Bieg Urodzinowy Gdyni 2018

Bieg Urodzinowy 2018. Tak, dzisiaj będzie na gorąco i krótko. Tydzień zaczął się od niezłego zjazdu formy. Po niedzielnym Ważnym Treningu, w poniedziałek na rowerze była siła. A we wtorek był zgon 😉 Zrobiłem rozbieganie, gdzie na końcówce mogłem, za zgodą Trenera, pocisnąć co nieco. To i pocisnąłem, pomimo uczucia bardzo ciężkich nóg i kiepskiej nawierzchni, dałem radę. I na tym się skończyło. W środę było tak źle, że wybrałem się jedynie na basen, zadania na rowerze nawet nie próbowałem robić. Nastrój psychiczny przed startem był kiepski.

W czwartek bardzo luźna tlenowa zakładka weszła, ale z niechęcią. Przełamanie przyszło w piątek. Przeżyłem basen (30x50m) i coś drgnęło. Popołudniowy rower poszedł już całkiem dobrze. Sobotni rozruch… początkowe przyspieszenia to był dramat. Ale ostatnie 3 już było nieźle.

Przed startem jeszcze zbiorowe zdjęcie Endure Team!
Przed startem jeszcze zbiorowe zdjęcie Endure Team!

Stoję więc na starcie, po rozgrzewce, która zbytnio mnie nie pocieszyła, i tak sobie rozkminiam. Że początek z górki, dopiero od połowy dystansu będzie coś pod górę. Że najwyżej pobiegnę luźno i przybiegnę po 42 minutach i już. Na szczęście czas na rozkminy się skończył i trzeba było biec. Na pierwszym kilometrze miałem wrażenie, że przy tym tempie (3’48″/km) to ja padnę na twarz po maksymalnie trzech kilometrach. Szczęśliwie, po chwili to uczucie przeszło i po prostu zacząłem biec, ciesząc się tym, że jest z górki. Pierwsze 5 km wyszło w 18’38” (3’44″/km). Potem laba się skończyła i trzeba było popracować. Na 7 kilometrze coś mnie spięło w plecach (znowu, kurde, coś!) i tempo zdechło bardziej niż miało. Przez chwilę pojawiła się myśl, żeby do mety dospacerować… Ale nie było takiej opcji! Walcząc ze swoją niemocą starałem się nie zwalniać, po prostu dobiec. W końcu na mecie czekała moja grupa wsparcia (Mysia, Henio i moja Mama).

Radość, że meta już blisko ;)
Radość, że meta już blisko 😉

I… uwaga… dobiegłem 😉 W czasie netto 38’29” (3’51″/km). Przed startem brałbym ten czas w ciemno. Wyszło bardzo fajnie (poza tym bolesnym spięciem), co dobrze wróży przed kolejnymi startami (półmaraton w Gdyni, duathlon w Czempiniu). Co ciekawe, po dobiegnięciu do mety, chwilę pospacerowałem rozmawiając z Trenerem i plecy odpuściły. Jak poszedłem się roztruchtać, to miałem uczucie, że znowu wszystko jest w porządku i mógłbym dalej mocno pobiec. Czyli coś tam z formy jest. Wystarczy (taaa, he he, „wystarczy”) się nie stresować i pójdzie 😉

Kolejny medal do kolekcji 🙂

Taki ładny medal! :)
Taki ładny medal! 🙂

Przy okazji, na koniec, gratulacje życiówek dla Enduraków, bo sypnęło nimi (życiówkami) zacnie! 🙂

Zmierzyć się z bestią? Ale masz jakieś wsparcie?

Nie lubię bieżni mechanicznej. Parę razy próbowałem się nią polubić, kiedy zeszłą zimą powietrze w Warszawie dawało się gryźć 😉 Niestety, nie wyszło. Źle mi się na bieżni biega, skracam krok, po jakimś czasie biegu zaczynam się zataczać. Nienaturalne to dla mnie i tyle. Co dziwne, to trenażer lubię. Często wolę treningi jakościowe cisnąć na trenażerze, bo można dokładniej się cyferek trzymać (ach to OCD… ;)). Tak się jednak złożyło, że zamiast jechać gdzieś daleko na nieośnieżony odcinek do biegania, zdecydowałem się zrobić Trening (tak, przez wielkie „T”!) na bieżni.

Trening, o którym mowa, przerażał mnie bardzo już od kilku dni. Wynikało to z tego, że pierwsze podejście do niego miałem w zeszłym tygodniu i poległem przeokrutnie. Może najpierw napiszę, co to w ogóle była za jednostka 🙂 Prosty trening, 2x(6×2’@LT p. 1′)p. 5′. Czyli dwa razy po sześć dwuminutowych powtórzeń w tempie progowym. Między dwuminutówkami minuta przerwy, między obiema szóstkami pięć minut przerwy. Proste, łatwe, nieprzyjemne 😉

Cóż więc się stało w zeszłym tygodniu? Wyszedłem na trening, nastawiony bojowo, bo przecież nie takie rzeczy się biegało (no dobra, takich akurat nie – nie te tempa), więc co to dla mnie? Na początku rozgrzewka, parę przebieżek na rozruszanie kopytek i zaczynamy zadanie. Pierwsza dwuminutówka (cudne słowo!) poszła spoko, ciut nawet za szybko. Druga, trzecia też. Po czwartej… normalnie stan przedzawałowy! Biało przed oczami, błędnik sfiksował i prawie się wywaliłem. Przestraszyłem się i odpuściłem. Do domu poszedłem spacerkiem, nie byłem w stanie zacząć truchtać. Następnego dnia, u laryngologa, okazało się, że to wskutek infekcji zatok i to w sumie normalnie. Niestety, dostałem szlaban na basen i bieganie. Został jedynie trenażer… Na koniec tygodnia, mogę to śmiało napisać, był niezły ból tyłka 😛

Wracając do biegania i bieżni. I Treningu! W piątek, wraz z Trenerem, zgodnie ustaliliśmy, że czuję się na tyle dobrze, że mogę w sobotę się trochę rozbiegać, a w niedzielę robimy podejście numer dwa do Treningu. Przed sobotnim bieganiem byłem jeszcze z Mysią i Heniem na spacerze i trochę mi kuper zmarzł. Stwierdziłem więc, że skoro i tak rozważam zrobienie Treningu na bieżni, to może pójdę się z wrogiem zapoznać, żebym sobie nie zafundował jakichś niespodzianek na Tym Ważnym Treningu. I to był bardzo dobry pomysł. Bardzo. Czy wiecie, że bieżnie mają bardzo czuły hamulec bezpieczeństwa? Lekkie smyrnięcie ręcznikiem i sru, bieżnia stoi… :-O Zdarzyło mi się to dwa razy w ciągu pięciu minut! A niby coś tam technicznie ogarniam… 😉 To była cenna lekcja, dzięki niej ogarnąłem gdzie ręcznik powiesić, żeby nie smyrać hamulca bezpieczeństwa. No i dzięki temu, że w rozbieganiu były przebieżki, to ogarnąłem jak szybko zmieniać prędkość. Nie, wcale nie robi się tego przyciskiem „+” koło znaczka prędkości, jak mi się wydawało. Robi się to wpisując cyferki i klikając „ptaszka”. Któż by pomyślał, nie? 😉

Trochę podbudowany stwierdziłem – ogarnę ten Trening i na bieżni! Wstanę sobie wcześniej, pojadę potrenować, wrócę i będzie super. Henio musiał mnie usłyszeć, bo w nocy dał czadu. Oj dał. Efekt taki, że owszem, wstałem wcześniej (szósta rano), ubrałem się, zszedłem na dół z myślą o śniadaniu i… rzuciło się na mnie łóżko w gabinecie 😉 Chwilę przed ósmą Mysia zeszła z Heniem na dół, więc zwlokłem się do nich. Jak Monika mnie zobaczyła, to od razu było: „idź na górę spać, bo masz Ten Ważny Trening do zrobienia”. Polazłem, i zasnąłem. Pospałem do dziesiątej i obudziłem się z samopoczuciem psa zmielonego razem z budą. Ma sa kra.

Zszedłem na dół, Monika zdecydowanie podkreśliła, że mam zjeść śniadanie, bo idę przecież na Ten Ważny Trening. A mi w głowie już chodziło pisanie do Trenera, że może jednak jutro czy coś. Ale wiara Moniki w to, że przecież to ogarnę, że mimo niewyspania i tak mam formę, była tak wielka, że sam w to uwierzyłem. Wciągnąłem michę musli z jogurtem (węgle, przed treningiem dużo węgli!) i stwierdziłem, że o dwunastej ruszam na walkę z Bestią. W Mysich oczach widziałem zarówno tą głęboką wiarę, jak i odrobinę zmartwienia, że jestem niewyspany. Stwierdziłem więc, że pogram Heniowi na gitarze i pewnie poczuję się lepiej. Zacząłem grać, razem z Moniką chwilę pośpiewaliśmy, synek się wkręcił i cieszył się jak dziki. Ale tylko na żywsze utwory. Wszystko w skalach molowych było nie do przyjęcia 😉

Wybiła dwunasta. Zabrałem spakowany wcześniej plecak, wydałem po buziaku Monice i Heniowi i ruszyłem do siłowni. Wychodząc z domu wątpliwości wróciły. I tak się biłem z myślami jadąc całe pięć minut. Gdy wszedłem na siłownię, to przypomniałem sobie spojrzenie Moniki i wiedziałem, że trudno, najwyżej tym razem padnę. Ale się nie poddam!

Teraz można by napisać, że gdy wszedłem na bieżnię rozpoczął się bój, zaczęła się walka… Ale tak nie było. Wlazłem na bieżnię, odpaliłem i biegnę rozgrzewkę. Kurde, coś za lekko się biegnie! Sprawdzam, ale nie, prędkość taka jaka ma być. Zrobiłem przebieżki, żeby się przed zadaniem głównym rozgrzać i dalej luz. No to myślę, że będzie dobrze. I było. Tak naprawdę, jak by było 3x6x2 to też bym dzisiaj ogarnął. Chyba Mysia musi częściej przejmować kontrolę i mną dyrygować, to wtedy życiówki się będą sypały jak z rękawa 😉 Wszystkim życzę takiego wsparcia, jakie mam u siebie!

A teraz czas na pożywną grochówkę, też od Mysi! Jutro na basenie będzie napęd pneumatyczny 😀

Kilka przepisów w jednym, czyli o udanym związku i BOBKACH MOCY

Jak zapewne udało się Tobie czytelniku zauważyć – a może wcale nie, bo przecież nie wszyscy są tak spostrzegawczy i równie jak ja (czyli co najmniej jak woda w kiblu) bystrzy – sparafrazowałam właśnie tytuł poprzedniego wpisu mojego męża. Wcale nie zrobiłam tego złośliwe! Wręcz przeciwnie – jakby zaśpiewał bardzo lubiany przez niego wykonawca, niejaki Jack Black – „This is a tribute!” (swoją drogą polecam w wolnej chwili sobie posłuchać, nóżka sama chodzi).

Dziś Międzynarodowy Dzień Przytulania i postanowiłam w tym dniu i tym oto wpisem męża mojego uhonorować. Dlaczego? A bo go kocham bardzo i uwielbiam, pewnie również dlatego, że tak dłuuuuugo musiałam na niego czekać! I dlatego jeszcze, że mój mąż obudził we mnie i dzielnie pielęgnuje … tri-potwora 🙂 Tak, tak – nie oszukujmy się, gdyby nie mój ukochany, pewnie nigdy nie wzięłabym się za ten cały trajlon. A zaczęło się tak niewinnie… ale to historia na zupełnie inny wpis 🙂

Muszę się mocno pilnować, bo mam niestety straszliwe zapędy do brnięcia w liczne dygresje i odchodzenia od meritum… no więc o co chodzi z tymi przepisami?

Pierwszy miał być na udany związek 😉

Otóż kiedy wreszcie zebrałam się w sobie i wyszłam na dzisiejszy trening, a jakoś tak mocno mi się nie chciało – no ale tak czasem bywa – nie chce się, a potem człek jest mega zadowolony, że jednak wylazł… a zatem kiedy wreszcie wybiegłam dziś z domu, nie miałam w głowie kolejnych startów, ani Henia-alkoholika, tylko pojawiła się taka myśl, jaki fajny jest ten mój mąż, że właśnie w tej godzinie ogarnia potomka, żebym ja mogła ruszyć te swoje cztery litery. Małżonek mój bowiem w swej mądrości ogarnia, że będąc w związku warto (raptem dwie rzeczy):

Być sobą i pozwolić na to samo swojemu partnerowi.
Mieć swoje pasje, ale też wspierać drugą połowę w dążeniu do samorealizacji.

 

A żeby nie było tak sztywno i moralizatorsko, no i by faktycznie wpis zawierał kilka przepisów, pozwolę sobie opisać w skrócie (ale nie takim aż telegraficznym), moją drogę do pozyskania BOBKÓW MOCY.

Czeko-kulka w kokos-wiórkach, czyli BOBEK MOCY
  1. Wczesnym popołudniem wykoncypuj sobie, że potrzebujesz jakiegoś porannego posiłku przedtreningowego bez wielkiego porannego gotowania.
  2. W trakcie wieczornej drzemki swego prawie 4-miesięcznego syna obczaj lodówkę i spiżarnię. Bądź pełna nadziei, że z lekko przeterminowanej kremówki, cukru, płatków owsianych, orzechów nerkowca, nasion słonecznika i rodzynkUF uzyskasz batony śniadaniowe Nigelli.
  3. Natychmiast podejmij się realizacji zadania – wlej kremówkę do garnuszka, dorzuć cukru na oko i gotuj to wszystko na małym ogniu licząc po cichu, że cukier rozpuści się bez mieszania i wszystko będzie git.
  4. W plastikowej misce wymieszaj wszystkie suche, oczywiście odmierzone również na oko, bo przecież nie masz czasu – dzieć może się obudzić w każdej chwili. Puknij się następnie w łeb i wymień miskę na szklaną, bo przecież ostatecznie będziesz do tego dolewać gorącą kremówkę.
  5. Przemieszaj jednak tę kremówkę z cukrem (warto), zalej suche składniki i mieszaj porządnie do połączenia, ale bez przesady – pamiętaj o dzieciu!
  6. Ooo! Skubany młody się obudził – na jednej nodze wyłóż blachę papierem, uklep w pośpiechu uzyskaną breję i wstaw do zimnego piekarnika. Ciepnij garnek i miski do zlewu, bo młody już zaczyna jękolić, leć po niego!
  7. Z dzieckiem na ręku włącz piekarnik.
  8. Po godzinie piętnaście poproś męża o pokrojenie tego czegoś w blaszce, bo sama masz młodego przy cycu.
  9. Jeśli batony nie wyszły – myśl jak Pollyanna – masz granolę!
  10. Następnego dnia rano wraz z małżonkiem wciągnij pół blachy tego czegoś z jogurtem. Całkiem niezły shit, ale za miENTkie jak na granolę. Kombinuj dalej. Acha! Umyj garnek i miski!
  11. Jak na dziecko lat 80′ poprzedniego stulecia przystało orientujesz się, że z płatków w każdej postaci da się jakoś dojść do CiastkUF owsianych bez pieczenia. No dobra, te są jakieś fikuśne, kto w tamtych czasach widział jakieś masło orzechowe?! Ty spróbuj bez.
  12. Wieczorem, znów w trakcie drzemki syna, podejmij się realizacji powyższego pomysłu – z reszty „tego czegoś” co Ci zostało po śniadaniu. W garnku zagrzej masło, mleko, jeszcze cukru i kakao. W ciepłą masę wciepnij resztkę swojej brei, dorzuć płatków owsianych, bo jednak jest tego ciut za mało.
  13. W nagłym przypływie zdrowego rozsądku poproś swojego męża (wybierającego się akurat do apteki w centrum handlowym), o dokupienie w markecie mleka w proszku i wiórków kokosowych, bo przecież w razie totalnej porażki da się skombinować jakąś hybrydę z blokiem czekoladowym.
  14. Odstaw gorącą masę do ostygnięcia. Zapomnij o niej do rana, w końcu dzieć usypia przy piersi…
  15. Rano znajdziesz w garnku zastygniętą masę – skoro już masz te wiórki kokosowe i mleko w proszku zrealizuj swój ostateczny pomysł w trakcie porannej drzemki młodego.
  16. Podgrzej to coś w garnku z dodatkiem mleka (płynnego), dosyp mleko w proszku i ciut wiórków – resztę wykorzystaj do obtoczenia kulek.
  17. Niech dziecko obudzi się w trakcie tej czynności, a Ty zawołaj do męża: „Przejmij Heńka, bo ja jeszcze kulam to gówno!” i dzięki temu znajdź nazwę dla swojego wynalazku! Tak oto pozyskałaś/eś BOBKI MOCY! Kaloryczne w cholerę, może niekoniecznie super zdrowe, ale jakie dobre!
  18. Brudne gary wciepnij do zmywarki, ogarnij podczas kolejnej drzemki dziecia, albo zdaj się na męża 😉

I pamiętaj!

Zawsze możesz liczyć, że Twoje dziecko rozbuja Twoją kreatywność, zainspiruje do kolejnego wpisu, a nawet pomoże w przygotowaniu go na raty!

W końcu to Twój mały pomocnik!

Heniek, bo 1+1 >= 3!

 

 

 

 

Wiele przepisów w jednym, czyli jak ogarnąć smaczny makaron w 10 minut!

Treningowo nie mam nic do powiedzenia. No bo co tu mówić? Że znowu choroba, czy inna migrena i treningi powypadały? Szkoda gadać i tyle. Warto jednak skupić się na temacie wytopu. Ten szedł całkiem nieźle (z 83 kg waga zeszła do 76 kg, brakowało kilograma do wagi docelowej!), ale przypałętała się migrena. W 4 dni waga wzrosła do 81,6 kg :-O Większość tego to woda, ale i tak jest to deprymujące, bo o ile początek łatwo się zrzuca (dzisiaj, czyli kolejne 4 dni później, już jest 78,5 kg), to końcówka zawsze jakoś zejść nie chce.

Z tego względu powinienem znowu większą uwagę zwrócić na to co jem. I zwracam, bo pojawiają się bardzo zdrowe posiłki typu warzywka na parze + jakieś mięsko (indyk, kurczak, ryba). Ale trzeba sobie czasem dogodzić, czyż nie? W końcu o czym człowiek myśli na wytopie, jak nie o jedzeniu!? I to raczej nie wytopowym 😉

Jakiś czas temu zrobiłem fajny makaronik, który od tamtego czasu powtarza się regularnie. Przygotowanie jest proste i szybkie, a smak powala. No jest w tym smaku coś, co sprawia, że mógłbym to jeść prawie codziennie! Mowa o makaronie z własnoręcznie przygotowanym pesto.

Dlaczego przygotowane własnoręcznie, a nie kupne? Świetne pytanie, cieszę się, że je sobie sam zadałem 😉 Z dwóch względów. Po pierwsze, kupne pesto można nabyć najczęściej w postaci klasycznej (zielone, z bazylią) lub czerwonej (z suszonymi pomidorami). Takie pesto często jest masakrycznie tłuste i przez to mdłe. Po drugie, samodzielnie przygotowane może być udziwnione.

Tak właśnie jest w tym przypadku. Ja pesto przygotowuję najczęściej w dwóch wariantach: ze szpinakiem (Mysia uwielbia!) i z jarmużem (ja uwielbiam!). Ale można eksperymentować. Można zrobić pesto z natki pietruszki, czy praktycznie dowolnej innej zieleniny!

Składniki na jedną (1!) porcję (trzeba mnożyć przez liczbę osób!):

  • Parmezan – 15g
  • Orzeszki piniowe – 15g
  • Oliwa z oliwek – 15g
  • Czosnek – ile lubicie, ja daję dwa lub trzy ząbki na głowę
  • Sok z cytryny – zależy od cytryny, zazwyczaj sok z 1/4 cytryny na głowę
  • Jarmuż lub szpinak – ile wlezie do blendera! Tu naprawdę ciężko przesadzić 😉
  • Makaron – adekwatnie do potrzeb 😉

Przygotowanie jest trywialnie proste. Przygotowujemy odpowiednie porcje poszczególnych składników. Wrzucamy parmezan, orzeszki (można je również zastąpić np. pestkami słonecznika), oliwę, czosnek i sok z cytryny do rozdrabniacza (lub blendera, też się nada). Rozdrabniamy aż będzie ładnie rozdrobnione (;)). Następnie porcjami dodajemy i rozdrabniamy zieleninę. Jak już docelowa porcja jest gotowa, to sprawdzamy smak. Pesto ma nam po prostu smakować na surowo. Jeśli nie smakuje, to dodajemy co potrzeba, żeby było lepiej. Nastawiamy wodę na makaron – ostatnimi czasy wcinamy świeży makaron z Lidla, papardelle albo tagliatelle, który gotuje się 3-4 minuty. Wrzucamy makaron i go gotujemy. 2 minuty przed końcem gotowania makaronu na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy z oliwek i wrzucamy pesto. Chodzi o to, żeby doprowadzić do lekkiego roztopienia się parmezanu w pesto (u mnie zajmuje to 30-60 sekund, w zależności od producenta parmezanu). W międzyczasie odcedzamy makaron, po czym wciepujemy go na rozgrzane na patelni pesto. Mieszamy, żeby makaron rzeczonym pesto się pokrył. Przekładamy na talerze/miski i wcinamy!

Może nie wygląda to zbyt zachęcająco na zdjęciu, ale w smaku… niebo w gębie!

Makaron z pesto
Makaron z pesto

Santa Claus is coming to town, czyli FAT-MADKA wraca do gry…

Niespiesznie wciągam fioletowe rajtki w rozmiarze S na lekko spocone pupsko w rozmiarze XL. Nie mam specjalnych majtasów jak Brydzia Dżons, ale jakoś to będzie. Tu wcisnę, tam upchnę, porządnie zwiążę sznurek w talii, żeby nic nie wyskoczyło górą. Wielkopolska sknera mieszkająca we mnie jest szczęśliwa, bo dzięki dodatkowi lycry nie muszę wymieniać całej sportowej garderoby.

Jest 8:30, ale jestem na maksa zmulona. Brakuje mi werwy, bo w nocy Henio zarządził imprezę od 1:30 do prawie 4, ze zmianą cyca w połowie dystansu. Dopinam przyciasny sportowy stanik na chwilowo niesymetrycznym biuście – lewa nieopróżniona, bo od 6:00 graliśmy prawą na leżąco, żeby jeszcze choć trochę pospać – wciągam koszulkę techniczną i bluzę biegową, a w międzyczasie trzy razy sprawdzam ręką miejsce w okolicy mleczarni, przy tym poziomie zmęczenia nie ufam samej sobie, ale za każdym razem znajduję pulsometr na właściwym miejscu. Mogę kontynuować przygotowania do treningu. Schodzę na dół, w przedpokoju zakładam ciut toporne Kalenji, ale w nju balansach bym się pewnie dzisiaj „samozapłodniła”, o czym przekonam się już wkrótce. Z salonu dobiega głos najwspanialszego taty we wsi Kazimierz:

„Osioł robi i-aa, i-aa!”

Oho! Chłopaki dorwali się do poważnej literatury – „Księga dźwięków”, ostatnimi czasy nasz książkowy hit, zaraz po „Najlepszym” 😉

„Nie biorę klucza!” – krzyczę.

Sprawdzam czas na Garminie i jak na Grażynę triathlonu przystało – bez żadnego śniadania, i co gorsza o suchym pysku, za to z pięciominutową obsuwą w stosunku do wczorajszych założeń, wychodzę na bieg – naprawdę nie jest źle. Odstawiam jeszcze kosz na śmieci na swoje miejsce (Panowie z PUKu zwykle zostawiają go na środku podwórka, żeby zaznaczyć swoją obecność) – zyskuję 10 punktów w plebiscycie GOSPODYNI ROKU, nie powiem, przyda się, albowiem azaliż od paru miesięcy totalnie nie ogarniam kuwety. Ahoj przygodo! Mogę ruszać!

Wybieram trening na zegarku i tu pierwszy ZONK – Garmin ustawia typ treningu „Bieg w pomieszczeniu”. Macham na to jednak ręką i szczam sikiem prostym, bo od kiedy Henio jest z nami to serio nie mam czasu na takie pierdoły. Poza tym, co ja tam dzisiaj wyczytam z tego treningu, skoro dopiero wracam do jakiegokolwiek wysiłku po tylu miesiącach przerwy? Co najwyżej Garmin znów podpowie, że regenerować się powinnam w trumnie na katafalku, czyt. jakieś 3 dni. Wsłuchuję się zatem w Sistars, które odpaliłam w spotyfaju na srajfonie (telefon, nieodzowny element wyposażenia treningowego matki), i zaczynam biec.

W głowie powtarzam sobie co mam do zrobienia – 15 minut luźno, 5 x (20” ciut szybciej / 1’40” luz) i 15 minut schłodzenia. Tak zarządził trener, a ja mam najlepszego na świecie, czyli mojego męża, to go będę słuchać! Mocno pilnuję się, żeby już na starcie nie myśleć o duathlonie w Czempiniu, bo wiem, że raciczki oszaleją, tętno poszybuje w kosmos, a i tak nie mam czym szastać. Szczególnie biorąc pod uwagę 13 kg, które mi jeszcze zostało do zrzutu. Nooo… o tym też strach myśleć – specjalnie zgłosiłam się do czelendżu MKONa, żeby te kilogramy pożegnać, ale od tego momentu zeszło ich raptem całe dwa (święta – serniczki, pierniczki, makowce, sałatki jarzynowe, śledziunie, śledziuniuniuniunie kochane).  A skoro już zaczęłam myśleć o wadze, to wróciło do mnie oczywiście to wczorajsze ciasto, co to je z wielkim apetytem spałaszowałam, czując co prawda pewien niesmak do samej siebie, który jednak zupełnie nie utrudnił mi konsumpcji.

JA: Kochanie, w tym chyba nie ma alkoholu, prawda?

KAMIL: Nie, spokojnie możesz zjeść, ja nic nie poczułem, a jestem w tym temacie wyczulony…

No to rzuciłam się jak szczerbaty na suchary… cholera, czy mi się wydaje, czy tam jednak jest coś rozgrzewającego? Temat wkręcił mi się w mózg i świdruje od tej 19:30, kiedy zakończyłam spożycie. To zatem całkowicie naturalne, że o 3 nad ranem, po zmianie cycusia na prawy, wpisuję w google „sowa tort cookie skład” – w opisie jak wół stoi SPIRYTUS. Ku*wa mać! Pieprzona madka roku!

W pierwszych pięciu minutach biegu myślę zatem o Heniu, którego na bank wczoraj wieczorem wpędziłam w alkoholizm. Oczami wyobraźni widzę sklep całodobowy, przed nim dorosłego już i z lekka zużytego Henryka obalającego flaszkę z jakim innym menelem, pardon alkoholikiem. Konsumpcję przerywa im trzeci żul zagajając:

„Te Heniek! Kopsnij szluga!”

Ja pikolę, Mysza rilaks! Zjadłaś jeden mały slajsik, daj se kobito siana!

Na szczęście po kilku minutach biegu nawierzchnia diametralnie się zmienia, co zmusza mnie jednocześnie do zmiany tematu rozważań. Zaczynam się zastanawiać czy w ogóle dam radę zrobić na tej trasie jakiekolwiek przyspieszenia. „Gwiazdy tańczą na lodzie!” -„Janusze i Grażyny triathlonu” special edyszyn. Jedyny plus – wzrost kadencji i poprawa Vertical oscillation 😉 W międzyczasie zauważam, że niestety wróciłam do biegania w stylu Rocky’iego – ciężko stąpam i boksuję rękami na boki. Pocieszam się i usprawiedliwiam sama przed sobą, że to na pewno przez zmianę środka ciężkości – biegnę przecież z nieopróżnionym lewym cyckiem, to musi być to! Dobiegam do asfaltowej ścieżki rowerowej i widzę, że będzie zabawa. Przede mną jakieś dwa dwustumetrowe pasy szarego bez lodu, czyli da się śmigać!

Zaczyna się pierwsze przyspieszenie i kobyle wypada z pyska wędzidło, a przecież miałam polecieć tylko CIUT szybciej!

„Konik robi i-ha ha, i-ha ha!”

Tylko to przyspieszenie to raczej w głowie. W rzeczywistości odwalam ślimaka, który w „Księdze dźwięków” jedynie elegancko macha czułkami. Na końcu odcinka drobię niczym gejsza, bo znów zaczyna się lód – jak dobrze, że Garmin wypikuje zakończenie tego dramatu, a ja wracam do Rocky’ego. Ten schemat powtarza się jeszcze 4 razy – na odcinkach 20” staram się wskoczyć w skórę T-1000 z „Terminatora 2″, w sensie łapki pięknie pracujące równolegle do korpusu w osi góra-dół, wzrok skierowany przed siebie, wydłużony krok… w wyobraźni jestem jak Usain Bolt, w praktyce – jak Usain Bolt z większym lewym cyckiem, w za ciasnych rajtkach i przestrzelonym kolanem. Ledwo zipię w przerwach i na 1’40” znowu wskakuję w skórę Rocky’ego.

Monodram zmierza ku końcowi, zostaje 15 minut schłodzenia – przeżyję je całkiem dzielnie, na oblodzonych odcinkach żeniąc Rocky’ego z gejszą i rozmyślając już tylko o tym, czy Henryk aby nie umiera z głodu.

W oknie witają mnie dwa najukochańsze na świecie męskie oblicza.

Jeszcze tylko prysznic i będziesz mógł się dorwać do jadłodajni, synku!

I oby mleko nie było kwaśne…

 

 

 

 

 

 

 

Lekko pikantny makaron z kurczakiem i warzywami

Chyba mnie pogoda załatwiła. Mam na myśli ten armagedon po Biegu Niepodległości. Rozchorowałem się, straciłem głos i jakoś się, cholera, nie mogę wyleczyć. Siedzę grzecznie w domu, podczas gdy miałem pływać i nadrabiać braki na basenie. A tu taka sytuacja. Zostało mi jedynie pocieszać się jedzeniem… No właśnie, jedzenie. Moja waga w tej chwili, to jakiś dramat. Przez tydzień ponad 2 kg w górę! A tutaj w głowie już nowy sezon i to, że miałem wrócić do wagi startowej (okolice 74-75 kg). Żeby już tak sobie zupełnie wyrzutów nie robić, postanowiłem, że dzisiaj będzie coś zdrowszego, mniej kalorycznego i takie tam.

Dla sportowca wytrzymałościowego makarony są dobrym znajomym. I słusznie, bo mają sporo zalet. Przynajmniej dopóki nie są rozgotowane 😉 Ale nie o tym miałem. Jest jesień, słońca niezbyt wiele, pogoda przygnębia. Trzeba dostarczać sobie witamin. A te lubią siedzieć w warzywach! Stąd pomysł na dzisiejszy obiad.

Składniki na 4 porcje:

  • Makaron razowy (u nas penne)
  • Dwie średnie piersi z kurczaka
  • Jedna czerwona papryka
  • Dwie żółte papryki
  • Jedna cebula
  • Kilka pomidorków
  • Dwie łyżki koncentratu pomidorowego
  • Dwie łyżki oliwy z wytłoczyn z oliwek
  • Pół łyżeczki pieprzu cayenne
  • Dwie łyżeczki czosnku granulowanego
  • Łyżeczka tymianku
  • Sól (do smaku)
  • Natka pietruszki (do podania)

Papryki myjemy i kroimy w paski. Cebulę kroimy w piórka. Piersi kurczaka kroimy w niedużą kostkę (tak ~1 cm). Kurczaka wrzucamy do miski, wlewamy jedną łyżkę oliwy, dodajemy przyprawy (pieprz cayenne, czosnek granulowany, tymianek, szczyptę soli) i mieszamy, aby mięso pokryło się przyprawami. Odstawiamy na parę minut (można dłużej, jak ktoś lubi sobie pomarynować ;)). Przygotowujemy patelnię, rozgrzewamy ją dosyć mocno i wlewamy drugą łyżkę oliwy (w zależności od patelni, może być potrzebne więcej oliwy). Porcjami dodajemy kurczaka, żeby temperatura patelni nie spadła zbyt mocno i smażymy aż się mięso usmaży. Lekko obniżamy temperaturę, po czym dodajemy cebulę, znowu smażymy, tym razem aż cebula zmięknie, po czym dodajemy paprykę i… smażymy aż trochę zmięknie 😉 Wrzucamy dwie łyżki koncentratu pomidorowego, wlewamy ze dwie, trzy łyżki wody, mieszamy i jeszcze trochę smażymy, ale już na małym ogniu. Warto w tym momencie spróbować, czy nie potrzeba np. soli lub czy sos jest wystarczająco pikantny. W międzyczasie gotujemy wodę na makaron, solimy ją i wrzucamy suchy makaron. Gotujemy makaron al dente, bo taki jest najlepszy. Gdy makaron się gotuje, do kurczaka dodajemy pokrojone w ćwiartki pomidorki i smażymy jeszcze chwilkę. Chodzi o to, żeby pomidorki się nie rozpadły.

Na koniec odcedzamy makaron, wrzucamy na miski/talerze, nakładamy na to sos. Posypujemy odrobiną natki pietruszki i jemy! Efekt końcowy może wyglądać jakoś tak (wiem, wiem, muszę popracować nad prezentacją):

Lekko pikantny makaron z kurczakiem i warzywami
Lekko pikantny makaron z kurczakiem i warzywami

Smacznego!

Bieg Niepodległości 2017

Ostatnim startem tego sezonu miał być (i był) Bieg Niepodległości w Gdyni, ostatni bieg w cyklu Grand Prix Gdyni w biegach ulicznych. Tym razem trasa biegu była klasyczna, taka jak choćby w zeszłym roku. To trasa, którą znam jak własną kieszeń, którą w sumie lubię. Moim największym wyzwaniem zazwyczaj jest ulica Świętojańska. Podbieg, niby nieduży, ale długi. Potrafi zmęczyć. Przekonałem się o tym niejednokrotnie, choćby w trakcie jednego z Biegów Europejskich, kiedy Świętojańska mnie ugotowała 🙂

Plan był prosty, zaatakować życiówkę, złapać ją, rzucić na glebę i się po niej przebiec 😉 Czyli każdy wynik poniżej 38’38” był zadowalający. No ale przecież nie może być tak prosto, nie? Tak fajnie się w parkrunach biegało, tak fajnie poszło bieganie na MP w duathlonie… To wymyśliłem sobie, że chciałbym pobiec poniżej 38 minut. Celem max było średnie tempo 3’45″/km, czyli na mecie 37’30”.

Nadzieję rozbudzał też fakt, że przez ostatnich kilka dni pogoda nie dawała powodów do narzekania. Nawet zbyt mocno nie wiało, a przynajmniej nie na tyle, żeby się tymi podmuchami zbytnio przejmować. Pogoda miała jednak inne plany, się wzięła i zepsuła. 🙁 Pocieszające było to, że plecy trochę mniej bolały, nogi miały luz i ochotę zasuwać. Ogólnie było całkiem dobrze, czułem się mocny! W głowie tkwiło, że cel 37’xx” jest realny. Przecież to tylko dwa razy dłuższy dystans niż 5 km, co w tym trudnego? 🙂

Trzy godziny przed biegiem zjadłem standardowy posiłek (ryż), chwilę pokręciłem się po domu i stwierdziłem, że czas jechać. Dużą zagwozdką był dla mnie dobór stroju. Temperatura jako taka (termometr pokazywał 3 stopnie) nie stanowiła problemu. Problemem był zimny wiatr. Ostatecznie zdecydowałem, że założę koszulkę termoaktywną z długim rękawem, na to koszulka biegowa i do tego spodenki triathlonowe kończące się na udzie (Huub Core – polecam).

Przed rozgrzewką zebraliśmy się w ramach Endure Team na grupowe zdjęcie (bezwstydnie ukradzione z profilu Ironfactory.pl na FB ;)). Chyba widać, że było zimno 😉

Reprezentacja Endure Team
Reprezentacja Endure Team

Na rozgrzewkę ubrałem się jak człowiek-worek, żeby mnie nie przewiewało i nie wychładzało. W trakcie rozgrzewki doszedłem do wniosku, że jeśli pogoda się nie pogorszy, to strój powinien dać radę. Po rozgrzewce poszedłem na start i żeby się nie wychłodzić zacząłem łazić w kółko po strefie startowej, podobnie jak całkiem spora grupa zawodników 😉

O godzinie 15 wystartowaliśmy, grupa czerwona (elita, czasy poniżej 35′) i żółta (moja, 35′-39’59”). Kolejne startowały z odstępem czasowym. Założenie było takie, żeby pobiec płaskie kilometry równo, a na podbiegach kombinować, na wyczucie. Pierwszy kilometr biegłem lekko niepewny tego, jakie tempo będzie „delikatnie niekomfortowe”. I wyszedł trochę za wolno (3’44”, wg zegarka), można było te kilka sekund szybciej. Na drugim kilometrze był delikatny podbieg, więc tempo pod kontrolą, ale ostatecznie wyszedł szybciej niż pierwszy (3’43”). Trzeci kilometr, ul. Polska, był wietrzny. Na szczęście biegło trochę grupek i można się było schować. Wyszło znowu wolniej (3’45”) niż miało. Wrrr. No to na czwartym nie ma odpuszczania! Nie odpuściłem, na podbiegu się spiąłem i… jak mnie szarpnęło w plecach, w odcinku lędźwiowym, to pierwsza myśl była „zejdź z trasy, bo sobie zrobisz krzywdę”. Kurde, a tak było dobrze… No nic, pomyślałem, że dobiegnę do Świętojańskiej i najwyżej stamtąd zejdę z trasy, będzie bliżej do mety i depozytów. Czwarty kilometr zajął 3’50”. Biegło się jakoś sztywno, jak by mi ktoś drugi kręgosłup zrobił z kija. Mimo wszystko, piąty kilometr pobiegłem szybciej (4’43”) i pierwsza piątka pękła w 18’49” (wg oficjalnego pomiaru). Czyli nie ma masakry, ciągle jest szansa na wynik poniżej 38″! Tylko te plecy… Stwierdziłem, że zobaczę jak pójdzie szósty kilometr i najwyżej faktycznie zejdę. Zdziwiłem się trochę, bo nie spodziewałem się, że szósty kilometr zrobię w 3’35” :-O Czyli jestem sztywny, boli, ale tempo mogę trzymać. Czyli czas na Świętojańską! Jeśli dobrze pamiętam, to nie udało mi się do tej pory pobiec jej w tempie poniżej 4’/km. Nie udało, do dzisiaj – średnie tempo 3’57″/km. Szału nie ma, ale jest poniżej 4′! Ze Świętojańskiej za wiele nie pamiętam, poza myślą „oddychaj na dwa, bez hiperwentylacji”. I jakoś poszło. Ósmy kilometr (al. Piłsudskiego), w dużej mierze z górki, pyknął w 3’41”. No to teraz już meta blisko. Jak wiatr nie przeszkodzi, to jest szansa zrealizować cel! Dziewiąty i dziesiąty kilometr były w okolicach 3’45″/km, na finiszu coś tam przyspieszyłem. Ostatecznie na mecie byłem po 37’52”, według zegarka. Później ten czas potwierdził też SMS od organizatora.

Co się potem porobiło z pogodą, to ciężko opisać. Serdecznie współczułem tym, którzy jeszcze biegli. Zdążyłem się przebrać i pogoda oszalała. Uciekałem czym prędzej. Do auta dobiegłem (no dobra, dotruchtałem) mokry i przemarznięty. Miałem 3 warstwy na nogach, 4 na górze i było mi mega zimno. Śnieg, deszcz, wiatr… Brrr!

Sam bieg wyszedł lepiej niż się spodziewałem. Gdy zabolało mnie w plecach miałem wizję albo zejścia z trasy, albo dotoczenia się do mety powyżej 40′. Z ciekawostek, średnie tętno było relatywnie niskie, 163 bpm. Z jeszcze większych ciekawostek, obniżenie kadencji okazało się trwałe, pobiegłem ze średnią kadencją wynoszącą 190 spm, a zazwyczaj na zawodach biegałem z kadencją ponad 200. Zmiana techniki pracy rąk oraz długości kroku, nad którą pracowaliśmy z Tomkiem od 22 września, okazała się być dobrą zmianą. Biegam znacząco szybciej, na niższej kadencji. Średnie tętno spadło. W półtorej miesiąca postęp prędkościowy – kosmiczny! Dzięki Trenerze, proszę o jeszcze 🙂

Numer i medal z Biegu Niepodległości 2017
Numer i medal z Biegu Niepodległości 2017

Makaron z cieciorką i czarną fasolą.

Dzisiaj wykonuję swego rodzaju powrót do przeszłości. Kiedyś zdarzało mi się, w miarę regularnie, wrzucać różne przepisy na innego bloga. Z tyłu głowy mam, że kiedyś do tego wrócę, ale na razie jakoś nie mogę się za to zabrać. Z drugiej strony, zawsze chciałem wrzucać na Trilozofię przepisy, które są szybkie, łatwe i całkiem znośne dla sportowca.

Biorąc pod uwagę fakt, że dzisiaj mam dzień regeneracji, postanowiłem zrobić do jedzenia coś fajnego. Początkowy pomysł był na rybę z pieca podaną na makaronie pełnoziarnistym z czosnkiem i cukinią. Jednakowoż, jak już się miałem zabrać za gotowanie, stwierdziłem, że nie chce mi się bawić z rybą. Postanowiłem zrobić coś innego, tytułowy makaron z cieciorką i czarną fasolą. Inspiracją był przepis znaleziony w sieci, na makaron z samą cieciorką. Jednak znaleziona w szufladzie z przyprawami słodka wędzona papryka skojarzyła mi się z czarną fasolą. Mając na względzie, że puszka tejże znajdowała się w spiżarni, grzechem było nie zrobić tego makaronu po swojemu 😉

Jeszcze dwa zdania, dlaczego przepis jest „znośny dla sportowca”. Makaron pełnoziarnisty jest zródłem dobrych węgli. Cieciorka i fasola są źródłami białka. No dobra, trzecie zdanie jeszcze: i to jest smaczne 😛

Składniki na cztery porcje:

  • Makaron pełnoziarnisty (zależnie od potrzeb, ja liczyłem 80g suchego dla siebie i po 40g dla dziewczyn)
  • 5 ząbków czosnku
  • 1 puszka cieciorki
  • 1 puszka czarnej fasoli
  • 1 puszka krojonych pomidorów
  • Słodka wędzona papryka
  • Pieprz czarny
  • Rozmaryn suszony
  • Sól
  • Oliwa z wytłoczyn z oliwek (do smażenia)
  • Odrobina natki pietruszki (do podania)

Sam przepis jest prosty do bólu. Cieciorkę i fasolę osączamy (osobno). Ząbki czosnku obieramy i kroimy w cienkie plasterki. Puszkę z pomidorami otwieramy i mamy pod ręką. Nastawiamy wodę na makaron, żeby się zagotowała. Na patelni mocno rozgrzewamy 2-3 łyżki oliwy. Wrzucamy pokrojony czosnek i smażymy, aż bardzo delikatnie zacznie się rumienić, wtedy jak najprędzej dorzucamy krojone pomidory i mieszamy. Dodajemy łyżeczkę rozmarynu, trochę wędzonej papryki (wedle upodobań, ale najlepiej nie za dużo) doprawiamy solą i pieprzem, mieszamy i chwilę (45-60 sekund) smażymy.

W międzyczasie woda na makaron powinna być już wrząca, więc dodajemy soli i wrzucamy makaron. Od razu podkreślam, że makaron najlepiej smakuje „al dente”, a nie jako rozgotowana paćka 😉

Do smażącego się sosu dodajemy cieciorkę i smażymy ze dwie minutki, po czym dodajemy czarną fasolę. Zmniejszamy grzanie i czekamy aż sos się odrobinę zredukuje.

W kolejnym międzyczasie makaron powinien się już ugotować. Odlewamy go i dodajemy do zredukowanego sosu. Mieszamy, żeby makaron dobrze pokrył się sosem i podajemy. Przed podaniem można dodać trochę natki pietruszki. Efekt końcowy może wyglądać tak:

Makaron z cieciorką i czarną fasolą
Makaron z cieciorką i czarną fasolą

Kona w tym roku była nie dla mnie…

Tak jak w tytule. Nie było mi dane… pooglądać i pokibicować 😉 Dzisiaj był, w sumie, najważniejszy start sezonu. Chociaż trochę przypadkowy. Nie planowałem startu w Mistrzostwach Polski w Duahtlonie. Gdy jednak okazało się, że są tuż pod nosem, grzechem było nie wystartować. O MP dowiedziałem się w okolicach 10 września i po szybkich ustaleniach z trenerem zapadła decyzja, że jedziem z tym koksem 😉

Było to o tyle szczęśliwe zrządzenie losu, że Tomek zasugerował chwilę wcześniej zmianę techniki biegowej. Była motywacja, żeby nad tym popracować. I przy okazji szansa, żeby może (mooożeeee…) załapać się na jakieś pudło. Dalej to w sumie jak w bajce, czyli: jak pomyśleli, tak zrobili. 😉

Nastąpił okres dosyć intensywnej pracy nad nową techniką, przy okazji pracy nad szybkością, której to (prędkości) mi ewidentnie brakuje. No nie potrafię się rozpędzić, za diabła! Krótkie odcinki, 100 czy 200 metrów, biegam z żałosną prędkością, szczególnie w porównaniu do ludzi, którzy na dłuższe dystanse biegają trochę wolniej ode mnie. Owszem, rozpędzę się na setce do 3’15”-3’20″/km, ale to jest (no, był) maks. Za to jak biegnę trzy setkę, to biegałem ją po… 3’15”-3’20″/km. Po prostu brakło prędkości. Zmieniona technika przyniosła poprawę, na 20″ przyspieszeniach potrafią zacząć się pojawiać tempa z dwójką na przedzie. Czyli coś się ruszyło! Do tego sprawdziany na dystansie 5 kilometrów pokazywały, że jest lepiej. W parkrunie pobiegniętym 12 sierpnia ruszyłem życiówkę, nowy czas to 19’03” (poprawa o 8 sekund). W kolejnym parkrunie, pobiegniętym 7 października, życiówka znowu się ruszyła. Tym razem mocniej, bo czas biegu wyniósł 18’47”. Nowa technika przyswaja się powoli, ale jak widać, działa. Efekt jest taki, że biegam trochę dłuższym krokiem, z nieco niższą kadencją (~10 SPM niższą, czyli ~190 SPM zamiast 200).

Po tym przydługim wstępie dochodzimy do sedna, czyli dzisiejszego duathlonu. Pierwszy raz (świadomie) startowałem w imprezie takiej rangi. Zdarzyło mi się kiedyś biec, w jakimś biegu, który miał rangę MP, ale umówmy się – na pudło nie było wtedy szans. A tym razem, gdzieś tam sobie wkręcałem, że może by się udało wyjąć pudło w kategorii. Jeśli będzie nie za mocno obsadzona 😉 Nie da się ukryć, że dwa tygodnie przed startem przygotowania do duathlonu zeszły, co nieco, na drugi plan. Nastąpiło to ze względu na przybycie Henryka, najsłodszej istoty świata, potomka Moniki i mojego. Wypadło kilka treningów, ale w sumie nic strasznego. Ot, wdrażanie się do roli młodego ojca 😉

Wracając do duathlonu. Byłem przerażony tym, jaka może być pogoda. Ostatnie zakładki kończyły się tym, że byłem przemarznięty i nie miałem już ochoty na nic. Szczególnie ostatnia zakładka, składająca się z biegania na stadionie, roweru po trasie zawodów, a potem kolejnego biegania na stadionie, dała mi się we znaki. Nogi mi tak zmarzły na rowerze, że rozgrzałem się dopiero na schłodzeniu po drugim bieganiu :-O Tymczasem pogoda postanowiła zrobić nam miłą niespodziankę, mimo że dzień nie zaczął się przyjemną pogodą. Mżyło i wiało. W okolicach godziny 10:30 niebo zaczęło się jednak przejaśniać. Potem pojawiło się słońce i zrobiło się nawet przyjemnie! Oczywiście, jak to w tych okolicach, wiało. Ale to już detal. Przed startem zrobiłem standardową rozgrzewkę, tym razem korzystając z dostępności stadionu MOSiR Rumia, po czym oddałem ciuchy do depozytu i podreptałem w okolice startu.

Na starcie stanęło niespełna 90 zawodniczek i zawodników startujących w kategoriach wiekowych. Z niespotykaną u mnie pewnością siebie ustawiłem się w drugiej linii startujących. Przecież dzisiaj to ja mam o pudło powalczyć, nie? Jeszcze mała wpadka ze starterem, który nie odpalił za pierwszym razem i polecieliśmy. Wiedziałem, że na początku ludzi poniesie. I postanowiłem się dać troszkę ponieść. Jakieś 300 metrów leciałem tempem 3’20″/km, po czym spojrzałem ostatni raz na zegarek i pobiegłem. Założenie było takie, żeby biec tempem dyskomfortowym, ale znośnym. W cichości ducha liczyłem, że zbliżę się do życiówki na 5 kilometrów. Jakaż była moja radość, gdy dobiegając do T1 zobaczyłem na zegarze 18’43”! Wypas, zrobiłem życiówkę 😀

T1 to była katastrofa. Nie ogarniam ciągle wskakiwania na rower, no jakoś mi to nie idzie. Chciałem uniknąć gleby, więc stwierdziłem, że potuptam w butach, jak zawsze. Do tego jeszcze zawodnik obok mnie powiesił swój rower tak, że odciął mi dostęp do skrzynki z moimi rzeczami. Zanim poprawiłem jej/jego rower, pozakładałem co miałem założyć i dotuptałem do belki minęła wieczność. Mogłem się równie dobrze zdrzemnąć… Wyprzedziły mnie ze 3, a może i więcej osób. Na rowerze ustawiłem sobie wcześniej małą tarczę z przodu (nigdy wcześniej tego nie zrobiłem), żeby nie było zbyt ciężko ruszyć. A potem okazało się, że nie mogę wrzucić blatu. I tak walcząc z tym blatem (a raczej jego brakiem) kulałem się na rowerze, po drodze sobie przypominając, że nie kliknąłem zegarka na wyjściu z T1. Moje T1 miało ponad 600 metrów =} W końcu udało się ogarnąć ten blat i popedałowałem. Ale nogi nie chciały podawać. Nie wiem dlaczego, ale tak się niestety stało. Wykrzesałem z siebie ledwie 250 watów NP. Toć na treningach jeździłem znacząco więcej. I znacząco szybciej. Nawet przy zakładkach (no, oprócz tej, gdzie przemarzłem). Udało mi się wyprzedzić jedynie ze 3 osoby.

Wykręciłem dwie pętle, 4 razy lekko machając do mojej kochanej rodzinki, która stała przy trasie i zjechałem do T2. Naturalnie, dojechałem do belki, wypiąłem butki i potuptałem, niczym jeż, odstawić rower. Zrzucanie butów i kasku tym razem było trochę szybsze, ale straciłem czas, bo pomyliłem alejki. A przecież podglądałem, gdzie to ma być i takie tam. Ech. I znowu mnie powyprzedzali… No nic, idę na drugi bieg.

Drugi bieg był krótki, ledwie 2,5 kilometra. Założenie było takie, żeby bez żadnych kalkulacji lecieć ile fabryka dała. I być na mecie przed upływem 10 minut. No to lecę, a metry się dłużą. Czuję, że pomalutku zaczyna spadać tempo, więc poprawiam formę – praca rąk, długi krok, oddychanie – i jadę dalej. Biegnę, biegnę, a tu dopiero pierwszy nawrót. Kurde, ile jeszcze?! I sobie obiecuję, nie spojrzę na zegarek. Mam lecieć na czuja. Powrót w okolice mety minął tym razem zaskakująco szybko. No dobra, nawijamy znowu i ostatnia pętla. Ciśnij, kurde! I cisnę i parskam i prycham i stękam i jęczę. I nawet się przemieszczam. Ba, nawet kogoś wyprzedziłem. Nawrotka, jeszcze trochę. Za chwilę będzie zakręt i potem już dobieg do mety. Słyszę doping Kasi i ekipy z Biegamy Razem, ale jestem półprzytomny z wysiłku. Lecę, zostało ze 100 metrów. I kolega, którego wyprzedziłem, leci mocny finisz. A ja nie mam już sił się bronić. No masz ci los. Pogodzony z losem dobiegam do mety. Klik na zegarku i patrzę na czas. Drugi bieg zrobiłem w 9’43”, czyli zgodnie z założeniami!

Sumaryczny czas wyszedł 1 godzina 3 minuty i 19 sekund. Miało być poniżej godziny i 5 minut i wyszło. Czyli nie jest źle. Chociaż ten rower, gdyby nie ten rower… No dobra, nie marudzę. Polazłem się rozbiegać, żeby mieć to z głowy. Wiedziałem, że jak zacznę to odwlekać, to w ogóle nie pójdę. A nauczyłem się już, że jak się rozbiegam, to potem się szybciej/łatwiej regeneruję. Odziałem się w coś cieplejszego i polazłem czekać, aż pojawi się Arek. Dobiegł z miną, która nie sugerowała nagłej śmierci, czy nie było tak źle 😉

Podium MP w Duathlonie AG 35-39
Podium MP w Duathlonie AG 35-39

Wydawało mi się, że na metę dotarłem co najwyżej w połowie stawki. Ale okazało się, że jednak nie. Gdy wywiesili wyniki, to znalazłem swoje nazwisko pod koniec drugiej dziesiątki, na 19 miejscu open. Przy okienku z kategorią wiekową widniała trójka. Na początku byłem mocno zdziwiony nie ogarnąłem. W końcu jednak do mnie dotarło, jestem brązowym medalistą Mistrzostw Polski w Duathlonie, w kategorii wiekowej 35-39 😀 A potem… wywiady, podróże… znaczy, dekoracja, uwieczniona na zdjęciu poniżej 😉
 3

Teraz mogę się chwalić, że jestem medalistą Mistrzostw Polski 😉 Chociaż później, gdy stałem w kolejce z pampersami, zastanawiałem się, jakie to ma znaczenie? Patrzyłem na ludzi dookoła i wiedziałem, że oni nie mają pojęcia, że były jakieś MP niedaleko tegoż sklepu. I pewnie wielu z nich nie wiedziało by, co to duathlon. Potem do mnie doszło, że w sumie, to nawet lepiej. Najważniejsze, że ja wiem. I że ci, którzy są dla mnie ważni też wiedzą. I że się z tego cieszą. Tak jak i ja. Bo gdzieś tam w annałach pojawił się mały zapis, że ten oto mały człowieczek, stanął sobie na podium. Dali mu medal i statuetkę. I jara się jak gwizdek 😀

Medal i statuetka za III miejsce w MP AG w Duathlonie
Medal i statuetka za III miejsce w MP AG w Duathlonie

Mała aktualizacja/korekta co do czasów, ponieważ pojawiły się oficjalne wyniki, i tak:

  • 1 bieg – 18’56” (bó, nie ma życiówki) – 14 czas
  • T1 – 1’11”
  • rower – 32’18” – 20 czas
  • T2 – 1’56”
  • 2 bieg – 8’59” – 7 czas

Trochę się mi te czasy nie spinają, z tym, co pokazywał zegarek i co widziałem na zegarze zawodów. Niemniej, z kronikarskiego obowiązku przytaczam.

Duathlon Ustka 2017

Gdy tylko pojawiła się informacja, że organizowany będzie Duathlon Energy w Ustce od razu się nim zainteresowałem. Moje pływanie w wodach otwartych jest tam, gdzie było. Głęboko w lesie. W związku z tym, z przyczyn otwartowodnych, Duathlon w Ustce został moim startem A. Jedyny start w multisporcie w tym roku. Musiało być mocno. I nie da się ukryć, że mocno było. Mocno obsadzona była ekipa Endure Team. Mocno obsadzona była ekipa kibicująca (Monika z Heniutkiem inside, Mama). No i mocno obsadzona reprezentacja Andruszów (Arek i ja) 🙂 W takich okolicznościach nie zostało mi nic innego, jak zrobić porządny wynik.

O wynikach ekipy Endure Team wypadałoby napisać osobny wpis, bo koleżanka i koledzy zdominowali tabele wyników! Gratulacje dla wszystkich! A wpis w konkretnych wynikach zapewne popełnią Trenerzy, więc nie będę się wcinał w kompetencje 😉 Nie da się ukryć, że jako Endure Team byliśmy świetnie widoczni, nie tylko za sprawą wyników, ale też nowych strojów startowych. Stroje są fajne, zarówno pod względem wzorów, ale i wygody!

Startowałem na dystansie długim, który teoretycznie miał składać się z 10 kilometrów biegu, 40 kilometrów na rowerze i na dokładkę jeszcze 5 kilometrów biegu. Teoretycznie miał. Ale o tym za chwilę. Logistyka wyprawy do Ustki była skomplikowana, bo Heniek już teoretycznie jest „na wylocie” i trzeba było się na tą okoliczność zabezpieczyć. Wyprawka do szpitala, fotelik, takie tam. Oprócz tego nasze rzeczy (Mamy, Moniki i moje). I rower. Internetowy dostawca dał ciała i w ostatniej chwili napisał, że nie zdąży wysłać łap do bagażnika dachowego. Przez to w czwartek szukałem, gdzie w Trójmieście mogę je znaleźć. Na szczęście się udało! 🙂

Do Ustki pojechaliśmy dzień przed zawodami, żeby na spokojnie wszystko ogarnąć, wyspać się przed startem, etc. Pierwszy raz zabrałem ze sobą śniadanie w pudełku, żeby nie ryzykować tego co dają w hotelu. I to był dobry pomysł! Pojadłem jak trzeba i potem nie było żadnych problemów żołądkowych, podobnie z zapasem energii – było jej dosyć 🙂

Zakładka, zrobiona tydzień wcześniej, utwierdziła mnie w przekonaniu, że obmyślony plan na start jest dobry. Plan był prosty i ambitny, pierwszy bieg w tempie poniżej 4’/km. Rower na pierwszej pętli na ~240-250 watów, na drugiej na ~260-270 watów. Drugi bieg też poniżej 4’/km, a najlepiej na życiówkę na 5 kilometrów, czyli w tempie poniżej 3’48″/km. 😉 Rzeczywistość trochę te plany zweryfikowała.

Start nastąpił o godzinie 11. Pierwsze metry i czuję, że mnie ponosi. Szybki rzut oka na zegarek, tempo 3’35″/km, tego się nie da na razie utrzymać 😉 Strategicznie zwolniłem do założonego tempa i poleciałem jak należy. Na początku była spora grupka i zastanawiałem się, ile osób jest przede mną. W pewnym momencie zauważyłem, że ktoś biegnie z naprzeciwka – strój nie pozostawiał wątpliwości, to był Tomek Spaleniak. Znowu pierwszy 😉 Za Tomkiem widziałem kolejną osobę. Chwileczkę później jeszcze jeden zawodnik. No to pudło w open chyba się nie uda 😉 Dosyć blisko mnie było jeszcze trzech zawodników. I nikogo więcej! Byłem siódmy :-O W głowie siedziała jedna myśl: biegnij swoje, to jeszcze nie czas na ciśnięcie. Szczególnie, że to był dopiero trzeci kilometr… Konsekwentnie biegłem swoje. Na podbiegach skupienie na formie i pracy rąk i jakoś szło. Pierwsza pętla, a Garmin pokazuje tempo 3’58″/km. Dobrze, brawo ja! Teraz wystarczy tego nie zepsuć 😉 I się udało. Gdzieś po drodze wyprzedziłem jednego zawodnika, na jednym z podbiegów.

Druga pętla pierwszego biegu
Druga pętla pierwszego biegu

A propos, podbiegi. Przewyższenia według wysokości były śmieszne. Ale „konstrukcja” tych podbiegów była, hm, wymagająca. Już wtedy zdałem sobie sprawę, że życiówka na drugim biegu będzie trudna 😉 Jednak nie ma co uprzedzać faktów. Na razie dokończyłem drugą pętlę, w dobrym zdrowiu, niezbyt zmęczony. Średnie tempo 3’58″/km, zgodnie z założeniami. Czas 38’26”, szósty czas pierwszego biegu! Dystans wyszedł ciut krótszy niż planowane 10 kilometrów, ale jakoś mi to nie przeszkadzało 😉 Strefa zmian o wiele lepiej niż rok wcześniej w Przywidzu, więc nie będę narzekał. Wybiegam na rower. No właśnie, wybiegam, ale w butach rowerowych. Nie ogarnąłem wskakiwania na rower, to zamulam. Do poprawy!

Wybieg z T1
Wybieg z T1

Sam rower był pasmem zaskoczeń. Nawierzchnia była trudna. Najpierw sporo bruku, potem kiepskiej jakości asfalt, potem jeszcze ciutkę bruku. I w końcu fajny asfalt! Na początku asfaltu chciałem przycisnąć, szarpnąłem się i coś mnie zaczęło boleć w plecach. Bolało już do końca zawodów. Niestety, asfaltowe szczęście nie trwało długo, bo po jakimś kilometrze, czy może dwóch, okazało się, że trasa prowadzi na ścieżkę rowerową. Brukowaną, wąską, pokręconą i z piaszczystymi śladami po kałużach. Jako, że moja technika jazdy jest taka sobie (delikatnie określając), tempo nie było zbyt imponujące. Ścieżka się skończyła, chwila trochę lepszej nawierzchni i znowu kostka. Grrr, no jak tu pędzić?! Potem lewy zakręt (90 stopni), znowu trochę średniego asfaltu i wjazd do lasu. Tutaj mokry asfalt, ale tragedii nie ma to cisnę. Nagle zakręt! Cholera, mokro, przed chwilą trochę mi się koło poślizgnęło, więc zwalniam. Wychodzę z zakrętu, zaczynam cisnąć, a tu niespodzianka – nawrotka! Moment, moment, przecież to jakieś 5 kilometrów za szybko! Masakra. Trudno, trzeba jechać dalej i tyle. Powrót prawie tą samą trasą, zjazd ze ścieżki, na ten fajny asfalt, przez „kładkę” nad trawnikiem. Znowu prędkość poleciała, wrrrr! Potem znowu bruk, kiepski asfalt i nawrotka. Druga pętla bez większych zmian, ciut odważniej pojechałem. Nawet kogoś zdublowałem. 🙂 Czas roweru 53’47”, mimo mojego niezadowolenia, okazało się, że to piąty czas zawodów :-O

Koniec roweru jest już bliski!
Koniec roweru jest już bliski!

Zsiadłem z roweru i… znowu potuptałem w butach rowerowych. Bo wiecie, schodzenia z roweru też nie potrenowałem. Może to dlatego, że jestem niestabilny (na rowerze :-P) i się boję? 😉 Tak czy owak, do poprawy. Zadowolony byłem z odżywiania w trakcie . Na pierwszym biegu nie jadłem nic (zgodnie z planem), przed startem jedynie Bossmana podarowanego mi przez Konrada. Posłużył dobrze 😉 Na rowerze spożywałem moje węgle o smaku malinowym. Ze skrobi ziemniaczanej… 😀 Smak malinowego ziemniaka mnie kiedyś odrzucał, ale się przyzwyczaiłem do niego. No i najważniejsze, nie rozsadza mi po nim wnętrzności, tak jak po vitargo. Plan był taki, żeby na rowerze wypić cały bidon, ale gdy okazało się, że trasa rowerowa jest krótsza, to stwierdziłem, że nie ma co w siebie wlewać na siłę. I to była dobra decyzja, bo po wyjściu na drugi bieg nic nie chlupotało i nie wracało 🙂

Zaczynam drugie bieganie
Zaczynam drugie bieganie

No właśnie, drugi bieg. Plan był, żeby zrobić z tego BNP wedle sił. Pierwszy kilometr miał być 4’15”-4’10”, wyszedł w 4’10”. Supcio 🙂 Na drugim kilometrze był podbieg. Krótki, ale wredny. Jakieś 14 metrów w górę na odcinku 100 metrów i zaraz analogiczny zbieg. Potem 200 metrów do nawrotki i znowu ta kombinacja podbieg/zbieg. Masakra, miałem wrażenie, że na podbiegach się zatrzymuję… No i drugi kilometr wyszedł w 4’12”. Niedobrze, ale było do przewidzenia. Trzeci kilometr, pomimo podbiegu pod schody i nawrotki wyszedł w 4’05”. No jest progres! Za to czwarty kilometr mi dołożył… 4’21”! Ostatni w tempie 4’/km to było wszystko na co mnie było stać. Wyszło nienajgorzej, bo to był znowu szósty czas zawodów na biegu.

I do mety :)
I do mety 🙂

Ostatecznie, skończyłem na szóstej pozycji w open i na drugim miejscu w kategorii wiekowej. Czas sumaryczny 1 godzina 55 minut i 19 sekund.

Podium :D
Podium 😀
Drugie miejsce w kategorii wiekowej
Drugie miejsce w kategorii wiekowej

Podsumowując, zawody uznaję za udane. Zarówno osobiście, jak i zespołowo. No i, co najistotniejsze, rodzinnie. Startował przecież też mój brat Arek. Ciutkę mu pomogłem w przygotowaniach 🙂 Kibicowały nam Monika i Mama, których wsparcie było czuć na całej trasie. I miejscami też słychać i widać 😉

Mocny finisz Arka
Mocny finisz Arka