Lębork, Puck, ileż można napsuć? ;)

To pierwszy raz, gdy podsumowanie będzie dotyczyło dwóch startów. Pierwszy, 10 km w Lęborku, miał być przetarciem przed półmaratonem w Pucku. Do Lęborka udaliśmy się w składzie Monika, Mama i ja 🙂 Na rozgrzewce czułem, że coś jest nie tak. Było ciężko, przyspieszenia były wolne, trucht na koniec bardzo mnie zmęczył. Założenia na start były proste, pierwsze 5 km w tempie ~4’/km, a potem bieg w pałkę. Wyszło inaczej. Temperatura dała się trochę we znaki, podobnie jak mały defekt organizmu. Skutek był taki, że pierwsze 5 km było jak założone, a potem było coraz wolniej. Ostatecznie dotarłem na metę w czasie 40’17”. A chciałem co najmniej minutę szybciej. No nic, przetarłem się, potraktowałem ten start jako BC2/3 i powróciłem do treningu.

Bieg w Lęborku był w sobotę, w niedzielę było pływanie OW (dalej tragicznie to idzie) i regeneracyjny rower. W poniedziałek bieg, który zawsze lubiłem. Luźne 1h30′ w tlenie. Wyszło tragicznie. Szczególnie pierwsze 30 minut. Potem już jakoś szło. Wtorkowy rower też tak sobie, podobnie jak środowe bieganie.

Przełom przyszedł w czwartek. Przed bieganiem wziąłem leki i nagle odpaliło. OWBI wskoczyło na standardowe tempo, tętno zaczęło funkcjonować jak trzeba. Pojawiła się nadzieja na sobotę 😉 Piątkowy rozruch biegowy tylko to potwierdził!

Sobota. Pełen werwy pojechałem z ekipą kibiców (Monika, Mama, Zosia) na miejsce. Zjadłem sobie posiłek przedstartowy (standardowy ryż z dodatkami – było go ciut za mało, jak się potem okazało) i poszliśmy trochę pospacerować po Pucku. Koło 14 zjawiliśmy się na stadionie, gdzie był zlokalizowany start (i meta też). Przyjęcie leków, 15 minut przerwy, rozgrzewka i… jest super! Duży luz na początku rozgrzewki, spoko tempa na przyspieszeniach. W głowie pojawiło się, że zapewne dobiegnę w 1h25′ lub szybciej. Plan minimum to przybiec poniżej 1h30′. No bo wolniej to już by było słabo.

Na starcie pojawił się Paweł, też z Endure Team, dla którego ten start był powrotem po roztrenowaniu. Chwilę pogadaliśmy i okazało się, że celujemy w ten sam zakres czasowy. No, Paweł trochę ambitniej 😉 Chociaż nie powiem, chodziła mi po głowie życiówka, z tym, że zdawałem sobie sprawę, że ta trasa będzie dosyć trudna. I nie chodziło mi o kwestię pogody, bo ta w miarę dopisała – wiatr mi powoli przestaje „robić”, bo praktycznie zawsze biegam przy wiejącym dosyć mocnym wietrze. A tych parę momentów, gdzie prażyło słoneczko, było do przeżycia. Największym problemem, dla mnie, była nawierzchnia. Asfalt na sporej części trasy był byle jaki, trochę szutrów, płyty rozmaite. Jedynie odcinek leśny mnie nie martwił, bo po lesie lubię biegać 😉 Ale te wcześniej wymienione kawałki… Dość napisać, że bolą mnie aktualnie stawy skokowe, a to zdarza się rzadko.

Ustaliliśmy z Pawłem strategię, żeby początek pobiec spokojnie, bo miało być pod górę (i było). Tempa od 4’05″/km przez pierwsze 3 km, potem lekko docisnąć, żeby na 10 km być poniżej 40′ (udało się). Z trzymaniem tempa było chwilami ciężko („Ej, znowu za szybko lecimy” ;)), ale ogólnie wyszło. Wg zegarka 10 km zrobiłem w 39’48”. Na sporym zapasie. A przecież w Lęborku, na łatwiejszej trasie (płaskiej) było 40’17”. Byłem poważnie zajarany! I wtedy, ni z tego, ni z owego, spięło mi brzuch. Najpierw z prawej strony, chwilę później całą górną partię mięśni brzucha miałem spiętą. Nie mogłem głęboko oddychać, de facto hiperwentylowałem, oddech bardzo się skrócił 🙁 Paweł poleciał leciutko dalej, a ja wtedy uświadomiłem sobie, że zrobiłem zupełnie głupi błąd, za który teraz przyjdzie mi zapłacić… A wystarczyło pamiętać, żeby połknąć no-spę przed startem. Ech. I tempo z ~4’/km spadło do ~4’12″/km przez kolejne dwa kilometry. Potem spadało dalej. Na 15 i 16 kilometrze były spore podbiegi, ale to nie uzasadniało biegania po 4’40″/km! Na punkcie odżywczym chwilę przed 17 kilometrem podjąłem decyzję, że na chwilę stanę, spokojnie się napiję i obleję wodą, lekko się rozciągnę i dopiero pobiegnę dalej. Pomogło o tyle, że lewa strona brzucha odpuściła i udało mi się ustabilizować tempo na prędkości ~4’20″/km. Czasami próbowałem trochę jeszcze przyspieszyć, ale brzuch od razu zaczynał się znowu spinać po lewej stronie. Odpuściłem więc i biegłem swoje. I tak pozamulałem do mety, do której dotarłem w czasie netto 1:28:51. Czyli plan minimum udało się zrobić. Na dobiegu do mety nie wyglądałem nawet tak źle!

Forma nie taka zła! ;)
Forma nie taka zła! 😉

Na mecie wyłączyłem zegarek i prawie odpłynąłem. Chwilę pochodziłem, ale ostatecznie padłem:

Gleba :)
Gleba 🙂

Po kilku minutach doszedłem do siebie i postanowiliśmy się z Pawłem roztruchtać. Tempo szalone, 7’40″/km 😉 Po roztruchtaniu fotka!

Paweł i ja
Paweł i ja

Wypiłem trochę wody, zjadłem żurek, wyżarłem Monice i Mamie ogórki małosolne i pojechaliśmy do domu. I uznałem, że zasłużyłem, więc zjadłem sobie kawałek serniczka. 😀

Ogólnie bieg uznaję za udany. Pomimo głupiego błędu plan minimum został zrealizowany. Pozytywem jest to, że zidentyfikowałem rozwiązanie (tymczasowe, bo trzeba zrobić diagnostykę i znaleźć rozwiązanie docelowe) swojego defektu (no, jednego z). Trzeba wyciągnąć naukę na przyszłość i nie zapominać o rzeczach ważnych. I byle do kolejnego startu, bo teraz może być tylko lepiej! Trening oddaje, Trener Tomasz doskonale rozplanowuje obciążenia i odpoczynek, więc na jesieni z półmaratonem zmierzę się ponownie. I tym razem celem będzie życiówka! A po drodze jeszcze Duathlon Ustka, na który plan mam ambitny, jeszcze tylko się Trenerowi przyznać… 😉 Jeszcze z rzeczy przyziemnych, wypadałoby wrócić z wagą w okolice 74-75 kilogramów, bo nadbagaż nie pomaga osiągać wyników.

Sztafeta triathlonowa w Starogardzie Gdańskim 2017

Ubiegły tydzień nie był dobry. W poniedziałek na bieganiu wiał taki wiatr, że mnie przewiało 😉 Efekt? Już po bieganiu zaczęło mnie pobolewać gardło. We wtorek rano gardło po prostu już bolało. W sumie zwykła sprawa, przeziębiłem się, teraz tylko tego nie pogorszyć. Zdecydowałem, że lekutki akcencik rowerowy zrobię na trenażerze. Nie lubię trenażera, ale jeszcze bardziej nie lubię chorować. A jeszcze bardziej nie lubię nie móc wystartować w zawodach, na które jestem zapisany. A odpuszczenie sztafety i zostawienie kolegów z brakiem jest po prostu niedopuszczalne. Zacząłem się więc kurować.

W środę było tak źle, że odpuściłem oba treningi (poranny basen i popołudniowy akcent rowerowy). Czwartkowa siła biegowa, na którą bardzo czekałem (pierwszy raz miała być dłuższa!), też przeszła mi koło nosa. W piątek, zamiast na basen poszedłem do lekarza. Diagnoza – zapalenie gardła. Wiadro leków do połknięcia i stwierdzenie, że „w niedzielę powinien być pan gotowy”. No dobra, to grzecznie do domu. Jedyne przerwy w wypoczynku były na lekkie pedałowanie na trenażerze w piątek i sobotę. Treningów i tak nie nadrobię (i nie należy nadrabiać, nie tędy droga), więc skupiam się na zdrowieniu.

Czas na trenażerze spędzam, oprócz oglądania filmów, na rozmyślaniu odnośnie strategii na niedzielny start. Start to sztafeta na dystansie 1/4 IM. Marek płynie, ja pedałuję, Paweł biegnie. W głowie podstawowa myśl, nie dać ciała. A danie ciała mogło objawić się na kilka sposobów. Dwa główne? Pierwszy, spalenie się na starcie i zamulanie przez resztę trasy. Drugi, pojechanie za słabo i dojechanie do mety ze sporą rezerwą. Utrudnieniem w tej sytuacji była choroba. Nie było możliwości, żebym jej nie odczuł. Po długich przemyśleniach wymyśliłem!

Strategia/plan na rower w sztafecie 1/4IM, przy założeniu czasu pomiędzy 1 godziną i 15-20 minut:
1. Rozgrzać się przed startem (biegowo)
2. Po odebraniu czipa od Marka pobiec na belkę, wsiąść na rower, nie zaliczyć gleby i nie zrobić nic głupiego przy wsiadaniu (wskakiwanie, etc. – nie ćwiczone, to nie ma co ćwiczyć na zawodach).
3. Pierwsze 10 minut pojechać z tętnem poniżej 130 bpm. W teorii da to 5km.
4. Kolejne 10 km pojechać z tętnem poniżej 140 bpm.
5. Kolejne 10 km pojechać z tętnem poniżej 150 bpm.
6. Kolejne 20 km pojechać w pałkę.
7. Dojechać do mety nie tracąc zbyt wielu pozycji po drodze.

Plany… Fajna rzecz. W tym przypadku plan sprawdził się tak, jak to napisał Lee Child w książce „61 hours”:

Plans go to hell as soon as the first shot is fired. – Jack Reacher

Ale po kolei! Rower w strefie, ja rozgrzany, Marek już płynie. Czekam niecierpliwie, którzy będziemy po etapie pływackim. Przybiega pierwszy pływak ze sztafet i pierwszy rower znika ze strefy. No dobra, cierpliwości, Marek zaraz będzie. I faktycznie! Jest! Drugi pływak pośród sztafet! Czad. Ręce mi się trzęsą, gdy odbieram czipa i zakładam go na swoją nogę. Szybkie sprawdzenie, czy trzyma się dobrze, przybicie piątki i truchtam na blokach w kierunku belki. W głowie powtarzam punkt 2 z planu. Udało się, odpaliłem zegarek i wsiadłem na rower. Ruszam…

Czas na punkt trzeci z planu opisanego wyżej. Patrzę na aktualne tętno i… zaczynam się śmiać. Ledwie wsiadłem na rower, a tętno już prawie 150 🙂 Od razu przypomniał mi się powyższy cytat Reachera. Dobre, dobre! No nic, zostało zmodyfikować plan. Na początku chciałem znaleźć kogoś, kto będzie jechał tempem takim, że będę mógł mieć ją/go z przodu (ale bez draftowania) i mieć jako punkt odniesienia. Szybko jednak okazało się, że nic z tego. Tu ktoś mnie łyknął na zjeździe tylko po to, by pod najbliższy podjazd zamulać. No to zmieniamy plan. Wracamy do tętna, ale z małą modyfikacją: pierwsze 25 km przejechać z tętnem poniżej 150 bpm, a potem plan jak wcześniej. Czyli pomijam punkty 3, 4 i przechodzę do punktu piątego.

Wytrzymałem do 20 kilometra i poczułem, że mogę przyspieszyć ciut wcześniej, że mam dosyć sił, że nie przestrzelę. Trochę docisnąłem, wyprzedziłem kilka osób. Na 25 kilometrze stwierdziłem, że czas przejść do punktu 6. Zacząłem mocniej pracować naciskając na pedały. Chwilami nachodziło mnie zwątpienie, że może jadę za mocno i zaraz spuchnę, ale potem poprawiałem pozycję na rowerze i mówiłem sobie w głowie „a takiego!”. I cisnąłem dalej 🙂 Do mety etapu rowerowego dotarłem w 1 godzinę, 13 minut i 9 sekund. Czyli lepiej, niż było zakładane, zanim zachorowałem! Zacnie!

Przekazałem czipa Pawłowi, który wyrwał jak wystrzelony z rakiety. A ja zacząłem wracać do rzeczywistości. Co teraz ze sobą zrobić? Chwilę pokręciłem się przy rowerze, wziąłem bidon z wodą. Poszedłem do płotu pogadać chwilę z Moniką. Doszedłem do wniosku, że nic po mnie w strefie zmian, więc zostawiłem buty wpięte w pedały, kask na rowerze i poszedłem kibicować, z Moniką oraz rodziną Pawła, na trasę biegową. Zajarany byłem jak gwizdek! Na nawrotce pętli biegowej okazało się, że Paweł ma jakieś 10-15 sekund straty do jedynej sztafety, która przybyła przed nami. Czyli nie dałem się żadnej innej sztafecie wyprzedzić, wstydu nie ma 😉 Co więcej, tempo Pawła wskazywało, że najwyższy stopień podium jest nasz! Naprawdę, musiał by się zdarzyć cud, żeby ktoś nas wyprzedził. 🙂 Ostatecznie mieliśmy drugi czas pływania, drugi czas rower i pierwszy czas biegu pośród sztafet.

W międzyczasie okazało się, że nasi Trenerzy też sobie dobrze radzą („też” ;)). Tomek był na prowadzeniu w generalce. Marcin bardzo blisko za Tomkiem. Ostatecznie wyszło tak, że Tomek wygrał kategorię Open, Marcin drugi w kategorii M3. A my pierwsi pośród sztafet 🙂

Tak wyglądał Paweł, gdy wbiegał na metę:

Paweł wbiega na metę!
Paweł wbiega na metę!

A tak wyglądaliśmy w trakcie dekoracji:

Dekoracja sztafet 1/4 IM Starogard Gdański 2017
Dekoracja sztafet 1/4 IM Starogard Gdański 2017

Radość była wielka 🙂

Podsumowując, ten start zaliczam do udanych. Po pierwsze, zaprocentowała zmiana pozycji, którą zasugerowali trenerzy w trakcie Endure Camp Gniewino. Przesunąłem się do przodu i jeździ mi się lepiej. Po drugie, nie do pominięcia jest aspekt zmiany techniki pedałowania, co również wyszło na obozie w Gniewinie. Te dwie zmiany przełożyły się na brak bólu siedzenia w trakcie jazdy 😉 Wcześniej po około 30 minutach ból zaczynał być bardzo dokuczliwy, a po godzinie był już nie do zniesienia. Trzecia rzecz, to zmiana rodzaju treningu. Tomek zupełnie inaczej układa trening rowerowy, który, jak widać, działa na mnie bardzo dobrze. Po czwarte, sam zaskoczyłem siebie (Trenera przy okazji) tym, jaką moc byłem w stanie wygenerować i to pomimo choroby! Wyszło 261 watów mocy znormalizowanej (3.2W/kg). Takiej mocy nie spodziewałem się po sobie nawet wtedy, gdybym był zdrowy.

Kolejnym aspektem tych zawodów jest to, że dodatkowo pobudzony został mój wielki głód startu w triathlonie. Po zejściu z roweru czułem, że był bym w stanie przebiec jeszcze te 10,5 km ze średnim tempem co najmniej w granicach 4’20”-4’30″/km. To też skutek zmiany pozycji. Nogi były zmęczone, ale czułem, że mogą biec. A przecież dałem z siebie dużo! Tylko jeszcze to pływanie… 🙂

No właśnie, pływanie. Jedynym minusem tego startu jest to, że się znowu rozłożyłem. Nie jest zupełnie źle, ale straciłem głos, stan gardła się pogorszył, pojawiła się gorączka. Cóż, oznacza to tyle, że na razie ani w basenie ani w wodach otwartych się nie znajdę. A to niedobrze, bo powinienem w wodzie zamieszkać, żeby się z nią polubić. Uważam jednak, że plusy tego startu przewyższają wszystkie minusy. Wodę jeszcze nadrobimy! 🙂

Na koniec najważniejsze. Dziękuję Szanownej Małżonce mej za wsparcie i dzielne znoszenie tego, co jej zgotowałem i przed startem i w trakcie i po. Bez niej nie dał bym rady. Ta wiara we mnie naprawdę czyni cuda. 🙂 Podziękowania też dla Trenerów i kolegów ze sztafety. Musimy to powtórzyć! Ale może minus chorowanie 😉

Nocny Bieg Świętojański 2017

Nocny Bieg Świętojański 2017 – to miał być ciekawy start. I taki w sumie był. Bieg numer trzy w gdyńskim GPX. Zupełnie inna trasa, z premią górską (mocny podbieg). Start o 23:59, żeby było ciekawiej 😉

Dzień zaczął się od zaplanowanego rozruchu. Ot, w sumie jakieś 30 minut biegania. Ale to bieganie było masakryczne. Pociłem się jak dziki, wręcz się ze mnie lało. Biegało mi się ciężko, zero lekkości w nogach. I to pomimo zluzowania przed startem! To dobry prognostyk przed startem, bo zawsze jak mi się tuż przed startem źle biega, to potem idzie dobrze. Paradoksalnie więc, zły rozruch mnie ucieszył. 😉

W ciągu dnia starałem się jak najwięcej odpoczywać, unikać produktów spożywczych, które mogłyby sprawić problemy, etc. Ogólnie – relaks. No, poza pracą, bo roboty sporo. Ale na szczęście mogłem pracę zakończyć koło 17 i wtedy już zupełny luzik. Na chwilę nawet zalegliśmy z Małżonką, żeby relaks był pełniejszy 🙂 W okolicach 18:30 zacząłem przygotowywać posiłek przedstartowy, czyli standardowy ryż z miodem, bananem i cynamonem. Tylko z ilością chyba przegiąłem ciutek…

21:15 i wyjazd z domu. Spokojny dojazd na parking w okolicach startu/mety i spacerek do biura zawodów, żeby odebrać pakiet. W międzyczasie uświadomiłem sobie, że zapomniałem się „zakleić”. Niestety, jestem delikatnym chłopcem i łatwo zdzieram sutki. Oczywiście, plastra ze sobą nie wziąłem, bo po co? Na szczęście ratownicy medyczni obstawiający imprezę w plaster wyposażeni byli. Chwilę pożartowali, że plaster płatny i takie tam, ale potem plasterek udostępnili. Mina panów, gdy zrozumieli po co mi ten plaster i co sobie zaklejam – bezcenna 🙂 Następnie zrobiliśmy spacerek powrotny do auta, żeby sobie jeszcze posiedzieć i się porelaksować. O 23:20 zacząłem rozgrzewkę, potruchtałem (taaaa „truchcik”, tempo średnie z 3km wyszło ~4’33″/km), parę przebieżek i jeszcze chwilka truchtu w kierunku startu (tu już serio serio bardziej trucht). Chwila rozmowy z Mysią, buziak na szczęście i czas startować!

Moje założenia co do tego biegu krystalizowały się przez cały dzień. Wiedziałem jedno – chcę pobiec mocno. Pozostało zdefiniować, co to jest „mocno” 😉 Stwierdziłem więc, stojąc już na starcie, że pobiegnę na czuja, jak mnie nogi będą niosły. Start! Pierwszy kilometr w 3’45”. Mocno, ale jest dobrze, zarówno oddechowo, jak i fizycznie. Za chwilę miał się zacząć podbieg, ten hardkorowy, z premią górską. Ambitnie chciałem pobiec cały w tempie zbliżonym jak najbardziej do 4’/km. O naiwności! Całość mierzonego podbiegu, według pomiaru oficjalnego, zrobiłem w 6’11”. Najlepszy zrobił go w 4’40” – chyba nie miałem szans 😉 Do tego przegiąłem ten podbieg. Kawałek za połową poczułem, że mnie odcina. Miałem wrażenie, że zwieracze zaczynają puszczać. I jednocześnie czułem, że posiłek przedstartowy wraca na górę. Mocno mi się odbiło i poczułem, że zaraz poleci paw. Chyba faktycznie przegiąłem! Zwolniłem na tyle, żeby sensacje żołądkowe się nie pojawiały i truchtałem w górę. Oba kilometry podbiegu wyszło kolejno w 4’06” (nie tak źle) i 4’32 (tu już zgon) – mierzona premia górska była nieco krótsza. Gdy zaczął się zbieg ul. Małokacką myślałem tylko o jednym – rozluźnić się i pozwolić grawitacji zrobić swoje. Przy okazji „wyprostowałem” parę zakrętów, dzięki czemu skróciłem sobie dystans. Zbieg (kolejne 2 km), co mnie trochę zaskoczyło, zrobiłem szybciej niż zakładane tempo. Miało być po 3’45”, wyszło po 3’42”. Super! I do tego spadło tętno i już nie chciało mi się rzucać pawia 😉 Według oficjalnego pomiaru czasu pierwsze pięć kilometrów przebiegłem 19’45”. Na życiówkę się nie zanosiło.

Druga piątka składała się z trzech kilometrów lekko z górki i dwóch lekko pod górkę. Te z górki chciałem pobiec w tempie poniżej 3’50″/km, niestety mój żołądek miał inny pomysł. Gdy zwiększałem prędkość, wracały nudności. Utrzymywałem więc tempo, przy którym sensacji nie było i jakoś biegłem do przodu. Szósty kilometr w 3’52”, siódmy w 3’51”, a ósmy w 3’48”. Dziewiąty kilometr to powrót do podbiegania i, niestety, skończył mi się prąd. Ledwie 4’06”. A tu wypadałoby zrobić jeszcze mocny finisz… Ostatni, dziesiąty kilometr przebiegłem w 4’02”. Na mecie, zgodnie z tym co napisało mi Gdyńskie Centrum Sportu, pojawiłem się z następującym wynikiem:

Nocny Bieg Swietojanski z PKO Bankiem Polskim, Twoj czas netto 00:39:28, 110 miejsce Open M, 55 miejsce M30, gratulujemy, wiecej na gpx.gdyniasport.pl

Teraz czas na podsumowanie. Bieg był mocny, bardzo mocny. Dałem z siebie dużo i to czuję, szczególnie schodząc ze schodów. Być może mogłem lepiej to rozegrać strategicznie i nie zajechać się pod górkę. Wtedy pewnie nie było by problemów żołądkowych i starczyło by prądu na końcówkę. Ale chciałem pobiec w końcu odważniej, więc tak pobiegłem. Jestem z siebie zadowolony 🙂 Na bardziej płaskiej trasie pewnie urwałbym z tego wyniku 30-40 sekund. To teoria warta sprawdzenia, więc trzeba by poszukać płaskiej dziesiątki, żeby ją zweryfikować 😉 Może w ramach jakiejś sztafety triathlonowej? Do rozważenia! Praca wykonana z Tomkiem procentuje, forma rośnie, mimo przejściowych problemów zdrowotnych. Za tydzień zobaczymy jak forma rowerowa, bo startuję w sztafecie Endure Team na 1/4IM w Starogardzie Gdańskim. Trzeba będzie dorzucić do pieca! 🙂

Bieg Europejski 2017 w Gdyni

Bieg Europejski 2017 – relacja na gorąco 😉 Ten bieg mnie stresował. Od dwóch dni chodzę jak na szpilkach, jestem nie do życia. Z jednej strony zmartwienie, że kontuzja, która się ujawniła na obozie, może się odnowić w trakcie biegu. Z drugiej strony, miałem spore oczekiwania wobec tego biegu. Chciałem zejść poniżej 39 minut, nawet uwzględniając nową trasę. No i jeszcze Trener na dzień przed startem dołożył się do ciśnienia… 😉 Tak czy owak, napięcie zostało zbudowane. Dzisiaj z rana nawet nie miałem ochoty nic jeść – nerwy? 😉 Zjadłem owsianki na wodzie z łyżką miodu i uznałem, że wystarczy. W końcu to tylko bieg na 10 kilometrów, a nie maraton! 10 kilometrów to ja na głodnego, przed śniadaniem, zaraz po przebudzeniu i takie tam. A tu kurde stres jak przed pierwszym startem w życiu :-O

Pojechaliśmy na miejsce, chwilę połaziliśmy, złapaliśmy się z kolegami z Endure Teamu na wspólne zdjęcie – mało nas się złapało. Może nie tylko ja zestresowany byłem? Rzeczone zdjęcie:

Atmosfera gorąca, ale wiatr nie ;)
Atmosfera gorąca, ale wiatr nie 😉

Po zdjęciu rozgrzewka. Na rozgrzewce olśnienie – jest moc! Czyli może być dobrze! Te 39 minut są spokojnie w zasięgu! Rozgrzałem się solidnie, rozważyłem wizytę w toalecie, ale stwierdziłem, że nie ma potrzeby. Potruchtałem na start. Tam czekała na mnie Szanowna Małżonka, po chwili dołączyła też moja Mama 🙂 Mój najwierniejszy klub kibica 🙂 W tych warunkach to już w ogóle musiało się udać! Samopoczucie nagle wystrzeliło jeszcze wyżej. Do startu została minuta, czas skupić się na zadaniu.

Krótkie odliczanie i nastąpił start. Wyciągnąłem nauczkę ze startu w Przywidzu – nie miałem zamiaru dać się przestraszyć prędkości i odpuszczać na początku. Pierwszy kilometr jeszcze niepewnie, ale nie odpuszczam! Wyszło 3’49”, czyli tak jak Trener chciał, poniżej 3’50/km 😉 Drugi i trzeci podobnie, 3’48″/km – jest dobrze! I, co ważniejsze, jest luz w nogach, czyli można napierać. Czwarty kilometr w 3’50”, no rewelacja! Mentalnie nastawiłem się, że jeszcze kilometr spokoju (bo płasko) i jedziem pod górkę! Początek piątek kilometra to delikatne podciągnięcie tempa i… przepraszam za słownictwo, ale wszystko się zesrało. Spięło mi całą lewą stronę korpusu. Odcięło mi oddech… Piąty kilometr w 3’59”. Szósty, leciutko pod górę, w 4 minuty. Czuję, że biegnę prawie na bezdechu, nie mogę się rozluźnić. A tu akurat Świętojańska do góry… Tempo spada, a miałem je trzymać. Wyszło w 4’08”. Jest coraz gorzej, spięcie coraz większe. Kolejny, ósmy już kilometr, w 4’10”. Cały czas jestem wyprzedzany, coraz bardziej jestem zły. Nie tak miało być. Teraz miałem znowu przyspieszać, żeby wrócić w okolice 3’50″/km, a tutaj problem. Jest siła, żeby biec, ale oddychać nie jestem w stanie. Na dziewiątym kilometrze zszedłem do 3’59”, ale to był już maks tego, co mogłem zrobić. Ostatni kilometr w 4’02” i meta…

Dobiegłem i z tego jestem zadowolony. Dobiegłem poniżej 40 minut, więc to też dobrze. Ale przecież nie o to chodziło w tym biegu. Miało być minutę szybciej, a wyszło, zgodnie z wiadomością od organizatora, tak:

Bieg Europejski z PKO Bankiem Polskim, Twoj czas netto 00:39:47, 156 miejsce Open M, 70 miejsce M30, gratulujemy, wiecej na gpx.gdyniasport.pl

Masakra. Z jednej strony jestem zły i nieusatysfakcjonowany, ale… Z drugiej strony, czuję moc, w mięśniach był ogromny zapas. Rzut oka na wykres tętna i lekki szok. Średnie tętno 158… toć to ledwie mocniejszy drugi zakres. Tętno maksymalne 163, czyli się po prostu nie rozkręciłem. W sumie, to nic dziwnego, jak się nie może oddychać. Garminowy training effect to „szalone” 3.4, czyli niższe niż na mocnych treningach. Zalecany czas odpoczynku, to wg zegarka całe 22 godziny, ponownie zdecydowanie mniej niż po mocnych treningach.

Wniosek, a jakże, być musi! W poniedziałek spróbuję ogarnąć wizytę u fizjoterapeuty. Trzeba coś z tymi mięśniami zrobić. Trzeba w końcu to ogarnąć, żeby machnąć życióweczkę na 10 kilometrów. Bo to już jest męczące. I może jakiś Parkrun po drodze, żeby życiówkę na 5 kilometrów też poprawić.

Podsumowując, Bieg Europejski 2017 w Gdyni uznaję za jednocześnie udany i nieudany. Nieudany, z powodów oczywistych. Udany, bo trening przynosi efekty. Trener daje czadu, łącząc trening pływacki, rowerowy i biegowy w taki sposób, że we wszystkich trzech dyscyplinach jest spory progres. Teraz zostaje się ogarnąć „sprzętowo” i zacząć robić wyniki! 🙂 Teraz jeszcze trzeba przywrócić umiejętność biegania po górkach i możemy łamać 40 minut na Nocnym Biegu Świętojańskim, gdzie trasa będzie miała, hm, ciekawy podbieg 😉

Obóz Endure Team Gniewino 2017

Dzieje się! Po maści wszelakich rozterkach i stresach ostatnich czasów Małżonka wysłała mnie na obóz Endure Team w Gniewinie. To mój pierwszy obóz triathlonowy i zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Jedyne co wiedziałem, to że wytrenuję się do syta 😉

Pierwszy dzień zaczął się treningiem do samodzielnego wykonania jeszcze przed wyjazdem. Bieganie, w sumie 50 minut, bez szaleństw. Na początek OWB 1, 10 przyspieszeń i dokończenie OWB 1. W trakcie przyspieszeń, jak zwykle ostatnimi czasy, testuję jak zachowuje się pachwina przy większych obciążeniach. I dała radę, wszystko spoko. A prędkości na przyspieszeniach coraz solidniejsze – od 3’25″/km (pod wiatr ;)) do 3’06″/km (z wiatrem ;)).

Dojazd na obóz zajął jakąś godzinkę, bez napinania. Trochę przygód z zakwaterowaniem, musieliśmy poczekać, więc Trener zadecydował, że zaczniemy od treningu i zameldujemy się później. Pogoda nie rozpieszczała, więc padło na trenażery. Godzina i dwadzieścia pięć minut. Najpierw luźne kręcenie, potem dziesięć minutówek, znowu trochę kręcenia i potem przyspieszenia na luźnej nodze. Taaa, luźna noga na trenażerze… 😉 Ale pokręcone solidnie! Po treningu się zakwaterowaliśmy i był czas na obiadokolację. Jedzenie całkiem przyjemne, trochę pogadaliśmy i usłyszeliśmy co nas czeka kolejnego dnia.

Drugi dzień zaczął się basenem (o 6:30!). Moje przerażenie w wodzie było, delikatnie to określając, wielkie. Od początku dzikość w głowie, dzikość w ruchach, problemy z oddychaniem, generalnie panika. No ale z upływem czasu trochę odpuściło. Trenerzy dawali wszystkim wskazówki, na co zwrócić uwagę. Strofowali delikatnie, ale też nie szczędzili pochwał, tam gdzie to się należało 😉 Na koniec treningu, jak pływaliśmy na rękach w łapkach, zostałem przeniesiony na szybszy tor. Tam chłopaki już naprawdę wymiatali! I gdzie tam ja do nich? Na szczęście pływaliśmy już tylko w tych łapkach, więc jakoś dawałem radę. Licznik dystansu zatrzymał się na 2500 metrów.

Po powrocie do hotelu było śniadanie. Po śniadaniu chwila na regenerację (drzemka!), przed kolejnym treningiem – tym razem łączony rowerowo-biegowy. Po krótkiej rozgrzewce rowerowej trenowaliśmy przejście z roweru na bieg. Najpierw niezbyt długi, ale raczej intensywny rower, potem bieg w tempie na 5-10 km. I tak trzy razy. U mnie wychodziło na biegu bardziej tempo na 5 km, bo dychy (jeszcze) tak nie przebiegnę. Chociaż nie ukrywam, że będę próbował, na Biegu Europejskim w Gdyni, sprawdzić jak szybko aktualnie mogę pognać 😉

Obiad po pierwszym treningu stał się całkiem zabawną historią. Naszła nas ochota na pizzę. W recepcji polecili nam konkretną pizzerię – blisko, pięć minutek autem, zaraz przy drodze, na której jeździliśmy rowerami – więc się tam wybraliśmy. Na miejscu zdziwienie, bo lokal zarezerwowany w całości na wesele. Jednak obsługa powiedziała, że o ile na miejscu nie zjemy, to możemy dostać jedzenie na wynos. Szybka konsultacja i decyzja – bierzemy. Złożyliśmy zamówienie, usiedliśmy przy stole na zewnątrz i tak siedzimy, lekko marznąć. A w międzyczasie pojawia się coraz więcej gości weselnych 😉 Jeden z kelnerów stał w blokach startowych z powitalnym chlebem i solą, a jeden z obozowiczów (Marcin) co chwilę informował kelnera, że to jeszcze nie, że młodzi jeszcze nie dojechali 😉 Gdy dostaliśmy zamówienia stwierdziliśmy, że zjemy w hotelu, żeby nie przeszkadzać weselnikom, którzy już trochę dziwnie na nas patrzyli 🙂

Ostatni trening tego dnia miał być aktywną regeneracją. Można było wybrać rower lub bieganie. Jako jedyny wybrałem bieganie 😉 Słuchawki w uszy, spokojna muzyka i plan na luźne truchtanie. I tu zonk. Biegnę sobie luźno, ale zegarek pokazuje 4’48″/km. No kurde! Świadomie zwalniam i truchtam dalej. Słucham muzyki, pełen relaks. Zegarek sygnalizuje kolejny kilometr, patrzę, a tu 4’45″/km! Zaczynam być wkurzony, bo przecież miała być aktywna regeneracja, a tu nogi niosą. Z jednej strony, to muszę przyznać, nie czuję tego tempa jako obciążenia. Z drugiej, to jednak trochę za szybko na bieg regeneracyjny. No i tak biegłem sobie, walcząc z prędkością. Po 30 minutach stwierdziłem, że czas skończyć, bo cały czas się rozpędzałem. Szybki prysznic, oczekiwanie na powrót grupy rowerowej i czas na obiadokolację!

Kolejny dzień ponownie zaczął się od basenu. Tym razem od początku na mocniejszym torze :-O Przerażenie +500, bo przecież będę zamulał chłopakom… No i zamulałem, ale jakoś przeżyłem. Chłopaki też, mam nadzieję, że za bardzo nie przeszkadzałem! Pod koniec treningu czułem już spore zmęczenie. A tu jeszcze mocna zakładka w kolejce! Ale najpierw śniadanie i odpoczynek (w tym drzemka – ten element treningu lubię najbardziej ;)). Lekki lunch i o 14 start zakładki. Zadanie rowerowe ambitne, ale nie zabijające 😉 Cztery interwały po osiem minut na pięciominutowej przerwie. Po ostatnim interwale, bez przerwy, od razu na bieg. Bieg miał być BNP, podzielony na trzy części. Udało się przebiec dwie i jak mnie coś szarpnęło pod żebrami z lewej strony, to złożyłem się w pół. Masakra. Moc była, nogi podawały, a tu takie coś… Przez chwilę łudziłem się, że to może kolka, ale objawy się nie zgadzały. Zapadła decyzja – koniec treningu. Schłodzenie było truchtaniem w tempie powyżej 6’/km. Masakra, każda próba przyspieszenie kończyła się mocnym bólem pod żebrami. Zły, bardzo zły, koniec dnia treningowego. Potem jeszcze kolacja, trochę pogaduszek w gronie obozowiczów i czas spać. Bo rano ostatni basen!

Ostatni basen… Bolało mnie pod żebrami, bałem się tego treningu. Na początek rozpływanie, starałem się je robić bardzo delikatnie. Ból w żebrach był, ale do zniesienia i się nie pogarszał. Dalej też szło całkiem nieźle, ale chyba zacząłem w jakiś sposób asekurować, bo zaczął boleć mnie lewy bark. Trener regularnie dopytywał, czy wszystko OK – potwierdzałem, bo w sumie było dobrze, przynajmniej z żebrami 😉 Z barkiem w sumie też, bo zacząłem się starać wykonywać poprawne ruchy. Technika pływania, której się teraz uczę, jest o wiele prostsza do ogarnięcia, niż to, czego uczyłem się do tej pory. I chyba idzie mi coraz lepiej, patrząc po tempach i tętnie 😉 Po treningu pływackim było ostatnie śniadanie i czas się było pakować…

Aby uniknąć blokady dróg wynikającej z zawodów Cyklo Gniewino zapadła decyzja, że uciekamy do domów wcześnie. Jeszcze mała akcja z odpaleniem samochodu jednego z kolegów – nocny/poranny mróz z lekka dopiekł akumulatorowi 😉 Potem pożegnanie i jazda do domu. Po godzince byłem w domu i mogłem w końcu wyściskać Mysię! Niby tylko kilka dni, ale zdążyłem się solidnie stęsknić!

Podsumowując cały wyjazd, sporo potrenowałem w komfortowych warunkach. Tomek i Marcin zaopiekowali się nami, solidnie dali w kość, ale zarazem zadbali o to, żeby nas nie zajechać. Do tego wszystkiego poznałem fantastycznych ludzi i dużo się od nich nauczyłem. A to tylko kilka dni! Z chęcią pojadę na kolejne tego typu obozy, jeśli tylko będę miał taką możliwość 🙂 Wielkie dzięki dla Endure Team za świetną robotę, dla koleżanek i kolegów współobozowiczów za fajną atmosferę! I mam nadzieję, że Trener wybaczy żeśmy jojczyli troszkę na basenie… 😉

Bieg Niepodległości 2016

Dzisiaj 11 listopada (jeszcze), więc przyszedł czas zamknąć cykl Grand Prix Gdyni w biegach ulicznych. Gdyński Bieg Niepodległości 2016 traktowałem luźno, jako bieg sprawdzający moją kondycję. Kondycję, w której istnienie „z lekka” wątpiłem 😉 Po niedzielnym biegu BNP, który miał mnie troszkę odmulić, zakładałem, że jeśli pobiegnę poniżej 42 minut, to będzie sukces. Wyszło zdecydowanie inaczej.

Na sam bieg wyszliśmy późno. Zbyt długo zamulałem z zebraniem się. Nie chciało mi się biec (znowu!). Tym razem dlatego, że obawiałem się wyniku. No nic, jak już ruszyłem tyłek, to można się przebiec. Najwyżej, jeśli będzie kicha, to zejdę z trasy. Rozgrzewka, ze względu na późne wyjście, musiała zostać skrócona. W sumie to nic nie szkodzi, bo przecież i tak będzie kicha, nie? Na start dotarłem 3 minuty przed sygnałem z Błyskawicy, który miał rozpocząć bieg. Ustawiłem się z tyłu swojej strefy, żeby nie przeszkadzać innym.

Jest sygnał, więc ruszam. W głowie siedzi, żeby pobiec początek luźno i zobaczyć jak się będzie biegło. Pierwsze 300 metrów, spojrzenie na zegarek: 3’52″/km. Za szybko, mimo że nie czuję, żeby było szybko. No ale to początek, więc trochę odpuszczam. Pierwszy kilometr w 4’02”. Kolejny w 3’56”. Jak na razie jest spoko. No to trzymam tempo. Skupiam się na tym, żeby rozluźnić górne partie ciała i pilnować kadencji. I nie pędzić, bo Świętojańska przecie…

Jestem zdziwiony, bo wyprzedzam… Zaczyna się podbieg na Świętojańskiej, rzut oka na zegarek i widzę tempo 4’20″/km. No trudno, będzie wolno, ale tym razem się nie zajadę. Może uda się coś szybciej pobiec na koniec, jeśli zostaną mi siły. Dopiero później, gdy sprawdzałem czasy poszczególnych kilometrów na zegarku, okazało się, że jednak przyspieszyłem pod Świętojańską i pokonałem ją ze średnim tempem 4’05″/km, zacnie! Potem już tylko zbieg al. Piłsudskiego, gdzie Fenix ześwirował i pokazał czas ósmego kilometra 3’39″… ponad 200 metrów przed flagą oznaczającą, że zostały dwa kilometry. Przełączyłem zegarek, żeby pokazywał aktualny czas biegu i wyszło, że na ósmym kilometrze mam 5 sekund zapasu. No to wystarczy utrzymać tempo w okolicach 4’/km i będzie poniżej 40 minut, co jeszcze 32 minuty wcześniej wydawało mi się niemożliwe. Trzymałem to tempo, mimo że sporo ludzi mnie wyprzedzało, ale chciałem po prostu dobiec.

I dobiegłem. Czas netto na mecie: 39’42”. Czyli udało się pobiec całkiem sporo poniżej 4’/km 😀 Nie spodziewałem się takiego wyniku, mimo że Monika w to wierzyła. Przed startem powiedziała mi, że sam się zdziwię jak dobrze mi pójdzie i miała rację, skubana! Trzeba się chyba Szanownej Małżonki słuchać… 😉 Tak czy owak, Bieg Niepodległości 2016 to ostatni start w tym roku. Teraz czas popracować nad formą na wiosenny maraton w Gdańsku. Jest nadzieja, że wstydu nie będzie 😉

Półmaratonowy wypad do Koszalina

Spędziliśmy z Moniką romantyczny weekend w Koszalinie 😉 Romantyzm wypadu polegał na tym, że w sobotni wieczór za oknami hotelu grały sobie (chyba) juwenalia Politechniki Koszalińskiej, jakieś takie piosenki o wymianie na nowszy model, czy coś 😉 A tak serio, to wypad do Koszalina był w celu sportowym. Konkretnie miałem tam pobiec półmaraton. Jak się okazało, to był pierwszy półmaraton w tym mieście, zorganizowany z okazji 750-lecia Koszalina.

Start wypadł w maksymalnym pod względem obciążenia tygodniu mezocyklu. To oznaczało, że startowałem trochę zmęczony, po całkiem sporym wysiłku treningowym w tym tygodniu. Tak, wiem, to brzmi jak wymówki słabego biegu, pewnie poniekąd tak jest. Wymówek jest zresztą więcej. Pogoda była słabo biegowa. Słońce ostro świeciło, wiał ciepły wiatr, który nie dosyć, że nie chłodził, to najczęściej wiał prosto w twarz na podbiegach. Wymówki, wymówki… 😉 Ogólnie, to marzyłem sobie, że uda się dobiec z czasem poniżej 1 godziny i 25 minut.

Mając na uwadze, że ten start był mocno treningowy, odpuściłem bawienie się w załatwianie mojego standardowego śniadania w hotelu. Zdecydowałem się zjeść to co dadzą i już. No i pochłonąłem parę kanapek z żółtym serem i dżemem, bo jakoś tak nabrałem ochoty na tą kombinację, jak zobaczyłem co jest dostępne w śniadaniowym bufecie. Po śniadaniu spakowaliśmy wszystko do auta, przeparkowaliśmy je bliżej startu/mety biegu i poszliśmy na start. Nastrój był, hm, leniwy, ale ekscytacja przedstartowa była 😉

Stres przedstartowy ;)
Stres przedstartowy 😉

Już po obejrzeniu profilu trasy wiedziałem, że życiówki nie zrobię. Na trasę składały się dobieg (1,1 km) i potem 4 pętle po 5 kilometrów. Niby dużo tych podbiegów nie było, niby nie były jakieś duże, ale i tak potrafiły zmęczyć. Mapkę, wraz z profilem, można obejrzeć poniżej.

Trasa Półmaratonu Koszalin
Trasa Półmaratonu Koszalin

Trenerka zaordynowała 10 minut truchtu jako rozgrzewkę, więc pozyskałem buziaka (zdjęcie poniżej ;)) i poleciałem truchtać. Tempo truchtu nie powalało i nie wróżyło najlepiej. No było gorąco, no! W sumie to obawiałem się, że ten wypad do Koszalina ostatecznie nie będzie miał zbytniego sensu, bo wyniku i tak nie zrobię.

Buziak przedstartowy
Buziak przedstartowy

O godzinie 10 miał miejsce start honorowy, po czym potruchtaliśmy (półmaratończycy) na miejsce startu ostrego. Tu przydałoby się wspomnieć, że na tej samej trasie miały miejsce na raz dwa biegi. Półmaraton oraz Bieg Wenedów (na koszulkach przerobiony na Bieg Wendetów) na dystansie 10 kilometrów. Pierwszy, o 10:05 startował bieg na 10 kilometrów, 3 minuty później, w innym miejscu (1,1 km za miejscem startu dziesiątki). To niestety oznaczało, że w trakcie biegnięcia trzeba było wyprzedzać wolniejszych biegaczy z krótszego dystansu.

Pomny tego, jaka jest pogoda, oraz mając z tyłu głowy profil trasy, zdecydowałem pierwszą pętlę pobiec zachowawczo. Decyzja fajna, szkoda, że słabo szła realizacja 😛 O ile pierwszy kilometr poszedł w miarę z planem (4’04”), to kolejny już był zbyt mocny (3’50”). Na szczęście zauważyłem co się dzieje i trochę zwolniłem. Pierwszy podbieg pobiegłem swobodnie, pilnując tylko kadencji. Perspektywa, że pobiegnę tamtędy jeszcze 3 razy nie wywoływała entuzjazmu 😉 Drugi podbieg, który prowadził do mety, był krótszy i po dosyć długim zbiegu, więc był zdecydowanie łatwiejszy. Po zaliczeniu pierwszej pętli miałem już pewność, że 1 godzina i 25 minut pozostaną w sferze marzeń. Teraz już tylko chciałem zmieścić się w półtorej godziny.

Najważniejszą rzeczy stało się pilnowanie kadencji. Wiedziałem, że jeśli ona będzie dobra, to przebiegnę w zmodyfikowanym czasie. Na samym starcie popełniłem, nie po raz pierwszy zresztą, błąd polegający na ustawieniu się zbyt daleko od początku stawki. Spowodowało to tyle, że od samego początku musiałem wyprzedzać wolniejszych i nie mogłem się podpiąć pod jakąś grupkę biegnącą tempem zbliżonym do mojego. Gdybym to rozegrał inaczej, to pewnie bym się podholował na lepszy czas. A tak, to ciągle wyprzedzałem, bo w międzyczasie dogoniliśmy biegnących dychę. Starałem się po prostu biec swoje, ale konieczność ciągłej zmiany toru biegu nie służyła trzymaniu równego tempa.

Pod koniec drugiego kółka, po zbiegu przed podbiegiem do mety, zaczęło mnie boleć prawe kolano. Monika zauważyła moją zbolałą minę i się zaniepokoiła. Mimo bólu mogłem biec, więc biegłem. Na trzeciej pętli wiedziałem już, że zgrzało mi czaszkę i będzie bolało 😉 Skupiałem się ciągle na kadencji, oddech mi się wyrównał. Miałem też wrażenie, że i tętno się ustabilizowało. Cały czas wyprzedzałem, ale nie miałem pojęcia, które miejsce zajmuję. Dogoniłem i wyprzedziłem dwóch zawodników, który na pewno był przede mną. Cały czas liczyłem, że zmieszczę się w pierwszej dwudziestce!

Na ostatniej pętli ilość ludzi mocno się zmniejszyła, więc zacząłem się orientować, że niedaleko jest dwóch zawodników, których mogę jeszcze dogonić. Jednego z nich, jak się potem okazało, z niższej kategorii wiekowej (18-29) przegoniłem na tym dłuższym/cięższym podbiegu. W zasięgu wzroku był i drugi zawodnik. Pod koniec podbiegu byłem już tuż za nim. Jak się zrobiło płasko, to postanowiłem podciągnąć i wyprzedzić. Udało się! Niestety, na zbiegu, gdy ja się rozluźniałem, kolega przyspieszył i mnie wyprzedził. Na moje szczęście, za chwilę był krótki podbieg, więc znowu przyspieszyłem i to ja ponownie byłem z przodu. W tej konfiguracji dobiegliśmy do ostatniego zbiegu przed metą i ponownie zostałem wyprzedzony. W głowie powiedziałem sobie, że trudno, odpuszczam przecież jedno miejsce różnicy mi nie zrobi… Ale na podbiegu znowu okazałem się szybszy. Moje nogi powiedziały, że będzie mocny finisz. Gdy zrównałem się z nim po raz kolejny, rzuciłem (niby od niechcenia) „ale szybciej to już nie biegniemy, co?”, po czym resztką sił wyrwałem do przodu. Na odcinku jakichś 300 metrów wypracowałem 8 sekund przewagi! Na mecie podziękowałem koledze za walkę. Bieg ukończyłem z czasem netto 1 godzina 27 minut 26 sekund i 40 setnych. Potem jeszcze kilometr truchtu na schłodzenie…

Po schłodzeniu
Po schłodzeniu

Podeszła do mnie Monika, dziwnie uśmiechnięta od ucha do ucha. Zastanawiałem się, o co chodzi. Powiedziała mi, że jestem na siódmym miejscu. Ja zapytałem, czy w kategorii wiekowej. Okazało się, że nie, że w klasyfikacji generalnej! Po małym zamieszaniu wyszło na to, że jestem 5 w kategorii wiekowej, ale regulamin biegu stanowił, że pierwszych sześć osób nagradzanych jest za miejsca w open, a następni są awansowani o odpowiednią ilość miejsc w kategoriach wiekowych. I teraz clou: okazało się, że walczyliśmy o pierwsze miejsce w kategorii wiekowej! A byłem gotowy odpuścić… 😉

Tak czy owak, jest podium! Pierwsze miejsce w kategorii M30! Dalej nie mogę w to uwierzyć, jak wchodziłem na scenę, to prawie się rozpłakałem ze wzruszenia 😉 Teraz mogę powiedzieć, że na najwyższym stopniu podium wyglądam tak:

Jestem zwycięzcą! ;)
Jestem zwycięzcą! 😉

Jeszcze na koniec film z dekoracji, nagrany przez Monikę:

I tak właśnie wypad do Koszalina okazał się bardzo owocny 😀

No tośmy pobiegali…

Pierwszy raz w życiu brałem udział w sztafecie. Poszliśmy od razu grubo, bo sztafeta była maratońska. Wystartowaliśmy w czwórkę, Monika, Ola, Robert i ja. Kolejno, Robert biegł pierwszą zmianę (~16,5 km), Ola biegła drugą (~8 km), ja trzecią (~10,3 km) i Monika finiszowała (~7,4 km). Pobiegliśmy tak, że zajęliśmy trzecie miejsce w kategorii zespołów mieszanych i piąte w klasyfikacji open. Chyba nikt z nas się nie spodziewał takiego wyniku 😀 A warto podkreślić, że byliśmy pierwszym na mecie zespołem „parytetowym”, czyli takim, który w składzie miał dwie panie i dwóch panów. I zmieściliśmy się na pudle! 🙂

Sztafetę ukończyliśmy z zacnym czasem 3 godziny 2 minuty i 20 sekund! Czyli można rzec, jak w tytule, no tośmy pobiegali… 😉

Pierwszy raz w życiu stanąłem na podium, do tego niespodziewanie. I tak zupełnie się nie spodziewałem, że kiedykolwiek to nastąpi. Nie da się ukryć, że w tym przypadku to zasługa całego zespołu, który pobiegł bardzo, bardzo dobrze. Może trzeba częściej takie sztafety? Bo fajnie się na tym pudle stoi… 😉 I tylko bym wiatru trochę mniej poprosił, jeśli można.

Mały zrzut ekranu, który dostałem od mamy, z transmisji na żywo, pokazujący nas w trakcie rozdania nagród:

Dekoracja sztafet mieszanych
Dekoracja sztafet mieszanych

I jeszcze focie zrobione przez Maćka:

Dekoracja sztafet mieszanych 2
Dekoracja sztafet mieszanych 2

Sztafeta Tridea Team
Sztafeta Tridea Team

Bieg Europejski 2016 – relacja z gorącej Gdyni

Dzisiaj miał miejsce Bieg Europejski 2016 w Gdyni. Krótka relacja mówi tylko tyle, że udało mi się zbliżyć do swojej życiówki na 10 kilometrów. Dzisiejszy czas to 38’39”, a życiówka to 38’38”. Mając na względzie okoliczności tego biegu, uznaję go za udany.

Przy okazji tych okoliczności warto podkreślić, jak istotne jest zachowanie chłodnej głowy i dostosowanie się do panujących warunków. Właśnie tu położyłem ten bieg, za wszelką cenę chciałem sobie udowodnić, że potrafię pobiec pod Świętojańską w tempie 3’45″/km. I wyszło na to, że nie potrafię 😛 Ale po kolei, bieg miał być rozłożony na cztery etapy (2 km + 3 km + 3 km + 2 km). Pierwszy etap miał być po 4’/km, co w miarę się udało zrealizować. Drugi etap miał być w okolicach 3’50″/km i to akurat wyszło bardzo ładnie. Kolejny etap to już 3’45″/km, czyli taki lekki trzeci zakres. O ile szósty kilometr jakoś poszedł (3’48″/km), to siódmy kompletnie położyłem taktycznie. Na odcinku jednego kilometra jest podbieg o wysokości jakichś 15 metrów (Garmin Connect teraz mówi 17, ale ja tam mu nie wierzę ;)). I zamiast zacząć ten kilometr spokojnie, rozłożyć siły, pokonać go kadencją i odpowiednim (rozsądnym) tempem, to próbowałem z nim walczyć. Na siłę pocisnąć te 3’45”. Skończyło się na tym, że parę razy mało co nie zacząłem iść. Ostatecznie tempo spadło do 3’55″/km, a do tego na końcu podbiegu zrobiło mi się biało przed oczami. Skutek był taki, że na ósmym kilometrze nie dałem rady się rozpędzić, musiałem odpocząć i wyszło ledwie 3’52″/km, zamiast 3’45″/km. Jest to o tyle boleśniejsze, że większość ósmego kilometra to zbieg i tempo samo powinno wzrosnąć. Dziewiąty kilometr, z braku sił, był również w 3’52″/km, dopiero na ostatnim ciut (i tylko ciut) przyspieszyłem, do 3’49″/km. I tak dokulałem się do mety.

Co położyło wynik, oprócz mojej głupoty na Świętojańskiej? Brak odpowiedniego nawodnienia w poprzedzających dniach. Na starcie byłem po prostu wyschnięty na wiór. Zanim ruszyłem z domu już chciało mi się pić. Ale nie piłem, bo nie chciałem potem biec z dużą ilością płynów w brzuchu. Poza tym, nawadnianie w dniu startu niewiele by dało. Czyli drugi głupi błąd nowicjusza. A uważam się przecież za w miarę doświadczonego biegacza. Kolejnym problemem, już nie do końca zawinionym przeze mnie, był brak adaptacji do temperatury. Dzisiaj był pierwszy tak gorący dzień w tym roku. A przynajmniej pierwszy tak gorący dzień, w którym trenowałem/startowałem. Mój organizm potrzebuje około 2-3 tygodni, żeby się do wyższych temperatur przystosować. Tutaj nie było na to czasu.

Tak czy owak, jak na wstępie, uważam, że Bieg Europejski 2016 był udany. Może nie bardzo udany, ale udany. Z jednej strony, od dawna nie biegałem z tak wysokim tętnem (średnie 167 – jak na mnie, to Himalaje wysiłku), z drugiej, na końcówce biegu miałem walczyć o jak najwyższy HR max – udało się osiągnąć 176 BPM, czyli wartość niewidziana u mnie od dawna. Ta wysoka średnia mówi mi, że teoria o odwodnieniu jest prawdopodobna. Wnioski na przyszłość? Nie zaniedbywać nawodnienia. Szczególnie, że objętości treningowe rosną, podobnie jak temperatura. Przyda się też trochę pokory, bo zauważyłem, że w głowie mam zakodowane myślenie typu „10 km to nie dystans”. Takie lekcje są konieczne, żeby zgubić trochę pychy!

Jak pojawią się jakieś zdjęcia, na których mnie widać, to coś dodam 😉

Ten pierwszy raz…

Ten pierwszy raz… Zazwyczaj pamięta się go najdłużej. Wczoraj pierwszy raz startowałem w zawodach, gdzie było coś więcej niż bieganie. Duathlon w Przywidzu, bardzo fajnie zorganizowany przez 3athlete.pl. Starty były na dystansie krótkim (4,5 km bieg + 18 km rower + 2 km bieg) oraz długim (9 km bieg + 28 km + 4,5 km bieg). Monika startowała na dystansie krótkim, a ja startowałem na długim.

Przez kilka dni przed startem z niepokojem obserwowaliśmy prognozę pogody, która twierdziła, że będzie padało. Różne prognozy mówiły, że padać będzie w różnych godzinach, czyli kicha! Jednak w piątek na meteo.pl pokazała się prognoza, która, owszem, twierdziła, że będzie padało, z tym, że dopiero w okolicach godziny 17, czyli już po zawodach. Bomba! Teraz jeszcze tylko gorące modły, żeby to właśnie ta prognoza się sprawdziła 😉

O poranku, w dniu zawodów (sobota, 23.04.2016), zerwałem się przed budzikiem i popędziłem nastawić wodę na ryż, który od jakiegoś czasu stał się moim standardowym śniadaniem przed zawodami. Ryż z bananem, cynamonem i łyżką miodu. Przygotowałem dwie porcje, po czym podałem Monice śniadanie do łóżka 😉 Potem nastąpiło gorączkowe pakowanie, bo po co się spakować dzień wcześniej? Ostatecznie okazało się, że nawet udało się niczego nie zapomnieć. To już był poważny sukces 😉 Zapakowaliśmy siebie i kupę sprzętu do auta i w drogę.

Przed startem czułem kompletny luz. Nie miałem planu, nie miałem nawet pomysłu, jak robić te zawody. Tuż przed startem trenerka zadecydowała, że pierwszą część pobiec mam w okolicach 4’10″/km. No OK, tempo raczej do utrzymania, po czwartkowych interwałach wiedziałem, że zbytnio się nie zmęczę. Rower planowałem po prostu przejechać, bo nigdy wcześniej nie startowałem w żadnych zawodach rowerowych. Co więcej, wiedziałem po analizie profilu trasy oraz z informacji od organizatorów, że trasa do najłatwiejszych nie należy. Ostatni etap biegowy planowałem przebiec na luzie, bez walki o wynik.

W okolicach godziny 10:00 nastąpił start. Na początku biegłem wolno, żeby się nie spalić. Głównym założeniem było utrzymanie spokojnego oddechu przez pierwsze 2-3 km, a potem ewentualnie przyspieszenie, żeby średnie tempo wyszło zgodnie z tym, co przekazała trenerka. Pierwszy kilometr był praktycznie płaski, więc poszedł szybko (4’03″/km). Drugi (4’18″/km), trzeci (4’12″/km), czwarty (4’07″/km) i piąty (4’11″/km) były już bardziej pofałdowane. Na szóstym, płaskim nogi mnie ciut poniosły i na zegarku pojawiło 3’53”. Ostatnie 2,4 km (czyli mniej niż miało być oficjalnie) poszło w miarę równo. Wbiegłem do strefy zmian i pierwszy raz przebierałem się na czas. Czapka pod kask, kask, okulary, rękawiczki, bluza, a jeszcze buty. No dobra, teraz niech ten cholerny rower zejdzie z wieszaka! Udało się! W końcu wychodzę ze strefy zmian, siadam na rower i czas popedałować. T1 zajęło mi 2’37”. Wieczność. Do poprawy.

Odcinek rowerowy zaczynał się od długiego podjazdu. Na odcinku kilometra trzeba było podjechać około 50 metrów. Masakra. I ten odcinek trzeba było zaliczyć trzy razy! Za pierwszym razem pojechałem spokojnie. Za drugim, chciałem za mocno i się bardzo, bardzo zgrzałem. Pod koniec myślałem, że zaliczę wywrotkę, bo zrobiło mi się biało przed oczami. Na szczęście był to już koniec podjazdu. Za trzecim razem jechałem już spokojnie, żeby się znowu nie zgrzać. Odcinek rowerowy według zegarka miał 25,65 km. Pokonanie go zajęło mi 55 minut i 27 sekund.

T2 poszło szybciej, według zegarka 16,1 sekundy. Czas drugi odcinek biegowy. Zaczynam spokojnie, pilnuję tylko kadencji i oddechu. I biegnę swoje. Pierwszy kilometr w tempie 4’11″/km. Nie jest źle! Wyprzedziłem chyba kilka osób, kilka jeszcze przede mną. Drugi kilometr w 4’10”, trzymam tempo, biegnę luźno, kadencja jak trzeba. Trzeci kilometr ciut wolniej, 4’19”. Jeszcze ostatni kilometr (i kawałek) i meta. Pozostało ciut przycisnąć, bo w sumie płasko. Efekt? 3’57”! Ostatnie 600 metrów i meta.

Sumarycznie, według zegarka, wyszło 1:52:54 (jak pojawią się oficjalne wyniki, to zaktualizuję ten wpis). Poniżej dwóch godzin. I dobrze i nie do końca. Biegowo już wiem, że w razie triathlonu dam radę pobiec po rowerze. I myślę, że dałbym radę pobiec po tym rowerze półmaraton poniżej 1 godziny i 30 minut. Istotne będzie odżywianie na rowerze i w trakcie biegu. Ale rower? Tutaj potrzeba wyjeździć kilometry. Dużo kilometrów. Zrobić objętość, która da wytrzymałość, oraz trening siłowy, który pozwoli pojechać szybciej. Czyli odpowiedzią na problem z rowerem jest trenowanie.

W razie triathlonu… Jeżeli tylko uda mi się ogarnąć to pływanie… Wtedy może, MOŻE będzie kolejny „ten pierwszy raz”. Oby.

A tak wyglądałem na mecie (gdzie zapomniałem wyłączyć zegarka :-P). Za zdjęcie dziękuję Robertowi 🙂

Na mecie Duathlonu Przywidz
Na mecie Duathlonu Przywidz

AKTUALIZACJA:
Z oficjalnych wyników wychodzą następujące czasy:

  • Bieg – 34’43”
  • T1 – 2’11”
  • Rower – 55’46”
  • T2 – 1’05”
  • Bieg – 19’08”

Sumarycznie, cały duathlon zajął mi 1:52’53”, co dało mi 31 lokatę. Czasy T1 i T2 słabiutkie, trzeba pomyśleć jak to poprawić, bo co najmniej minutę trzeba z tego urwać. No i ten rower…