Bieg Urodzinowy Gdyni 2016

To był bardzo pouczający weekend. Z dwóch względów, po pierwsze, w sobotę miał miejsce Bieg Urodzinowy Gdyni 2016 (Gdynia ma już 90 lat!). Po drugie, na niedzielę miałem zaplanowany w mikro tzw. dzień konia, czyli wszystkie rubryki (pływanie, rower, bieg, siła) miały w sobie wpis!

Zacznijmy od biegu. Przed biegiem byłem dosyć mocno zestresowany. W sumie kompletnie bez sensu, ale mimo wszystko byłem. To miał być drugi bieg na dystansie 10 km, który miałem przebiec w czasie poniżej 40 minut. Pierwszy był Nocny Bieg Świętojański 2015, też w Gdyni. Wtedy uzyskałem czas 39 minut i 52 sekundy. Jak mi się wtedy biegło opisałem w podsumowaniu roku 2015. Tym razem fizycznie czułem się dobrze, po przeziębieniu nie było już śladu. Co więcej, akcent zrobiony w poniedziałek pozwalał mi być optymistą, że ponownie się uda. Z drugiej strony bardzo bałem się, żeby się nie spalić. Nie wyrwać zbyt szybko, nie pobiec zbyt mocno od początku. Trenerka zasugerowała strategię taką, żeby pierwsze trzy kilometry pobiec na spokojnie, w tempie 4’00″/km. A potem miałem grzać.

Przed biegiem miała miejsce rozgrzewka, razem z Moniką i innymi zawodnikami Tridei. Ja najpierw potruchtałem z Maćkiem, potem porobiliśmy przyspieszenia (już bardziej każdy na własną rękę). Krótkie rozciąganie i można iść (truchtać) na start. Tak więc truchtamy z Moniką na start, a w mojej głowie dziesiątki scenariuszy, jak rozegrać ten bieg. Czy powinienem zignorować wytyczne trenerki i od początku pociągnąć mocno? A może jednak się posłuchać i poczekać z wyrywaniem? Na trasie są trzy podbiegi, w tym jeden dosyć długi (ponad kilometr), może powinienem je wszystkie pobiec oszczędnie? A może te krótkie zrobić mocno i tylko na Świętojańskiej się pooszczędzać? Gonitwa myśli trwała w najlepsze. Przedstartowy buziak od Moniki na szczęście i rozeszliśmy się do swoich stref startowych. W strefie coraz więcej wątpliwości. Przecież w poniedziałek akcent wyszedł dobrze, czułem się mocny, może jednak pognać?

Zabrzmiał sygnał startowy, moja fala wystartowała. Przekraczając linię startu podjąłem decyzję, początek pobiegnę tak jak to było ustalone, potem zobaczę jak się będę czuł. Pierwszy kilometr prawie idealnie w zgodzie ze strategią, 3’59”. Chwilę później zaczął się pierwszy, najkrótszy, podbieg. Skupiłem się na tym, żeby nie zrobić tego, co robię zazwyczaj, czyli nie pognać pod górę. Trzymać tempo, biec swoje. Drugi kilometr w 4’02”. Trzeci kilometr, płaski, na którym jest dosyć długi prawy łuk, większość ludzi biegnie po zewnętrznej. Zawsze zastanawiam się, dlaczego? Przecież w ten sposób dokładają sobie dodatkowy dystans do przebiegnięcia 😉 Patrząc na to z mojej perspektywy, to w sumie dobrze, bo wewnętrzna jest wolna dla mnie! Zaczęło mnie nieść, czułem się mocny. Ten kilometr zajął 3’56”. Uśredniając, prawie się zmieściłem w strategii. Na czwartym kilometrze jest drugi podbieg, pod wiadukt, też w sumie krótki. Postanowiłem pobiec go trzymając dalej to samo tempo, co się udało, bo ten kilometr przebiegłem w równo 4 minuty. Stwierdziłem, że czas trochę przyspieszyć. Piąty kilometr wyszedł 3’54”. Powoli zbliżam się do Świętojańskiej, prawie 1,5 kilometra podbiegu. Niby nie stromy, ale potrafi zmęczyć. Chciałem w tym biegu cały ten dystans przebiec ze średnim tempem poniżej 4 minut na kilometr. Udało się! Szósty kilometr zajął 3’49”, a siódmy 3’56”. Zgodnie z tym, co pokazał zegarek, na siódmym kilometrze, pomiędzy jego początkiem i końcem, była różnica poziomu 18 metrów. A praktycznie całą Świętojańską wyprzedzałem ludzi. Z tyłu głowy miałem cały czas głos, który mówił mi „nie przegnij!”. Ciało mówiło z kolei, żeby gnać. Posłuchałem jednak głosu, jak się za chwilę okazało, niepotrzebnie. Gdy dobiegłem do góry ul. Świętojańskiej czułem, że ciągle mam dużo sił i pobiegłem ją za wolno. Trudno, trzeba pocisnąć końcówkę, może się jeszcze uda podkręcić tempo! Na ósmym kilometrze, zrobionym w 3’44”, zdołałem jeszcze odsapnąć, bo było z górki. Dziewiąty kilometr to był już początek finiszu, ale znowu nie chciałem się spalić, więc pobiegłem zachowawczo. Wyszło 3’46”. Ostatni kilometr pobiegłem tak samo jak ósmy, w 3’44”. W sumie wyszło 39’10”.

Nowa życiówka, lepsza od poprzedniej o 42 sekundy. Z jednej strony ogarnęła mnie radość, z drugiej czułem niedosyt. Za dobrze się czułem, nie zmęczyłem się tak, jak walcząc o poprzednią życiówkę. Sprawdziłem na zegarku, jakie miałem średnie tętno. Wynik? Średnio 154 uderzenia na minutę, maksymalne 163. Co?! Przecież ja wyższe tętno mam na treningach interwałowych! Z jednej strony cieszę się z tego wyniku, naprawdę. Z drugiej, widzę, że powinienem popracować nad głową. Przy poprzedniej życiówce, na dokładnie tej samej trasie, miałem średnie tętno 161, maksymalne 170. W sumie też nisko, ale jednak przyłożyłem się mocniej. Zastanawiałem się przez ostatnie dwa dni, dlaczego tak się stało. Formę fizyczną mam, jak widać, dobrą i rosnącą. Czyli to coś w głowie, co nie pozwala mi się mocniej zmęczyć. A przecież chciałbym w tym roku zrobić jeszcze kilka życiówek! Dzisiaj w trakcie regeneracyjnego truchtania doszedłem do wniosku, że marcowy półmaraton w Gdyni powinienem dać radę przebiec w tempie poniżej 4 minut na kilometr. Musze jedynie popracować nad głową! Jak? Pewnie na dwa sposoby, po pierwsze pogadać ze sobą „po swojemu” 😉 Po drugie, co już zapowiedziała trenerka, treningiem szybkościowym. Oj, dostanę wciry… 😉

A teraz parę przemyśleń w temacie dnia konia, na dzień po zawodach. Bałem się tej niedzieli strasznie. Na szczęście, pobiegłem zawody, jak pobiegłem. Dzięki temu zmęczenie było praktycznie żadne. 🙂 Ale! Nie chciało mi się wstać na basen z rana, więc stwierdziłem, że najpierw zrobię zakładkę (odwrotną, najpierw bieganie, potem rower na trenażerze) i siłę („tylko” core), a basen zostawię na deser. Bieganie wyszło luźniutko, rower jeszcze bardziej, ale siła mnie zmasakrowała. A to tylko w sumie 13 minut podporów w różnych wariantach! Na basen trafiłem kilka godzin później, samopoczucie było już lepsze. Ale po przepłynięciu tych 2200 metrów czułem się podmęczony. I tak na koniec dnia zacząłem się zastanawiać, jak ja sobie dam radę w tym triathlonie? 😉 Na szczęście uświadomiłem sobie, że nie będę przecież startował w zawodach dzień po dniu. No i dzisiaj, pomimo że jestem po regeneracyjnym bieganiu, jestem już o wiele bardziej wypoczęty 🙂

Inspiracja – cytatów kilka

Ludzie trenujący rozmaite sporty bardzo często rozmawiają o motywacji, o tym co ich inspiruje do treningu. Co pomaga motywację utrzymać, albo nawet ją podkręcić. Planuję post o motywacji, ale to jeszcze nie ten czas. Dzisiaj postanowiłem się podzielić swoimi przemyśleniami w temacie inspiracji, a konkretnie paroma cytatami, które poniekąd definiują to, jak obecnie podchodzę do treningu, zawodów i sportu w ogóle, jak również do życia w ogóle. To będzie zbiór moich ulubionych cytatów z różnych źródeł, czasami pewnie okażą się zaskakujące. Do rzeczy!

Pierwszy cytat przypomina mi o tym, że w życiu są rzeczy ważniejsze niż posiadanie.

There must be more to life than having everything. – Maurice Sendak

W kwestii treningu i zawodów, ten cytat przypomina mi, że posiadanie nawet najlepszego sprzętu nie zapewni wyniku. Sprzęt jest dodatkiem do tego, co mamy wewnątrz. Liczy się przede wszystkim nasza praca, mądra praca, zazwyczaj też ciężka. Dlaczego najpierw mądra? Bo można ciężko trenować, ale bez sensu. Przykładowo, robić trening wyłącznie szybkościowy, gdy trenujemy do maratonu. Czy będziemy szybcy? Tak. Czy będziemy szybcy w maratonie, gdy nie wybiegamy odpowiedniej objętości? Wątpliwe.

Drugi cytat podkreśla rolę tego, żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce 😉 Bez tego nie ma mowy o sukcesie.

Desire is the most important factor in the success of any athlete. – Willie Shoemaker

Inną kwestią jest to jak definiowany jest sukces. Dla kogoś to będzie po prostu ukończenie zawodów, dla innych zrobienie jakiegoś konkretnego wyniku czy życiówki, dla jeszcze innych pokonanie innego zawodnika. Żeby to osiągnąć trzeba chcieć. Chcieć trenować, chcieć poświęcić czas i zasoby na trening, chcieć opuścić strefę komfortu. Przeprowadziłem kilka prezentacji na temat biegania i często pojawiającym się na nich pytaniem było: jak zrobić, żeby mi się chciało biegać? Moja odpowiedź zazwyczaj była zadziwiająca dla słuchających: zdecyduj, że Ci się chce. Reakcja? „Ale jak to, zdecyduj?” Tak, to właśnie Ty masz tę moc, żeby o tym zdecydować. Więcej będzie we wpisie o motywacji, który pojawi się za czas jakiś 😉

Kolejnym cytatem jest cytat jednego z Pogromców Mitów.

Failure is always an option. – Adam Savage

Często spotykałem się z tym, że trenujący jakiś sport mówią, że nie ma możliwości, żeby się nie udało. Otóż jest. Trzeba się z nią liczyć. Co więcej, porażka nie oznacza końca świata. Z porażek trzeba wyciągać wnioski, wprowadzać poprawki, a potem dalej robić swoje. Porażki, przynajmniej w moim przypadku, są niestety najskuteczniejszym sposobem nauki. Dlaczego niestety? Bo wiele razy zdarzyło się, że o czymś czytałem, czy słyszałem, a potem w trakcie treningu lub zawodów popełniłem dokładnie ten błąd. Mądry Polak po szkodzie? 🙂 Najważniejsze, to wyciągać wnioski i nie popełniać tych samych błędów ponownie.

Ten cytat jest bardzo istotny dla osób takich jak ja, ponieważ przypomina o bardzo ważnej części treningu: odpoczynku!

The time to relax is when you don’t have time for it. – Sydney J. Harris

Szczególnie istotny jest odpoczynek w okresie przedstartowym, albo w trakcie trwania BPSa. Wtedy najbardziej kusi mnie, żeby sobie dołożyć wysiłku. Mimo, że trenerka już zadbała o to, żebym dostał w tyłek. To chyba taki kompleks prymusa. I często boję się, że w trakcie najważniejszych zawodów wyjdzie, że jednego treningu mi zabrakło do celu… A regeneracja, co powie Wam każdy trener, to jest część treningu. Istotna część treningu!

Wykrzywiona forma poniższego cytatu często jest przytaczana przez różnych ludzi, którzy w nie do końca dobry sposób próbują coś zrobić. Bardzo często przez polityków.

Wisdom denotes the pursuing of the best ends by the best means. – Francis Hutcheson

Oryginał często tłumaczony jest jako „cel uświęca środki”, co jest po prostu karykaturą oryginalnego znaczenia. Ja tłumaczę sobie to tak: rozwaga nakazuje poszukiwać najlepszych rozwiązań uzyskanych najlepszymi środkami. Prawda, że znaczy to coś zupełnie innego, niż „cel uświęca środki”? Tutaj nawiązać można ponownie do mądrej pracy na treningu. Szukamy najskuteczniejszych środków treningowych, które najmniejszym nakładem sił pozwolą uzyskać oczekiwany efekt. Można to odnieść do zasady najsłabszego skutecznego środka treningowego. Czyli nie ma sensu się zarzynać na treningu, jeżeli ten sam efekt można osiągnąć lżejszym treningiem. Chyba, że celem treningu jest głowa, przyzwyczajenie jej do zarzynania się na zawodach 😉 Tak czy owak, trzeba szukać rozsądnych sposobów osiągania najlepszych celów.

When we have done our best, we should wait the result in peace. – John Lubbock

Trzeba pamiętać o tym, że gdy wszystko co miało zostać zrobione zostało zrobione, to wtedy ze spokojem trzeba oczekiwać rezultatów. To zresztą napisała mi Ola w mikro, tuż przed startem w maratonie, cytuję:

Wszystko zostało zrobione… Leć więc 😉 – Aleksandra Sypniewska

Rzetelnie wykonana praca odpłaca się efektami. Z jednej strony mówi nam to tyle, że nie warto się stresować, jeżeli zrobiliśmy co trzeba. Zdarzyło mi się kilka razy „spalić się w głowie” na zawodach. Głowa sama wytworzyła takie ciśnienie, że ciało samo się poddawało. Tak było z moim łamaniem 40 minut na 10 km. A przecież jeżeli procent realizacji treningu stoi na dosyć wysokim poziomie, to potem przekłada się na wzrost formy. Obecnie jestem właśnie na takim etapie. Jeśli dobrze kojarzę (a wydaje mi się, że tak, bo sprawdziłem mikroplany 😉 ), to w tym sezonie przygotowawczym odpuściłem JEDEN trening – siłę – której nie dałem rady zrobić, ze względu na migrenę. Moja forma jest na fali wznoszącej. Oceniam, że jestem w formie zbliżonej do tej, którą osiągnąłem na koniec przygotowań do maratonu. Owszem, objętości są jeszcze trochę mniejsze, ale tak czy owak, jest dobrze. A będzie lepiej! Czyli stając na starcie zawodów nie powinienem się stresować aż tak, żeby negatywnie odbiło się to na moich możliwościach!

Z powyższym wiąże się kolejny cytat.

Whether you say you can’t or you can, you’re right. – Walt Disney

Często nasze nastawienie determinuje, czy coś uda nam się zrobić, czy nie. Jeżeli wierzymy, że tak, to bardziej się staramy, robimy więcej, żeby się udało. Jeżeli nie wierzymy, to często sami, nie do końca świadomie, sabotujemy swoje wysiłki. Bo przecież się nie uda. Taka samospełniająca się przepowiednia. U zawodników występuje często efekt pigmaliona. Polega on na tym, że jak trener powie zawodnikowi, że da radę, to ten zazwyczaj daje radę. Ciekawe, prawda? 🙂

Teraz czas na te cytaty, które być może będą zaskakujące, ze względu na źródła 🙂 Cytaty, które w dużej mierze pomogły mi wydobyć się z depresji. Pierwsze dwa pochodzą z filmu Kung Fu Panda. Trzeci pochodzi z drugiej części, czyli Kung Fu Panda 2. Czwarty usłyszałem w serialu animowanym Xiaolin Showdown, a w oryginale przypisywany jest Laozi, chińskiemu filozofowi.

Mr. Ping: The secret ingredient is… nothing!
Po: Huh?
Mr. Ping: You heard me. Nothing! There is no secret ingredient.
Po: Wait, wait… it’s just plain old noodle soup? You don’t add some kind of special sauce or something?
Mr. Ping: Don’t have to. To make something special you just have to believe it’s special.
[Po looks at the scroll again, and sees his reflection in it]
Po: There is no secret ingredient…

Powyższy cytat to fragment rozmowy pana Pinga z Po, kiedy postanowił wyjawić Po sekretny składnik zupy. Okazało się, że nie ma żadnego sekretnego składnika, była po prostu zupa.

Tai Lung: Finally… oh, yes… at last, the power of the Dragon Scroll is *mine*…
[He opens the scroll – and stares at it]
Tai Lung: It’s nothing!
Po: It’s okay. I didn’t get it the first time either.
Tai Lung: What?
Po: There *is* no secret ingredient. It’s just you.

Ten cytat pochodzi z fragmentu filmu, kiedy Tai Lung walczy z Po. Tai Lung odebrał Smoczy Zwój i po rozwinięciu go odkrył, że zwój jest pusty. Cały zwój był kawałkiem lustrzanego materiału, w którym „czytający” mógł zobaczyć swoje odbicie.

Powyższe dwa cytaty uświadomiły mi coś, co uświadomić powinien sobie każdy. Nie istnieje żaden magiczny sekretny składnik, który pozwoli rozwiązać wszelkie problemy i da nieograniczoną siłę. To wszystko siedzi w nas, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. To ja jestem tym, który może tworzyć w swoim życiu. Mogę wybierać ścieżkę, którą podążę. Co zrobię, gdy spotka mnie przykrość? Co zrobię, gdy odniosę sukces? Decyzja należy wyłącznie do mnie.

Soothsayer: Your story may not have such a happy beginning, but that doesn’t make you who you are. It is the rest of your story, who you *choose* to be. So, who are you, panda?
Po: [determined] I am Po. And I’m gonna need a hat.

Powyższy cytat jest fajnym uzupełnieniem dwóch poprzednich. Ten cytat pokazuje, że nasz los nie jest zdeterminowany tym, skąd przyszliśmy, gdzie zaczęła się nasza podróż. Bo swoją drogę zawsze możemy wybrać. Dla mnie jest on również bardzo osobisty. Z pewnych względów obwiniałem parę osób o to, jaki byłem, jakie miałem problemy, co się ze mną stało, że wpadłem w depresję. Dopiero terapia i lektura „7 nawyków skutecznego działania” pozwoliły mi zrozumieć, że to wszystko były wymówki. Tak było łatwiej i wygodniej żyć, móc obwiniać kogoś za swoje porażki. Cała odpowiedzialność, wydawało mi się, spadała na kogoś innego. Zdanie sobie sprawy z tego, że sami ponosimy odpowiedzialność za swoje życie jest, dla mnie, z jednej strony wielkim ciężarem, z drugiej źródłem ogromnej siły. Skoro to ja decyduję, co się ze mną stanie, to ja mam moc, dzięki której mogę pokierować swoim życiem. Oczywiście, zaraz pojawią się głosy, że to ułuda, bo nie ma się wpływu na rozmaite zdarzenia, etc. Owszem, na cały świat wpływu nie mamy. Ale jeśli coś mi się przydarzy, to ja decyduję o tym, jak na to zareaguję. Tylko ja.

A na koniec coś, co powinno każdemu uświadomić, że po pierwsze, każdy kiedyś zaczynał. Po drugie, że czas upłynie niezależnie od tego, czy coś będziemy robili, czy nie.

The journey of a thousand miles begins with but a single step.

Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Każda. Tak jak bieg na każdym dystansie zaczyna się od pierwszego kroku. Kiedyś przeczytałem, taką anegdotę:
– Który krok jest najważniejszy w maratonie?
– Następny.
I tak jest ze wszystkim. Zaczyna się od pierwszego kroku. Potem następują kolejne. Żadnego z nich pominąć się nie da. Wszystko ma swoją kolej. Wyobraźcie sobie rolnika, który pominął zasianie zboża, a potem w trakcie żniw chce zebrać plony. Czy to ma szansę się w ogóle udać? Ile razy w życiu mieliście moment, w którym zadawaliście sobie pytanie, czy też robiliście wyrzuty „dlaczego ja wtedy nie zaczęłam/zacząłem?”? Ja miałem takich momentów więcej, niż chciałbym 😉

A jakie są Wasze ulubione cytaty, powiedzenia, przypowiastki związane z treningiem?

Małe sukcesy

Czy też tak macie, że małe sukcesy Was bardzo cieszą? Tu trening wyjdzie dobrze, tam poprawicie jakiś czas, wygracie z jakąś swoją słabością. W sumie nic szczególnego. Co więcej, jak byście powiedzieli o tym komuś obcemu, to wzruszyłby pewnie ramionami, myśląc o co w ogóle tyle hałasu. Bo taki mały sukces to obiektywnie w sumie niby nic, a jednak daje swojego rodzaju pozytywnego mentalnego kopa.

Taki mały sukces przytrafił mi się dzisiaj. Po raz pierwszy udało mi się zrobić nawrót na głębokiej stronie basenu AM w Gdyni, popularnie zwanego basenem Arki (od tego klubu sportowego). Oczami wyobraźni widzę, jak zdecydowana większość potrafiących pływać puka się w głowę i przestaje czytać ten wpis. A może jednak nie? Bo przecież po co ktoś by pisał o takiej, wydawałoby się, bzdurze?

Najlepiej zacząć od początku. Od dzieciństwa, z różnych powodów, panicznie boję się wody. Mój strach przed wodą jest tak wielki, że każde pójście na basen to wyzwanie. Struktura tego strachu powoli się zmienia, nie mniej sam strach nie znika. Kiedyś bałem się nawet zanurzyć twarz w wannie. Czego bałem się najbardziej? Ogólnie, że się utopię. Nie potrafiłem wyartykułować tego, co mnie tak w wodzie przeraża. Teraz jestem już mądrzejszy. Wiem, że przede wszystkim bałem się siebie w wodzie. Że nie będę potrafił się na niej utrzymać. I że właśnie z braku umiejętności się utopię. Z braku kontroli. Przyznam się też, że cierpię na przypadłość zwaną nerwicą natręctw. Niektórzy nazywają to byciem „control frikiem”. Jeśli czegoś nie jestem w stanie kontrolować, to źle się z tym czuję. Czasami na tyle źle, że mnie paraliżuje. Boję się też wysokości, przestrzeni, głębokości, ciemności, małych i zamkniętych pomieszczeń. I wielu innych rzeczy.

Gdy rozpoczynałem współpracę z Olą, dostałem jasny komunikat: jestem trenerką triathlonu, będziesz uprawiał triathlon. Tak, wiem, mogłem przecież współpracy nie podejmować. Problem leżał w tym, że chciałem, bo Ola zrobiła na mnie wrażenie osoby kompetentnej, która doprowadzi mnie do wymarzonego celu – maraton w czasie poniżej 3 godzin. I doprowadziła 😉 Uświadomiłem trenerkę w temacie moich lęków i braku umiejętności pływackich. Potrafiłem „przepłynąć” „żabką” (cudzysłów jak najbardziej na miejscu, bo tego co robiłem nie można było nazwać ani pływaniem, ani żabką) jakieś 10 metrów. No, 20 jeśli się bardzo spiąłem. Przez chwilę myślałem nawet, że coś tam pościemniam i ostatecznie ten triathlon oraz to całe pływanie mnie ominie i zostanie tylko trening biegowy. A tutaj zdziwienie, bo jednak nie udało się ściemnić. Ola powiedziała, że brak umiejętności pływackich to w sumie zaleta, bo nie mam złych nawyków. Dobrych też nie, ale po to mam trenerkę, żeby je zbudować. A brak złych przyspieszy ten proces.

Mój pierwszy „trening” na basenie z Olą to był koszmar (październik 2014 rok). Miał miejsce właśnie na wyżej wymienionej Arce. Po płytkiej stronie basen ma 1,4 metra głębokości, po głębokiej 3,2 metra. Na początku treningu miało miejsce oswajanie się z wodą. Wszedłem do basenu, zanurzyłem głowę, pokopałem wodę trzymając rękoma ścianę i takie tam. Tyle dałem radę. Potem dostałem deskę pływacką i polecenie, żeby popłynąć na nogach na drugi, ten głęboki, koniec basenu. OK, pomyślałem, że też dam radę. Złapałem deskę, zacząłem kopać, dopłynąłem do miejsca za którym zaczynało opadać dno i… zmroziło mnie. Zesztywniałem i nie byłem w stanie wykonać nawet jednego ruchu więcej, żeby popłynąć dalej. W panice zawróciłem i popłynąłem z powrotem. Ola zdziwiona pytała co się stało, a ja byłem jedynie w stanie wydukać z wielkim wstydem, że mnie zmroziło i nie dałem rady płynąć dalej. Do końca treningu próbowaliśmy różnych rzeczy, ale tylko po płytkiej stronie…

Trenerka wpisywała mi baseny do planów treningowych, bez żadnych konkretnych zadań, a ja na te baseny chodziłem (te płytkie, do 1,5 metra) i próbowałem się z wodą oswoić. Przeczytałem kilka książek o pływaniu, obejrzałem dziesiątki filmów, chodziłem na te baseny, próbowałem coś tam robić i nic. Strach nie znikał. Cały czas po prostu ścinała mnie panika, nawet na tych płytkich basenach. Byłem załamany i sfrustrowany tym, że głowa wie co ma zrobić, a ciało nie słucha. Co więcej, wyglądało to tak, jak by nie chciało słuchać. Zero progresu. Null. Po 8 tygodniach orki na ugorze Ola zaczęła wpisywać mi jakieś zadania. Sprowadzały się w sumie do dwóch rzeczy, pływania na nogach z deską oraz ćwiczeń technicznych do kraula (przekładanka, dokładanka). W płetwach i bez. Dystans wpisany zazwyczaj był w okolicach 900 metrów. Jeśli przepływałem połowę tego, to był sukces. Potem miałem incydent z atakiem psa podczas biegania, który skończył się zakazem pływania ze względu na uszkodzenie tkanek miękkich w prawej ręce.

Gdzieś w lutym 2015 Ola wymyśliła, że możemy się spotykać na basenie w Chyloni, gdzie jest tor wypłycony do nauki pływania. Głębokość 90 centymetrów to było coś akurat dla mnie. A jednak i tak na myśl o basenie robiło mi się niedobrze, a na samym basenie dopadała mnie panika. Pływałem 600 do 800 metrów ćwiczeń w 45 minut, uwzględniając w tym ćwiczenia w płetwach. Tempo ma sa kry czne. Tragedia. Ale pod koniec marca coś drgnęło. Nie można powiedzieć, że zacząłem pływać kraulem, ale na treningu dawałem radę przepłynąć około kilometra. Treningi z Olą to było połączenie paniki i wstydu, tyle z tego pamiętam. Panika, bo woda. Wstyd, bo trenerka musi patrzeć na to, co ja w tej wodzie wyczyniam.

W połowie kwietnia pierwszy raz przepłynąłem na 45 minutowym treningu 1500 metrów. Ale z tego 1200 w płetwach… Czyli dalej słabiutko. Na koniec kwietnia wymyśliłem sobie, że na treningi będę chodził do sopockiego aquaparku, bo mogę tam spędzić więcej niż 45 minut w ciągu. Dużo pływałem na rękach, z deską między nogami. Dużo też na płetwach. Dystanse oscylowały w okolicach 1400-1500 metrów. Jak ja kiedykolwiek wystartuję w triathlonie, jeśli nie potrafię przepłynąć kraulem więcej niż 25 metrów, po których potrzebuję co najmniej minuty odpoczynku?! I do tego jeszcze temat, którym w ogóle nie zacząłem się zajmować, czyli strach przed głębokością? Na koniec maja przepłynąłem na treningu 2 kilometry. Z tego kilometr na rękach i 400 metrów w płetwach. Zajęło mi to godzinę i 16 minut. Kraulem było 8 długości, po każdej 30 sekund przerwy…

Na początku lipca ogólnie miałem jakiś kryzys. W jednym tygodniu, tuż przed wakacyjnym wyjazdem w Bieszczady, wypadło mi kilka treningów (pływackich, biegowych i rowerowych). Czułem się fatalnie. Wtedy wyjechałem w Bieszczady. W Bieszczadach, oprócz łażenia po górach, miałem tylko treningi pływackie. Znalazłem basen w Sanoku, głęboki na 1,8 metra. Czyli taki, gdzie mnie zakrywa. Na samą myśl o treningu – panika większa niż zwykle. Przemogłem się i wlazłem do tego basenu. Chodziła na nie ze mną Monika. Jej obecność dodawała mi otuchy. Sprawiała, że czułem dodatkowe wsparcie i jakby mój strach rozkładał się na dwie osoby. I tak już jakoś zostało, że na baseny najczęściej chodziliśmy już razem. Było mi łatwiej i szło mi ciut lepiej. Ale dalej maksimum moich możliwości to było 50 metrów kraulem bez zatrzymania. Po pięćdziesiątce już konieczna była przerwa, choćby krótka.

Pewnego pięknego dnia (9 sierpnia 2015) poszliśmy z Moniką kibicować Trideowcom (podopiecznym Oli), którzy startowali w Herbalife Triathlon Gdynia na dystansie 1/2 IM. Była nas tam spora grupa, partnerki i dzieci zawodników, dopingowaliśmy razem. Wtedy właśnie Monika powiedziała „ja też tak chcę”. Porozmawiałem z Olą, czy może była by możliwość, żeby i Monikę potrenować… Wiedziałem, że Ola oczekuje przede wszystkim motywacji od zawodników. Woli walki i chęci do działania. Tego Monice odmówić nie można. Jest uparta i osiągnie każdy założony cel. Dalej na baseny chodziliśmy razem. Monika bardzo szybko złapała podstawy kraula i śmigała szybciej ode mnie i na dłuższe dystanse. To było inspirujące. I odrobinę frustrujące, bo mimo że cieszył mnie jej szybki progres, to dołował mnie brak mojego.

We wrześniu, dwa tygodnie przed maratonem napisałem w mikro tak: „Ogólnie odkryłem, że nie potrafię pływać :-/”. A trening był prosty, 2 kilometry, 1 na rękach, 1 w płetwach. Czy ja się nigdy tego nie nauczę?

W trakcie roztrenowania, już po maratonie, w ramach poszukiwania rozwiązania mojego problemu Ola zasugerowała, że może powinienem spróbować pływać w piance. Podchwyciłem ten pomysł, ale z drugiej strony stwierdziłem, że cała pianka to może być przegięcie i tak stałem się posiadaczem neoprenowych spodenek, które zostały określone mianem pławnych gaci. Pławne gacie uczyniły cuda. Zapewne przede wszystkim w mojej głowie, ale uczyniły. I stało się coś dziwnego… Najlepiej podsumuje to cytat z mojego wpisu z mikro, z 7 listopada 2015: „Na koniec miało być 100kr + 100 luz, zamiast tego przepłynąłem pierwszy raz w życiu 300m bez przerwy kijowym kraulem z oddechem na jedną stronę. Ale w końcu więcej niż 100m!” Po ponad roku od pierwszego treningu można było pierwszy raz zacząć mieć nadzieję, że coś z tego jednak będzie! Dwa dni później poszedłem na pierwszego „nielegala”, czyli basen, którego nie było w planie. Swoim bardzo koślawym kraulem przepłynąłem w ciągu cały jeden kilometr! W tempie 2:34/100m, ale zawsze! Jeszcze cztery dni później miał miejsce drugi nielegal, w trakcie którego przepłynąłem (znowu koślawie i w tym samym tempie) 2 kilometry ciągiem. Czyli jednak się da!

Od tej pory pływanie zaczęło iść mi trochę lepiej, są drobne postępy. Czy to efekt pławnych gaci? Czy może coś zaskoczyło? Nie wiem. Jakoś nie próbowałem wiele pływać bez pławnych gaci, więc nie do końca wiem, jak by się to skończyło. Znając życie, pewnie pływałbym podobnie jak w gaciach. Najistotniejsze dla mnie jest to, że się w końcu coś ruszyło. Bo Olka zaplanowała mi już terminy startów w tri. Czyli terminy gonią, trzeba się ogarnąć.

Z tego względu, że trzeba się ogarnąć, zacząłem chodzić na dodatkowe baseny, bo nie mogę nazwać tego treningami, na Arkę. Ten basen to był mój koszmar. Ale jeśli się miałem gdzieś przełamać, to musiało być tam. Plan był prosty, przepłynąć z płytkiej części na głęboką i z powrotem. Nic prostszego, prawda? Przecież pływam ciągiem 2 kilometry, to w czym problem? Na torze obok pływali Trideowcy, Kasia, Monika i Robert. Jak zawsze, obecność Moniki w jakiś niewytłumaczony sposób dodawała mi odwagi. Wszedłem do wody, odbiłem się od ściany, w miarę spokojnymi ruchami popłynąłem w kierunku drugiego końca basenu. Zbliżyłem się do miejsca, w którym dno zaczyna opadać i… zmroziło mnie. Nie mogłem wykonać nawet jednego malutkiego ruchu, żeby popłynąć dalej. Przez chwilę przestraszyłem się nawet, że nie będę w stanie się spionizować, żeby stanąć na dnie! Kompletny paraliż całego ciała. Wróciłem do ściany i rozmawiałem sam ze sobą. Że przecież 25 metrów to w ogóle nie dystans, że spokojnie przepłynę, że dam radę… Nie dałem. Ten wypad na Arkę był stracony. Podobnie dwa kolejne.

Na następnej Arce wpadłem na pomysł, żeby spróbować inaczej. Tak trochę oszukać samego siebie i swój strach. Rozgrzałem się na płytkiej stronie basenu, po czym wyszedłem z wody, pomaszerowałem na głęboką część i tam wszedłem do wody kurczowo trzymając się najpierw drabinki, a potem ściany. Zajęło mi dobre 5 minut zdecydowanie się na odbicie od ściany. A przecież gdy się dobrze od niej odbiję, to przepływam 1/4 basenu bez wykonania żadnego ruchu. A głęboka część jest tylko do połowy. To w czym problem? Gdy się w końcu od tej nieszczęsnej ściany odbiłem, to byłem pewny, że się utopię. Że to był błąd. Pomimo uczucia paniki, które było w każdym fragmencie mojego ciała, wyuczone odruchy zaczęły same działać. Panicznymi ruchami starałem się płynąć ku płytkiej części basenu. Gdy zobaczyłem, że głęboka woda się kończy moje ruchy stały się spokojne i w miarę płynne. Jak by płynął ktoś zupełnie inny. Manewr ze spacerem powtórzyłem jeszcze kilka razy, po czym ponownie spróbowałem popłynąć na głęboką część. Znowu mnie sparaliżowało… Taka sama sytuacja powtórzyła się jeszcze na dwóch czy trzech Arkach. Na kolejnej, dwa tygodnie temu, w końcu udało mi się przełamać! Dopłynąłem na głęboki koniec basenu! I tam dopadła mnie panika… Kurczowo złapałem się ściany. Kurde, jak ja mam pływać treningi na głębokim basenie, nie mówiąc już o startach, skoro nie jestem w stanie zrobić nawrotu?! Na szczęście, pomimo że w zeszłym tygodniu nawrotu zrobić się nie udało, to w tym tygodniu, właśnie dzisiaj, się udało! Do tego, żeby zrobić trening jeszcze trochę mi zostało, muszę się dalej z tym basenem oswajać. Ale najważniejsze dwa kroki już zrobiłem!

Właśnie dlatego ten, dla innych błahy, a dla mnie wielki, sukces zainspirował mnie do opisania moich zmagań z wodą. Owszem, przeraża mnie ciągle ten basen, tak jak przeraża mnie każdy inny, nawet ten płytki. O pływaniu w wodach otwartych w ogóle nie wspominając! Ale wiem, że jestem w stanie wejść do wody i popłynąć, pomimo całego tego strachu. I zrobię to, przeżyję triathlonową pralkę i ukończę swój pierwszy triathlon. I kolejne. I dam radę!

A kiedyś, jak już się ogarnę, to ukończę pełnego Ironmana. I tak sobie w głowie snuję, że fajnie by było pojechać na Kona… I usłyszeć tam „You are an Ironman!”. Szkoda tylko, że tak ciężko załapać się na slota. Z drugiej strony, byli tacy, którzy twierdzili, że człowiek który zaczął biegać w moim wieku nie może wytrenować się na tyle, żeby przebiec maraton w czasie poniżej 3 godzin…

Technika biegania – jak lądować?

Kilka dni temu na pewnym forum motoryzacyjnym odbyła się, po raz kolejny, dyskusja w temacie „jak lądować w bieganiu”. Doszedłem więc do wniosku, po tym jak kolejny raz przedstawiłem swój punkt widzenia, że będę leniwy i przygotuję sobie gotowca 😉 Oczywiście, tematów związanych z samą techniką biegania jest wiele, jak chociażby praca rąk, sylwetka, przenoszenie nóg, kadencja, oddychanie, etc. Pojawią się moje przemyślenia również w tym temacie, ale na razie zostańmy przy temacie lądowania.

Na wstępie zaznaczam, że są to moje przemyślenia i mój punkt widzenia na ten temat. W związku z tym zachęcam do dyskusji, jeśli ktoś ma inny punkt widzenia. Osobiście przerabiałem lądowanie i na pięcie i na śródstopiu/palcach. Która metoda jest lepsza? Jak pojawia się takie pytanie, to radzę wykonać prosty test. Zdejmijcie buty i wykonajcie 10 podskoków lądując na piętach. Potem zróbcie 10 kolejnych podskoków lądując na palcach. I które podskoki są lepsze/wygodniejsze?

Dla mnie lądowanie na piętach było po prostu bolesne. Każde takie lądowanie powoduje obciążenie i drgania, które przekładają się na całe ciało, bo nie ma amortyzacji. Uderzenie, które przypada na piętę przechodzi potem na staw skokowy, kolano, biodro i wyżej. Niejednokrotnie zdarzyło mi się rozmawiać z ludźmi, którzy mieli problemy jelitowe po bieganiu. Sam je miewałem, najczęściej w okolicach 7-8 kilometra. Istnieją badania (linka nie pamiętam, do znalezienia w sieci 😉 ), które wiążą lądowanie na pięcie z tymi właśnie problemami. Dodatkowym problemem przy lądowaniu na pięcie jest też to, że przy każdym kroku następuje hamowanie. Sam sobie utrudniałem bieganie. Z każdym krokiem. Gdy biegnie się lądując na pięcie najczęściej noga jest wystawiona do przodu, jak przy chodzeniu, co przekłada się właśnie na hamowanie. Teraz wyobraźcie sobie, że biegniecie w ten sposób 10 km. Zakładając, że jeden krok ma 1 metr, to wykonujecie 10 tysięcy kroków. Przy każdym z nich hamujecie się i bez sensu obciążacie aparat ruchu. Każdy krok jest trudniejszy, ciało musi wykonać większą pracę, żeby się znowu rozpędzić. A przecież w sportach długodystansowych liczy się oszczędność energii, po co więc ta zbyteczna rozrzutność?

Zrobiliście test podskoków? To teraz zastanówcie się, dlaczego łatwiej się podskakuje, gdy ląduje się na palcach. Co sprawia, że to działa lepiej (bo działa)? Po pierwsze, jest naturalna amortyzacja. Ścięgna, mięśnie, wszystko pracuje tak, jak chciała natura. Ba, wybijając się z palców skaczecie wyżej, niż wybijając się z pięty. To właśnie prowadzi nas do „po drugie”: aparat ruchu jest skuteczniejszy! Teraz jeszcze warto dołożyć do tego mniejsze obciążenia stawów, brak wibracji działających na jelita, jest przyjemniej 😉 Nie ma efektu hamowania, przynajmniej wtedy, gdy nie wyciągacie nogi zbytnio do przodu. Biegnie się lżej, oszczędza się energię. U mnie jeszcze było to, że przestały pojawiać się różne bóle po dłuższych wybieganiach (kolana, biodro). No właśnie, co do lekkości biegania. Zwróćcie uwagę, jak ciężko zazwyczaj wyglądają osoby biegające z pięty, nawet te biegające z dużą kadencją. Osoby biegające ze śródstopia biegną dużo lżej, przynajmniej wizualnie 😉

Moim zdaniem warto się przestawić na bieganie ze śródstopia/palców. Jak? To proste. Biegajcie tak, żeby piętami w ogóle nie dotykać podłoża, przynajmniej na początku. Oczywiście, w praktyce to takie proste nie jest. Pojawi się ból, dziki ból, który umiejscowiony będzie w łydkach. To taki poziom bólu, że potem nie chce się wychodzić na trening. Serio, przerabiałem to 😉 Na początku byłem chojrak, po lekkim bieganiu (jakieś 10 km) czułem „tylko sztywność” w łydkach. Ból przyszedł następnego dnia. A trzeba było wyjść na trening… No i wychodziłem. Trenerka straszyła, że to może potrwać nawet kilka miesięcy, na szczęście po jakichś 6 tygodniach było po temacie. Biegałem ze śródstopia i nie bolało! Oczywiście, pracy nad techniką biegową było (i dalej jest) wiele, ale to już temat na inny wpis. Warto też podkreślić, że np. Monika szybciutko przestawiła się na śródstopie. I prawie bezboleśnie 🙂

A na koniec filmik, który oglądałem, gdy zmieniałem technikę. Polecam obejrzenie 🙂
https://www.youtube.com/watch?v=mTMgIViinuQ

I jeszcze jedna myśl, którą warto poddać refleksji: raz zdobyta technika, jeśli nie jest pielęgnowana, zanika.

Jeszcze jedna rzecz wpadła mi do głowy, często spotykam się ze stwierdzeniem, że ktoś ma dobrze amortyzujące obuwie, więc nie ma żadnego problemu i może biegać z pięty. To tak nie działa, amortyzacja może pomóc, ale wszystkiego nie załatwi. Z drugiej strony, od czasu jak zacząłem biegać ze śródstopia, to amortyzacja zaczęła mi przeszkadzać. Stopniowo kupowałem buty z coraz mniejszą amortyzacją i teraz biegam w takich prawie bez amortyzacji, które uznawane są za buty startowe (nazwy nie podaję, żeby nie było reklamy 😉 ).

Nowy rumak

W piątek przyjechał do nas mój nowy rumak – lśniący, czarny i… malutki 🙂

Taki oto:

Źródło fotki: szybkierowery.pl

Do tej pory trenowałam na „starym” rowerze Kamila – również cudnym, tylko jak się z czasem okazało, ciut dla mnie zbyt dużym. Wcześniej jakoś sobie radziłam, ale rosnąca liczba treningów rowerowych i również narastający dyskomfort w odwłoku sprawiły, że postanowiłam otworzyć się na nowe 😉 Jestem niesamowicie wdzięczna losowi, że wyposażył mnie w bardzo mądrego i oczytanego narzeczonego triathlonistę, bo inaczej byłoby ze mną krucho. Zaczęłam nawet sama coś poczytywać o różnicach między „szosą” i „czasówką”, odpowiednich kątach, sztycach, lemondkach, a nawet bidonach i ostatecznie… zdałam się na Kamila. Totalny ze mnie nieogar! Oczywiście mój cudny chłop złożył mi tego nowego rumaka do kupy w pińć minut i już w niedzielę mogłam zasiąść do 20-minutowej rozgrzewki rowerowej przed siłą (planki… fuj). Jeszcze chwilka na wstępne ustawienie i odpalam moje mysie turbo… Czujemy z Kamilem swąd palonej gumy – aż tak szybka nie jestem, zatem coś jest nie tak. Trafiona opona. Dopadło mnie nieuniknione – rozdziewiczenie w temacie wymiany dętki/opony. Kamil cierpliwie pokazywał i tłumaczył – biedny pewnie już przeze mnie posiwiał (dowiemy się jak mu włosy ciut odrosną), bo ja strasznie niecierpliwa jestem i najpierw robię, a później myślę 🙁 Szło mi strasznie opornie, ale z pomocą Kamila udało mi się wymienić tę oponę. Jestem przekonana, że przyda się na treningach na dworze, bo (pozwolę sobie użyć pojęcia wprowadzonego przez Chrissie Wellington), noszę w sobie muppeta. Mam jednak cichą nadzieję, że nie będę musiała praktykować na zawodach, gdyż zeszło mi zdecydowanie dłużej niż 45 sekund…

Teraz czekamy na nową sztycę (dłuższą), gdyż siodło jest jeszcze trochę za nisko, ale i tak jest lepiej niż na wcześniejszym olbrzymie. Oczywiście wcale się nie zdziwię, jeśli będzie konieczna jeszcze jakaś zmiana w naszej stajni, bo przecież byłoby zbyt nudno 😉

Acha! Hit zostawiłam sobie na koniec – cisnę już tę 20-minutową rozgrzewkę, ciszej tak jakoś i łatwiej idzie, w duchu cieszę się ze słusznej decyzji o wymianie sprzętu, gdy pada komentarz Kamila: „A wiesz… dopiero przy zdejmowaniu Alohy z trenażera zauważyłem, że hamulec tarł troszkę o koło…”

Zima, zima, zima, pada, pada śnieg…

Właśnie przeczytałam podsumowanie roku poczynione przez Kamila – oczywiście jednocześnie przyatakowało mój kobiecy mózg kilka spostrzeżeń:

  • Jak ja chciałabym mieć taką wenę!
  • Jak ja chciałabym mieć taką lekkość pisania!
  • Jak to możliwe, że facet pamięta dokładnie każde zawody, które przebiegł w ciągu tego roku, a ja mam problem z przypomnieniem sobie, co dokładnie zjadłam wczoraj w ciągu dnia?! No dobra, może jedzenie to jakaś specjalna kategoria, zapewne to mój mózg po prostu broni się przed tą informacją, no wiecie, żeby mnie uchronić przed przygnębieniem, depresją, zapchanie danymi (aplikacje typu FitnessPal to zdecydowanie zostały wymyślone przez mężczyznę i to przez mężczyznę o skłonnościach sadystycznych – oczywiście dla kobiet jak ja, z pamięcią w stylu rybki Doris). Ad rem – ja nie pamiętam swoich biegów po tygodniu, a co dopiero wszystko zebrać na koniec roku! Szacun i oddaj człowieku troszkę Twojej pamięci!
  • O tym, że podłoga wygląda na czystą na tych fotkach, to już w komentarzu wspominałam…
  • Jak ja mu zazdroszczę tego medalu Ludzika numero uno z cyklu PKO Grand Prix Gdyni 2015! Ja nie mam, bo jeszcze wtedy nie biegałam, ale w tym roku mam cichą nadzieję zgromadzić wszystkie cztery. Od biedy mogę ewentualnie sama sklecić jakiś pasujący z własną podobizną i potem przyszpanować – choć raz na pudle 🙂
  • A co ja będę gorsza, też se tu swoje medaliszcza wstawię, ha! (Już jak robił fotkę mu pozazdrościłam, moje dla odmiany leżą na obrusie – czystym faktycznie, a nie tylko wyglądającym – też dla odmiany).
IMG_3892
Mysie Biżu – kolekcja 2015

Żeby nie było, tak jak pisałam wcześniej – nie pamiętam jak się biegało te poszczególne biegi i może to i lepiej. We wcześniejszych wpisach chyba coś tam skrobnęłam o nieszczęsnym Enduromanie Elbląg 2015 – dla mnie nieszczęsnym, ale jeśli chodzi o organizację i atmosferę to akurat przecudna! Całkiem możliwe, że dzięki mojej słabej pamięci mam ochotę zapisywać się na kolejne biegi 🙂

Mysia w biżu – po odpicowaniu 🙂

No dobra, tylko co to wszystko ma wspólnego z tematem?! Ano jak na mnie przystało, będzie pokrętnie. Wstawiłam dzisiaj to zdjęcie właśnie dlatego, żeby sobie samej przypomnieć, że bieganie jest super. Gdy temperatura na dworze spadła poniżej zera, ale podniebny cukier puder jeszcze nie opadł, biegało mi się genialnie! Oddychałam elegancko, pełną piersią, jakoś tak nawet udało się przyspieszyć o kilka sekund na kilometr – cud, miód, malina. To było jeszcze przed świętami. Zamarzył mi się śnieg. Od razu wytłumaczę – to moja pierwsza biegowa zima, czuję się rozgrzeszona z braku wyobraźni 🙂 Na dodatek wszystkie te świąteczne dobra – pierniki, makowce, czekolady, marcepany – zaczęły się świetnie przyjmować. Nie powiem, na początku dostarczały fajnej energii do biegania, tylko jak ekologiczne ubranko zaczęło puchnąć to tak jakoś… No i tegez – przybyły mi 2 kg i niestety czuję przy bieganiu i pedałowaniu na trenażerze absolutnie każde 100g dodatkowego poświątecznego tłuszczyku 🙁 I niestety każdy przecudny płatek śniegu przy bieganiu też. Od dwóch tygodni drepczę napięta jak gumka recepturka – tu się poślizgnę, tam szpagatem błysnę. I nagle to fajne tempo, w sensie MOJE fajne tempo (jak mi pierwsza cyferka przeskoczyła z 6 na 5, to się dla mnie zrobiło fajne), poszło sobie w las 🙁 Moje własne łakomstwo (jedzeniowe i wrażeń też), mnie pokonało i teraz truchtam MysioŻółwiem – smutno mi i już wcale tak bardzo nie chcę tej zimy. Sucha leśna alejko, wróć!

Podsumowanie roku 2015

Lepiej późno niż później 😉 Z przyczyn rozmaitych (ostatnia sesja, pisanie pracy magisterskiej, lenistwo) dopiero teraz zabrałem się za podsumowanie sezonu 2015. To pierwszy sezon, gdy współpracuję z trenerką, Olą Sypniewską. Postępy poczyniłem znaczne, nowe życiówki, nowe osiągnięcia. Ale po kolei.

Zacznę od biegów najkrótszych. Tych w sezonie 2015 popełniłem w sumie pięć:

  • Bieg Urodzinowy w Gdyni (10 km) – 21 luty – czas 00:40:45
  • Bieg Europejski w Gdyni (10 km) – 9 maja – czas 00:41:45
  • Nocny Bieg Świętojański w Gdyni (10 km) – 19 czerwca – czas 00:39:52
  • Bieg o Złotą Górę (9,2 km) – 19 września – czas 00:36:05
  • Bieg Niepodległości w Gdyni (10 km) – 11 listopada – czas 00:50:59

Pierwszym startem w 2015 roku był gdyński Bieg Urodzinowy. To był pierwszy test, czy uczciwie przepracowałem zimę. W głowie tkwiła myśl, że jestem w stanie zrobić życiówkę na 10 km, co więcej – zejść po raz pierwszy poniżej 40 minut! Wszystko szło dobrze, aż do ul. Świętojańskiej, gdzie zaczynał się dosyć długi, chociaż łagodny, podbieg. Mój plan zakładał przyspieszenie właśnie na Świętojańskiej i mocny finisz aż do mety. Niestety, chwilę po zwiększeniu tempa mocno zabolała mnie pachwina. Wtedy plan z „zejść poniżej 40 minut” zmienił się na „po prostu dobiec”. Dobiegłem, życiówkę poprawiłem o 21 sekund (wcześniejsza była 00:41:09), ale zadowolony nie byłem. Nie lubię, kiedy coś w moim ciele zawodzi.

Kolejny start to Bieg Europejski, również w Gdyni. Tydzień później miałem biec maraton w Gdańsku, więc nie było sensu zbytnio ryzykować spinając się na wynik, ale po głowie znowu chodziło zejście poniżej 40 minut. Trenerka wymyśliła plan: pierwsze 3 km tempo 4:10 min/km, kolejne 3 km tempo 4:00-4:05 min/km, a potem ile fabryka dała. Plan dobry, miałem zamiar się do niego zastosować. Pierwsze 3km poszły zgodnie z planem, na 4 km poczułem ból w pachwinie, znowu! Mając z tyłu głowy, że za tydzień maraton, resztę trasy pobiegłem zachowawczo. Dobiegłem minutę wolniej niż w lutym.

Następna dziesiątka w Gdyni była tą, która zadziwiła mnie najbardziej w tym sezonie. Nie nastawiałem się na wynik, bo nie czułem się najlepiej przed startem. Miałem jakiś problem pokarmowy, bolał mnie brzuch i w sumie nie chciało mi się biec szybko. Mentalnie odpuściłem sobie ten bieg. I tak się właśnie kończy nie nastawianie na wynik… sam się zrobił 😉 Już na starcie uknułem sobie plan, żeby pobiec pierwsze 2-3km w tempie 4:10 min/km i potem zobaczyć, jak się będę czuł. Pierwszy kilometr pobiegłem w 4:07 min/km i byłem dziwnie rozluźniony. Stwierdziłem, że nie zwalniam tylko lecę dalej. Drugi km wyszedł 4:03 min/km i dalej był luz. Czułem, że tętno jest zaskakująco niskie. No to zobaczmy trzeci kilometr – wyszedł 3:57 min/km. Na czwartym kilometrze podbieg, to lekko odpuściłem, żeby się za szybko nie zajechać. Potem gaz, kolejne kilometry wyszły 3:57 i 3:59 – więc myślę, to spróbuję tylko leciutko odpuścić na Świętojańskiej i wtedy pognam do mety, może się uda złamać 40 minut. Świętojańska w 4:07 min/km, więc myślę – jest dobrze, gazu! 8 i 9 km wyszły po 3:50 min/km, a w połowie 10km nagle czuję jak mnie zaczyna zginać i mam wrażenie, że zaraz, za przeproszeniem, zbrązowię nogi… Ale biegnę, chociaż zwieracze ledwie trzymają… Patrzę, jest zegar a na nim 40:31, no to myślę, najwyżej popuszczę, trudno. Dobiegam, zatrzymuję zegarek i widzę czas: 39:55. Jest na krawędzi, ale chyba się udało. I potem dostałem smsa, oficjalnie 39:52. Udało się! Było tak źle, a skończyło się tak dobrze 😀 Cały bieg miałem w głowie praktycznie tylko jedną główną myśl – biegnij luźno, żeby nie załatwić pachwiny. I nie załatwiłem!

Bieg o Złotą Górę to bieg, którego celem było pozbycie się glikogenu z mięśni. Miałem się zmęczyć i pozbyć energii, w ramach przygotowań do startu w Maratonie Warszawskim. Oficjalnie trasa biegu ma 10 km, w rzeczywistości wychodzi tego 9,2 km. Ten bieg był o tyle ciekawy, że na odcinku od 0,5 km do 1,2 km był podbieg o 35 metrów 🙂 Niestety, biegło się trudno ze względu na kontuzję mięśni brzucha, którą udało mi się załapać parę dni wcześniej, w trakcie treningu szybkościowego. Medal ze Złotej Góry wygląda tak:

Medal z Biegu o Złotą Górę 2015
Medal z Biegu o Złotą Górę 2015

Ostatnia dziesiątka była już po okresie roztrenowania. Biegłem z Moniką, która kończyła sezon wyścigów biegowych. Udało się z lekkim przytupem, bo poprawiła swoją życiówkę po raz kolejny w 2015 roku, tym razem o 21 sekund 🙂 Komplecik medali z całego cyklu GP Gdyni w biegach ulicznych 2015 wygląda tak:

Medale Gdynia 2015
Medale Gdynia 2015

Następnie biegi na dystansie średnim, całe dwa:

  • Enduroman w Elblągu (25 km) – 23 sierpnia – czas 02:24:15
  • II Amber Expo Półmaraton (21,1 km) – 25 październik – czas 01:58:49

Enduroman… Mój brat, Arek, startował na dystansie 50 km. Umówiliśmy się, że pojedziemy większą ekipą, żeby mu pokibicować. Trenerka była uprzejma wpisać mi 30 km długiego wybiegania na ten dzień. Padł więc pomysł, żeby Arek biegł swoje, ja żebym pobiegł na dystansie 25 km (+ jedno kółko 5 km, którego jednak nie zrobiłem), a Monika na dystansie 10 km. Mama tym razem tylko kibicowała, ale nie wytrzymała i wybrała się obejść trasę. W bardzo nieodpowiednim obuwiu 😉 Jako, że wybieganie miało być luźne, to stwierdziłem, że nie spinam się na wynik i biegnę spokojnie, swoim tempem. Próbowałem pilnować tętna, ale średnio mi to szło. Biegi w ramach Enduromana mają to do siebie, że można je uznać za biegi poniekąd górskie. Dlaczego? Na dystansie 25 km według zegarka biegowego było 892 m podbiegów. Chociaż w przypadku podejścia pod Belweder, ciężko mówić o podbiegu 😉 Tak czy owak, udało mi się przebiec te 25 km bez strat własnych, przy średnim tętnie 151 uderzeń i zająć ostatecznie 5 miejsce. A byłem tydzień po ukończeniu Maratonu Solidarności. Strach pomyśleć, co by było, jak bym pobiegł na maksa 😉 Polecam te zawody, atmosfera na części biegowej była bardzo fajna, wręcz familijna 🙂 Medal z Enduromana wygląda tak:

Medal Enduroman 2015
Medal Enduroman 2015

II Amber Expo Półmaraton w Gdańsku, to druga impreza z tej serii i druga w której startowałem. Tym razem biegłem jako pacemaker dla Moniki, która postawiła przed sobą ambitne zadanie ukończenia półmaratonu w czasie poniżej dwóch godzin. Jak widać z wyżej wymienionego wyniku, udało się! Na mecie rozpierała mnie duma, bo poniekąd byłem współautorem tego osiągnięcia. Oczywiście, to Monika trenowała, pod koniec przygotowań prowadziła ją już Ola. Ale spory kawałek przygotowań poprowadziłem ja. Co tylko uświadomiło mi, że nie nadaję się na trenera, bo mam za mało wiedzy. No i do tego to poczucie odpowiedzialności za osobę trenowaną… To było ciężkie! Tak czy owak, założony cel został osiągnięty z zapasem, a w nagrodę dostaliśmy takie medale:

Medal II Amber Expo Półmaraton 2015
Medal II Amber Expo Półmaraton 2015

Na koniec biegi długie, w tym przypadku trzy maratony:

  • 1. PZU Gdańsk Maraton – 17 maja – czas 03:11:13
  • XXI Maraton Solidarności – 15 sierpnia – czas 03:25:19
  • 37. PZU Maraton Warszawski – 27 września – czas 02:58:13

Maraton w Gdańsku był startem testowym, żeby zobaczyć, jak wygląda moja kondycja i po cichu liczyłem na zrobienie nowej życiówki poniżej 3 godzin i 10 minut. Kondycyjnie było rewelacyjnie. Na mecie zrozumiałem, że w sumie to mogłem urwać jeszcze z 5 minut z tego czasu, jednak pobiegłem zachowawczo, ponieważ bałem się przegiąć po chorobie, którą przeszedłem tuż przed maratonem. Na początku chciałem pobiec wolniej, ale jak ruszyłem, to założone tempo (4:29 min/km) okazało się odpowiednie, więc biegłem z założonym tempem. Podpiąłem się do kilku biegaczy, którzy do 22-23 km ciągnęli w tempie około 4:30 min/km, a chwilami nawet ciut szybciej. W trakcie biegu pojawiły się dwa problemy. Pierwszy, w okolicach 28 km zaczęły mnie bardzo boleć stopy. Po oględzinach już w domu, okazało się, że zrobiły się i popękały mi pęcherze. Nie byłem w stanie biec na śródstopiu, pojawiła się myśl, żeby zejść z trasy. Ale potem pojawiła się jeszcze inna myśl – mogę spróbować pobiec bardziej z pięty. Spróbowałem, bolało dużo mniej – lądowałem (próbowałem) na prawie płaskiej stopie, żeby nie zupełnie z pięty. Udało mi się nawet przyspieszyć. I tak sobie biegłem, nawet podbieg na 34 km nie był mi straszny. Czułem, że bolą mnie uda, ale starałem się je rozluźnić i po prostu biec. Dobiegłem do około 37 km i wtedy poczułem palący ból w pachwinie. Głowa nie wytrzymała i zacząłem iść. Wziąłem flaszkę wody (była zimna od wiatru) i się polałem, po czym zacząłem już tylko truchtać, nie mogłem wejść w rytm. Byłem cały spięty. Gdzieś tam po drodze znowu na chwilę zacząłem iść, ale w końcu zmusiłem się znowu do truchtania. I tak dotarłem do mety. Oficjalnie po 3:11:13. Na całej trasie wiatr dawał się we znaki jak wiał od frontu lub boków, co też chwilami mocno mnie spowalniało. Na koniec już w ogóle dał czadu, jak już mnie ta pachwina mocno bolała, bo miałem wrażenie że stoję w miejscu. Ale dobiegłem, zrobiłem nową życiówkę. Niestety, poniżej moich własnych oczekiwań. Byłem zawiedziony, szczególnie tą pachwiną… Medal z tej imprezy wygląda tak:

Medal 1. PZU Gdańsk Maraton 2015
Medal 1. PZU Gdańsk Maraton 2015

Drugim startem maratońskim, który miał być po prostu długim wybieganiem czy też jak to nazwała trenerka „zrobieniem objętości”, był XXI Maraton Solidarności. To mój trzeci Maraton Solidarności z rzędu! W XIX Maratonie Solidarności debiutowałem na tym królewskim dystansie. W 2015 roku po raz pierwszy było tak gorąco, do tej pory mnie oszczędzało. Na trasie nie było większych emocji, poza tym, że na 17 km zaczęła mnie pobolewać pachwina, ale wystarczyło się rozluźnić i było dobrze. Cały czas polewałem się wodą, na każdym z punktów żywieniowych. Mimo tego na 39 km mnie zgrzało na tyle, że zrobiło mi się biało przed oczami i na chwilę przystanąłem. Dobrze, że był przy mnie wtedy Arek, bo inaczej pewnie bym się nie zmotywował do dokończenia. Tempo mi spadło, do mety już tylko dotruchtałem. Byłem ugotowany. Ale dobiegłem! I kolejny medal do kolekcji:

Medal XXI Maraton Solidarności 2015
Medal XXI Maraton Solidarności 2015

O Maratonie Warszawskim skrobnąłem już parę słów tutaj. To był start główny sezonu 2015. Cel był „prosty”, ukończyć ten maraton z czasem poniżej 3 godzin. Tego dnia prawie wszystko było źle. Ale po kolei. Już w trakcie rozgrzewki bolał mnie brzuch. Od startu starałem się pilnować, żeby być w miarę rozluźnionym. Pierwszy raz miałem zamiar korzystać z pomocy pacemakera. Pacemaker generalnie był trochę zagubiony, bo pierwszy kilometr poprowadził w okolicach 4’00”, a potem zwalniał i przyspieszał, szarpiąc tempem. Pierwsza piątka poszła mi słabo, kolejna tak samo. Na 10 km przyjąłem pierwszy żel. Do 15 km po prostu już cierpiałem. Na około 17 km pacemaker poczuł zew natury i udał się do toitoi’a, więc dalej biegłem pilnując tempa sam. Grupa biegnąca na 3 godziny się rozpadła, część osób przyspieszyła, część zwolniła. Jako że zegarek mi ściemniał z czasami poszczególnych kilometrów, więc musiałem w głowie liczyć, jaki czas powinienem mieć na każdym kilometrze i szacować, czy biegnę dobrze, czy nie. Na 20 km kolejny żel. Jak się potem okazało ostatni. Liczenie jakoś mi szło, na połowie dystansu miałem około minuty zapasu. Problem w tym, że zaczęły mnie też boleć stopy – buty mi się uklepały, to był błąd, że nie kupiłem nowych. Znaczy, kupiłem, ale kurde w złym rozmiarze (numer mniejsze niż trzeba) i nie mogę w nich biegać dłużej niż godzinę, bo zaczynają być za ciasne. W okolicach 25km miałem mocne postanowienie, że jeśli nie przejdzie mi ból brzucha do 30km, to schodzę z trasy. Jakoś na 26km był krótki podbieg i stwierdziłem, że przynajmniej nie zwolnię, nawet jeśli nie uda mi się przyspieszyć. Podciągnę trochę i potem wrócę do swojego tempa, żeby zobaczyć jak się będę czuł. Gdy przyspieszyłem biegacz który biegł za mną od kilku kilometrów jęknął tylko „Chyba cię pogięło!”. Ale pomogło/zadziałało, mogłem biec. Do 30 km jakoś się dokulałem. Na 32 km był zegar, na którym zobaczyłem czas 2 godziny 14 minut. Miałem 45 minut na przebiegnięcie ostatniej dychy. 4:30 min/km. W głowie coś mi przeskoczyło, ból nie tyle zniknął, co się oddalił. Przecież w 45 minut to ja dychę na treningach z palcem w nosie biegam. Stwierdziłem, że nie odpuszczę. Ze względu na palący ból zewnętrznych krawędzi stóp zacząłem biec z pięty, żeby tylko nie zwolnić, nie odpuścić. Niewiele pamiętam z tych ostatnich 10 km, poza tym, że praktycznie non-stop wyprzedzałem i coś z tyłu głowy mi krzyczało „zwolnij, żebyś się nie spalił, żeby cię nie odcięło”. Od 40 km leciałem już na autopilocie, na 41 km poczułem że zwalniam. Jak zobaczyłem tablicę „600 metrów do mety” to miałem wrażenie, że ledwie truchtam. Jak się potem okazało, ostatni kilometr pobiegłem w tempie ~3:45 min/km… Na mecie musiałem złapać się barierek, żeby nie paść na twarz. Po minucie pokuśtykałem na masaż, po masażu już było dużo lepiej. Wniosek na przyszłość, nie biegajcie maratonów w uklepanych butach, to zły pomysł. Na mecie była Mama i Monika, ciężko mi było powstrzymać wzruszenie… A medal z tego wydarzenia wygląda tak:

Medal 37. PZU Maraton Warszawski 2015
Medal 37. PZU Maraton Warszawski 2015

Ogólnie, w sezonie 2015 dużo było biegania, trochę mniej roweru i sporo pływania. Pływanie to moja pięta achillesowa. Ale o tym innym razem. Podsumowując, wszystkie medale z biegów w 2015 roku wyglądają tak:

Medale 2015
Medale 2015

Dziękuję wszystkim za wsparcie, którego mi udzielili. I proszę o więcej! 😀 Bo ten rok będzie jeszcze cięższy. Szykują się pierwsze starty TRI…

Witaj, świecie!

Witaj na witrynie trilozofia.pl. Niedługo nastąpi początek programu.

Na początku zawsze pada pytanie „Ale o co chodzi?”. Chodzi o spisywanie pamiętniczka, dla przyjemności, dla potomności. Tym przecież jest blog, nieprawdaż? W tym miejscu w sieci będziemy (my, czyli Monika i Kamil) wrzucać to, co nam się żywnie spodoba. Najczęściej pewnie wpisy będą dotyczyły tematów okołotriathlonowych. Dlaczego? Bo taka nasza trilozofia 😉

Pomysłów na wpisy jest wiele. Dotyczyć będą (kolejność przypadkowa):

  • treningu triathlonowego
  • diety i żywienia (nie tylko w sporcie)
  • sprzętu
  • techniki (w szerokim tego słowa znaczeniu)
  • naszych postępów, osiągnięć i porażek
  • rzeczy różnych, acz ciekawych 😉

Jeśli zdarzyło Ci się zajrzeć, zostaw po sobie ślad. Jeśli jakiś wpis wydał Ci się szczególnie kontrowersyjny/ciekawy/nudny, daj znać!

Może wydawać się dziwne, że wpis „Witaj świecie” nie jest pierwszy, ale taka to już sytuacja. Jakiś czas temu Monika zaczęła prowadzić bloga w innym miejscu sieci, ale skoro powstało to, to przeniesione zostały tutaj.

To na razie tyle, zapraszamy do lektury!

Wynurzenia noworoczne

Obiecuję sobie, że będę tutaj częściej pisać i gdy tylko klikam ‚Nowy post’ znika cała zawartość mózgownicy i palce nie chcą jakoś sunąć po klawiaturze.
A przecież od poprzedniego wpisu (i nie chodzi tu o tabelkę z podsumowaniem 2015 roku), to znaczy od 7 października zdążyło się u mnie sporo zadziać 🙂
Po pierwsze – udało mi się przebiec w założonym czasie (poniżej 2h, dokładnie 1:58’48”), najważniejszy start tego sezonu, tzn. półmaraton w Gdańsku, z czego jestem ogromnie dumna 🙂 Jestem przekonana, że nie poradziłabym sobie bez wsparcia Szanownej Trenerki, ale przede wszystkim bez K., który nie dość, że rozpisywał mi osobiście treningi aż do września, to jeszcze pobiegł ze mną ten półmaraton! Dzielnie przeczołgał się moim żółwim tempem, żeby służyć mi swoim doświadczeniem i wspierać. Pocieszał mnie, kiedy zaczynałam jęczeć, podawał wodę, dbał o odżywianie na trasie. Nie myślałam, że wyjdzie ze mnie taka maruda, a tu proszę – są łaskawe uszy i nagle cały strach wylewa się ze mnie w postaci utyskiwań, stękań, pojękiwań i narzekań – totalny dramat! A K. jest po prostu święty!

2015_10_25_AmberExpoPolmaraton_Gdansk
Mysia ze Świętym Kamilem 🙂

Po drugie – jakimś cudem poprawiłam życiówkę na 10 km w Biegu Niepodległości w Gdyni (50’59”). K. znów dzielnie mi towarzyszył i wysłuchiwał mojego stałego repertuaru: „już nie mogę, muszę zwolnić”, „poczekaj”, „zaraz odpadną mi płuca”, „po cholerę mi to”. Co prawda nie udało mi się zejść poniżej 50 minut i przez kilka kolejnych dni chodziłam totalnie z siebie niezadowolona, ale… przeszło mi. Przemyślałam sprawę i doszłam sama ze sobą do ładu. K. zresztą tłumaczył, że to nie był główny cel w tym roku i że zabrakło treningów tempowych. Ja po prostu mam cichą nadzieję, że uda mi się te 50 minut złamać 13 lutego 2016 w Biegu Urodzinowym w Gdyni. Trzymajcie kciuki, proszę! 🙂
Po trzecie – nieustający katar i problemy z oddychaniem na basenie skłoniły mnie do wizyty u alergologa. O swojej alergii wiedziałam od dawna – jestem uczulona na całkiem pokaźny pakiet alergenów wziewnych, których raczej nie wyeliminuję z otoczenia (m.in. roztocza kurzu, pyłki traw). Bałam się bardzo astmy, a przede wszystkim, że usłyszę poradę w stylu: „pani musi skończyć z tym sportem”. Tak się jednak złożyło, że moja Trenerka również cierpi na alergię i astmę – kategorycznie zakazała zgrywania męczennicy i wysłała do lekarza. Tym sposobem skończyłam co prawda z bogatym pakietem lekarstw, ale nadal mam swój sport, a wyniki powoli się poprawiają 🙂 Zarówno te zdrowotne, jak i sportowe 🙂
Po czwarte – mniej więcej rozplanowałam już starty w 2016 roku. Najważniejszym startem w sezonie będzie 1/2 IM Enea Challenge Poznań. Wcześniej kilka krótszych (1/8 i 1/4) startów „treningowych”. Najbliższy start to wspomniany wcześniej Bieg Urodzinowy w Gdyni, a później drugie spotkanie z półmaratonem – 20 marca 2016, również w Gdyni…
[c.d.n.]