Sztafeta triathlonowa w Starogardzie Gdańskim 2017

Ubiegły tydzień nie był dobry. W poniedziałek na bieganiu wiał taki wiatr, że mnie przewiało 😉 Efekt? Już po bieganiu zaczęło mnie pobolewać gardło. We wtorek rano gardło po prostu już bolało. W sumie zwykła sprawa, przeziębiłem się, teraz tylko tego nie pogorszyć. Zdecydowałem, że lekutki akcencik rowerowy zrobię na trenażerze. Nie lubię trenażera, ale jeszcze bardziej nie lubię chorować. A jeszcze bardziej nie lubię nie móc wystartować w zawodach, na które jestem zapisany. A odpuszczenie sztafety i zostawienie kolegów z brakiem jest po prostu niedopuszczalne. Zacząłem się więc kurować.

W środę było tak źle, że odpuściłem oba treningi (poranny basen i popołudniowy akcent rowerowy). Czwartkowa siła biegowa, na którą bardzo czekałem (pierwszy raz miała być dłuższa!), też przeszła mi koło nosa. W piątek, zamiast na basen poszedłem do lekarza. Diagnoza – zapalenie gardła. Wiadro leków do połknięcia i stwierdzenie, że „w niedzielę powinien być pan gotowy”. No dobra, to grzecznie do domu. Jedyne przerwy w wypoczynku były na lekkie pedałowanie na trenażerze w piątek i sobotę. Treningów i tak nie nadrobię (i nie należy nadrabiać, nie tędy droga), więc skupiam się na zdrowieniu.

Czas na trenażerze spędzam, oprócz oglądania filmów, na rozmyślaniu odnośnie strategii na niedzielny start. Start to sztafeta na dystansie 1/4 IM. Marek płynie, ja pedałuję, Paweł biegnie. W głowie podstawowa myśl, nie dać ciała. A danie ciała mogło objawić się na kilka sposobów. Dwa główne? Pierwszy, spalenie się na starcie i zamulanie przez resztę trasy. Drugi, pojechanie za słabo i dojechanie do mety ze sporą rezerwą. Utrudnieniem w tej sytuacji była choroba. Nie było możliwości, żebym jej nie odczuł. Po długich przemyśleniach wymyśliłem!

Strategia/plan na rower w sztafecie 1/4IM, przy założeniu czasu pomiędzy 1 godziną i 15-20 minut:
1. Rozgrzać się przed startem (biegowo)
2. Po odebraniu czipa od Marka pobiec na belkę, wsiąść na rower, nie zaliczyć gleby i nie zrobić nic głupiego przy wsiadaniu (wskakiwanie, etc. – nie ćwiczone, to nie ma co ćwiczyć na zawodach).
3. Pierwsze 10 minut pojechać z tętnem poniżej 130 bpm. W teorii da to 5km.
4. Kolejne 10 km pojechać z tętnem poniżej 140 bpm.
5. Kolejne 10 km pojechać z tętnem poniżej 150 bpm.
6. Kolejne 20 km pojechać w pałkę.
7. Dojechać do mety nie tracąc zbyt wielu pozycji po drodze.

Plany… Fajna rzecz. W tym przypadku plan sprawdził się tak, jak to napisał Lee Child w książce „61 hours”:

Plans go to hell as soon as the first shot is fired. – Jack Reacher

Ale po kolei! Rower w strefie, ja rozgrzany, Marek już płynie. Czekam niecierpliwie, którzy będziemy po etapie pływackim. Przybiega pierwszy pływak ze sztafet i pierwszy rower znika ze strefy. No dobra, cierpliwości, Marek zaraz będzie. I faktycznie! Jest! Drugi pływak pośród sztafet! Czad. Ręce mi się trzęsą, gdy odbieram czipa i zakładam go na swoją nogę. Szybkie sprawdzenie, czy trzyma się dobrze, przybicie piątki i truchtam na blokach w kierunku belki. W głowie powtarzam punkt 2 z planu. Udało się, odpaliłem zegarek i wsiadłem na rower. Ruszam…

Czas na punkt trzeci z planu opisanego wyżej. Patrzę na aktualne tętno i… zaczynam się śmiać. Ledwie wsiadłem na rower, a tętno już prawie 150 🙂 Od razu przypomniał mi się powyższy cytat Reachera. Dobre, dobre! No nic, zostało zmodyfikować plan. Na początku chciałem znaleźć kogoś, kto będzie jechał tempem takim, że będę mógł mieć ją/go z przodu (ale bez draftowania) i mieć jako punkt odniesienia. Szybko jednak okazało się, że nic z tego. Tu ktoś mnie łyknął na zjeździe tylko po to, by pod najbliższy podjazd zamulać. No to zmieniamy plan. Wracamy do tętna, ale z małą modyfikacją: pierwsze 25 km przejechać z tętnem poniżej 150 bpm, a potem plan jak wcześniej. Czyli pomijam punkty 3, 4 i przechodzę do punktu piątego.

Wytrzymałem do 20 kilometra i poczułem, że mogę przyspieszyć ciut wcześniej, że mam dosyć sił, że nie przestrzelę. Trochę docisnąłem, wyprzedziłem kilka osób. Na 25 kilometrze stwierdziłem, że czas przejść do punktu 6. Zacząłem mocniej pracować naciskając na pedały. Chwilami nachodziło mnie zwątpienie, że może jadę za mocno i zaraz spuchnę, ale potem poprawiałem pozycję na rowerze i mówiłem sobie w głowie „a takiego!”. I cisnąłem dalej 🙂 Do mety etapu rowerowego dotarłem w 1 godzinę, 13 minut i 9 sekund. Czyli lepiej, niż było zakładane, zanim zachorowałem! Zacnie!

Przekazałem czipa Pawłowi, który wyrwał jak wystrzelony z rakiety. A ja zacząłem wracać do rzeczywistości. Co teraz ze sobą zrobić? Chwilę pokręciłem się przy rowerze, wziąłem bidon z wodą. Poszedłem do płotu pogadać chwilę z Moniką. Doszedłem do wniosku, że nic po mnie w strefie zmian, więc zostawiłem buty wpięte w pedały, kask na rowerze i poszedłem kibicować, z Moniką oraz rodziną Pawła, na trasę biegową. Zajarany byłem jak gwizdek! Na nawrotce pętli biegowej okazało się, że Paweł ma jakieś 10-15 sekund straty do jedynej sztafety, która przybyła przed nami. Czyli nie dałem się żadnej innej sztafecie wyprzedzić, wstydu nie ma 😉 Co więcej, tempo Pawła wskazywało, że najwyższy stopień podium jest nasz! Naprawdę, musiał by się zdarzyć cud, żeby ktoś nas wyprzedził. 🙂 Ostatecznie mieliśmy drugi czas pływania, drugi czas rower i pierwszy czas biegu pośród sztafet.

W międzyczasie okazało się, że nasi Trenerzy też sobie dobrze radzą („też” ;)). Tomek był na prowadzeniu w generalce. Marcin bardzo blisko za Tomkiem. Ostatecznie wyszło tak, że Tomek wygrał kategorię Open, Marcin drugi w kategorii M3. A my pierwsi pośród sztafet 🙂

Tak wyglądał Paweł, gdy wbiegał na metę:

Paweł wbiega na metę!
Paweł wbiega na metę!

A tak wyglądaliśmy w trakcie dekoracji:

Dekoracja sztafet 1/4 IM Starogard Gdański 2017
Dekoracja sztafet 1/4 IM Starogard Gdański 2017

Radość była wielka 🙂

Podsumowując, ten start zaliczam do udanych. Po pierwsze, zaprocentowała zmiana pozycji, którą zasugerowali trenerzy w trakcie Endure Camp Gniewino. Przesunąłem się do przodu i jeździ mi się lepiej. Po drugie, nie do pominięcia jest aspekt zmiany techniki pedałowania, co również wyszło na obozie w Gniewinie. Te dwie zmiany przełożyły się na brak bólu siedzenia w trakcie jazdy 😉 Wcześniej po około 30 minutach ból zaczynał być bardzo dokuczliwy, a po godzinie był już nie do zniesienia. Trzecia rzecz, to zmiana rodzaju treningu. Tomek zupełnie inaczej układa trening rowerowy, który, jak widać, działa na mnie bardzo dobrze. Po czwarte, sam zaskoczyłem siebie (Trenera przy okazji) tym, jaką moc byłem w stanie wygenerować i to pomimo choroby! Wyszło 261 watów mocy znormalizowanej (3.2W/kg). Takiej mocy nie spodziewałem się po sobie nawet wtedy, gdybym był zdrowy.

Kolejnym aspektem tych zawodów jest to, że dodatkowo pobudzony został mój wielki głód startu w triathlonie. Po zejściu z roweru czułem, że był bym w stanie przebiec jeszcze te 10,5 km ze średnim tempem co najmniej w granicach 4’20”-4’30″/km. To też skutek zmiany pozycji. Nogi były zmęczone, ale czułem, że mogą biec. A przecież dałem z siebie dużo! Tylko jeszcze to pływanie… 🙂

No właśnie, pływanie. Jedynym minusem tego startu jest to, że się znowu rozłożyłem. Nie jest zupełnie źle, ale straciłem głos, stan gardła się pogorszył, pojawiła się gorączka. Cóż, oznacza to tyle, że na razie ani w basenie ani w wodach otwartych się nie znajdę. A to niedobrze, bo powinienem w wodzie zamieszkać, żeby się z nią polubić. Uważam jednak, że plusy tego startu przewyższają wszystkie minusy. Wodę jeszcze nadrobimy! 🙂

Na koniec najważniejsze. Dziękuję Szanownej Małżonce mej za wsparcie i dzielne znoszenie tego, co jej zgotowałem i przed startem i w trakcie i po. Bez niej nie dał bym rady. Ta wiara we mnie naprawdę czyni cuda. 🙂 Podziękowania też dla Trenerów i kolegów ze sztafety. Musimy to powtórzyć! Ale może minus chorowanie 😉

Ból tyłka ;)

Jak sugeruje tytuł wpisu, z lekka ocenzurowany, dzisiaj będzie o bólu. Bólu pewnej istotnej części ciała, szczególnie w kontekście roweru. Mój rower wyposażony jest w siodełko triathlonowe ISM Adamo Prologue. Generalnie siodełka tej firmy zbierają dobre opinie, w szczególności za to, że są wygodne i tytułowy tyłek nie boli. Chociaż, tak naprawdę, to nie tyłek boli – ale dla uproszczenia załóżmy, że jednak tak 😉

Od jakiegoś czasu coraz bardziej doskwierał mi ból po jeździe na rowerze. W tematach rowerowych jestem kompletnym lajkonikiem, więc starałem się słuchać, co mówią i radzą inni. Na samym początku była mowa, że trzeba się przyzwyczaić. Po trzech miesiącach było coraz gorzej. Czyli się raczej nie przyzwyczaję. Później mówiono mi, że jeśli mnie boli, to znaczy że pielucha za cienka. No to nabywałem spodenki z coraz grubszymi pieluchami. I bolało coraz bardziej. Do tego pojawiały się otarcia na udach. Czyli nie tędy droga! Inni mówili, że to może być złe ustawienie siodełka. No to kombinowałem. Zmieniałem wysokość – nie pomogło. Zmieniałem kąt nachylenia siodełka (ponoć widok mnie mierzącego kąt nachylenia siodełka bezcenny ;)) – nie pomogło. Zrobiłem ponowny fitting całego roweru, bo niby kąty ogólnie mogły być nie takie – nie pomogło. Rower ustawiłem sobie tak, że generalnie jest mi na nim wygodnie, ale na rzeczony ból to niestety nie pomogło.

W końcu, będąc raczej dociekliwą istotą, postanowiłem poczytać co i jak. Przeglądanie polskich for nie przyniosło żadnych konkretnych odkryć. Szczególnie, że większość porad dotyczyło rowerów i siodełek typowo szosowych. Pozycja na rowerze szosowym różni się znacząco od tej, na rowerze triathlonowym. Przez tą inną pozycję inaczej siedzi się na siodełku, siedzi się bardziej na nosie siodełka. Do tego moje siodełko ma krótszy nos, niż typowe siodełko szosowe oraz nos jest „rozdwojony”, przez co punkty podparcia są inne. Siedzi się na nim bardziej na kościach, niż na tkankach miękkich.

Skoro przeszukiwanie polskiej części internetu nie przyniosło rezultatów, to zacząłem szukać w języku obcym 😉 I szybko okazało się, że dla rowerów i siodełek triathlonowych teoria jest zupełnie inna! Wkładka ma być jak najcieńsza! No dobra, skoro ma być cienka, to potestujmy. Na początek przestałem używać spodenek z grubą wkładką żelową i założyłem stare spodenki sportowe z cieńszą, ale dosyć szeroką wkładką. Kurde, jest jakby lepiej! No dobra, ale na forach piszą, że najlepiej kupić spodenki z wkładką triathlonową, która jest węższa i jeszcze cieńsza. W związku z tym zacząłem poszukiwania takich spodenek. Znalazłem sporo dobrych opinii o spodenkach Huub Core (w tym jedną MKon’a, która mnie przekonała ;)) i postanowiłem je nabyć.

Spodenki mają cieniutką i wąziutką wkładkę. Jak na nią popatrzyłem, to stałem się sceptyczny. Mimo wszystko, skoro kupiłem, to trzeba potestować! Dzisiaj miał miejsce pierwszy test. I to nie byle jaki, bo trening był dosyć ciężki. 10 minut rozgrzewki, a potem 6 setów po 10 minut, z rosnącym czasem jazdy w drugim zakresie. Większość czasu w pozycji aero. Bardziej skupiłem się na treningu niż „odczuwaniu”, ale po piątym secie ze zdumieniem odkryłem, że prawie mnie nie boli! Na koniec treningu, czyli całe 10 minut później, było bardzo dobrze. Zazwyczaj po godzinie jazdy miałem dosyć, ze względu na ból. Dzisiaj tego nie było. Wygląda na to, że teoria się sprawdziła, czyli jak siodełko triathlonowe, to wkładka ma być wąska i cienka. Teraz trzeba tylko jeszcze zobaczyć, czy się przyzwyczaję i w ogóle przestanie boleć 😉

Na koniec jeszcze chciałem podzielić się pewną refleksją. Zazwyczaj staram się unikać reklamowania konkretnych miejsc, w których robię zakupy. Ale tym razem odejdę od tej polityki i pochwalę sklep internetowy tripower.pl 🙂 Często, jak robię zakupy, to dostaję jakieś gratisowe wkładki, katalogi, czasem pocztówkę z wizerunkiem właściciela 😉 A tym razem dostałem ręcznie wypisaną kartkę, której zdjęcie znajdziecie poniżej. Jako podejrzliwa bestia, specjalnie sprawdziłem, czy to nie jest wydruk, czy to aby na pewno jest ręcznie napisane. Jeżeli to wydruk, to bardzo dobrze zrobiony. 😉

Podziękowania od Macieja Żywka
Podziękowania od Macieja Żywka

Zrobiło mi się bardzo miło, to bardzo fajny akcent, który zachęcił mnie do kolejnych zakupów w tym sklepie (i to już za chwilę, spodenki dla Moniki i koszulka do kompletu dla mnie ;)). Zdaję sobie sprawę z tego, że zapewne każdy kupujący dostaje taką kartkę, ale mimo wszystko odbieram to indywidualnie. Jako wyraz życzliwości sprzedającego. I bardzo mi się to podoba 😀 Niniejszym pozdrawiam Macieja Żywka i jeszcze raz polecam zakupy w tripower.pl 😉 Jako zadowolony powracający klient nawet nie myślę o kombinowaniu z jakimikolwiek rabatami, z przyjemnością zapłacę pełną cenę 🙂 I jeszcze te pyszne „Jelly Beans”… Ech! 😀