Mysiowe podsumowanie marca

Marzec jakoś tak szybko zleciał, a treningów ze względu na niską ferrytynę było niestety mniej 🙁 Na pocieszenie pękła życiówka w Półmaratonie i przyzwocie względnie wypadła piąteczka w ParkRunie.

Nie będę jednak produkowała tabelki, tym bardziej, że właśnie w marcu dość mocno świrował czujnik prędkości w moim rumaku i dystans rowerowy przez to też jakiś taki nieciekawy (choć nadal przyzwoity, bo… trenażerowy ;))

Z dobrych wiadomości – opłacało się to wcinanie kaszanki i amarantusków – ferrytyna wróciła do przyzwoitego poziomu 30,7 ng/ml i możemy trenować dalej 😉 Tyle, że spokojniej, bo inaczej będą wciry od Trenerki!

 

Mysi marzec

 

 

Sukcesów kilka

Chwilę nie pisałem, poniekąd z braku czasu. To zawsze dobra wymówka 😉 W ostatnich dwóch tygodniach odniosłem dwa spektakularne sukcesy. Pierwszy z nich jest mało związany ze sportem, ale pokazuje co można uzyskać ciężką i mądrą pracą. Otóż, udało obronić mi się pracę magisterską i ukończyć studia z oceną celującą. 😀 Sukcesem jest zarówno ocena, jak i sam fakt, że ukończyłem te studia! I to studia, które nie należały do łatwych. Skutek jest taki, że poważnie zastanawiam się nad swoją przyszłością zawodową. Czas pokaże, jakie będą rezultaty tego zastanawiania 😉

Drugi sukces, bardziej niespodziewany, to dzisiejszy I PZU Gdynia Półmaraton. A konkretnie, czas w jakim go ukończyłem. Po Biegu Urodzinowym Gdyni zakładałem, że dam radę przebiec ten półmaraton ze średnim tempem w okolicach 4’00″/km. No, 3’59″/km, tak optymistycznie zakładając. Żeby zmieścić się ciutek poniżej 1 godziny i 25 minut. A tutaj niespodzianka. Ale po kolei. Przed biegiem zjadłem standardowe, ostatnimi czasy, śniadanie mające dać mi siłę na bieg. Pomysł podpatrzony w książce redaktora Łukasza Grassa „Trzy mądre małpy” (polecam lekturę, lub audiobooka czytanego przez p. Bartłomieja Topę – idealne do słuchania w trakcie biegania :)). Śniadanie składało się z białego ryżu wymieszanego z miodem i cynamonem oraz wkrojonym do tego bananem. Zjedzone 3 godziny przed startem daje naprawdę niezłego kopa energetycznego, a nie obciąża żołądka i nie daje uczucia ciężkości. Polecam przetestować! Samopoczucie przed biegiem było takie sobie. W głowie kołatały się myśli, że dzisiaj to nie bardzo czuję się na robienie rekordów. W sumie uczucie zbliżone do tego, które miałem przez maratonem, w którym złamałem 3 godziny. No, minus ból brzucha, którego tym razem na szczęście nie było. W okolice startu dotarliśmy około 9:15, udaliśmy się w kierunku depozytów narzekając co nieco na zimny wiatr, który skutecznie wydmuchiwał cały zapał do biegania. To w ogóle był dziwny start, bo nic mnie nie bolało, nie miałem żadnej kontuzji czy dolegliwości. Może poza katarem, którego coś nie mogę się pozbyć. Czyli fizycznie było super. Psychicznie ciut gorzej i nastawiłem się, że może być ciężko zrobić założony wynik. Co w sumie nie było takie złe, bo zeszła presja na wynik 😉

Punktualnie o 10:00 nastąpił start. Pierwsze metry wyrwałem, żeby spróbować się rozpędzić do tych upragnionych 3’59/km. Po chwili ze zdziwieniem zauważyłem, że biegnę 3’47″/km. Za szybko! Szczególnie, że pierwsze 6 kilometrów było w dużej mierze pod górę. Z tyłu głowy kołatała się myśl, żeby nie przegiąć. Że to jest półmaraton, a nie dycha, więc potrzeba jednak trochę więcej energii, żeby to przebiec i nie można od razu lecieć na całość. I tak sobie ostrożnie biegłem przez pierwsze 10 kilometrów. W międzyczasie, w okolicach 7 kilometra, podpiąłem się pod całkiem fajnie biegnącą grupę, w której biegł m.in. Maciek Lewandowski (pozdrowienia i gratulacje wyniku! ;)). Tak pokulaliśmy się do 12 kilometra, gdzie Maciek dał czadu i wyrwał do przodu. Miał moc w nogach! Ja biegłem swoim tempem, bojąc się drugiego podbiegu pod Świętojańską. Na szczęście, nie był tak straszny, jak miał być… Oba kilometry zrobiłem poniżej 4’00″/km! No a dalej to już w sumie z górki było, więc 19 kilometr był 3’46”. Czad! Ostatnie dwa kilometry wyszły równo po 3’54”. Na mecie zameldowałem się po 1 godzinie 22 minutach i 35 sekundach. Poprawiłem życiówkę, zrobioną zresztą w trakcie maratonu, o jakieś 6 minut! Szok, po prostu szok! Nie tego się spodziewałem. A potem zegarek wyświetlił informację, że również i życiówkę na 10 kilometrów poprawiłem. Według zegarka było to 38’38”, a według oficjalnego pomiaru czasu pierwsze 10 kilometrów przebiegłem w… 37’50”, czyli o minutę i 21 sekund szybciej niż w trakcie Biegu Urodzinowego! Mając na uwadze, że trasa półmaratonu miała atest PZLA pozwoliłem sobie założyć, że czas z oficjalnego pomiaru był prawidłowy 😉

Można powiedzieć, że jestem bardzo ukontentowany. Oba sukcesy cieszą, bo pokazują mi, że regularna praca nad jakimkolwiek tematem przynosi oczekiwane efekty. Albo nawet lepsze niż oczekiwane 🙂

Z kalendarza mysiowego – podsumowanie lutego

Chciałam się Wam pochwalić jak wygląda mój kalendarz treningowy na przykładzie minionego miesiąca. Powiem Wam, że jak widzę te wszystkie kolorowe wpisy to jakoś tak mi cieplej na sercu i dumna z siebie jestem, że podołałam 🙂

Mysiowy luty
Mysiowy luty

No i tabeleczka też musi być, prawda?

Luty 2016

Rodzaj aktywnoś˜ciLiczba aktywno˜ściDystans [km]Czas [hh:mm:ss]
Biegi13144.1413:58:01
Kolarstwo13283.7911:12:00
Płˆywanie1226.7812:02:26
Inne (siła)7-4:15:39
Ogółem45454.7141:28:06

Jak widać znowu dzielnie przetrenowałam roboczotydzień! Na dodatek już „prawie, prawie” udało mi się wrócić do grudniowej wagi (tej sprzed pierników i marcepanów), co jest dla mnie równie istotne, co poprawa wyników sportowych 🙂

To co w lutym było najfajniejsze, to… nowy strój kąpielowy od Kamila 🙂 🙂 🙂 Wreszcie mam taki „profi” – z „o” na plecach, i taki łaaadny, granatowy z kolorowymi jak tęcza paseczkami – podkreśla on moją lokalną przynależność dzięki oczywistemu skojarzeniu z logo pewnej galerii HandLove’j 😉 . Super były także dłuższe sesje basenowe i mniej pływaków na naszym basenie – szkoda, że ferie zimowe trwają tylko 2 tygodnie.

Mocne postanowienie marcowe – muszę wreszcie nauczyć się pływać na tyle szybko, żeby mieścić się ze swoim treningiem w 45 minutach, wtedy wreszcie będę mogła zrezygnować z treningów w AquaParku – to by było coś!

Byle do wiosny

Jeszcze tylko miesiąc i… wiosna 🙂 Z jednej strony nie mogę się jej doczekać – wreszcie będę mogła rzucić w kąt te ciepłe biegowe spodnie, bluzy, czapki i rękawiczki (te ostatnie i tak upycham za paskiem po 2-3 km, ale jakoś ciężko przełamać się i nie zakładać ich wcale), chodnikowe treningi przestaną w końcu przypominać dreptanie po plaży, no i próbuję sobie wyobrazić jak zmieni się nasz las? Nie miałam jeszcze okazji biegać po nim wiosną, a mój mysi nos podpowiada, że może być cudnie 🙂 Po kobiecemu jaram się wizją nowych ciuchów sportowych 😉 Jak na rasową Wielkopolankę przystało szukam okazji. Ostatnio w Lidlu dorwałam kilka par sportowych legginsów 3/4 i jakieś koszulko-staniki – dopiero po kilkunastu treningach rowerowych dotarło do mnie, że mogę spokojnie przestać obciskać się pancernym cyckonoszem biegowym – nie skacze tam nic jak podczas biegania i byle opaska wystarczy, żeby sprzęta nie wkręciły się w szprychy. No i marzą mi się nowe buty biegowe… takie soczyste i żarówiaste, żywe niczym wiosenne klomby. Może będę w nich umiała wykręcić jakieś lepsze wyniki? 🙂

Taaak, i w sumie tyle tego „nie mogę się doczekać”, bo po Mysiowemu musi być przecież i druga strona. A zatem… boję się (też mi nowość, prawda? ;)) Niech tylko słupek rtęci powędruje powyżej 10 st. C – trzeba będzie wypiąć rumaka z trenażera i spróbować swoich sił na dworze. Ile razy się wyglebię na stopie? Czy ja w ogóle będę umiała wejść w zakręt? Czy nie spowoduję wypadku drogowego? Jak mój tyłek przeżyje co najmniej 2 godziny treningu, skoro na trenażerze drętwieje już po pół godzinie? A pozycja aero? W moim wykonaniu to totalny dramat. Na trenażerze mogę sobie siedzieć prosto i bez trzymanki, ale na dworze to nie przejdzie 🙁 O ewentualnej konieczności zmiany dętki to już nawet nie wspomnę (wcześniej było). No i jedna Kaśka mnie nastraszyła, że kierowcy nie trawią cyklistów, a już kobiet ponoć szczególnie. Serio? Piesi nie trawią biegaczy, kierowcy i politycy z PiSu- cyklistów, a żaby, łabędzie i kaczki – pływaków. Gdzie nie spojrzę, ktoś mnie nie trawi. A kij im wszystkim w oko!

Po kobiecemu zmienię sobie teraz temat, żeby dalej nie biadolić. Podsumowania dawno nie było jakiegoś takiego fikuśnego, z tabelką, prawda? Jak na korpoludka przystało powinnam kochać tabelki wszelkie i wykresiki, a zatem o proszę bardzo, o:

Styczeń 2016

Rodzaj aktywnoś˜ciLiczba aktywno˜ściDystans [km]Czas [hh:mm:ss]
Biegi15156.5215:33:13
Kolarstwo11239.859:26:33
Płˆywanie1531.313:56:21
Inne (siła)8-4:11:34
Ogółˆem49428.3543:07:41

Jak widać styczeń był całkiem pracowity – jakby nie patrzeć spędziłam na treningach ciut ponad roboczotydzień! Jakieś efekty tej Mysiej roboty? Otóż mam się nawet czym pochwalić, gdyż:

  • Poprawiłam wynik T-30, czyli w pływaniu kraulem bez przerw przez 30 minut. Pod koniec grudnia płynęłam swój pierwszy taki test i wtedy udało mi się przepłynąć ciągiem 1290m. Drugi raz płynęłam ten test na początku lutego i pokonałam około 1362.5m 🙂
  • Poprawiłam wynik T-200, czyli w pływaniu kraulem dystansu 200m. Pierwszy test płynęłam jakoś w połowie listopada. Udało mi się wtedy z bólem w płucach wykręcić czas 4’22”54. Kolejny test płynęłam w pierwszym tygodniu lutego i udało mi się uzyskać czas: 4’02”30.
  • W lutowym Biegu Urodzinowym w Gdyni poprawiłam swoją życiówkę na 10km. Co prawda nie udało mi się złamać 50 minut, o czym całkiem jawnie marzyłam przez tych kilka zimowych miesięcy, ale biorąc pod uwagę, że ledwo co pożegnałam solidne przeziębienie i nadal trenuję głównie w tlenie, to w sumie mogę być zadowolona, że nie było regresu 🙂 Mój nowy czas na 10km to 50’27” 🙂 Dodatkowo humor poprawił mi nowy rekord na 5km, również z tego samego biegu – mój Ninja (zegarek mój najulubieńszy) odnotował, że moje najszybsze 5km z tego biegu przebyłam w 24’56” – poprzedni rekord 25’09” padł we wrześniu 2015, w Biegu Na Piątkę w Warszawie.

Może dość już tego chwalenia… trening czeka 😉

Bieg Urodzinowy Gdyni 2016

To był bardzo pouczający weekend. Z dwóch względów, po pierwsze, w sobotę miał miejsce Bieg Urodzinowy Gdyni 2016 (Gdynia ma już 90 lat!). Po drugie, na niedzielę miałem zaplanowany w mikro tzw. dzień konia, czyli wszystkie rubryki (pływanie, rower, bieg, siła) miały w sobie wpis!

Zacznijmy od biegu. Przed biegiem byłem dosyć mocno zestresowany. W sumie kompletnie bez sensu, ale mimo wszystko byłem. To miał być drugi bieg na dystansie 10 km, który miałem przebiec w czasie poniżej 40 minut. Pierwszy był Nocny Bieg Świętojański 2015, też w Gdyni. Wtedy uzyskałem czas 39 minut i 52 sekundy. Jak mi się wtedy biegło opisałem w podsumowaniu roku 2015. Tym razem fizycznie czułem się dobrze, po przeziębieniu nie było już śladu. Co więcej, akcent zrobiony w poniedziałek pozwalał mi być optymistą, że ponownie się uda. Z drugiej strony bardzo bałem się, żeby się nie spalić. Nie wyrwać zbyt szybko, nie pobiec zbyt mocno od początku. Trenerka zasugerowała strategię taką, żeby pierwsze trzy kilometry pobiec na spokojnie, w tempie 4’00″/km. A potem miałem grzać.

Przed biegiem miała miejsce rozgrzewka, razem z Moniką i innymi zawodnikami Tridei. Ja najpierw potruchtałem z Maćkiem, potem porobiliśmy przyspieszenia (już bardziej każdy na własną rękę). Krótkie rozciąganie i można iść (truchtać) na start. Tak więc truchtamy z Moniką na start, a w mojej głowie dziesiątki scenariuszy, jak rozegrać ten bieg. Czy powinienem zignorować wytyczne trenerki i od początku pociągnąć mocno? A może jednak się posłuchać i poczekać z wyrywaniem? Na trasie są trzy podbiegi, w tym jeden dosyć długi (ponad kilometr), może powinienem je wszystkie pobiec oszczędnie? A może te krótkie zrobić mocno i tylko na Świętojańskiej się pooszczędzać? Gonitwa myśli trwała w najlepsze. Przedstartowy buziak od Moniki na szczęście i rozeszliśmy się do swoich stref startowych. W strefie coraz więcej wątpliwości. Przecież w poniedziałek akcent wyszedł dobrze, czułem się mocny, może jednak pognać?

Zabrzmiał sygnał startowy, moja fala wystartowała. Przekraczając linię startu podjąłem decyzję, początek pobiegnę tak jak to było ustalone, potem zobaczę jak się będę czuł. Pierwszy kilometr prawie idealnie w zgodzie ze strategią, 3’59”. Chwilę później zaczął się pierwszy, najkrótszy, podbieg. Skupiłem się na tym, żeby nie zrobić tego, co robię zazwyczaj, czyli nie pognać pod górę. Trzymać tempo, biec swoje. Drugi kilometr w 4’02”. Trzeci kilometr, płaski, na którym jest dosyć długi prawy łuk, większość ludzi biegnie po zewnętrznej. Zawsze zastanawiam się, dlaczego? Przecież w ten sposób dokładają sobie dodatkowy dystans do przebiegnięcia 😉 Patrząc na to z mojej perspektywy, to w sumie dobrze, bo wewnętrzna jest wolna dla mnie! Zaczęło mnie nieść, czułem się mocny. Ten kilometr zajął 3’56”. Uśredniając, prawie się zmieściłem w strategii. Na czwartym kilometrze jest drugi podbieg, pod wiadukt, też w sumie krótki. Postanowiłem pobiec go trzymając dalej to samo tempo, co się udało, bo ten kilometr przebiegłem w równo 4 minuty. Stwierdziłem, że czas trochę przyspieszyć. Piąty kilometr wyszedł 3’54”. Powoli zbliżam się do Świętojańskiej, prawie 1,5 kilometra podbiegu. Niby nie stromy, ale potrafi zmęczyć. Chciałem w tym biegu cały ten dystans przebiec ze średnim tempem poniżej 4 minut na kilometr. Udało się! Szósty kilometr zajął 3’49”, a siódmy 3’56”. Zgodnie z tym, co pokazał zegarek, na siódmym kilometrze, pomiędzy jego początkiem i końcem, była różnica poziomu 18 metrów. A praktycznie całą Świętojańską wyprzedzałem ludzi. Z tyłu głowy miałem cały czas głos, który mówił mi „nie przegnij!”. Ciało mówiło z kolei, żeby gnać. Posłuchałem jednak głosu, jak się za chwilę okazało, niepotrzebnie. Gdy dobiegłem do góry ul. Świętojańskiej czułem, że ciągle mam dużo sił i pobiegłem ją za wolno. Trudno, trzeba pocisnąć końcówkę, może się jeszcze uda podkręcić tempo! Na ósmym kilometrze, zrobionym w 3’44”, zdołałem jeszcze odsapnąć, bo było z górki. Dziewiąty kilometr to był już początek finiszu, ale znowu nie chciałem się spalić, więc pobiegłem zachowawczo. Wyszło 3’46”. Ostatni kilometr pobiegłem tak samo jak ósmy, w 3’44”. W sumie wyszło 39’10”.

Nowa życiówka, lepsza od poprzedniej o 42 sekundy. Z jednej strony ogarnęła mnie radość, z drugiej czułem niedosyt. Za dobrze się czułem, nie zmęczyłem się tak, jak walcząc o poprzednią życiówkę. Sprawdziłem na zegarku, jakie miałem średnie tętno. Wynik? Średnio 154 uderzenia na minutę, maksymalne 163. Co?! Przecież ja wyższe tętno mam na treningach interwałowych! Z jednej strony cieszę się z tego wyniku, naprawdę. Z drugiej, widzę, że powinienem popracować nad głową. Przy poprzedniej życiówce, na dokładnie tej samej trasie, miałem średnie tętno 161, maksymalne 170. W sumie też nisko, ale jednak przyłożyłem się mocniej. Zastanawiałem się przez ostatnie dwa dni, dlaczego tak się stało. Formę fizyczną mam, jak widać, dobrą i rosnącą. Czyli to coś w głowie, co nie pozwala mi się mocniej zmęczyć. A przecież chciałbym w tym roku zrobić jeszcze kilka życiówek! Dzisiaj w trakcie regeneracyjnego truchtania doszedłem do wniosku, że marcowy półmaraton w Gdyni powinienem dać radę przebiec w tempie poniżej 4 minut na kilometr. Musze jedynie popracować nad głową! Jak? Pewnie na dwa sposoby, po pierwsze pogadać ze sobą „po swojemu” 😉 Po drugie, co już zapowiedziała trenerka, treningiem szybkościowym. Oj, dostanę wciry… 😉

A teraz parę przemyśleń w temacie dnia konia, na dzień po zawodach. Bałem się tej niedzieli strasznie. Na szczęście, pobiegłem zawody, jak pobiegłem. Dzięki temu zmęczenie było praktycznie żadne. 🙂 Ale! Nie chciało mi się wstać na basen z rana, więc stwierdziłem, że najpierw zrobię zakładkę (odwrotną, najpierw bieganie, potem rower na trenażerze) i siłę („tylko” core), a basen zostawię na deser. Bieganie wyszło luźniutko, rower jeszcze bardziej, ale siła mnie zmasakrowała. A to tylko w sumie 13 minut podporów w różnych wariantach! Na basen trafiłem kilka godzin później, samopoczucie było już lepsze. Ale po przepłynięciu tych 2200 metrów czułem się podmęczony. I tak na koniec dnia zacząłem się zastanawiać, jak ja sobie dam radę w tym triathlonie? 😉 Na szczęście uświadomiłem sobie, że nie będę przecież startował w zawodach dzień po dniu. No i dzisiaj, pomimo że jestem po regeneracyjnym bieganiu, jestem już o wiele bardziej wypoczęty 🙂

Podsumowanie roku 2015

Lepiej późno niż później 😉 Z przyczyn rozmaitych (ostatnia sesja, pisanie pracy magisterskiej, lenistwo) dopiero teraz zabrałem się za podsumowanie sezonu 2015. To pierwszy sezon, gdy współpracuję z trenerką, Olą Sypniewską. Postępy poczyniłem znaczne, nowe życiówki, nowe osiągnięcia. Ale po kolei.

Zacznę od biegów najkrótszych. Tych w sezonie 2015 popełniłem w sumie pięć:

  • Bieg Urodzinowy w Gdyni (10 km) – 21 luty – czas 00:40:45
  • Bieg Europejski w Gdyni (10 km) – 9 maja – czas 00:41:45
  • Nocny Bieg Świętojański w Gdyni (10 km) – 19 czerwca – czas 00:39:52
  • Bieg o Złotą Górę (9,2 km) – 19 września – czas 00:36:05
  • Bieg Niepodległości w Gdyni (10 km) – 11 listopada – czas 00:50:59

Pierwszym startem w 2015 roku był gdyński Bieg Urodzinowy. To był pierwszy test, czy uczciwie przepracowałem zimę. W głowie tkwiła myśl, że jestem w stanie zrobić życiówkę na 10 km, co więcej – zejść po raz pierwszy poniżej 40 minut! Wszystko szło dobrze, aż do ul. Świętojańskiej, gdzie zaczynał się dosyć długi, chociaż łagodny, podbieg. Mój plan zakładał przyspieszenie właśnie na Świętojańskiej i mocny finisz aż do mety. Niestety, chwilę po zwiększeniu tempa mocno zabolała mnie pachwina. Wtedy plan z „zejść poniżej 40 minut” zmienił się na „po prostu dobiec”. Dobiegłem, życiówkę poprawiłem o 21 sekund (wcześniejsza była 00:41:09), ale zadowolony nie byłem. Nie lubię, kiedy coś w moim ciele zawodzi.

Kolejny start to Bieg Europejski, również w Gdyni. Tydzień później miałem biec maraton w Gdańsku, więc nie było sensu zbytnio ryzykować spinając się na wynik, ale po głowie znowu chodziło zejście poniżej 40 minut. Trenerka wymyśliła plan: pierwsze 3 km tempo 4:10 min/km, kolejne 3 km tempo 4:00-4:05 min/km, a potem ile fabryka dała. Plan dobry, miałem zamiar się do niego zastosować. Pierwsze 3km poszły zgodnie z planem, na 4 km poczułem ból w pachwinie, znowu! Mając z tyłu głowy, że za tydzień maraton, resztę trasy pobiegłem zachowawczo. Dobiegłem minutę wolniej niż w lutym.

Następna dziesiątka w Gdyni była tą, która zadziwiła mnie najbardziej w tym sezonie. Nie nastawiałem się na wynik, bo nie czułem się najlepiej przed startem. Miałem jakiś problem pokarmowy, bolał mnie brzuch i w sumie nie chciało mi się biec szybko. Mentalnie odpuściłem sobie ten bieg. I tak się właśnie kończy nie nastawianie na wynik… sam się zrobił 😉 Już na starcie uknułem sobie plan, żeby pobiec pierwsze 2-3km w tempie 4:10 min/km i potem zobaczyć, jak się będę czuł. Pierwszy kilometr pobiegłem w 4:07 min/km i byłem dziwnie rozluźniony. Stwierdziłem, że nie zwalniam tylko lecę dalej. Drugi km wyszedł 4:03 min/km i dalej był luz. Czułem, że tętno jest zaskakująco niskie. No to zobaczmy trzeci kilometr – wyszedł 3:57 min/km. Na czwartym kilometrze podbieg, to lekko odpuściłem, żeby się za szybko nie zajechać. Potem gaz, kolejne kilometry wyszły 3:57 i 3:59 – więc myślę, to spróbuję tylko leciutko odpuścić na Świętojańskiej i wtedy pognam do mety, może się uda złamać 40 minut. Świętojańska w 4:07 min/km, więc myślę – jest dobrze, gazu! 8 i 9 km wyszły po 3:50 min/km, a w połowie 10km nagle czuję jak mnie zaczyna zginać i mam wrażenie, że zaraz, za przeproszeniem, zbrązowię nogi… Ale biegnę, chociaż zwieracze ledwie trzymają… Patrzę, jest zegar a na nim 40:31, no to myślę, najwyżej popuszczę, trudno. Dobiegam, zatrzymuję zegarek i widzę czas: 39:55. Jest na krawędzi, ale chyba się udało. I potem dostałem smsa, oficjalnie 39:52. Udało się! Było tak źle, a skończyło się tak dobrze 😀 Cały bieg miałem w głowie praktycznie tylko jedną główną myśl – biegnij luźno, żeby nie załatwić pachwiny. I nie załatwiłem!

Bieg o Złotą Górę to bieg, którego celem było pozbycie się glikogenu z mięśni. Miałem się zmęczyć i pozbyć energii, w ramach przygotowań do startu w Maratonie Warszawskim. Oficjalnie trasa biegu ma 10 km, w rzeczywistości wychodzi tego 9,2 km. Ten bieg był o tyle ciekawy, że na odcinku od 0,5 km do 1,2 km był podbieg o 35 metrów 🙂 Niestety, biegło się trudno ze względu na kontuzję mięśni brzucha, którą udało mi się załapać parę dni wcześniej, w trakcie treningu szybkościowego. Medal ze Złotej Góry wygląda tak:

Medal z Biegu o Złotą Górę 2015
Medal z Biegu o Złotą Górę 2015

Ostatnia dziesiątka była już po okresie roztrenowania. Biegłem z Moniką, która kończyła sezon wyścigów biegowych. Udało się z lekkim przytupem, bo poprawiła swoją życiówkę po raz kolejny w 2015 roku, tym razem o 21 sekund 🙂 Komplecik medali z całego cyklu GP Gdyni w biegach ulicznych 2015 wygląda tak:

Medale Gdynia 2015
Medale Gdynia 2015

Następnie biegi na dystansie średnim, całe dwa:

  • Enduroman w Elblągu (25 km) – 23 sierpnia – czas 02:24:15
  • II Amber Expo Półmaraton (21,1 km) – 25 październik – czas 01:58:49

Enduroman… Mój brat, Arek, startował na dystansie 50 km. Umówiliśmy się, że pojedziemy większą ekipą, żeby mu pokibicować. Trenerka była uprzejma wpisać mi 30 km długiego wybiegania na ten dzień. Padł więc pomysł, żeby Arek biegł swoje, ja żebym pobiegł na dystansie 25 km (+ jedno kółko 5 km, którego jednak nie zrobiłem), a Monika na dystansie 10 km. Mama tym razem tylko kibicowała, ale nie wytrzymała i wybrała się obejść trasę. W bardzo nieodpowiednim obuwiu 😉 Jako, że wybieganie miało być luźne, to stwierdziłem, że nie spinam się na wynik i biegnę spokojnie, swoim tempem. Próbowałem pilnować tętna, ale średnio mi to szło. Biegi w ramach Enduromana mają to do siebie, że można je uznać za biegi poniekąd górskie. Dlaczego? Na dystansie 25 km według zegarka biegowego było 892 m podbiegów. Chociaż w przypadku podejścia pod Belweder, ciężko mówić o podbiegu 😉 Tak czy owak, udało mi się przebiec te 25 km bez strat własnych, przy średnim tętnie 151 uderzeń i zająć ostatecznie 5 miejsce. A byłem tydzień po ukończeniu Maratonu Solidarności. Strach pomyśleć, co by było, jak bym pobiegł na maksa 😉 Polecam te zawody, atmosfera na części biegowej była bardzo fajna, wręcz familijna 🙂 Medal z Enduromana wygląda tak:

Medal Enduroman 2015
Medal Enduroman 2015

II Amber Expo Półmaraton w Gdańsku, to druga impreza z tej serii i druga w której startowałem. Tym razem biegłem jako pacemaker dla Moniki, która postawiła przed sobą ambitne zadanie ukończenia półmaratonu w czasie poniżej dwóch godzin. Jak widać z wyżej wymienionego wyniku, udało się! Na mecie rozpierała mnie duma, bo poniekąd byłem współautorem tego osiągnięcia. Oczywiście, to Monika trenowała, pod koniec przygotowań prowadziła ją już Ola. Ale spory kawałek przygotowań poprowadziłem ja. Co tylko uświadomiło mi, że nie nadaję się na trenera, bo mam za mało wiedzy. No i do tego to poczucie odpowiedzialności za osobę trenowaną… To było ciężkie! Tak czy owak, założony cel został osiągnięty z zapasem, a w nagrodę dostaliśmy takie medale:

Medal II Amber Expo Półmaraton 2015
Medal II Amber Expo Półmaraton 2015

Na koniec biegi długie, w tym przypadku trzy maratony:

  • 1. PZU Gdańsk Maraton – 17 maja – czas 03:11:13
  • XXI Maraton Solidarności – 15 sierpnia – czas 03:25:19
  • 37. PZU Maraton Warszawski – 27 września – czas 02:58:13

Maraton w Gdańsku był startem testowym, żeby zobaczyć, jak wygląda moja kondycja i po cichu liczyłem na zrobienie nowej życiówki poniżej 3 godzin i 10 minut. Kondycyjnie było rewelacyjnie. Na mecie zrozumiałem, że w sumie to mogłem urwać jeszcze z 5 minut z tego czasu, jednak pobiegłem zachowawczo, ponieważ bałem się przegiąć po chorobie, którą przeszedłem tuż przed maratonem. Na początku chciałem pobiec wolniej, ale jak ruszyłem, to założone tempo (4:29 min/km) okazało się odpowiednie, więc biegłem z założonym tempem. Podpiąłem się do kilku biegaczy, którzy do 22-23 km ciągnęli w tempie około 4:30 min/km, a chwilami nawet ciut szybciej. W trakcie biegu pojawiły się dwa problemy. Pierwszy, w okolicach 28 km zaczęły mnie bardzo boleć stopy. Po oględzinach już w domu, okazało się, że zrobiły się i popękały mi pęcherze. Nie byłem w stanie biec na śródstopiu, pojawiła się myśl, żeby zejść z trasy. Ale potem pojawiła się jeszcze inna myśl – mogę spróbować pobiec bardziej z pięty. Spróbowałem, bolało dużo mniej – lądowałem (próbowałem) na prawie płaskiej stopie, żeby nie zupełnie z pięty. Udało mi się nawet przyspieszyć. I tak sobie biegłem, nawet podbieg na 34 km nie był mi straszny. Czułem, że bolą mnie uda, ale starałem się je rozluźnić i po prostu biec. Dobiegłem do około 37 km i wtedy poczułem palący ból w pachwinie. Głowa nie wytrzymała i zacząłem iść. Wziąłem flaszkę wody (była zimna od wiatru) i się polałem, po czym zacząłem już tylko truchtać, nie mogłem wejść w rytm. Byłem cały spięty. Gdzieś tam po drodze znowu na chwilę zacząłem iść, ale w końcu zmusiłem się znowu do truchtania. I tak dotarłem do mety. Oficjalnie po 3:11:13. Na całej trasie wiatr dawał się we znaki jak wiał od frontu lub boków, co też chwilami mocno mnie spowalniało. Na koniec już w ogóle dał czadu, jak już mnie ta pachwina mocno bolała, bo miałem wrażenie że stoję w miejscu. Ale dobiegłem, zrobiłem nową życiówkę. Niestety, poniżej moich własnych oczekiwań. Byłem zawiedziony, szczególnie tą pachwiną… Medal z tej imprezy wygląda tak:

Medal 1. PZU Gdańsk Maraton 2015
Medal 1. PZU Gdańsk Maraton 2015

Drugim startem maratońskim, który miał być po prostu długim wybieganiem czy też jak to nazwała trenerka „zrobieniem objętości”, był XXI Maraton Solidarności. To mój trzeci Maraton Solidarności z rzędu! W XIX Maratonie Solidarności debiutowałem na tym królewskim dystansie. W 2015 roku po raz pierwszy było tak gorąco, do tej pory mnie oszczędzało. Na trasie nie było większych emocji, poza tym, że na 17 km zaczęła mnie pobolewać pachwina, ale wystarczyło się rozluźnić i było dobrze. Cały czas polewałem się wodą, na każdym z punktów żywieniowych. Mimo tego na 39 km mnie zgrzało na tyle, że zrobiło mi się biało przed oczami i na chwilę przystanąłem. Dobrze, że był przy mnie wtedy Arek, bo inaczej pewnie bym się nie zmotywował do dokończenia. Tempo mi spadło, do mety już tylko dotruchtałem. Byłem ugotowany. Ale dobiegłem! I kolejny medal do kolekcji:

Medal XXI Maraton Solidarności 2015
Medal XXI Maraton Solidarności 2015

O Maratonie Warszawskim skrobnąłem już parę słów tutaj. To był start główny sezonu 2015. Cel był „prosty”, ukończyć ten maraton z czasem poniżej 3 godzin. Tego dnia prawie wszystko było źle. Ale po kolei. Już w trakcie rozgrzewki bolał mnie brzuch. Od startu starałem się pilnować, żeby być w miarę rozluźnionym. Pierwszy raz miałem zamiar korzystać z pomocy pacemakera. Pacemaker generalnie był trochę zagubiony, bo pierwszy kilometr poprowadził w okolicach 4’00”, a potem zwalniał i przyspieszał, szarpiąc tempem. Pierwsza piątka poszła mi słabo, kolejna tak samo. Na 10 km przyjąłem pierwszy żel. Do 15 km po prostu już cierpiałem. Na około 17 km pacemaker poczuł zew natury i udał się do toitoi’a, więc dalej biegłem pilnując tempa sam. Grupa biegnąca na 3 godziny się rozpadła, część osób przyspieszyła, część zwolniła. Jako że zegarek mi ściemniał z czasami poszczególnych kilometrów, więc musiałem w głowie liczyć, jaki czas powinienem mieć na każdym kilometrze i szacować, czy biegnę dobrze, czy nie. Na 20 km kolejny żel. Jak się potem okazało ostatni. Liczenie jakoś mi szło, na połowie dystansu miałem około minuty zapasu. Problem w tym, że zaczęły mnie też boleć stopy – buty mi się uklepały, to był błąd, że nie kupiłem nowych. Znaczy, kupiłem, ale kurde w złym rozmiarze (numer mniejsze niż trzeba) i nie mogę w nich biegać dłużej niż godzinę, bo zaczynają być za ciasne. W okolicach 25km miałem mocne postanowienie, że jeśli nie przejdzie mi ból brzucha do 30km, to schodzę z trasy. Jakoś na 26km był krótki podbieg i stwierdziłem, że przynajmniej nie zwolnię, nawet jeśli nie uda mi się przyspieszyć. Podciągnę trochę i potem wrócę do swojego tempa, żeby zobaczyć jak się będę czuł. Gdy przyspieszyłem biegacz który biegł za mną od kilku kilometrów jęknął tylko „Chyba cię pogięło!”. Ale pomogło/zadziałało, mogłem biec. Do 30 km jakoś się dokulałem. Na 32 km był zegar, na którym zobaczyłem czas 2 godziny 14 minut. Miałem 45 minut na przebiegnięcie ostatniej dychy. 4:30 min/km. W głowie coś mi przeskoczyło, ból nie tyle zniknął, co się oddalił. Przecież w 45 minut to ja dychę na treningach z palcem w nosie biegam. Stwierdziłem, że nie odpuszczę. Ze względu na palący ból zewnętrznych krawędzi stóp zacząłem biec z pięty, żeby tylko nie zwolnić, nie odpuścić. Niewiele pamiętam z tych ostatnich 10 km, poza tym, że praktycznie non-stop wyprzedzałem i coś z tyłu głowy mi krzyczało „zwolnij, żebyś się nie spalił, żeby cię nie odcięło”. Od 40 km leciałem już na autopilocie, na 41 km poczułem że zwalniam. Jak zobaczyłem tablicę „600 metrów do mety” to miałem wrażenie, że ledwie truchtam. Jak się potem okazało, ostatni kilometr pobiegłem w tempie ~3:45 min/km… Na mecie musiałem złapać się barierek, żeby nie paść na twarz. Po minucie pokuśtykałem na masaż, po masażu już było dużo lepiej. Wniosek na przyszłość, nie biegajcie maratonów w uklepanych butach, to zły pomysł. Na mecie była Mama i Monika, ciężko mi było powstrzymać wzruszenie… A medal z tego wydarzenia wygląda tak:

Medal 37. PZU Maraton Warszawski 2015
Medal 37. PZU Maraton Warszawski 2015

Ogólnie, w sezonie 2015 dużo było biegania, trochę mniej roweru i sporo pływania. Pływanie to moja pięta achillesowa. Ale o tym innym razem. Podsumowując, wszystkie medale z biegów w 2015 roku wyglądają tak:

Medale 2015
Medale 2015

Dziękuję wszystkim za wsparcie, którego mi udzielili. I proszę o więcej! 😀 Bo ten rok będzie jeszcze cięższy. Szykują się pierwsze starty TRI…