Obóz Endure Team Gniewino 2017

Dzieje się! Po maści wszelakich rozterkach i stresach ostatnich czasów Małżonka wysłała mnie na obóz Endure Team w Gniewinie. To mój pierwszy obóz triathlonowy i zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Jedyne co wiedziałem, to że wytrenuję się do syta 😉

Pierwszy dzień zaczął się treningiem do samodzielnego wykonania jeszcze przed wyjazdem. Bieganie, w sumie 50 minut, bez szaleństw. Na początek OWB 1, 10 przyspieszeń i dokończenie OWB 1. W trakcie przyspieszeń, jak zwykle ostatnimi czasy, testuję jak zachowuje się pachwina przy większych obciążeniach. I dała radę, wszystko spoko. A prędkości na przyspieszeniach coraz solidniejsze – od 3’25″/km (pod wiatr ;)) do 3’06″/km (z wiatrem ;)).

Dojazd na obóz zajął jakąś godzinkę, bez napinania. Trochę przygód z zakwaterowaniem, musieliśmy poczekać, więc Trener zadecydował, że zaczniemy od treningu i zameldujemy się później. Pogoda nie rozpieszczała, więc padło na trenażery. Godzina i dwadzieścia pięć minut. Najpierw luźne kręcenie, potem dziesięć minutówek, znowu trochę kręcenia i potem przyspieszenia na luźnej nodze. Taaa, luźna noga na trenażerze… 😉 Ale pokręcone solidnie! Po treningu się zakwaterowaliśmy i był czas na obiadokolację. Jedzenie całkiem przyjemne, trochę pogadaliśmy i usłyszeliśmy co nas czeka kolejnego dnia.

Drugi dzień zaczął się basenem (o 6:30!). Moje przerażenie w wodzie było, delikatnie to określając, wielkie. Od początku dzikość w głowie, dzikość w ruchach, problemy z oddychaniem, generalnie panika. No ale z upływem czasu trochę odpuściło. Trenerzy dawali wszystkim wskazówki, na co zwrócić uwagę. Strofowali delikatnie, ale też nie szczędzili pochwał, tam gdzie to się należało 😉 Na koniec treningu, jak pływaliśmy na rękach w łapkach, zostałem przeniesiony na szybszy tor. Tam chłopaki już naprawdę wymiatali! I gdzie tam ja do nich? Na szczęście pływaliśmy już tylko w tych łapkach, więc jakoś dawałem radę. Licznik dystansu zatrzymał się na 2500 metrów.

Po powrocie do hotelu było śniadanie. Po śniadaniu chwila na regenerację (drzemka!), przed kolejnym treningiem – tym razem łączony rowerowo-biegowy. Po krótkiej rozgrzewce rowerowej trenowaliśmy przejście z roweru na bieg. Najpierw niezbyt długi, ale raczej intensywny rower, potem bieg w tempie na 5-10 km. I tak trzy razy. U mnie wychodziło na biegu bardziej tempo na 5 km, bo dychy (jeszcze) tak nie przebiegnę. Chociaż nie ukrywam, że będę próbował, na Biegu Europejskim w Gdyni, sprawdzić jak szybko aktualnie mogę pognać 😉

Obiad po pierwszym treningu stał się całkiem zabawną historią. Naszła nas ochota na pizzę. W recepcji polecili nam konkretną pizzerię – blisko, pięć minutek autem, zaraz przy drodze, na której jeździliśmy rowerami – więc się tam wybraliśmy. Na miejscu zdziwienie, bo lokal zarezerwowany w całości na wesele. Jednak obsługa powiedziała, że o ile na miejscu nie zjemy, to możemy dostać jedzenie na wynos. Szybka konsultacja i decyzja – bierzemy. Złożyliśmy zamówienie, usiedliśmy przy stole na zewnątrz i tak siedzimy, lekko marznąć. A w międzyczasie pojawia się coraz więcej gości weselnych 😉 Jeden z kelnerów stał w blokach startowych z powitalnym chlebem i solą, a jeden z obozowiczów (Marcin) co chwilę informował kelnera, że to jeszcze nie, że młodzi jeszcze nie dojechali 😉 Gdy dostaliśmy zamówienia stwierdziliśmy, że zjemy w hotelu, żeby nie przeszkadzać weselnikom, którzy już trochę dziwnie na nas patrzyli 🙂

Ostatni trening tego dnia miał być aktywną regeneracją. Można było wybrać rower lub bieganie. Jako jedyny wybrałem bieganie 😉 Słuchawki w uszy, spokojna muzyka i plan na luźne truchtanie. I tu zonk. Biegnę sobie luźno, ale zegarek pokazuje 4’48″/km. No kurde! Świadomie zwalniam i truchtam dalej. Słucham muzyki, pełen relaks. Zegarek sygnalizuje kolejny kilometr, patrzę, a tu 4’45″/km! Zaczynam być wkurzony, bo przecież miała być aktywna regeneracja, a tu nogi niosą. Z jednej strony, to muszę przyznać, nie czuję tego tempa jako obciążenia. Z drugiej, to jednak trochę za szybko na bieg regeneracyjny. No i tak biegłem sobie, walcząc z prędkością. Po 30 minutach stwierdziłem, że czas skończyć, bo cały czas się rozpędzałem. Szybki prysznic, oczekiwanie na powrót grupy rowerowej i czas na obiadokolację!

Kolejny dzień ponownie zaczął się od basenu. Tym razem od początku na mocniejszym torze :-O Przerażenie +500, bo przecież będę zamulał chłopakom… No i zamulałem, ale jakoś przeżyłem. Chłopaki też, mam nadzieję, że za bardzo nie przeszkadzałem! Pod koniec treningu czułem już spore zmęczenie. A tu jeszcze mocna zakładka w kolejce! Ale najpierw śniadanie i odpoczynek (w tym drzemka – ten element treningu lubię najbardziej ;)). Lekki lunch i o 14 start zakładki. Zadanie rowerowe ambitne, ale nie zabijające 😉 Cztery interwały po osiem minut na pięciominutowej przerwie. Po ostatnim interwale, bez przerwy, od razu na bieg. Bieg miał być BNP, podzielony na trzy części. Udało się przebiec dwie i jak mnie coś szarpnęło pod żebrami z lewej strony, to złożyłem się w pół. Masakra. Moc była, nogi podawały, a tu takie coś… Przez chwilę łudziłem się, że to może kolka, ale objawy się nie zgadzały. Zapadła decyzja – koniec treningu. Schłodzenie było truchtaniem w tempie powyżej 6’/km. Masakra, każda próba przyspieszenie kończyła się mocnym bólem pod żebrami. Zły, bardzo zły, koniec dnia treningowego. Potem jeszcze kolacja, trochę pogaduszek w gronie obozowiczów i czas spać. Bo rano ostatni basen!

Ostatni basen… Bolało mnie pod żebrami, bałem się tego treningu. Na początek rozpływanie, starałem się je robić bardzo delikatnie. Ból w żebrach był, ale do zniesienia i się nie pogarszał. Dalej też szło całkiem nieźle, ale chyba zacząłem w jakiś sposób asekurować, bo zaczął boleć mnie lewy bark. Trener regularnie dopytywał, czy wszystko OK – potwierdzałem, bo w sumie było dobrze, przynajmniej z żebrami 😉 Z barkiem w sumie też, bo zacząłem się starać wykonywać poprawne ruchy. Technika pływania, której się teraz uczę, jest o wiele prostsza do ogarnięcia, niż to, czego uczyłem się do tej pory. I chyba idzie mi coraz lepiej, patrząc po tempach i tętnie 😉 Po treningu pływackim było ostatnie śniadanie i czas się było pakować…

Aby uniknąć blokady dróg wynikającej z zawodów Cyklo Gniewino zapadła decyzja, że uciekamy do domów wcześnie. Jeszcze mała akcja z odpaleniem samochodu jednego z kolegów – nocny/poranny mróz z lekka dopiekł akumulatorowi 😉 Potem pożegnanie i jazda do domu. Po godzince byłem w domu i mogłem w końcu wyściskać Mysię! Niby tylko kilka dni, ale zdążyłem się solidnie stęsknić!

Podsumowując cały wyjazd, sporo potrenowałem w komfortowych warunkach. Tomek i Marcin zaopiekowali się nami, solidnie dali w kość, ale zarazem zadbali o to, żeby nas nie zajechać. Do tego wszystkiego poznałem fantastycznych ludzi i dużo się od nich nauczyłem. A to tylko kilka dni! Z chęcią pojadę na kolejne tego typu obozy, jeśli tylko będę miał taką możliwość 🙂 Wielkie dzięki dla Endure Team za świetną robotę, dla koleżanek i kolegów współobozowiczów za fajną atmosferę! I mam nadzieję, że Trener wybaczy żeśmy jojczyli troszkę na basenie… 😉

10 kilometrów w Przywidzu

Dzisiaj miałem możliwość po raz pierwszy wystartować w barwach nowego klubu – Endure Team. Start w sumie kameralny, bo to bieg towarzyszący Duathlonowi (w którym udział brałem rok temu). Startowały w nim raczej osoby towarzyszące/kibicujące zawodnikom duathlonu – frekwencja mówi sama za siebie, bieg ukończyło 26 osób 🙂

Dla mnie ten start, jak to opisał Trener, to przetarcie przed Biegiem Europejskim w Gdyni. Z jednej strony przyszedł czas sprawdzić, jak tam pachwina sobie poradzi z trochę większym obciążeniem. Z drugiej, była to okazja pobiec coś mocniej, w odmiennych od samotnego treningu warunkach. Przed startem w głowie miałem mętlik. W sumie ostatnio dobrze się czuję fizycznie, ale czy to przekłada się na moje możliwości? Czy jestem w stanie pobiec mocno? Miałem duże wątpliwości. I to się przełożyło potem na cały bieg.

Trasa nie była łatwa, ze względu na nawierzchnię (miejscami sporo śliskiego błota) i profil (trochę przewyższeń było, w tym jeden raczej hardkorowy podbieg). Na samym starcie zerwałem się jak dziki. Spojrzałem na zegarek, a tam 3’35″/km – szok. Przecież ja się tak nie rozpędzam! Nie utrzymam tego tempa! Padnę! Ale jestem trzeci! Nieważne, jak tak dalej pójdzie, to się spalę, a tego nie chcę. Zwolniłem. Pierwszy kilometr (wg Garmina) przebiegłem w 3’57”. W międzyczasie wyprzedziło mnie 3 zawodników. Takie tempo chciałem utrzymać od końca drugiego do, mniej więcej, szóstego kilometra. Na szóstym kilometrze był mały podbieg, tam spodziewałem się spadku tempa, żeby się oszczędzać. Plan w miarę udało się zrealizować, kolejno 2 km w 4′, 3 km w 4’04”, 4 km w 4’02”, 5 km w 3’56”. Szósty kilometr też poszedł nieźle (4’07”), bo podbieg zaczął się później 😉 Na siódmym kilometrze zaczął się podbieg (zajął 4’19” – 18 metrów pod górę i 15 w dół). Ósmy kilometr to dokończenie podbiegu, nawrotka i zbieg (4’29” – 25 metrów pod górę i 6 w dół). Już na górze, przy nawrotce, zdałem sobie sprawę z tego, że pobiegłem za lekko. Nie sam podbieg, od początku pobiegłem za lekko. Na dziewiątym kilometrze próbowałem się pozbierać i pocisnąć, ale okazało się, że przewyższenia miały inną propozycję. Wyszło 4’16”, 20 metrów w górę i 30 w dół. Najpierw były te w dół, dopiero potem te w górę 😉 Ostatni kilometr to pomieszanie rezygnacji z ambicją. Na początku była rezygnacja, bo przecież już trzeciego miejsca nie będzie. Ale potem stwierdziłem, że to bez sensu, że trzeba dokończyć robotę. Pocisnąłem ciutkę i dziesiąty kilometr przebiegłem 4’07”. Dodatkowe 51 sekund spędziłem na dobiegnięciu do mety (średnie tempo 3’44″/km), która była ~230 metrów dalej, według pomiaru Garmina.

Na mecie ucieszyłem się, że to już koniec. Zostało potruchtać, żeby się schłodzić. Założyłem bluzę, żeby mnie nie przewiało i zacząłem truchtać. Zaskoczyło mnie, jak lekko mi się biegło. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że dałem ciała. Że odpuściłem ten bieg, zanim go zacząłem. Później sprawdziłem średnie tętno – 159 bpm. Toć to nawet nie jest przyzwoite tętno przy starcie na 10 km. Tak ze 165 by było lepiej… 😉 Ale wyszło jak wyszło.

Podstawowy wniosek, uwierzyć trochę w siebie. Ostatnio oddechowo się poprawiło, czas z tego skorzystać. Pachwina nie boli, czyli można spróbować mocniejszych biegów. Tylko muszę pilnować, żeby się na nich nie spinać. Trzeba pilnować luzu i nie bać się biegania poniżej 4’/km. Pozytywne jest to, że jest potencjał na lepsze wyniki i to mnie cieszy 🙂

No i fajny medal do kolekcji!

Medal z Przywidza
Medal z Przywidza

Zmiana planów

Czasami tak jest, że plan trzeba zmienić. Miał być maraton w Gdańsku, ale nie będzie. Zdrowie ważniejsze. Dokuczająca pachwina może nie przetrwać maratonu, a znając siebie, będę chciał dobiec do mety za wszelką cenę. Późniejsza rekonwalescencja może zająć kilkanaście tygodniu, lub dłużej. Tego zdecydowanie nie chcę. Start, z tego względu, odradza mi również mój nowy trener z Endure Team – Tomek Spaleniak. Kto zna świat polskiego triathlonu, ten wie, kim jest Tomek. Wymieniliśmy parę maili, chwilę porozmawialiśmy i, wydaje mi się, że to ma dużą szansę zagrać.

To, w sumie, kolejna zmiana planów. Miałem trenować się sam, ale… jakoś średnio mi to szło. Wrzucałem sobie jednostki, o których wiedziałem, że są za mocne, ale przecież dam radę. Co więcej, robiłem je dokładnie tak, jak je rozpisywałem. A potem zdychałem. To było zupełnie bez sensu. A przecież celem dalej ma być zrobienie chociaż jednego startu w triathlonie.

Tak więc wracam do treningów triathlonowych. Wrócił rower, raz nawet na zewnątrz przegoniłem anyroad’a 😉 Przybywa czasu spędzonego na rowerze, biegam i pływam. Oczywiście, musiał pojawić się problem, czyli przeziębienie. W poniedziałek odpuściłem basen, wyleżałem się w łóżku i próbowałem wyzdrowieć. We wtorek poczułem się na tyle dobrze, że zrobiłem poranny rower. Po rowerze poczułem się jeszcze ciut lepiej, więc pobiegałem. Po bieganiu padłem na twarz… No nie byłem jeszcze zupełnie zdrowy, ale co tam 😉 Na szczęście ten pęd do realizacji treningu nie doprowadził do pogorszenia stanu zdrowia. Dzisiaj jest pierwszy dzień, gdzie czuję, że moc zaczyna wracać!

Teraz pozostaje doprowadzić do porządku sprzęt, pachwinę i głowę. To ostatnie, obawiam się, będzie najtrudniejsze. Ale trzeba pracować na zmiany. Bez pracy nic z tego nie będzie. I w końcu się uda, popłynę tylko po to, żeby móc pojechać na rowerze. A to wszystko po to, żebym mógł skończyć na moim ulubionym bieganiu… Tak sobie o tym myślałem na bieganiu z dzisiejszej zakładki, co zaowocowało tym, że mnie „z lekka” poniosło z tempem 🙂

A z maratonem jeszcze się zmierzę. Cel „Maraton w tempie 3’59″/km” dalej jest na liście!

Półmaraton Gdynia 2017

Półmaraton Gdynia 2017 już za mną. Znowu wiało, pogoda generalnie mnie nie urzekła. Przed startem standardowo – rozgrzewka, żeby nie wyrwać się do biegu na zimno. Po rozgrzewce miałem dziwnie wysokie tętno… Albo pasek wysechł i przekłamywał, albo coś fizycznie było nie tak. Postanowiłem, tak czy owak, spróbować polecieć poniżej 4’/km. Ustawienie na starcie, ostatnia wymiana słów z moimi najwierniejszymi kibickami i można lecieć 😉

Zmodyfikowana trasa fajna, można było zasuwać. No i na początku wszystko szło fajnie. Pierwsze 4-4.5 km pod lekką górkę, tempo dobre, średnio zgodnie z założeniami. Udało się złapać fajną grupkę, która żwawo, w tempie zbliżonym do moich założeń. I tak sobie lecieliśmy kolejne kilometry. Samopoczucie dobre, kondycyjnie spoko, czuję, że tętno też jeszcze dobre. Tempo do utrzymania do końca biegu, może nawet na końcówce można by coś pocisnąć. Jednak na 12 km poczułem ostry ból w pachwinie – tak jak na wtorkowym treningu. W głowie od razu myśl, że za trzy tygodnie maraton – trzeba minimalizować szkody. W związku z tym zwalniam do prędkości, przy której przestało boleć. I już wiem, że średniego tempa zgodnego z założeniami nie będzie. Teraz zostało jedynie spokojnie dobiec do mety. Drugi podbieg pod Świętojańską już w tempie relaksacyjnym (4’30″/km). Non-stop jestem wyprzedzany, ale pilnuję, żeby nie przyspieszać. To nie czas na wyścigi, ten start jest mniej ważny od maratonu (na którym też ścigania w sumie nie będzie :-P). Po Świętojańskiej skręt w al. Piłsudskiego, a tam, za punktem z wodą, mały chłopiec (7-8 lat?) widząc moją koszulkę (madżentowa niemaniemogę) zaczął krzyczeć „Ogień z dupy!” i „Niemaniemogę!”. Aż się wzruszyłem, z lekka 😉 Zostały niecałe trzy kilometry, które grzecznie przetruchtałem do mety, bez ekscesów i wyrywania do przodu. Byle dobiec.

Półmaraton Gdynia 2017 ukończyłem w godzinę, 27 minut i 6 sekund. Średnie tempo 4’8″/km. W sumie kryterium sukcesu wypełnione, ale jest niedosyt. Nawet nie tyle ze względu na czas, co ze względu na nogę. Teraz trzeba się wyleczyć, żeby za trzy tygodnie przebiec maraton w Gdańsku. Założenia? Wszystko poniżej 3 godzin i 15 minut będzie sukcesem. Plan optimum to czas poniżej 3 godzin i 10 minut. Jeśli było by cokolwiek szybciej, to będzie rewelacja.

A potem? Czas na powrót do treningu tri. Zredukuję objętości biegowe, zwiększę basenowe i powróci mocno zaniedbany rower! Plany startowe? Na razie brak. Zobaczymy, jak to będzie z pływaniem. Chciałbym ukończyć jakiekolwiek zawody. Ale ukończyć na mecie, a nie po raz kolejny w łódce. Niech się zrobi jeszcze cieplej, spróbuję wrócić do wód otwartych i zacząć je znowu oswajać. Na spokojnie, powolutku. Nie spieszy się. A jak już się przełamię, to będzie czas na śrubowanie wyników. Sam jestem ciekawy, jakie wyniki mógłbym robić 🙂

Zdziwienie… jak co roku!

Od kilku tygodni w bieganiu masakra. Nie do końca mogłem złapać to nieuchwytne coś, co wyjaśniłoby co się dzieje. Czułem, że mam podniesione ciśnienie, przewlekły katar, uczucie jak bym był przeziębiony. Profilaktycznie zredukowałem objętości treningowe i nic… zero poprawy. Czyli to nie zmęczenie. Może choroba? Ale tyle czasu? No kurde…

Na basenach znowu zdychanie. Miałem wrażenie, że albo się utopię katarem spływającym po gardle, albo się uduszę. Oddech krótki, ciężko nabrać pełne płuca powietrza. Po basenie katar. Kichanie. Zatkany nos, a przecież od operacji było dużo lepiej! Może chemię zmienili, albo dają jej więcej? A może ogólnie woda bardziej syficzna, czy coś?

Takie same problemy z oddychaniem na bieganiu, szczególnie akcentowym. Fizycznie spoko (z dokładnością do odzywającego się przyczepu przywodziciela), a oddechowo dramat. Zadyszka przy ciut większym obciążeniu. Tętno ciut tylko wyższe i mimo wszystko płaściutkie, tak jak być powinno… A oddechowo zgon. I ten katar ściekający po gardle, wydawanie całej masy dziwnych dźwięków/chrząknięć, przez co piesi czmychają mi z drogi, jak przed demonem jakowymś.

Co się do cholery dzieje?! Przecież przy tej ilości odpoczynku, leków, miodu, cytryny, to powinienem być chodzącym okazem zdrowia…

WTEM! (jak w komiksach ;)) Zaczął się świąd oczu… co się kurde znowu wyprawia?! Iiiiiii… nagle olśnienie! I zdziwienie! Przecież ja mam alergię! Więc to o to chodzi… Szybka obczajka kalendarza pyleń i widzę, że pyli leszczyna. Czyli to (+ brzoza), na co jestem najbardziej uczulony. Do tego dochodzi do mnie też, że przecież moje alergeny pojawiają się już od 3 dekady stycznia. Jak co roku, jestem zdziwiony, że znowu mnie jakaś alergia męczy. Objawy są te same, zawsze. I zawsze jestem zdziwiony. Teraz zastanawiam się, czy sobie nie ustawić przypominacza w kalendarzu na przyszły rok: „Te, gościu, masz alergię, weź piguły bo będziesz się dziwił” 😉 I tak jakoś na początek stycznia bym sobie ustawił pierwszy, drugi z tydzień lub dwa później.

Zapodałem piguły. Jest ciut lepiej, ale zanim się to uspokoi to minie parę dni, albo i tygodni. Teraz zastanawiam się, co będzie jutro? Dzisiaj pada, od razu zrobiło mi się lepiej. Wiatr też pewnie trochę pomógł. Jeśli jutro zapylenie by dało szansę, to będę próbował pobiec poniżej godziny i 30 minut. No i jak by wiatr już sobie darował. Jak bym się złapał znowu na jakąś fajną grupę, to może się doholuję poniżej godziny i 25 minut? 😉 Wszystko ze średnim tempem poniżej 4’15″/km będzie sukcesem.

W sumie, mogło by być tak, jak na nie opisanym tutaj Biegu Urodzinowym w Gdyni. Sukcesem miało być 42′-43′, a wyszło… 39’25” 😀 Wyszło lepiej niż na Biegu Niepodległości, a się tego zdecydowanie nie spodziewałem. Czy dam radę pobiec półmaraton z tempem poniżej 4’/km? Jutro się wszystko wyjaśni 🙂

Pasja?

Znowu długa przerwa! Z treningiem jestem w lesie. Głęboko w lesie. Na tyle głęboko, że o życiówce maratońskiej na wiosnę mogę zapomnieć. W sumie, to dopiero od dwóch tygodniu trenuję. W kończącym się tygodniu można dopiero powiedzieć o regularnym treningu, poprzedni był rozruchowy. Chorowałem, przeprowadzałem się, miałem mnóstwo wymówek, żeby się nie ruszyć. Ale głównie chciałem się wyleczyć do końca, a nie zaleczyć i „jakoś to będzie”. Teraz trzeba trochę bazy zrobić… A według oryginalnego planu, to niedługo miałem ruszać z treningiem szybkościowym. Jakoś się na niego na razie nie czuję 😉 Wychodzi na to, że będzie kolejny maraton dla przyjemności 😀

Dzisiaj sobie pobiegałem. Temperatura średnia -11 stopni – bez tragedii, biegało się przy niższych temperaturach. Dopóki rzęsy się nie sklejają i można mrugać oczami – jest spoko 🙂 Plan zakładał 22 kilometry biegu w tlenie, 11 km „tam” i 11 kilometrów drogi powrotnej. Gdy wyszedłem z domu, to ucieszyłem się, że nie wieje. O naiwności. Po pierwszym kilometrze poczułem wiatr. Raczej z tych zimnych. Pochwaliłem sam siebie za założenie dwóch par rękawiczek. Po trzecim kilometrze chciałem stwierdziłem, że sobie dobiegnę do piątego kilometra i zawrócę. Trudno, trening będzie krótszy, ale przy tym wietrze nie ma co się wychładzać. Dobiegłem do piątego kilometra i pomyślałem sobie, że może jeszcze kawałek, te 200 metrów do skrzyżowania i tam zawrócę. Przy skrzyżowaniu doszedłem do wniosku, że skoro nic nie jedzie, to mogę przebiec przez ulicę i kawałek dalej, żeby jeszcze dokończyć ten kilometr. Potem stwierdziłem, że kawałeczek dalej jest jeszcze całkiem przyjemna nawierzchnia, to potruchtam sobie jeszcze trochę. I tak ze sobą negocjowałem do 11 km. 😀 Wtedy stwierdziłem, że już wystarczy i zawracam. Teraz już nie miałem wyjścia, byłem na zadupiu i żeby wrócić to mogłem biec lub iść. No to pobiegłem, bo tak szybciej, niż iść 😉

Ale w sumie, to tylko tło tego, co chciałem przekazać. Często zdarza mi się słyszeć, że ktoś jest wariatem, bo ma jakieś hobby, które odstaje od „standardów”. Ktoś biega, ktoś pedałuje, ktoś robi coś innego, niezbyt pasującego do ogólnego pojęcia przyjemnego spędzania czasu. I jak dzisiaj sobie biegłem, słonko przyjemnie świeciło, a wiatr niezbyt przyjemnie wiał, to zauważyłem sporą grupę ludzi. Im bliżej byłem, tym lepiej widziałem sprzęt, który ze sobą mieli. Aparaty z teleobiektywami (były przeogromne!), lunety, mocne lornetki – pomyślałem, pewnie oglądają ptaki. Jak już byłem bardzo blisko, to zobaczyłem, że opatuleni byli jak misie 😉 I w mojej głowie urodziła się myśl, że trzeba być mocno zmotywowanym (pasja czy wariactwo? ;)), żeby robić takie rzeczy, w taki mróz. Praktycznie jednocześnie usłyszałem, jak jeden z członków grupy mówi do innych, pokazując na mnie: „ten to musi mieć pasję”. A ja po prostu sobie biegłem, bo miałem plan do wykonania… 😉

To sprawiło, że przez spory kawałek trasy zastanawiałem się nad tym. Doszedłem do wniosku, że ja podziwiałem ich za motywację, bo dla mnie niepojęte było, że można w niedzielny poranek opatulić się jak miś i iść obserwować ptaki. A dla nich niepojęte było, że przy -11 stopniach można iść biegać w obcisłym. Coś, co dla mnie jest tak oczywiste, że aż zęby bolą, dla nich było wyczynem. A coś, co dla mnie było by trudne, dla nich było codziennością. I na tym chyba polega pasja. Wszelkie potencjalne trudności można rozwiązać, bo „gdzie wola, tam sposób”. Niejednokrotnie dokonywałem cudów logistycznych (przynajmniej w moim odczuciu), żeby tylko ogarnąć się z życiem rodzinnym, treningiem i pracą w ciągu jednego dnia. A potem czytałem, np. u MKONa (http://niemaniemoge.pl/ – polecam lekturę!), jak wygląda jego logistyka. Albo Macieja Dowbora (http://totalneporuszenie.pl – również polecam). Moje wnioski były takie, że moja logistyka, przy ich logistyce to tzw. pikuś. Miałem również wniosek taki, że ich zaangażowanie jest o wiele większe niż moje. A dzisiaj dotarło do mnie, że każdy robi co może i co chce. Jedni obserwują ptaki, inni przełamują strach, a jeszcze inni robią wyniki. I dobrze! Niech każdy ma swoją pasję! W końcu wszyscy jesteśmy inni.

Bieg Niepodległości 2016

Dzisiaj 11 listopada (jeszcze), więc przyszedł czas zamknąć cykl Grand Prix Gdyni w biegach ulicznych. Gdyński Bieg Niepodległości 2016 traktowałem luźno, jako bieg sprawdzający moją kondycję. Kondycję, w której istnienie „z lekka” wątpiłem 😉 Po niedzielnym biegu BNP, który miał mnie troszkę odmulić, zakładałem, że jeśli pobiegnę poniżej 42 minut, to będzie sukces. Wyszło zdecydowanie inaczej.

Na sam bieg wyszliśmy późno. Zbyt długo zamulałem z zebraniem się. Nie chciało mi się biec (znowu!). Tym razem dlatego, że obawiałem się wyniku. No nic, jak już ruszyłem tyłek, to można się przebiec. Najwyżej, jeśli będzie kicha, to zejdę z trasy. Rozgrzewka, ze względu na późne wyjście, musiała zostać skrócona. W sumie to nic nie szkodzi, bo przecież i tak będzie kicha, nie? Na start dotarłem 3 minuty przed sygnałem z Błyskawicy, który miał rozpocząć bieg. Ustawiłem się z tyłu swojej strefy, żeby nie przeszkadzać innym.

Jest sygnał, więc ruszam. W głowie siedzi, żeby pobiec początek luźno i zobaczyć jak się będzie biegło. Pierwsze 300 metrów, spojrzenie na zegarek: 3’52″/km. Za szybko, mimo że nie czuję, żeby było szybko. No ale to początek, więc trochę odpuszczam. Pierwszy kilometr w 4’02”. Kolejny w 3’56”. Jak na razie jest spoko. No to trzymam tempo. Skupiam się na tym, żeby rozluźnić górne partie ciała i pilnować kadencji. I nie pędzić, bo Świętojańska przecie…

Jestem zdziwiony, bo wyprzedzam… Zaczyna się podbieg na Świętojańskiej, rzut oka na zegarek i widzę tempo 4’20″/km. No trudno, będzie wolno, ale tym razem się nie zajadę. Może uda się coś szybciej pobiec na koniec, jeśli zostaną mi siły. Dopiero później, gdy sprawdzałem czasy poszczególnych kilometrów na zegarku, okazało się, że jednak przyspieszyłem pod Świętojańską i pokonałem ją ze średnim tempem 4’05″/km, zacnie! Potem już tylko zbieg al. Piłsudskiego, gdzie Fenix ześwirował i pokazał czas ósmego kilometra 3’39″… ponad 200 metrów przed flagą oznaczającą, że zostały dwa kilometry. Przełączyłem zegarek, żeby pokazywał aktualny czas biegu i wyszło, że na ósmym kilometrze mam 5 sekund zapasu. No to wystarczy utrzymać tempo w okolicach 4’/km i będzie poniżej 40 minut, co jeszcze 32 minuty wcześniej wydawało mi się niemożliwe. Trzymałem to tempo, mimo że sporo ludzi mnie wyprzedzało, ale chciałem po prostu dobiec.

I dobiegłem. Czas netto na mecie: 39’42”. Czyli udało się pobiec całkiem sporo poniżej 4’/km 😀 Nie spodziewałem się takiego wyniku, mimo że Monika w to wierzyła. Przed startem powiedziała mi, że sam się zdziwię jak dobrze mi pójdzie i miała rację, skubana! Trzeba się chyba Szanownej Małżonki słuchać… 😉 Tak czy owak, Bieg Niepodległości 2016 to ostatni start w tym roku. Teraz czas popracować nad formą na wiosenny maraton w Gdańsku. Jest nadzieja, że wstydu nie będzie 😉

Wytop na chłodno

Tym razem zaskoczyłem sam siebie. Tak jak opisałem w poprzednim swoim wpisie, postanowiłem w trakcie przymusowego odpoczynku zgubić trochę kilogramów. Plan się powiódł, wytop na chłodno idzie całkiem nieźle. Ba, jest już prawie po! Startowałem 11 października z wagą 81 kg, zacząłem od praktycznie całodniowego postu przed zabiegiem. Po powrocie ze szpitala było 80,2 kg. W tej chwili, po zaledwie dwóch tygodniach, jest 75,6 kg. Czyli w sumie 5,4 kg – strasznie szybko! W swojej diecie zmieniłem dwie podstawowe rzeczy, zmniejszyłem ilość jedzenia i włączyłem sałatkę jako (prawie) obowiązkową kolację. Prawie, bo parę razy zdarzyło mi się oszukać i nie zjeść sałatki. Pilnowałem się też, żeby nie jeść zbyt mało. Deficyt kaloryczny miał wynosić maksymalnie 10-15% i tego się trzymałem.

Dlaczego wytop na chłodno? Z dwóch powodów. Po pierwsze, jesień nie rozpieszcza mnie zbytnio wysokimi temperaturami. Po drugie, na wytopie zawsze mi zimno. Marznę przeokrutnie, dłonie i stopy mam lodowate. Duże ilości ciepłych napojów pomagają, ale na krótko. Zalegam więc, póki mogę, pod kołdrą czy kocem, mając na sobie bluzę z kapturem i spodnie dresowe. To chyba jest w tym wszystkim najgorsze! Głodny nie chodzę, bo nie mógłbym być długo głodny. Zaraz zaczyna mnie boleć głowa i mam ochotę rozerwać wszystko dookoła. Robię się zły. Dlatego pilnuję, żeby zdrowo i planowo podjadać sobie jakieś owoce pomiędzy posiłkami (ale też nie za dużo). Co by mnie z domu nie wyrzucili 😉

Teraz wracam powoli do treningów. Dwa razy posiedziałem po 30 minut na trenażerze, pedałując delikatnie i dziwiąc się, jak to fajnie tętno spada, jak oddycha się tylko przez nos 😉 Dzisiaj pójdę pobiegać i zobaczę, jak się będę czuł. W tym tygodniu jeszcze bardzo ostrożnie, bo mnie lekarz nastraszył… To się słucham! Paradoksalnie, powrót do treningów utrudni zrzucenie reszty planowanych kilogramów, bo trudniej jest wyliczyć ilość potrzebnych kalorii. Trochę trzeba będzie polecieć na czuja, słuchając co organizm mówi. A organizm pewnie powie „JEŚĆ, KURDE!” 😉 Ciekawi mnie, jak mi się dzisiaj będzie biegło…

Szkoda tylko, że MKON tak późno zaczął wyzwanie z wytopem (więcej tutaj: http://niemaniemoge.pl/wytop-2017-nowy-magnes-na-lodowke/), bo byłbym już zrobił niezły wynik 😉 A tak trochę wtopa z wytopem, bo zostało mi jakieś 600-700 gram do planowanej wagi startowej, toć MKON nawet sekundy by z życiówki nie musiał urywać.

Wizziulkowa Róża Wiatrów

M: Co dzisiaj na lunch?

K: Nie wiem – coś dobrego, byle dużo!

M: hm…

10 minut później – po głębokim namyśle zakończonym poważnym mysim ślinotokiem…

M: Może fasolka po bretońsku? Ochotę mam.

K: Ooooo! Dobry pomysł!

**********************************************************

4 godziny i 5 huraganów fasolowych później…

(jak w temacie – zasłużyliśmy na rozrysowanie lokalnej róży wiatrów, rozgoniliśmy mgłę nad Witominem)

M: Skoro już tak gazujemy, to może na przekąskę ciacho fasolowe?

K: A masz przepis?

M: W sieci peeeełno, a dzisiaj mi w oko wpadło to u panny Anny…

K: No…. to w końcu białko. Białka nigdy dość!

**********************************************************

1 godzinę i dwa przepisy później – dzisiaj robiłam łapę, jedną, za pomocą ręcznego blendera, ale… było warto!!!

 

FasoLOVE słodkie szaleństwo
FasoLOVE słodkie szaleństwo

M: Takie białko to ja mogę C O D Z I E N N I E!

Panno Anno, Paulino – kocham Was :*