempie zbliżonym do moich założeń. I tak sobie lecieliśmy kolejne kilometry. Samopoczucie dobre, kondycyjnie spoko, czuję, że tętno też jeszcze dobre. Tempo do utrzymania do końca biegu, może nawet na końcówce można by coś pocisnąć. Jednak na 12 km poczułem ostry ból w pachwinie – tak jak na wtorkowym treningu. W głowie od razu myśl, że za trzy tygodnie maraton – trzeba minimalizować szkody. W związku z tym zwalniam do prędkości, przy której przestało boleć. I już wiem, że średniego tempa zgodnego z założeniami nie będzie. Teraz zostało jedynie spokojnie dobiec do mety. Drugi podbieg pod Świętojańską już w tempie relaksacyjnym (4’30″/km). Non-stop jestem wyprzedzany, ale pilnuję, żeby nie przyspieszać. To nie czas na wyścigi, ten start jest mniej ważny od maratonu (na którym też ścigania w sumie nie będzie :-P). Po Świętojańskiej skręt w al. Piłsudskiego, a tam, za punktem z wodą, mały chłopiec (7-8 lat?) widząc moją koszulkę (madżentowa niemaniemogę) zaczął krzyczeć „Ogień z dupy!” i „Niemaniemogę!”. Aż się wzruszyłem, z lekka 😉 Zostały niecałe trzy kilometry, które grzecznie przetruchtałem do mety, bez ekscesów i wyrywania do przodu. Byle dobiec.

Półmaraton Gdynia 2017 ukończyłem w godzinę, 27 minut i 6 sekund. Średnie tempo 4’8″/km. W sumie kryterium sukcesu wypełnione, ale jest niedosyt. Nawet nie tyle ze względu na czas, co ze względu na nogę. Teraz trzeba się wyleczyć, żeby za trzy tygodnie przebiec maraton w Gdańsku. Założenia? Wszystko poniżej 3 godzin i 15 minut będzie sukcesem. Plan optimum to czas poniżej 3 godzin i 10 minut. Jeśli było by cokolwiek szybciej, to będzie rewelacja.

A potem? Czas na powrót do treningu tri. Zredukuję objętości biegowe, zwiększę basenowe i powróci mocno zaniedbany rower! Plany startowe? Na razie brak. Zobaczymy, jak to będzie z pływaniem. Chciałbym ukończyć jakiekolwiek zawody. Ale ukończyć na mecie, a nie po raz kolejny w łódce. Niech się zrobi jeszcze cieplej, spróbuję wrócić do wód otwartych i zacząć je znowu oswajać. Na spokojnie, powolutku. Nie spieszy się. A jak już się przełamię, to będzie czas na śrubowanie wyników. Sam jestem ciekawy, jakie wyniki mógłbym robić 🙂

Zdziwienie… jak co roku!

Od kilku tygodni w bieganiu masakra. Nie do końca mogłem złapać to nieuchwytne coś, co wyjaśniłoby co się dzieje. Czułem, że mam podniesione ciśnienie, przewlekły katar, uczucie jak bym był przeziębiony. Profilaktycznie zredukowałem objętości treningowe i nic… zero poprawy. Czyli to nie zmęczenie. Może choroba? Ale tyle czasu? No kurde…

Na basenach znowu zdychanie. Miałem wrażenie, że albo się utopię katarem spływającym po gardle, albo się uduszę. Oddech krótki, ciężko nabrać pełne płuca powietrza. Po basenie katar. Kichanie. Zatkany nos, a przecież od operacji było dużo lepiej! Może chemię zmienili, albo dają jej więcej? A może ogólnie woda bardziej syficzna, czy coś?

Takie same problemy z oddychaniem na bieganiu, szczególnie akcentowym. Fizycznie spoko (z dokładnością do odzywającego się przyczepu przywodziciela), a oddechowo dramat. Zadyszka przy ciut większym obciążeniu. Tętno ciut tylko wyższe i mimo wszystko płaściutkie, tak jak być powinno… A oddechowo zgon. I ten katar ściekający po gardle, wydawanie całej masy dziwnych dźwięków/chrząknięć, przez co piesi czmychają mi z drogi, jak przed demonem jakowymś.

Co się do cholery dzieje?! Przecież przy tej ilości odpoczynku, leków, miodu, cytryny, to powinienem być chodzącym okazem zdrowia…

WTEM! (jak w komiksach ;)) Zaczął się świąd oczu… co się kurde znowu wyprawia?! Iiiiiii… nagle olśnienie! I zdziwienie! Przecież ja mam alergię! Więc to o to chodzi… Szybka obczajka kalendarza pyleń i widzę, że pyli leszczyna. Czyli to (+ brzoza), na co jestem najbardziej uczulony. Do tego dochodzi do mnie też, że przecież moje alergeny pojawiają się już od 3 dekady stycznia. Jak co roku, jestem zdziwiony, że znowu mnie jakaś alergia męczy. Objawy są te same, zawsze. I zawsze jestem zdziwiony. Teraz zastanawiam się, czy sobie nie ustawić przypominacza w kalendarzu na przyszły rok: „Te, gościu, masz alergię, weź piguły bo będziesz się dziwił” 😉 I tak jakoś na początek stycznia bym sobie ustawił pierwszy, drugi z tydzień lub dwa później.

Zapodałem piguły. Jest ciut lepiej, ale zanim się to uspokoi to minie parę dni, albo i tygodni. Teraz zastanawiam się, co będzie jutro? Dzisiaj pada, od razu zrobiło mi się lepiej. Wiatr też pewnie trochę pomógł. Jeśli jutro zapylenie by dało szansę, to będę próbował pobiec poniżej godziny i 30 minut. No i jak by wiatr już sobie darował. Jak bym się złapał znowu na jakąś fajną grupę, to może się doholuję poniżej godziny i 25 minut? 😉 Wszystko ze średnim tempem poniżej 4’15″/km będzie sukcesem.

W sumie, mogło by być tak, jak na nie opisanym tutaj Biegu Urodzinowym w Gdyni. Sukcesem miało być 42′-43′, a wyszło… 39’25” 😀 Wyszło lepiej niż na Biegu Niepodległości, a się tego zdecydowanie nie spodziewałem. Czy dam radę pobiec półmaraton z tempem poniżej 4’/km? Jutro się wszystko wyjaśni 🙂

Pasja?

Znowu długa przerwa! Z treningiem jestem w lesie. Głęboko w lesie. Na tyle głęboko, że o życiówce maratońskiej na wiosnę mogę zapomnieć. W sumie, to dopiero od dwóch tygodniu trenuję. W kończącym się tygodniu można dopiero powiedzieć o regularnym treningu, poprzedni był rozruchowy. Chorowałem, przeprowadzałem się, miałem mnóstwo wymówek, żeby się nie ruszyć. Ale głównie chciałem się wyleczyć do końca, a nie zaleczyć i „jakoś to będzie”. Teraz trzeba trochę bazy zrobić… A według oryginalnego planu, to niedługo miałem ruszać z treningiem szybkościowym. Jakoś się na niego na razie nie czuję 😉 Wychodzi na to, że będzie kolejny maraton dla przyjemności 😀

Dzisiaj sobie pobiegałem. Temperatura średnia -11 stopni – bez tragedii, biegało się przy niższych temperaturach. Dopóki rzęsy się nie sklejają i można mrugać oczami – jest spoko 🙂 Plan zakładał 22 kilometry biegu w tlenie, 11 km „tam” i 11 kilometrów drogi powrotnej. Gdy wyszedłem z domu, to ucieszyłem się, że nie wieje. O naiwności. Po pierwszym kilometrze poczułem wiatr. Raczej z tych zimnych. Pochwaliłem sam siebie za założenie dwóch par rękawiczek. Po trzecim kilometrze chciałem stwierdziłem, że sobie dobiegnę do piątego kilometra i zawrócę. Trudno, trening będzie krótszy, ale przy tym wietrze nie ma co się wychładzać. Dobiegłem do piątego kilometra i pomyślałem sobie, że może jeszcze kawałek, te 200 metrów do skrzyżowania i tam zawrócę. Przy skrzyżowaniu doszedłem do wniosku, że skoro nic nie jedzie, to mogę przebiec przez ulicę i kawałek dalej, żeby jeszcze dokończyć ten kilometr. Potem stwierdziłem, że kawałeczek dalej jest jeszcze całkiem przyjemna nawierzchnia, to potruchtam sobie jeszcze trochę. I tak ze sobą negocjowałem do 11 km. 😀 Wtedy stwierdziłem, że już wystarczy i zawracam. Teraz już nie miałem wyjścia, byłem na zadupiu i żeby wrócić to mogłem biec lub iść. No to pobiegłem, bo tak szybciej, niż iść 😉

Ale w sumie, to tylko tło tego, co chciałem przekazać. Często zdarza mi się słyszeć, że ktoś jest wariatem, bo ma jakieś hobby, które odstaje od „standardów”. Ktoś biega, ktoś pedałuje, ktoś robi coś innego, niezbyt pasującego do ogólnego pojęcia przyjemnego spędzania czasu. I jak dzisiaj sobie biegłem, słonko przyjemnie świeciło, a wiatr niezbyt przyjemnie wiał, to zauważyłem sporą grupę ludzi. Im bliżej byłem, tym lepiej widziałem sprzęt, który ze sobą mieli. Aparaty z teleobiektywami (były przeogromne!), lunety, mocne lornetki – pomyślałem, pewnie oglądają ptaki. Jak już byłem bardzo blisko, to zobaczyłem, że opatuleni byli jak misie 😉 I w mojej głowie urodziła się myśl, że trzeba być mocno zmotywowanym (pasja czy wariactwo? ;)), żeby robić takie rzeczy, w taki mróz. Praktycznie jednocześnie usłyszałem, jak jeden z członków grupy mówi do innych, pokazując na mnie: „ten to musi mieć pasję”. A ja po prostu sobie biegłem, bo miałem plan do wykonania… 😉

To sprawiło, że przez spory kawałek trasy zastanawiałem się nad tym. Doszedłem do wniosku, że ja podziwiałem ich za motywację, bo dla mnie niepojęte było, że można w niedzielny poranek opatulić się jak miś i iść obserwować ptaki. A dla nich niepojęte było, że przy -11 stopniach można iść biegać w obcisłym. Coś, co dla mnie jest tak oczywiste, że aż zęby bolą, dla nich było wyczynem. A coś, co dla mnie było by trudne, dla nich było codziennością. I na tym chyba polega pasja. Wszelkie potencjalne trudności można rozwiązać, bo „gdzie wola, tam sposób”. Niejednokrotnie dokonywałem cudów logistycznych (przynajmniej w moim odczuciu), żeby tylko ogarnąć się z życiem rodzinnym, treningiem i pracą w ciągu jednego dnia. A potem czytałem, np. u MKONa (http://niemaniemoge.pl/ – polecam lekturę!), jak wygląda jego logistyka. Albo Macieja Dowbora (http://totalneporuszenie.pl – również polecam). Moje wnioski były takie, że moja logistyka, przy ich logistyce to tzw. pikuś. Miałem również wniosek taki, że ich zaangażowanie jest o wiele większe niż moje. A dzisiaj dotarło do mnie, że każdy robi co może i co chce. Jedni obserwują ptaki, inni przełamują strach, a jeszcze inni robią wyniki. I dobrze! Niech każdy ma swoją pasję! W końcu wszyscy jesteśmy inni.

Bieg Niepodległości 2016

Dzisiaj 11 listopada (jeszcze), więc przyszedł czas zamknąć cykl Grand Prix Gdyni w biegach ulicznych. Gdyński Bieg Niepodległości 2016 traktowałem luźno, jako bieg sprawdzający moją kondycję. Kondycję, w której istnienie „z lekka” wątpiłem 😉 Po niedzielnym biegu BNP, który miał mnie troszkę odmulić, zakładałem, że jeśli pobiegnę poniżej 42 minut, to będzie sukces. Wyszło zdecydowanie inaczej.

Na sam bieg wyszliśmy późno. Zbyt długo zamulałem z zebraniem się. Nie chciało mi się biec (znowu!). Tym razem dlatego, że obawiałem się wyniku. No nic, jak już ruszyłem tyłek, to można się przebiec. Najwyżej, jeśli będzie kicha, to zejdę z trasy. Rozgrzewka, ze względu na późne wyjście, musiała zostać skrócona. W sumie to nic nie szkodzi, bo przecież i tak będzie kicha, nie? Na start dotarłem 3 minuty przed sygnałem z Błyskawicy, który miał rozpocząć bieg. Ustawiłem się z tyłu swojej strefy, żeby nie przeszkadzać innym.

Jest sygnał, więc ruszam. W głowie siedzi, żeby pobiec początek luźno i zobaczyć jak się będzie biegło. Pierwsze 300 metrów, spojrzenie na zegarek: 3’52″/km. Za szybko, mimo że nie czuję, żeby było szybko. No ale to początek, więc trochę odpuszczam. Pierwszy kilometr w 4’02”. Kolejny w 3’56”. Jak na razie jest spoko. No to trzymam tempo. Skupiam się na tym, żeby rozluźnić górne partie ciała i pilnować kadencji. I nie pędzić, bo Świętojańska przecie…

Jestem zdziwiony, bo wyprzedzam… Zaczyna się podbieg na Świętojańskiej, rzut oka na zegarek i widzę tempo 4’20″/km. No trudno, będzie wolno, ale tym razem się nie zajadę. Może uda się coś szybciej pobiec na koniec, jeśli zostaną mi siły. Dopiero później, gdy sprawdzałem czasy poszczególnych kilometrów na zegarku, okazało się, że jednak przyspieszyłem pod Świętojańską i pokonałem ją ze średnim tempem 4’05″/km, zacnie! Potem już tylko zbieg al. Piłsudskiego, gdzie Fenix ześwirował i pokazał czas ósmego kilometra 3’39″… ponad 200 metrów przed flagą oznaczającą, że zostały dwa kilometry. Przełączyłem zegarek, żeby pokazywał aktualny czas biegu i wyszło, że na ósmym kilometrze mam 5 sekund zapasu. No to wystarczy utrzymać tempo w okolicach 4’/km i będzie poniżej 40 minut, co jeszcze 32 minuty wcześniej wydawało mi się niemożliwe. Trzymałem to tempo, mimo że sporo ludzi mnie wyprzedzało, ale chciałem po prostu dobiec.

I dobiegłem. Czas netto na mecie: 39’42”. Czyli udało się pobiec całkiem sporo poniżej 4’/km 😀 Nie spodziewałem się takiego wyniku, mimo że Monika w to wierzyła. Przed startem powiedziała mi, że sam się zdziwię jak dobrze mi pójdzie i miała rację, skubana! Trzeba się chyba Szanownej Małżonki słuchać… 😉 Tak czy owak, Bieg Niepodległości 2016 to ostatni start w tym roku. Teraz czas popracować nad formą na wiosenny maraton w Gdańsku. Jest nadzieja, że wstydu nie będzie 😉

Wytop na chłodno

Tym razem zaskoczyłem sam siebie. Tak jak opisałem w poprzednim swoim wpisie, postanowiłem w trakcie przymusowego odpoczynku zgubić trochę kilogramów. Plan się powiódł, wytop na chłodno idzie całkiem nieźle. Ba, jest już prawie po! Startowałem 11 października z wagą 81 kg, zacząłem od praktycznie całodniowego postu przed zabiegiem. Po powrocie ze szpitala było 80,2 kg. W tej chwili, po zaledwie dwóch tygodniach, jest 75,6 kg. Czyli w sumie 5,4 kg – strasznie szybko! W swojej diecie zmieniłem dwie podstawowe rzeczy, zmniejszyłem ilość jedzenia i włączyłem sałatkę jako (prawie) obowiązkową kolację. Prawie, bo parę razy zdarzyło mi się oszukać i nie zjeść sałatki. Pilnowałem się też, żeby nie jeść zbyt mało. Deficyt kaloryczny miał wynosić maksymalnie 10-15% i tego się trzymałem.

Dlaczego wytop na chłodno? Z dwóch powodów. Po pierwsze, jesień nie rozpieszcza mnie zbytnio wysokimi temperaturami. Po drugie, na wytopie zawsze mi zimno. Marznę przeokrutnie, dłonie i stopy mam lodowate. Duże ilości ciepłych napojów pomagają, ale na krótko. Zalegam więc, póki mogę, pod kołdrą czy kocem, mając na sobie bluzę z kapturem i spodnie dresowe. To chyba jest w tym wszystkim najgorsze! Głodny nie chodzę, bo nie mógłbym być długo głodny. Zaraz zaczyna mnie boleć głowa i mam ochotę rozerwać wszystko dookoła. Robię się zły. Dlatego pilnuję, żeby zdrowo i planowo podjadać sobie jakieś owoce pomiędzy posiłkami (ale też nie za dużo). Co by mnie z domu nie wyrzucili 😉

Teraz wracam powoli do treningów. Dwa razy posiedziałem po 30 minut na trenażerze, pedałując delikatnie i dziwiąc się, jak to fajnie tętno spada, jak oddycha się tylko przez nos 😉 Dzisiaj pójdę pobiegać i zobaczę, jak się będę czuł. W tym tygodniu jeszcze bardzo ostrożnie, bo mnie lekarz nastraszył… To się słucham! Paradoksalnie, powrót do treningów utrudni zrzucenie reszty planowanych kilogramów, bo trudniej jest wyliczyć ilość potrzebnych kalorii. Trochę trzeba będzie polecieć na czuja, słuchając co organizm mówi. A organizm pewnie powie „JEŚĆ, KURDE!” 😉 Ciekawi mnie, jak mi się dzisiaj będzie biegło…

Szkoda tylko, że MKON tak późno zaczął wyzwanie z wytopem (więcej tutaj: http://niemaniemoge.pl/wytop-2017-nowy-magnes-na-lodowke/), bo byłbym już zrobił niezły wynik 😉 A tak trochę wtopa z wytopem, bo zostało mi jakieś 600-700 gram do planowanej wagi startowej, toć MKON nawet sekundy by z życiówki nie musiał urywać.

Wizziulkowa Róża Wiatrów

M: Co dzisiaj na lunch?

K: Nie wiem – coś dobrego, byle dużo!

M: hm…

10 minut później – po głębokim namyśle zakończonym poważnym mysim ślinotokiem…

M: Może fasolka po bretońsku? Ochotę mam.

K: Ooooo! Dobry pomysł!

**********************************************************

4 godziny i 5 huraganów fasolowych później…

(jak w temacie – zasłużyliśmy na rozrysowanie lokalnej róży wiatrów, rozgoniliśmy mgłę nad Witominem)

M: Skoro już tak gazujemy, to może na przekąskę ciacho fasolowe?

K: A masz przepis?

M: W sieci peeeełno, a dzisiaj mi w oko wpadło to u panny Anny…

K: No…. to w końcu białko. Białka nigdy dość!

**********************************************************

1 godzinę i dwa przepisy później – dzisiaj robiłam łapę, jedną, za pomocą ręcznego blendera, ale… było warto!!!

 

FasoLOVE słodkie szaleństwo
FasoLOVE słodkie szaleństwo

M: Takie białko to ja mogę C O D Z I E N N I E!

Panno Anno, Paulino – kocham Was :*

Drugie roztrenowanie

Wyszło tak, że mam drugie roztrenowanie. Kolejnych parę tygodni bez sportu. Jak to Pan Doktor powiedział (i napisał): oszczędzający tryb życia. Teoretycznie do treningu (lekkiego) będę mógł wrócić w sobotę lub niedzielę, pod warunkiem, że lekarz się zgodzi. Jeśli tak będzie, to wypadnie mi w sumie 10 dni treningu. Pierwsze treningi po zabiegu mają być lekkie, czyli jakiś delikatny trenażer, tlenowe bieganie. Basen wypada na 5-6 tygodni. Mając to wszystko na względzie, wiem, że mój plan treningowy pod wiosenny maraton mogę włożyć między bajki. To drugie roztrenowanie nie było planowane, liczyłem, że wypadnie maksymalnie tydzień i wrócę do normalnego reżimu. A tutaj, niestety, jest jak jest. Postanowiłem więc, że nie będę próbował robić tego maratonu na siłę. Pobiegnę go, ale bez spinki na wynik. Po prostu pod koniec przygotowań zobaczę, jaki etap udało mi się osiągnąć przy skróconym cyklu. Jeśli nic nieoczekiwanego nie wyskoczy i sam tego nie zepsuję, to wynik w okolicach 3 godzin i 5 minut powinen być realny. A życiówkę zaplanuję sobie na jesień.

To postanowienie, żeby się wyluzować i nie spinać, przyniosło mi kolejny pomysł. Po powrocie do domu, z ciekawości, stanąłem na wadze. Pokazywała 80 dkg mniej niż dzień wcześniej. Stwierdziłem, że skoro i tak będę leżał przez kilka dni, to mogę przypilnować się z jedzeniem i zacząć skuteczniejszy wytop, niż w trakcie treningu. Łatwiej kontrolować zarówno zapotrzebowanie na kalorie, jak i ilość kalorii przyjmowanych. Staram się pilnować, żeby deficyt nie był większy niż 10% dziennego zapotrzebowania. Pomysł okazał się o tyle skuteczny, że po tygodniu diety jestem prawie 3 kg lżejszy! OK, mam świadomość, że część z tego to woda (mimo, że przyjmuję dużo płynów), ale część to redukcja tłuszczu. Do wagi startowej zostały mi 3-4 kilogramy, zobaczę z redukcją, jak będę się czuł i jakie to będzie miało przełożenie na trening.

Podsumowując, mam drugie roztrenowanie i organizm trochę odpocznie (trochę, bo jednak zabieg pewnie też był jakimś obciążeniem). Jednak plan treningowy się rozsypał i nie ma sensu cisnąć na maksa, żeby próbować nadgonić. Zajadę się i tyle będę z tego miał. Potrenuję więc na spokojnie, zrobie solidną bazę, na tym zbuduję przyszły sezon. Biegowo jakoś to ogarnę, bo mam w tym trochę doświadczenia. Roweru i pływania będę się uczył. To może być ciekawe wyzwanie 🙂 Szczególnie pływanie. Szczególnie w wodach otwartych. Dobrze, że do sezonu na open water jeszcze trochę czasu, to jest szansa na opracowanie jakiejś strategii 🙂

Chwilowa przerwa

Miało być tak pięknie, wszystko treningowo zaplanowane, żeby powalczyć na wiosnę o życiówkę w maratonie, a tu dupa. Konieczna jest chwilowa przerwa. Liczyłem, że może będzie krótka i biegać będę mógł już po tygodniu, ale niestety… 16 dni bez biegania brzmi jak wyrok. Planując trening wyliczyłem, że mogę sobie pozwolić na maksymalnie 5 dni przerwy, więc plany się sypnęły.

Może jednak zacznę od początku. Jak zapewne sporo innych osób, mam (a właściwie miałem – pisząc te słowa jestem już po zabiegu) skrzywioną przegrodę nosową. Nie będę się rozpisywał o ogólnych konsekwencjach tego stanu, wspomnę jedynie o tym, co bolało mnie najbardziej. W moim przypadku skrzywiona przegroda nosowa wiązała się z permanentnymi stanami zapalnymi w nosie i ciągłym katarem. To, w połączeniu z basenem, mocno uprzykrzało mi życie. Na tyle mocno, że pomimo panicznego strachu przed zabiegami w znieczuleniu ogólnym, jednak się zdecydowałem.

Termin zabiegu znałem już od jakiegoś czasu, im bliżej było, tym większy czułem stres. Cały czas czułem wsparcie Moniki i mojej mamy, które pewnie bały się razem ze mną. Wczoraj o 6:15 zjadłem ostatni lekki posiłek, popiłem go szklanką wody i mentalnie przygotowywałem się do zabiegu. I do głodowania też, bo nienawidzę być głodny! O 12 dojechałem do kliniki, zostałem przyjęty na oddział i miałem oczekiwać na swoją kolej. W międzyczasie po raz kolejny porozmawiałem z anestezjologiem, który próbował mnie uspokoić, że „najpierw dostanie pan tableteczkę, która pana wyciszy, potem przyjedzie na salę operacyjną, powiemy sobie dobranoc i obudzi się pan po wszystkim”. Później pojawił się doktor, który miał zabieg wykonać. Również bagatelizował całą sprawę, ale podsunął do podpisania papiery, że w razie śmierci upoważniam żonę do odbioru moich rzeczy… Cudownie. Była godzina 13, dowiedziałem się, że cała zabawa zacznie się koło godziny 16.

W okolicach 15:30 przyszła pani pielęgniarka i podała mi rzeczoną tableteczkę, która miała mnie wyciszyć. Niestety, nie zaobserwowałem żadnego tego typu efektu. Panika nie chciała mnie opuścić i cały czas miałem ochotę powiedzieć, że rezygnuję. Po około 30 minutach zostałem zabrany na salę operacyjną. Tam przypięto mnie do stołu, podano dożylnie leki, po czym dostałem na twarz maseczkę, żebym chwilę pooddychał. To była ostatnia rzecz, która została w mojej świadomości. W następnej chwili byłem już w Kona i brałem udział w Mistrzostwach Świata Ironman! Biegłem już maraton i czułem, że boli mnie wszystko, że mam już dosyć, ale jest tak blisko do mety, że nie mogę się poddać. Wychodziłem na ostatnią prostą, kiedy nagle… obudziłem się i usłyszałem, jak pan doktor mówi do mnie, że już jest po i wszystko poszło dobrze. Dlaczego nie dali mi dokończyć tego cholernego maratonu?! 😉

Później godzinka leżenia w sali pooperacyjnej i transfer do mojej sali. Odkryłem, że opatrunek mam tylko w lewej dziurce, co wydało mi się pozytywne. Do chwili, gdy nie poczułem, że z prawej dziurki coś się wylewa, w całkiem sporej ilości 😛 Panie pielęgniarki przykleiły mi gazik, którego zadaniem było wchłaniać te wydzieliny pomieszane z krwią. Odpoczywałem w pozycji półsiedzącej, bo inaczej zaczynałem się krztusić. Zapowiadała się ciężka noc – i tak niestety była. Sen był rwany, niespokojny. O 6 pobudka, podpięcie kroplówki ze środkiem przeciwbólowym i powrót do niespokojnego drzemania. W okolicach godziny 8 pojawił się kondukt lekarski, który zapytał o samopoczucie i zakomunikował, że o 10 wychodzę do domu. W międzyczasie dostałem jeszcze ketonal, bo ból po zabiegu się nasilił. Chwilę po 9 przyjechała moja Mysia i świat nagle stał się przyjaźniejszy. 🙂 Chwilę pogadaliśmy, po czym przyszła pani pielęgniarka i kazała się zbierać do wyjścia.

Mocno liczę, że po tym zabiegu moje problemy z permanentnym katarem się skończą i, tak jak kilka osób mi mówiło, moje oddychanie nabierze nowej jakości. Bardzo na to liczę! Ta chwilowa przerwa w treningu, chociaż nieplanowana, może mi się przyda. Powrócę do cyklu przygotowawczego do maratonu w Gdańsku, chociaż trochę go skrócę. Nie będę się spinał na życiówkę, po prostu go pobiegnę tak, jak dam radę. Jako opcję zapasową wybrałem maraton w Berlinie. Tym razem, jeśli nie zostanę wylosowany, to spróbuję wkręcić się w inny sposób. Ale chciałbym tam pobiec i wtedy już spełnić swoje biegowe marzenie – przebiec maraton ze średnim tempem co najmniej 3’59″/km. Co z tego będzie? Zobaczymy.

Jutro jadę na zdjęcie opatrunku. W przyszły wtorek kontrola. Ponoć za 10 dni będę mógł usiąść na trenażer, mam nadzieję, że się to potwierdzi… Nigdy perspektywa trenażera nie wydawała się tak fajna! 😉 Ale te 10 dni bez treningów to będzie mordęga, bo od kilku dni zaczęła mi wracać ochota na trenowanie. No i do tego przerwa 4-6 tygodni od basenu 🙁

A na razie jestem wdzięczny Mysi, że się mną opiekuje i lata wokół mnie jak najlepsza pielęgniarka świata! Aż mi głupio ją tak wykorzystywać…

Anegdoty basenowe

Czasami na basenie, szczególnie gdy są na nim dzieci, mam okazję słyszeć rozmowy, które rozkładają mnie na łopatki. Ciężko wtedy zachować poważną minę i nie gruchnąć śmiechem… Zauważyłem, że nie tylko ja mam takie przypadki, sporo ludzi ma swoje anegdoty basenowe. Dzisiaj chciałem podzielić się dwiema rozmowami, obie z zeszłej środy.

Scenka pierwsza, już po basenie, ale jeszcze w przebieralni. Rozmawiają (T)ata i (S)ynek.
T: Synku, dlaczego nie słuchasz się pani trenerki?
S: Ale kiedy?
T: Wtedy, kiedy powiedziała, że macie pływać. A Ty co robiłeś?
S: Fikołki
T: No właśnie. Jak nie będziesz się słuchał pani, to nie nauczysz się pływać
S: Ale za to będę umiał fikołki!

Scenka druga, też po basenie, w szatni. Tym razem (M)ama i (S)ynek.
M: Fajnie było na basenie?
S: Tak, super!
M: Bardzo się cieszę.
S: Fajnie było! Pływałem, skakałem do wody!
M: To co? Będziesz dwa razy w tygodniu chodził? Raz tutaj, raz w szkole?
S: Tak! Basen jest fajny!
M: Widzisz, mówiłam. Powinieneś słuchać co matka mówi…
S: E tam, ja po prostu mam talent!

Opis na blogu nie oddaje tych emocji, ale dołóżcie do tego, w wyobraźni, dziecięcy entuzjazm i beztroskę… 🙂