Kona w tym roku była nie dla mnie…

Tak jak w tytule. Nie było mi dane… pooglądać i pokibicować 😉 Dzisiaj był, w sumie, najważniejszy start sezonu. Chociaż trochę przypadkowy. Nie planowałem startu w Mistrzostwach Polski w Duahtlonie. Gdy jednak okazało się, że są tuż pod nosem, grzechem było nie wystartować. O MP dowiedziałem się w okolicach 10 września i po szybkich ustaleniach z trenerem zapadła decyzja, że jedziem z tym koksem 😉

Było to o tyle szczęśliwe zrządzenie losu, że Tomek zasugerował chwilę wcześniej zmianę techniki biegowej. Była motywacja, żeby nad tym popracować. I przy okazji szansa, żeby może (mooożeeee…) załapać się na jakieś pudło. Dalej to w sumie jak w bajce, czyli: jak pomyśleli, tak zrobili. 😉

Nastąpił okres dosyć intensywnej pracy nad nową techniką, przy okazji pracy nad szybkością, której to (prędkości) mi ewidentnie brakuje. No nie potrafię się rozpędzić, za diabła! Krótkie odcinki, 100 czy 200 metrów, biegam z żałosną prędkością, szczególnie w porównaniu do ludzi, którzy na dłuższe dystanse biegają trochę wolniej ode mnie. Owszem, rozpędzę się na setce do 3’15”-3’20″/km, ale to jest (no, był) maks. Za to jak biegnę trzy setkę, to biegałem ją po… 3’15”-3’20″/km. Po prostu brakło prędkości. Zmieniona technika przyniosła poprawę, na 20″ przyspieszeniach potrafią zacząć się pojawiać tempa z dwójką na przedzie. Czyli coś się ruszyło! Do tego sprawdziany na dystansie 5 kilometrów pokazywały, że jest lepiej. W parkrunie pobiegniętym 12 sierpnia ruszyłem życiówkę, nowy czas to 19’03” (poprawa o 8 sekund). W kolejnym parkrunie, pobiegniętym 7 października, życiówka znowu się ruszyła. Tym razem mocniej, bo czas biegu wyniósł 18’47”. Nowa technika przyswaja się powoli, ale jak widać, działa. Efekt jest taki, że biegam trochę dłuższym krokiem, z nieco niższą kadencją (~10 SPM niższą, czyli ~190 SPM zamiast 200).

Po tym przydługim wstępie dochodzimy do sedna, czyli dzisiejszego duathlonu. Pierwszy raz (świadomie) startowałem w imprezie takiej rangi. Zdarzyło mi się kiedyś biec, w jakimś biegu, który miał rangę MP, ale umówmy się – na pudło nie było wtedy szans. A tym razem, gdzieś tam sobie wkręcałem, że może by się udało wyjąć pudło w kategorii. Jeśli będzie nie za mocno obsadzona 😉 Nie da się ukryć, że dwa tygodnie przed startem przygotowania do duathlonu zeszły, co nieco, na drugi plan. Nastąpiło to ze względu na przybycie Henryka, najsłodszej istoty świata, potomka Moniki i mojego. Wypadło kilka treningów, ale w sumie nic strasznego. Ot, wdrażanie się do roli młodego ojca 😉

Wracając do duathlonu. Byłem przerażony tym, jaka może być pogoda. Ostatnie zakładki kończyły się tym, że byłem przemarznięty i nie miałem już ochoty na nic. Szczególnie ostatnia zakładka, składająca się z biegania na stadionie, roweru po trasie zawodów, a potem kolejnego biegania na stadionie, dała mi się we znaki. Nogi mi tak zmarzły na rowerze, że rozgrzałem się dopiero na schłodzeniu po drugim bieganiu :-O Tymczasem pogoda postanowiła zrobić nam miłą niespodziankę, mimo że dzień nie zaczął się przyjemną pogodą. Mżyło i wiało. W okolicach godziny 10:30 niebo zaczęło się jednak przejaśniać. Potem pojawiło się słońce i zrobiło się nawet przyjemnie! Oczywiście, jak to w tych okolicach, wiało. Ale to już detal. Przed startem zrobiłem standardową rozgrzewkę, tym razem korzystając z dostępności stadionu MOSiR Rumia, po czym oddałem ciuchy do depozytu i podreptałem w okolice startu.

Na starcie stanęło niespełna 90 zawodniczek i zawodników startujących w kategoriach wiekowych. Z niespotykaną u mnie pewnością siebie ustawiłem się w drugiej linii startujących. Przecież dzisiaj to ja mam o pudło powalczyć, nie? Jeszcze mała wpadka ze starterem, który nie odpalił za pierwszym razem i polecieliśmy. Wiedziałem, że na początku ludzi poniesie. I postanowiłem się dać troszkę ponieść. Jakieś 300 metrów leciałem tempem 3’20″/km, po czym spojrzałem ostatni raz na zegarek i pobiegłem. Założenie było takie, żeby biec tempem dyskomfortowym, ale znośnym. W cichości ducha liczyłem, że zbliżę się do życiówki na 5 kilometrów. Jakaż była moja radość, gdy dobiegając do T1 zobaczyłem na zegarze 18’43”! Wypas, zrobiłem życiówkę 😀

T1 to była katastrofa. Nie ogarniam ciągle wskakiwania na rower, no jakoś mi to nie idzie. Chciałem uniknąć gleby, więc stwierdziłem, że potuptam w butach, jak zawsze. Do tego jeszcze zawodnik obok mnie powiesił swój rower tak, że odciął mi dostęp do skrzynki z moimi rzeczami. Zanim poprawiłem jej/jego rower, pozakładałem co miałem założyć i dotuptałem do belki minęła wieczność. Mogłem się równie dobrze zdrzemnąć… Wyprzedziły mnie ze 3, a może i więcej osób. Na rowerze ustawiłem sobie wcześniej małą tarczę z przodu (nigdy wcześniej tego nie zrobiłem), żeby nie było zbyt ciężko ruszyć. A potem okazało się, że nie mogę wrzucić blatu. I tak walcząc z tym blatem (a raczej jego brakiem) kulałem się na rowerze, po drodze sobie przypominając, że nie kliknąłem zegarka na wyjściu z T1. Moje T1 miało ponad 600 metrów =} W końcu udało się ogarnąć ten blat i popedałowałem. Ale nogi nie chciały podawać. Nie wiem dlaczego, ale tak się niestety stało. Wykrzesałem z siebie ledwie 250 watów NP. Toć na treningach jeździłem znacząco więcej. I znacząco szybciej. Nawet przy zakładkach (no, oprócz tej, gdzie przemarzłem). Udało mi się wyprzedzić jedynie ze 3 osoby.

Wykręciłem dwie pętle, 4 razy lekko machając do mojej kochanej rodzinki, która stała przy trasie i zjechałem do T2. Naturalnie, dojechałem do belki, wypiąłem butki i potuptałem, niczym jeż, odstawić rower. Zrzucanie butów i kasku tym razem było trochę szybsze, ale straciłem czas, bo pomyliłem alejki. A przecież podglądałem, gdzie to ma być i takie tam. Ech. I znowu mnie powyprzedzali… No nic, idę na drugi bieg.

Drugi bieg był krótki, ledwie 2,5 kilometra. Założenie było takie, żeby bez żadnych kalkulacji lecieć ile fabryka dała. I być na mecie przed upływem 10 minut. No to lecę, a metry się dłużą. Czuję, że pomalutku zaczyna spadać tempo, więc poprawiam formę – praca rąk, długi krok, oddychanie – i jadę dalej. Biegnę, biegnę, a tu dopiero pierwszy nawrót. Kurde, ile jeszcze?! I sobie obiecuję, nie spojrzę na zegarek. Mam lecieć na czuja. Powrót w okolice mety minął tym razem zaskakująco szybko. No dobra, nawijamy znowu i ostatnia pętla. Ciśnij, kurde! I cisnę i parskam i prycham i stękam i jęczę. I nawet się przemieszczam. Ba, nawet kogoś wyprzedziłem. Nawrotka, jeszcze trochę. Za chwilę będzie zakręt i potem już dobieg do mety. Słyszę doping Kasi i ekipy z Biegamy Razem, ale jestem półprzytomny z wysiłku. Lecę, zostało ze 100 metrów. I kolega, którego wyprzedziłem, leci mocny finisz. A ja nie mam już sił się bronić. No masz ci los. Pogodzony z losem dobiegam do mety. Klik na zegarku i patrzę na czas. Drugi bieg zrobiłem w 9’43”, czyli zgodnie z założeniami!

Sumaryczny czas wyszedł 1 godzina 3 minuty i 19 sekund. Miało być poniżej godziny i 5 minut i wyszło. Czyli nie jest źle. Chociaż ten rower, gdyby nie ten rower… No dobra, nie marudzę. Polazłem się rozbiegać, żeby mieć to z głowy. Wiedziałem, że jak zacznę to odwlekać, to w ogóle nie pójdę. A nauczyłem się już, że jak się rozbiegam, to potem się szybciej/łatwiej regeneruję. Odziałem się w coś cieplejszego i polazłem czekać, aż pojawi się Arek. Dobiegł z miną, która nie sugerowała nagłej śmierci, czy nie było tak źle 😉

Podium MP w Duathlonie AG 35-39
Podium MP w Duathlonie AG 35-39

Wydawało mi się, że na metę dotarłem co najwyżej w połowie stawki. Ale okazało się, że jednak nie. Gdy wywiesili wyniki, to znalazłem swoje nazwisko pod koniec drugiej dziesiątki, na 19 miejscu open. Przy okienku z kategorią wiekową widniała trójka. Na początku byłem mocno zdziwiony nie ogarnąłem. W końcu jednak do mnie dotarło, jestem brązowym medalistą Mistrzostw Polski w Duathlonie, w kategorii wiekowej 35-39 😀 A potem… wywiady, podróże… znaczy, dekoracja, uwieczniona na zdjęciu poniżej 😉
 3

Teraz mogę się chwalić, że jestem medalistą Mistrzostw Polski 😉 Chociaż później, gdy stałem w kolejce z pampersami, zastanawiałem się, jakie to ma znaczenie? Patrzyłem na ludzi dookoła i wiedziałem, że oni nie mają pojęcia, że były jakieś MP niedaleko tegoż sklepu. I pewnie wielu z nich nie wiedziało by, co to duathlon. Potem do mnie doszło, że w sumie, to nawet lepiej. Najważniejsze, że ja wiem. I że ci, którzy są dla mnie ważni też wiedzą. I że się z tego cieszą. Tak jak i ja. Bo gdzieś tam w annałach pojawił się mały zapis, że ten oto mały człowieczek, stanął sobie na podium. Dali mu medal i statuetkę. I jara się jak gwizdek 😀

Medal i statuetka za III miejsce w MP AG w Duathlonie
Medal i statuetka za III miejsce w MP AG w Duathlonie

Mała aktualizacja/korekta co do czasów, ponieważ pojawiły się oficjalne wyniki, i tak:

  • 1 bieg – 18’56” (bó, nie ma życiówki) – 14 czas
  • T1 – 1’11”
  • rower – 32’18” – 20 czas
  • T2 – 1’56”
  • 2 bieg – 8’59” – 7 czas

Trochę się mi te czasy nie spinają, z tym, co pokazywał zegarek i co widziałem na zegarze zawodów. Niemniej, z kronikarskiego obowiązku przytaczam.

Duathlon Ustka 2017

Gdy tylko pojawiła się informacja, że organizowany będzie Duathlon Energy w Ustce od razu się nim zainteresowałem. Moje pływanie w wodach otwartych jest tam, gdzie było. Głęboko w lesie. W związku z tym, z przyczyn otwartowodnych, Duathlon w Ustce został moim startem A. Jedyny start w multisporcie w tym roku. Musiało być mocno. I nie da się ukryć, że mocno było. Mocno obsadzona była ekipa Endure Team. Mocno obsadzona była ekipa kibicująca (Monika z Heniutkiem inside, Mama). No i mocno obsadzona reprezentacja Andruszów (Arek i ja) 🙂 W takich okolicznościach nie zostało mi nic innego, jak zrobić porządny wynik.

O wynikach ekipy Endure Team wypadałoby napisać osobny wpis, bo koleżanka i koledzy zdominowali tabele wyników! Gratulacje dla wszystkich! A wpis w konkretnych wynikach zapewne popełnią Trenerzy, więc nie będę się wcinał w kompetencje 😉 Nie da się ukryć, że jako Endure Team byliśmy świetnie widoczni, nie tylko za sprawą wyników, ale też nowych strojów startowych. Stroje są fajne, zarówno pod względem wzorów, ale i wygody!

Startowałem na dystansie długim, który teoretycznie miał składać się z 10 kilometrów biegu, 40 kilometrów na rowerze i na dokładkę jeszcze 5 kilometrów biegu. Teoretycznie miał. Ale o tym za chwilę. Logistyka wyprawy do Ustki była skomplikowana, bo Heniek już teoretycznie jest „na wylocie” i trzeba było się na tą okoliczność zabezpieczyć. Wyprawka do szpitala, fotelik, takie tam. Oprócz tego nasze rzeczy (Mamy, Moniki i moje). I rower. Internetowy dostawca dał ciała i w ostatniej chwili napisał, że nie zdąży wysłać łap do bagażnika dachowego. Przez to w czwartek szukałem, gdzie w Trójmieście mogę je znaleźć. Na szczęście się udało! 🙂

Do Ustki pojechaliśmy dzień przed zawodami, żeby na spokojnie wszystko ogarnąć, wyspać się przed startem, etc. Pierwszy raz zabrałem ze sobą śniadanie w pudełku, żeby nie ryzykować tego co dają w hotelu. I to był dobry pomysł! Pojadłem jak trzeba i potem nie było żadnych problemów żołądkowych, podobnie z zapasem energii – było jej dosyć 🙂

Zakładka, zrobiona tydzień wcześniej, utwierdziła mnie w przekonaniu, że obmyślony plan na start jest dobry. Plan był prosty i ambitny, pierwszy bieg w tempie poniżej 4’/km. Rower na pierwszej pętli na ~240-250 watów, na drugiej na ~260-270 watów. Drugi bieg też poniżej 4’/km, a najlepiej na życiówkę na 5 kilometrów, czyli w tempie poniżej 3’48″/km. 😉 Rzeczywistość trochę te plany zweryfikowała.

Start nastąpił o godzinie 11. Pierwsze metry i czuję, że mnie ponosi. Szybki rzut oka na zegarek, tempo 3’35″/km, tego się nie da na razie utrzymać 😉 Strategicznie zwolniłem do założonego tempa i poleciałem jak należy. Na początku była spora grupka i zastanawiałem się, ile osób jest przede mną. W pewnym momencie zauważyłem, że ktoś biegnie z naprzeciwka – strój nie pozostawiał wątpliwości, to był Tomek Spaleniak. Znowu pierwszy 😉 Za Tomkiem widziałem kolejną osobę. Chwileczkę później jeszcze jeden zawodnik. No to pudło w open chyba się nie uda 😉 Dosyć blisko mnie było jeszcze trzech zawodników. I nikogo więcej! Byłem siódmy :-O W głowie siedziała jedna myśl: biegnij swoje, to jeszcze nie czas na ciśnięcie. Szczególnie, że to był dopiero trzeci kilometr… Konsekwentnie biegłem swoje. Na podbiegach skupienie na formie i pracy rąk i jakoś szło. Pierwsza pętla, a Garmin pokazuje tempo 3’58″/km. Dobrze, brawo ja! Teraz wystarczy tego nie zepsuć 😉 I się udało. Gdzieś po drodze wyprzedziłem jednego zawodnika, na jednym z podbiegów.

Druga pętla pierwszego biegu
Druga pętla pierwszego biegu

A propos, podbiegi. Przewyższenia według wysokości były śmieszne. Ale „konstrukcja” tych podbiegów była, hm, wymagająca. Już wtedy zdałem sobie sprawę, że życiówka na drugim biegu będzie trudna 😉 Jednak nie ma co uprzedzać faktów. Na razie dokończyłem drugą pętlę, w dobrym zdrowiu, niezbyt zmęczony. Średnie tempo 3’58″/km, zgodnie z założeniami. Czas 38’26”, szósty czas pierwszego biegu! Dystans wyszedł ciut krótszy niż planowane 10 kilometrów, ale jakoś mi to nie przeszkadzało 😉 Strefa zmian o wiele lepiej niż rok wcześniej w Przywidzu, więc nie będę narzekał. Wybiegam na rower. No właśnie, wybiegam, ale w butach rowerowych. Nie ogarnąłem wskakiwania na rower, to zamulam. Do poprawy!

Wybieg z T1
Wybieg z T1

Sam rower był pasmem zaskoczeń. Nawierzchnia była trudna. Najpierw sporo bruku, potem kiepskiej jakości asfalt, potem jeszcze ciutkę bruku. I w końcu fajny asfalt! Na początku asfaltu chciałem przycisnąć, szarpnąłem się i coś mnie zaczęło boleć w plecach. Bolało już do końca zawodów. Niestety, asfaltowe szczęście nie trwało długo, bo po jakimś kilometrze, czy może dwóch, okazało się, że trasa prowadzi na ścieżkę rowerową. Brukowaną, wąską, pokręconą i z piaszczystymi śladami po kałużach. Jako, że moja technika jazdy jest taka sobie (delikatnie określając), tempo nie było zbyt imponujące. Ścieżka się skończyła, chwila trochę lepszej nawierzchni i znowu kostka. Grrr, no jak tu pędzić?! Potem lewy zakręt (90 stopni), znowu trochę średniego asfaltu i wjazd do lasu. Tutaj mokry asfalt, ale tragedii nie ma to cisnę. Nagle zakręt! Cholera, mokro, przed chwilą trochę mi się koło poślizgnęło, więc zwalniam. Wychodzę z zakrętu, zaczynam cisnąć, a tu niespodzianka – nawrotka! Moment, moment, przecież to jakieś 5 kilometrów za szybko! Masakra. Trudno, trzeba jechać dalej i tyle. Powrót prawie tą samą trasą, zjazd ze ścieżki, na ten fajny asfalt, przez „kładkę” nad trawnikiem. Znowu prędkość poleciała, wrrrr! Potem znowu bruk, kiepski asfalt i nawrotka. Druga pętla bez większych zmian, ciut odważniej pojechałem. Nawet kogoś zdublowałem. 🙂 Czas roweru 53’47”, mimo mojego niezadowolenia, okazało się, że to piąty czas zawodów :-O

Koniec roweru jest już bliski!
Koniec roweru jest już bliski!

Zsiadłem z roweru i… znowu potuptałem w butach rowerowych. Bo wiecie, schodzenia z roweru też nie potrenowałem. Może to dlatego, że jestem niestabilny (na rowerze :-P) i się boję? 😉 Tak czy owak, do poprawy. Zadowolony byłem z odżywiania w trakcie . Na pierwszym biegu nie jadłem nic (zgodnie z planem), przed startem jedynie Bossmana podarowanego mi przez Konrada. Posłużył dobrze 😉 Na rowerze spożywałem moje węgle o smaku malinowym. Ze skrobi ziemniaczanej… 😀 Smak malinowego ziemniaka mnie kiedyś odrzucał, ale się przyzwyczaiłem do niego. No i najważniejsze, nie rozsadza mi po nim wnętrzności, tak jak po vitargo. Plan był taki, żeby na rowerze wypić cały bidon, ale gdy okazało się, że trasa rowerowa jest krótsza, to stwierdziłem, że nie ma co w siebie wlewać na siłę. I to była dobra decyzja, bo po wyjściu na drugi bieg nic nie chlupotało i nie wracało 🙂

Zaczynam drugie bieganie
Zaczynam drugie bieganie

No właśnie, drugi bieg. Plan był, żeby zrobić z tego BNP wedle sił. Pierwszy kilometr miał być 4’15”-4’10”, wyszedł w 4’10”. Supcio 🙂 Na drugim kilometrze był podbieg. Krótki, ale wredny. Jakieś 14 metrów w górę na odcinku 100 metrów i zaraz analogiczny zbieg. Potem 200 metrów do nawrotki i znowu ta kombinacja podbieg/zbieg. Masakra, miałem wrażenie, że na podbiegach się zatrzymuję… No i drugi kilometr wyszedł w 4’12”. Niedobrze, ale było do przewidzenia. Trzeci kilometr, pomimo podbiegu pod schody i nawrotki wyszedł w 4’05”. No jest progres! Za to czwarty kilometr mi dołożył… 4’21”! Ostatni w tempie 4’/km to było wszystko na co mnie było stać. Wyszło nienajgorzej, bo to był znowu szósty czas zawodów na biegu.

I do mety :)
I do mety 🙂

Ostatecznie, skończyłem na szóstej pozycji w open i na drugim miejscu w kategorii wiekowej. Czas sumaryczny 1 godzina 55 minut i 19 sekund.

Podium :D
Podium 😀
Drugie miejsce w kategorii wiekowej
Drugie miejsce w kategorii wiekowej

Podsumowując, zawody uznaję za udane. Zarówno osobiście, jak i zespołowo. No i, co najistotniejsze, rodzinnie. Startował przecież też mój brat Arek. Ciutkę mu pomogłem w przygotowaniach 🙂 Kibicowały nam Monika i Mama, których wsparcie było czuć na całej trasie. I miejscami też słychać i widać 😉

Mocny finisz Arka
Mocny finisz Arka

Słodko, słodko?

Po raz kolejny połączę dwie relacje. Jakoś tak nie mam weny na pisanie ostatnio. 😉 Dwie relacje, czyli dwa starty. Forma zwyżkuje, trzeba próbować. Pierwsza relacja, to gdyński Parkrun, pobiegnięty półtorej tygodnia temu. Generalna idea była taka, żeby przepalić nogę przed dyszką w Szemudzie. Pocisnąć na wyższej intensywności. W tym sezonie „coś” mi ciągle wypada i tęskniłem za jakimś normalnym startem, bez komplikacji, zjazdów i innych takich. Drugi start, to wspomniana dyszka w Szemudzie.

Parkrun. Do tej pory pobiegłem jeden, ustanowiłem życiówkę (19’11”) i tyle. Kusiło mnie, żeby pobiec w Rumi, bo blisko, ale Trener „zasugerował” (;)) Gdynię. Plan na bieg był prosty, zacząć mocno, skończyć mocniej. I przy okazji najlepiej zrobić życiówkę. A ideałem było by, gdyby z przodu pojawiło się 18″. Rano pogoda była fajna. Chmurki, wcześniej trochę popadało. Lekki (bardzo) wiatr, dosyć chłodno. No idealnie! Dojechaliśmy z Mysią w okolice Skweru Kościuszki, chwilę się pokręciliśmy (jak zwykle przyjechałem za szybko) i nadszedł czas rozgrzewki. I jednocześnie to był ten czas, kiedy słoneczko postanowiło jednak się pokazać. W ciągu 5 minut wilgotność była bardzo wysoka i już po samej rozgrzewce byłem kompletnie mokry. A rozgrzewka mega intensywna nie była 😉

Stwierdziłem, że nie złamie mnie trochę wilgotności. Plan został taki sam, polecieć mocno. Chwila oczekiwania na starcie i poszli! Pierwszy kilometr mocno (3’51”) – czyli dobrze. Teraz tylko nie spieprzyć i dokończyć, a zostały już tylko 4 kilometry 😉 Na drugim kilometrze złapałem plecy jednego z biegaczy, który trzymał fajne tempo. Trzymałem się go, w międzyczasie piknął drugi kilometr w 3’44”. Bomba! Mój zając niestety osłabł i tempo zaczęło spadać. No to lecę sam, ale jakoś tak ciężej idzie. Trzeci kilometr zrobiony w 3’50”, za wolno, jeśli chcę zejść poniżej 19′! Trzeba pociągnąć mocniej, skupienie na plecach zawodnika będącego sporo przede mną i gonimy. Czuję, że tętno wysokie (jak na mnie), czyli udało się rozkręcić. Kończy się czwarty kilometr i zegarek pokazuje 3’48”, no prawie! Teraz jeszcze pociągnąć ostatni kilometr i meta. I jest jeszcze szansa na osiemnastkę na przedzie 🙂 Biegnę, biegnę, ale coś zaczyna mnie odcinać. Tętno rośnie, ale prędkość nie. Trzymam co się daje i kolejny kilometr w 3’51″… Za wolno. Na mecie czas 19’03”, 8 miejsce. Życiówka, ale delikatnie za wolna… Ale zmusiłem się do wysiłku i coś się odetkało. A na mecie wyglądałem, jak by mnie ktoś potraktował z węża strażackiego 😉

W temacie zmuszania się do wysiłku. Odpocząłem parę minutek na mecie i przyszedł czas na dokończenie treningu. Sam start, to była rozgrzewka. Potem jeszcze było 5 kilometrów w drugim zakresie, ale z tętnem poniżej 160 (poszło po 4’14″/km, gdyby nie ten kaganiec na tętno to… ;)) i 2 kilometry schłodzenia. Dałem radę, bez uszkodzeń, bez strat własnych. No po prostu poszło dobrze. I nawet szybciej, niż się spodziewałem 🙂

Na mecie wyglądałem o tak:

Meta Parkrun (fot. Przemek Dalecki)
Meta Parkrun (fot. Przemek Dalecki)

Drugi bieg, to Kaszubski Bieg Lesoków na 10 kilometrów w Szemudzie. Trasa po kaszubskich góreczkach. Siedem kilometrów asfaltu i trzy po lesie. Bieg o tyle ciekawy, że startował w nim też mój brat. To był sprawdzian, gdzie jesteśmy z przygotowaniami do duathlonu w Ustce. Sprawdzian, który wyszedł całkiem dobrze 🙂 Plan był taki, żeby pobiec całość w pałkę. A potem zobaczyłem profil trasy 😉 Według profilu (https://www.gpsies.com/map.do?fileId=yloytiatqznuepoo) pierwsza połowa trasy była przeważająco pod górkę, druga przeważająco z górki. Podbiegi na prawie całym trzecim oraz od 3,8 do 4,1 kilometra miały być bardzo wymagające. Oto jest szansa na odwet na górkach za Nocny Bieg Świętojański! Standardowo, przyjechaliśmy za szybko (;)), więc po odebraniu pakietu startowego trzeba było się pokręcić i pozamulać, zanim można było zacząć rozgrzewkę. Rozgrzewka standardowa, najpierw trochę biegania w tlenie, potem kilka przyspieszeń na rozruszanie i na koniec chwila truchtu.

Stanęliśmy z Arkiem na starcie, Monika, Mama i Zosia (najmłodsza córka Arka) zostały przy mecie, żeby dopingować na finiszu. Ustawiłem się bardziej z przodu, żeby tym razem nie musieć wyprzedzać tłumów. Jakoś zawsze staję za daleko, zakładając, że zaraz mnie całe stado ludzi będzie musiało wyprzedzać, a nie chcę innym utrudniać… Efekt jest taki, że tracę czas na początku dystansu, bo zostaję za plecami ludzi, którzy jednak biegną wolniej niż ja. I, niestety, znowu tak było, chociaż na szczęście tym razem nie tak bardzo jak zwykle. Zmodyfikowany plan mówił, że na zbiegach ma być szybko, na podbiegach mocno, a od 5 kilometra bieg w pałkę. Pierwszy kilometr w 3’45″/km. W tym kilka sekund stracone na wyprzedzanie. Na drugim kilometrze było ciut więcej podbiegania, ale było też zbieganie, więc wyszedł w 3’54”. Trzeci kilometr miał być hardkorowy, więc postanowiłem podejść rozważnie. Ostatecznie, Garmin pokazał 26 metrów do góry na dystansie kilometra i to wszystko w czasie 4’09”. Masakry nie było, żeby nie powiedzieć, że było za wolno. No ale przecież to nie mogła być już _ta_ górka… Za lekko się biegło! Kolejny kilometr, znowu i ze zbiegiem i z podbiegiem, i już częściowo w lesie, wyszedł w 4’01”. Piąty kilometr wyszedł najwolniej (4’15”), mimo że był relatywnie płaski (16 metrów w górę, 8 w dół). Nawierzchnia nie pomagała. W nocy sporo popadało, było mokro i grząsko. Ciężko się wyprzedzało, jak pomiędzy kałużami była ścieżka tylko na jedną osobę 😉 Gdy zobaczyłem znacznik szóstego kilometra dotarło do mnie, że górki już nie będzie i nie ma się co oszczędzać. Pomimo biegania po drodze leśnej przyspieszyłem i szósty kilometr wyszedł w 4′. Gdy skończył się las, można było pocisnąć. Siódmy kilometr w 3’55”, ósmy w 3’40”. Na dziewiątym kilometrze był podbieg, który na początku dystansu był zbiegiem. Wiedziałem, że pewnie zaboli i zabolał! Gdy go podbiegałem czułem się lekko przykurczony, no ale meta już blisko. Ten kilometr w 4’08”. Na dziesiątym kilometrze najpierw zbieg, potem podbieg i płasko do mety. Niby już nie mogłem, ale cisnąłem. Wbiegłem na metę z czasem 39’22” i wiedziałem, że coś jest nie tak z dystansem, bo coś za szybko ta meta się pojawiła. I faktycznie, Garmin pokazał 9,91 kilometra. Średnie tempo z całego biegu, według zegarka, to 3’58″/km. Czyli na całą dychę wyszło by ~39’40”. Przy tym profilu trasy – super! Owszem, można było ciutkę jeszcze pocisnąć, ale mnie górki zmyliły i się bez sensu oszczędziłem 😉 Zająłem 22 miejsce w open i 7 w kategorii. Nie tak źle 🙂

Na mecie dychy wyglądałem tak:

Już prawie meta w Szemudzie (fot. Zosia Andrusz)
Już prawie meta w Szemudzie (fot. Zosia Andrusz)

Podsumowując oba starty, to były dobre biegi. Dobrze zrobiły na głowę. Coraz lepiej wychodzi mi bieganie na wysokich intensywnościach, przynajmniej na zawodach. Z negatywów, żeby nie było tak zupełnie słodko, pojawiła się kontuzja mięśnia gruszkowatego. Podejrzewam, że przez złą technikę biegania po błocie. Skubany utrudnia siedzenie i leżenie. Jak na razie, dwa dni rolowania, masowania i rozciągania dają pozytywne efekty. Liczę na to, że jutro normalnie pójdę pobiegać. Szczególnie, że Trener wrzucił fajne zadanie 🙂

Na koniec jeszcze, pięknie dziękuję dziewczynom (Monice, Mamie i Zosi) za kibicowanie i wsparcie! Jak zawsze, dodało mocy 🙂

Lębork, Puck, ileż można napsuć? ;)

To pierwszy raz, gdy podsumowanie będzie dotyczyło dwóch startów. Pierwszy, 10 km w Lęborku, miał być przetarciem przed półmaratonem w Pucku. Do Lęborka udaliśmy się w składzie Monika, Mama i ja 🙂 Na rozgrzewce czułem, że coś jest nie tak. Było ciężko, przyspieszenia były wolne, trucht na koniec bardzo mnie zmęczył. Założenia na start były proste, pierwsze 5 km w tempie ~4’/km, a potem bieg w pałkę. Wyszło inaczej. Temperatura dała się trochę we znaki, podobnie jak mały defekt organizmu. Skutek był taki, że pierwsze 5 km było jak założone, a potem było coraz wolniej. Ostatecznie dotarłem na metę w czasie 40’17”. A chciałem co najmniej minutę szybciej. No nic, przetarłem się, potraktowałem ten start jako BC2/3 i powróciłem do treningu.

Bieg w Lęborku był w sobotę, w niedzielę było pływanie OW (dalej tragicznie to idzie) i regeneracyjny rower. W poniedziałek bieg, który zawsze lubiłem. Luźne 1h30′ w tlenie. Wyszło tragicznie. Szczególnie pierwsze 30 minut. Potem już jakoś szło. Wtorkowy rower też tak sobie, podobnie jak środowe bieganie.

Przełom przyszedł w czwartek. Przed bieganiem wziąłem leki i nagle odpaliło. OWBI wskoczyło na standardowe tempo, tętno zaczęło funkcjonować jak trzeba. Pojawiła się nadzieja na sobotę 😉 Piątkowy rozruch biegowy tylko to potwierdził!

Sobota. Pełen werwy pojechałem z ekipą kibiców (Monika, Mama, Zosia) na miejsce. Zjadłem sobie posiłek przedstartowy (standardowy ryż z dodatkami – było go ciut za mało, jak się potem okazało) i poszliśmy trochę pospacerować po Pucku. Koło 14 zjawiliśmy się na stadionie, gdzie był zlokalizowany start (i meta też). Przyjęcie leków, 15 minut przerwy, rozgrzewka i… jest super! Duży luz na początku rozgrzewki, spoko tempa na przyspieszeniach. W głowie pojawiło się, że zapewne dobiegnę w 1h25′ lub szybciej. Plan minimum to przybiec poniżej 1h30′. No bo wolniej to już by było słabo.

Na starcie pojawił się Paweł, też z Endure Team, dla którego ten start był powrotem po roztrenowaniu. Chwilę pogadaliśmy i okazało się, że celujemy w ten sam zakres czasowy. No, Paweł trochę ambitniej 😉 Chociaż nie powiem, chodziła mi po głowie życiówka, z tym, że zdawałem sobie sprawę, że ta trasa będzie dosyć trudna. I nie chodziło mi o kwestię pogody, bo ta w miarę dopisała – wiatr mi powoli przestaje „robić”, bo praktycznie zawsze biegam przy wiejącym dosyć mocnym wietrze. A tych parę momentów, gdzie prażyło słoneczko, było do przeżycia. Największym problemem, dla mnie, była nawierzchnia. Asfalt na sporej części trasy był byle jaki, trochę szutrów, płyty rozmaite. Jedynie odcinek leśny mnie nie martwił, bo po lesie lubię biegać 😉 Ale te wcześniej wymienione kawałki… Dość napisać, że bolą mnie aktualnie stawy skokowe, a to zdarza się rzadko.

Ustaliliśmy z Pawłem strategię, żeby początek pobiec spokojnie, bo miało być pod górę (i było). Tempa od 4’05″/km przez pierwsze 3 km, potem lekko docisnąć, żeby na 10 km być poniżej 40′ (udało się). Z trzymaniem tempa było chwilami ciężko („Ej, znowu za szybko lecimy” ;)), ale ogólnie wyszło. Wg zegarka 10 km zrobiłem w 39’48”. Na sporym zapasie. A przecież w Lęborku, na łatwiejszej trasie (płaskiej) było 40’17”. Byłem poważnie zajarany! I wtedy, ni z tego, ni z owego, spięło mi brzuch. Najpierw z prawej strony, chwilę później całą górną partię mięśni brzucha miałem spiętą. Nie mogłem głęboko oddychać, de facto hiperwentylowałem, oddech bardzo się skrócił 🙁 Paweł poleciał leciutko dalej, a ja wtedy uświadomiłem sobie, że zrobiłem zupełnie głupi błąd, za który teraz przyjdzie mi zapłacić… A wystarczyło pamiętać, żeby połknąć no-spę przed startem. Ech. I tempo z ~4’/km spadło do ~4’12″/km przez kolejne dwa kilometry. Potem spadało dalej. Na 15 i 16 kilometrze były spore podbiegi, ale to nie uzasadniało biegania po 4’40″/km! Na punkcie odżywczym chwilę przed 17 kilometrem podjąłem decyzję, że na chwilę stanę, spokojnie się napiję i obleję wodą, lekko się rozciągnę i dopiero pobiegnę dalej. Pomogło o tyle, że lewa strona brzucha odpuściła i udało mi się ustabilizować tempo na prędkości ~4’20″/km. Czasami próbowałem trochę jeszcze przyspieszyć, ale brzuch od razu zaczynał się znowu spinać po lewej stronie. Odpuściłem więc i biegłem swoje. I tak pozamulałem do mety, do której dotarłem w czasie netto 1:28:51. Czyli plan minimum udało się zrobić. Na dobiegu do mety nie wyglądałem nawet tak źle!

Forma nie taka zła! ;)
Forma nie taka zła! 😉

Na mecie wyłączyłem zegarek i prawie odpłynąłem. Chwilę pochodziłem, ale ostatecznie padłem:

Gleba :)
Gleba 🙂

Po kilku minutach doszedłem do siebie i postanowiliśmy się z Pawłem roztruchtać. Tempo szalone, 7’40″/km 😉 Po roztruchtaniu fotka!

Paweł i ja
Paweł i ja

Wypiłem trochę wody, zjadłem żurek, wyżarłem Monice i Mamie ogórki małosolne i pojechaliśmy do domu. I uznałem, że zasłużyłem, więc zjadłem sobie kawałek serniczka. 😀

Ogólnie bieg uznaję za udany. Pomimo głupiego błędu plan minimum został zrealizowany. Pozytywem jest to, że zidentyfikowałem rozwiązanie (tymczasowe, bo trzeba zrobić diagnostykę i znaleźć rozwiązanie docelowe) swojego defektu (no, jednego z). Trzeba wyciągnąć naukę na przyszłość i nie zapominać o rzeczach ważnych. I byle do kolejnego startu, bo teraz może być tylko lepiej! Trening oddaje, Trener Tomasz doskonale rozplanowuje obciążenia i odpoczynek, więc na jesieni z półmaratonem zmierzę się ponownie. I tym razem celem będzie życiówka! A po drodze jeszcze Duathlon Ustka, na który plan mam ambitny, jeszcze tylko się Trenerowi przyznać… 😉 Jeszcze z rzeczy przyziemnych, wypadałoby wrócić z wagą w okolice 74-75 kilogramów, bo nadbagaż nie pomaga osiągać wyników.

Sztafeta triathlonowa w Starogardzie Gdańskim 2017

Ubiegły tydzień nie był dobry. W poniedziałek na bieganiu wiał taki wiatr, że mnie przewiało 😉 Efekt? Już po bieganiu zaczęło mnie pobolewać gardło. We wtorek rano gardło po prostu już bolało. W sumie zwykła sprawa, przeziębiłem się, teraz tylko tego nie pogorszyć. Zdecydowałem, że lekutki akcencik rowerowy zrobię na trenażerze. Nie lubię trenażera, ale jeszcze bardziej nie lubię chorować. A jeszcze bardziej nie lubię nie móc wystartować w zawodach, na które jestem zapisany. A odpuszczenie sztafety i zostawienie kolegów z brakiem jest po prostu niedopuszczalne. Zacząłem się więc kurować.

W środę było tak źle, że odpuściłem oba treningi (poranny basen i popołudniowy akcent rowerowy). Czwartkowa siła biegowa, na którą bardzo czekałem (pierwszy raz miała być dłuższa!), też przeszła mi koło nosa. W piątek, zamiast na basen poszedłem do lekarza. Diagnoza – zapalenie gardła. Wiadro leków do połknięcia i stwierdzenie, że „w niedzielę powinien być pan gotowy”. No dobra, to grzecznie do domu. Jedyne przerwy w wypoczynku były na lekkie pedałowanie na trenażerze w piątek i sobotę. Treningów i tak nie nadrobię (i nie należy nadrabiać, nie tędy droga), więc skupiam się na zdrowieniu.

Czas na trenażerze spędzam, oprócz oglądania filmów, na rozmyślaniu odnośnie strategii na niedzielny start. Start to sztafeta na dystansie 1/4 IM. Marek płynie, ja pedałuję, Paweł biegnie. W głowie podstawowa myśl, nie dać ciała. A danie ciała mogło objawić się na kilka sposobów. Dwa główne? Pierwszy, spalenie się na starcie i zamulanie przez resztę trasy. Drugi, pojechanie za słabo i dojechanie do mety ze sporą rezerwą. Utrudnieniem w tej sytuacji była choroba. Nie było możliwości, żebym jej nie odczuł. Po długich przemyśleniach wymyśliłem!

Strategia/plan na rower w sztafecie 1/4IM, przy założeniu czasu pomiędzy 1 godziną i 15-20 minut:
1. Rozgrzać się przed startem (biegowo)
2. Po odebraniu czipa od Marka pobiec na belkę, wsiąść na rower, nie zaliczyć gleby i nie zrobić nic głupiego przy wsiadaniu (wskakiwanie, etc. – nie ćwiczone, to nie ma co ćwiczyć na zawodach).
3. Pierwsze 10 minut pojechać z tętnem poniżej 130 bpm. W teorii da to 5km.
4. Kolejne 10 km pojechać z tętnem poniżej 140 bpm.
5. Kolejne 10 km pojechać z tętnem poniżej 150 bpm.
6. Kolejne 20 km pojechać w pałkę.
7. Dojechać do mety nie tracąc zbyt wielu pozycji po drodze.

Plany… Fajna rzecz. W tym przypadku plan sprawdził się tak, jak to napisał Lee Child w książce „61 hours”:

Plans go to hell as soon as the first shot is fired. – Jack Reacher

Ale po kolei! Rower w strefie, ja rozgrzany, Marek już płynie. Czekam niecierpliwie, którzy będziemy po etapie pływackim. Przybiega pierwszy pływak ze sztafet i pierwszy rower znika ze strefy. No dobra, cierpliwości, Marek zaraz będzie. I faktycznie! Jest! Drugi pływak pośród sztafet! Czad. Ręce mi się trzęsą, gdy odbieram czipa i zakładam go na swoją nogę. Szybkie sprawdzenie, czy trzyma się dobrze, przybicie piątki i truchtam na blokach w kierunku belki. W głowie powtarzam punkt 2 z planu. Udało się, odpaliłem zegarek i wsiadłem na rower. Ruszam…

Czas na punkt trzeci z planu opisanego wyżej. Patrzę na aktualne tętno i… zaczynam się śmiać. Ledwie wsiadłem na rower, a tętno już prawie 150 🙂 Od razu przypomniał mi się powyższy cytat Reachera. Dobre, dobre! No nic, zostało zmodyfikować plan. Na początku chciałem znaleźć kogoś, kto będzie jechał tempem takim, że będę mógł mieć ją/go z przodu (ale bez draftowania) i mieć jako punkt odniesienia. Szybko jednak okazało się, że nic z tego. Tu ktoś mnie łyknął na zjeździe tylko po to, by pod najbliższy podjazd zamulać. No to zmieniamy plan. Wracamy do tętna, ale z małą modyfikacją: pierwsze 25 km przejechać z tętnem poniżej 150 bpm, a potem plan jak wcześniej. Czyli pomijam punkty 3, 4 i przechodzę do punktu piątego.

Wytrzymałem do 20 kilometra i poczułem, że mogę przyspieszyć ciut wcześniej, że mam dosyć sił, że nie przestrzelę. Trochę docisnąłem, wyprzedziłem kilka osób. Na 25 kilometrze stwierdziłem, że czas przejść do punktu 6. Zacząłem mocniej pracować naciskając na pedały. Chwilami nachodziło mnie zwątpienie, że może jadę za mocno i zaraz spuchnę, ale potem poprawiałem pozycję na rowerze i mówiłem sobie w głowie „a takiego!”. I cisnąłem dalej 🙂 Do mety etapu rowerowego dotarłem w 1 godzinę, 13 minut i 9 sekund. Czyli lepiej, niż było zakładane, zanim zachorowałem! Zacnie!

Przekazałem czipa Pawłowi, który wyrwał jak wystrzelony z rakiety. A ja zacząłem wracać do rzeczywistości. Co teraz ze sobą zrobić? Chwilę pokręciłem się przy rowerze, wziąłem bidon z wodą. Poszedłem do płotu pogadać chwilę z Moniką. Doszedłem do wniosku, że nic po mnie w strefie zmian, więc zostawiłem buty wpięte w pedały, kask na rowerze i poszedłem kibicować, z Moniką oraz rodziną Pawła, na trasę biegową. Zajarany byłem jak gwizdek! Na nawrotce pętli biegowej okazało się, że Paweł ma jakieś 10-15 sekund straty do jedynej sztafety, która przybyła przed nami. Czyli nie dałem się żadnej innej sztafecie wyprzedzić, wstydu nie ma 😉 Co więcej, tempo Pawła wskazywało, że najwyższy stopień podium jest nasz! Naprawdę, musiał by się zdarzyć cud, żeby ktoś nas wyprzedził. 🙂 Ostatecznie mieliśmy drugi czas pływania, drugi czas rower i pierwszy czas biegu pośród sztafet.

W międzyczasie okazało się, że nasi Trenerzy też sobie dobrze radzą („też” ;)). Tomek był na prowadzeniu w generalce. Marcin bardzo blisko za Tomkiem. Ostatecznie wyszło tak, że Tomek wygrał kategorię Open, Marcin drugi w kategorii M3. A my pierwsi pośród sztafet 🙂

Tak wyglądał Paweł, gdy wbiegał na metę:

Paweł wbiega na metę!
Paweł wbiega na metę!

A tak wyglądaliśmy w trakcie dekoracji:

Dekoracja sztafet 1/4 IM Starogard Gdański 2017
Dekoracja sztafet 1/4 IM Starogard Gdański 2017

Radość była wielka 🙂

Podsumowując, ten start zaliczam do udanych. Po pierwsze, zaprocentowała zmiana pozycji, którą zasugerowali trenerzy w trakcie Endure Camp Gniewino. Przesunąłem się do przodu i jeździ mi się lepiej. Po drugie, nie do pominięcia jest aspekt zmiany techniki pedałowania, co również wyszło na obozie w Gniewinie. Te dwie zmiany przełożyły się na brak bólu siedzenia w trakcie jazdy 😉 Wcześniej po około 30 minutach ból zaczynał być bardzo dokuczliwy, a po godzinie był już nie do zniesienia. Trzecia rzecz, to zmiana rodzaju treningu. Tomek zupełnie inaczej układa trening rowerowy, który, jak widać, działa na mnie bardzo dobrze. Po czwarte, sam zaskoczyłem siebie (Trenera przy okazji) tym, jaką moc byłem w stanie wygenerować i to pomimo choroby! Wyszło 261 watów mocy znormalizowanej (3.2W/kg). Takiej mocy nie spodziewałem się po sobie nawet wtedy, gdybym był zdrowy.

Kolejnym aspektem tych zawodów jest to, że dodatkowo pobudzony został mój wielki głód startu w triathlonie. Po zejściu z roweru czułem, że był bym w stanie przebiec jeszcze te 10,5 km ze średnim tempem co najmniej w granicach 4’20”-4’30″/km. To też skutek zmiany pozycji. Nogi były zmęczone, ale czułem, że mogą biec. A przecież dałem z siebie dużo! Tylko jeszcze to pływanie… 🙂

No właśnie, pływanie. Jedynym minusem tego startu jest to, że się znowu rozłożyłem. Nie jest zupełnie źle, ale straciłem głos, stan gardła się pogorszył, pojawiła się gorączka. Cóż, oznacza to tyle, że na razie ani w basenie ani w wodach otwartych się nie znajdę. A to niedobrze, bo powinienem w wodzie zamieszkać, żeby się z nią polubić. Uważam jednak, że plusy tego startu przewyższają wszystkie minusy. Wodę jeszcze nadrobimy! 🙂

Na koniec najważniejsze. Dziękuję Szanownej Małżonce mej za wsparcie i dzielne znoszenie tego, co jej zgotowałem i przed startem i w trakcie i po. Bez niej nie dał bym rady. Ta wiara we mnie naprawdę czyni cuda. 🙂 Podziękowania też dla Trenerów i kolegów ze sztafety. Musimy to powtórzyć! Ale może minus chorowanie 😉

Nocny Bieg Świętojański 2017

Nocny Bieg Świętojański 2017 – to miał być ciekawy start. I taki w sumie był. Bieg numer trzy w gdyńskim GPX. Zupełnie inna trasa, z premią górską (mocny podbieg). Start o 23:59, żeby było ciekawiej 😉

Dzień zaczął się od zaplanowanego rozruchu. Ot, w sumie jakieś 30 minut biegania. Ale to bieganie było masakryczne. Pociłem się jak dziki, wręcz się ze mnie lało. Biegało mi się ciężko, zero lekkości w nogach. I to pomimo zluzowania przed startem! To dobry prognostyk przed startem, bo zawsze jak mi się tuż przed startem źle biega, to potem idzie dobrze. Paradoksalnie więc, zły rozruch mnie ucieszył. 😉

W ciągu dnia starałem się jak najwięcej odpoczywać, unikać produktów spożywczych, które mogłyby sprawić problemy, etc. Ogólnie – relaks. No, poza pracą, bo roboty sporo. Ale na szczęście mogłem pracę zakończyć koło 17 i wtedy już zupełny luzik. Na chwilę nawet zalegliśmy z Małżonką, żeby relaks był pełniejszy 🙂 W okolicach 18:30 zacząłem przygotowywać posiłek przedstartowy, czyli standardowy ryż z miodem, bananem i cynamonem. Tylko z ilością chyba przegiąłem ciutek…

21:15 i wyjazd z domu. Spokojny dojazd na parking w okolicach startu/mety i spacerek do biura zawodów, żeby odebrać pakiet. W międzyczasie uświadomiłem sobie, że zapomniałem się „zakleić”. Niestety, jestem delikatnym chłopcem i łatwo zdzieram sutki. Oczywiście, plastra ze sobą nie wziąłem, bo po co? Na szczęście ratownicy medyczni obstawiający imprezę w plaster wyposażeni byli. Chwilę pożartowali, że plaster płatny i takie tam, ale potem plasterek udostępnili. Mina panów, gdy zrozumieli po co mi ten plaster i co sobie zaklejam – bezcenna 🙂 Następnie zrobiliśmy spacerek powrotny do auta, żeby sobie jeszcze posiedzieć i się porelaksować. O 23:20 zacząłem rozgrzewkę, potruchtałem (taaaa „truchcik”, tempo średnie z 3km wyszło ~4’33″/km), parę przebieżek i jeszcze chwilka truchtu w kierunku startu (tu już serio serio bardziej trucht). Chwila rozmowy z Mysią, buziak na szczęście i czas startować!

Moje założenia co do tego biegu krystalizowały się przez cały dzień. Wiedziałem jedno – chcę pobiec mocno. Pozostało zdefiniować, co to jest „mocno” 😉 Stwierdziłem więc, stojąc już na starcie, że pobiegnę na czuja, jak mnie nogi będą niosły. Start! Pierwszy kilometr w 3’45”. Mocno, ale jest dobrze, zarówno oddechowo, jak i fizycznie. Za chwilę miał się zacząć podbieg, ten hardkorowy, z premią górską. Ambitnie chciałem pobiec cały w tempie zbliżonym jak najbardziej do 4’/km. O naiwności! Całość mierzonego podbiegu, według pomiaru oficjalnego, zrobiłem w 6’11”. Najlepszy zrobił go w 4’40” – chyba nie miałem szans 😉 Do tego przegiąłem ten podbieg. Kawałek za połową poczułem, że mnie odcina. Miałem wrażenie, że zwieracze zaczynają puszczać. I jednocześnie czułem, że posiłek przedstartowy wraca na górę. Mocno mi się odbiło i poczułem, że zaraz poleci paw. Chyba faktycznie przegiąłem! Zwolniłem na tyle, żeby sensacje żołądkowe się nie pojawiały i truchtałem w górę. Oba kilometry podbiegu wyszło kolejno w 4’06” (nie tak źle) i 4’32 (tu już zgon) – mierzona premia górska była nieco krótsza. Gdy zaczął się zbieg ul. Małokacką myślałem tylko o jednym – rozluźnić się i pozwolić grawitacji zrobić swoje. Przy okazji „wyprostowałem” parę zakrętów, dzięki czemu skróciłem sobie dystans. Zbieg (kolejne 2 km), co mnie trochę zaskoczyło, zrobiłem szybciej niż zakładane tempo. Miało być po 3’45”, wyszło po 3’42”. Super! I do tego spadło tętno i już nie chciało mi się rzucać pawia 😉 Według oficjalnego pomiaru czasu pierwsze pięć kilometrów przebiegłem 19’45”. Na życiówkę się nie zanosiło.

Druga piątka składała się z trzech kilometrów lekko z górki i dwóch lekko pod górkę. Te z górki chciałem pobiec w tempie poniżej 3’50″/km, niestety mój żołądek miał inny pomysł. Gdy zwiększałem prędkość, wracały nudności. Utrzymywałem więc tempo, przy którym sensacji nie było i jakoś biegłem do przodu. Szósty kilometr w 3’52”, siódmy w 3’51”, a ósmy w 3’48”. Dziewiąty kilometr to powrót do podbiegania i, niestety, skończył mi się prąd. Ledwie 4’06”. A tu wypadałoby zrobić jeszcze mocny finisz… Ostatni, dziesiąty kilometr przebiegłem w 4’02”. Na mecie, zgodnie z tym co napisało mi Gdyńskie Centrum Sportu, pojawiłem się z następującym wynikiem:

Nocny Bieg Swietojanski z PKO Bankiem Polskim, Twoj czas netto 00:39:28, 110 miejsce Open M, 55 miejsce M30, gratulujemy, wiecej na gpx.gdyniasport.pl

Teraz czas na podsumowanie. Bieg był mocny, bardzo mocny. Dałem z siebie dużo i to czuję, szczególnie schodząc ze schodów. Być może mogłem lepiej to rozegrać strategicznie i nie zajechać się pod górkę. Wtedy pewnie nie było by problemów żołądkowych i starczyło by prądu na końcówkę. Ale chciałem pobiec w końcu odważniej, więc tak pobiegłem. Jestem z siebie zadowolony 🙂 Na bardziej płaskiej trasie pewnie urwałbym z tego wyniku 30-40 sekund. To teoria warta sprawdzenia, więc trzeba by poszukać płaskiej dziesiątki, żeby ją zweryfikować 😉 Może w ramach jakiejś sztafety triathlonowej? Do rozważenia! Praca wykonana z Tomkiem procentuje, forma rośnie, mimo przejściowych problemów zdrowotnych. Za tydzień zobaczymy jak forma rowerowa, bo startuję w sztafecie Endure Team na 1/4IM w Starogardzie Gdańskim. Trzeba będzie dorzucić do pieca! 🙂

Bieg Europejski 2017 w Gdyni

Bieg Europejski 2017 – relacja na gorąco 😉 Ten bieg mnie stresował. Od dwóch dni chodzę jak na szpilkach, jestem nie do życia. Z jednej strony zmartwienie, że kontuzja, która się ujawniła na obozie, może się odnowić w trakcie biegu. Z drugiej strony, miałem spore oczekiwania wobec tego biegu. Chciałem zejść poniżej 39 minut, nawet uwzględniając nową trasę. No i jeszcze Trener na dzień przed startem dołożył się do ciśnienia… 😉 Tak czy owak, napięcie zostało zbudowane. Dzisiaj z rana nawet nie miałem ochoty nic jeść – nerwy? 😉 Zjadłem owsianki na wodzie z łyżką miodu i uznałem, że wystarczy. W końcu to tylko bieg na 10 kilometrów, a nie maraton! 10 kilometrów to ja na głodnego, przed śniadaniem, zaraz po przebudzeniu i takie tam. A tu kurde stres jak przed pierwszym startem w życiu :-O

Pojechaliśmy na miejsce, chwilę połaziliśmy, złapaliśmy się z kolegami z Endure Teamu na wspólne zdjęcie – mało nas się złapało. Może nie tylko ja zestresowany byłem? Rzeczone zdjęcie:

Atmosfera gorąca, ale wiatr nie ;)
Atmosfera gorąca, ale wiatr nie 😉

Po zdjęciu rozgrzewka. Na rozgrzewce olśnienie – jest moc! Czyli może być dobrze! Te 39 minut są spokojnie w zasięgu! Rozgrzałem się solidnie, rozważyłem wizytę w toalecie, ale stwierdziłem, że nie ma potrzeby. Potruchtałem na start. Tam czekała na mnie Szanowna Małżonka, po chwili dołączyła też moja Mama 🙂 Mój najwierniejszy klub kibica 🙂 W tych warunkach to już w ogóle musiało się udać! Samopoczucie nagle wystrzeliło jeszcze wyżej. Do startu została minuta, czas skupić się na zadaniu.

Krótkie odliczanie i nastąpił start. Wyciągnąłem nauczkę ze startu w Przywidzu – nie miałem zamiaru dać się przestraszyć prędkości i odpuszczać na początku. Pierwszy kilometr jeszcze niepewnie, ale nie odpuszczam! Wyszło 3’49”, czyli tak jak Trener chciał, poniżej 3’50/km 😉 Drugi i trzeci podobnie, 3’48″/km – jest dobrze! I, co ważniejsze, jest luz w nogach, czyli można napierać. Czwarty kilometr w 3’50”, no rewelacja! Mentalnie nastawiłem się, że jeszcze kilometr spokoju (bo płasko) i jedziem pod górkę! Początek piątek kilometra to delikatne podciągnięcie tempa i… przepraszam za słownictwo, ale wszystko się zesrało. Spięło mi całą lewą stronę korpusu. Odcięło mi oddech… Piąty kilometr w 3’59”. Szósty, leciutko pod górę, w 4 minuty. Czuję, że biegnę prawie na bezdechu, nie mogę się rozluźnić. A tu akurat Świętojańska do góry… Tempo spada, a miałem je trzymać. Wyszło w 4’08”. Jest coraz gorzej, spięcie coraz większe. Kolejny, ósmy już kilometr, w 4’10”. Cały czas jestem wyprzedzany, coraz bardziej jestem zły. Nie tak miało być. Teraz miałem znowu przyspieszać, żeby wrócić w okolice 3’50″/km, a tutaj problem. Jest siła, żeby biec, ale oddychać nie jestem w stanie. Na dziewiątym kilometrze zszedłem do 3’59”, ale to był już maks tego, co mogłem zrobić. Ostatni kilometr w 4’02” i meta…

Dobiegłem i z tego jestem zadowolony. Dobiegłem poniżej 40 minut, więc to też dobrze. Ale przecież nie o to chodziło w tym biegu. Miało być minutę szybciej, a wyszło, zgodnie z wiadomością od organizatora, tak:

Bieg Europejski z PKO Bankiem Polskim, Twoj czas netto 00:39:47, 156 miejsce Open M, 70 miejsce M30, gratulujemy, wiecej na gpx.gdyniasport.pl

Masakra. Z jednej strony jestem zły i nieusatysfakcjonowany, ale… Z drugiej strony, czuję moc, w mięśniach był ogromny zapas. Rzut oka na wykres tętna i lekki szok. Średnie tętno 158… toć to ledwie mocniejszy drugi zakres. Tętno maksymalne 163, czyli się po prostu nie rozkręciłem. W sumie, to nic dziwnego, jak się nie może oddychać. Garminowy training effect to „szalone” 3.4, czyli niższe niż na mocnych treningach. Zalecany czas odpoczynku, to wg zegarka całe 22 godziny, ponownie zdecydowanie mniej niż po mocnych treningach.

Wniosek, a jakże, być musi! W poniedziałek spróbuję ogarnąć wizytę u fizjoterapeuty. Trzeba coś z tymi mięśniami zrobić. Trzeba w końcu to ogarnąć, żeby machnąć życióweczkę na 10 kilometrów. Bo to już jest męczące. I może jakiś Parkrun po drodze, żeby życiówkę na 5 kilometrów też poprawić.

Podsumowując, Bieg Europejski 2017 w Gdyni uznaję za jednocześnie udany i nieudany. Nieudany, z powodów oczywistych. Udany, bo trening przynosi efekty. Trener daje czadu, łącząc trening pływacki, rowerowy i biegowy w taki sposób, że we wszystkich trzech dyscyplinach jest spory progres. Teraz zostaje się ogarnąć „sprzętowo” i zacząć robić wyniki! 🙂 Teraz jeszcze trzeba przywrócić umiejętność biegania po górkach i możemy łamać 40 minut na Nocnym Biegu Świętojańskim, gdzie trasa będzie miała, hm, ciekawy podbieg 😉

Obóz Endure Team Gniewino 2017

Dzieje się! Po maści wszelakich rozterkach i stresach ostatnich czasów Małżonka wysłała mnie na obóz Endure Team w Gniewinie. To mój pierwszy obóz triathlonowy i zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Jedyne co wiedziałem, to że wytrenuję się do syta 😉

Pierwszy dzień zaczął się treningiem do samodzielnego wykonania jeszcze przed wyjazdem. Bieganie, w sumie 50 minut, bez szaleństw. Na początek OWB 1, 10 przyspieszeń i dokończenie OWB 1. W trakcie przyspieszeń, jak zwykle ostatnimi czasy, testuję jak zachowuje się pachwina przy większych obciążeniach. I dała radę, wszystko spoko. A prędkości na przyspieszeniach coraz solidniejsze – od 3’25″/km (pod wiatr ;)) do 3’06″/km (z wiatrem ;)).

Dojazd na obóz zajął jakąś godzinkę, bez napinania. Trochę przygód z zakwaterowaniem, musieliśmy poczekać, więc Trener zadecydował, że zaczniemy od treningu i zameldujemy się później. Pogoda nie rozpieszczała, więc padło na trenażery. Godzina i dwadzieścia pięć minut. Najpierw luźne kręcenie, potem dziesięć minutówek, znowu trochę kręcenia i potem przyspieszenia na luźnej nodze. Taaa, luźna noga na trenażerze… 😉 Ale pokręcone solidnie! Po treningu się zakwaterowaliśmy i był czas na obiadokolację. Jedzenie całkiem przyjemne, trochę pogadaliśmy i usłyszeliśmy co nas czeka kolejnego dnia.

Drugi dzień zaczął się basenem (o 6:30!). Moje przerażenie w wodzie było, delikatnie to określając, wielkie. Od początku dzikość w głowie, dzikość w ruchach, problemy z oddychaniem, generalnie panika. No ale z upływem czasu trochę odpuściło. Trenerzy dawali wszystkim wskazówki, na co zwrócić uwagę. Strofowali delikatnie, ale też nie szczędzili pochwał, tam gdzie to się należało 😉 Na koniec treningu, jak pływaliśmy na rękach w łapkach, zostałem przeniesiony na szybszy tor. Tam chłopaki już naprawdę wymiatali! I gdzie tam ja do nich? Na szczęście pływaliśmy już tylko w tych łapkach, więc jakoś dawałem radę. Licznik dystansu zatrzymał się na 2500 metrów.

Po powrocie do hotelu było śniadanie. Po śniadaniu chwila na regenerację (drzemka!), przed kolejnym treningiem – tym razem łączony rowerowo-biegowy. Po krótkiej rozgrzewce rowerowej trenowaliśmy przejście z roweru na bieg. Najpierw niezbyt długi, ale raczej intensywny rower, potem bieg w tempie na 5-10 km. I tak trzy razy. U mnie wychodziło na biegu bardziej tempo na 5 km, bo dychy (jeszcze) tak nie przebiegnę. Chociaż nie ukrywam, że będę próbował, na Biegu Europejskim w Gdyni, sprawdzić jak szybko aktualnie mogę pognać 😉

Obiad po pierwszym treningu stał się całkiem zabawną historią. Naszła nas ochota na pizzę. W recepcji polecili nam konkretną pizzerię – blisko, pięć minutek autem, zaraz przy drodze, na której jeździliśmy rowerami – więc się tam wybraliśmy. Na miejscu zdziwienie, bo lokal zarezerwowany w całości na wesele. Jednak obsługa powiedziała, że o ile na miejscu nie zjemy, to możemy dostać jedzenie na wynos. Szybka konsultacja i decyzja – bierzemy. Złożyliśmy zamówienie, usiedliśmy przy stole na zewnątrz i tak siedzimy, lekko marznąć. A w międzyczasie pojawia się coraz więcej gości weselnych 😉 Jeden z kelnerów stał w blokach startowych z powitalnym chlebem i solą, a jeden z obozowiczów (Marcin) co chwilę informował kelnera, że to jeszcze nie, że młodzi jeszcze nie dojechali 😉 Gdy dostaliśmy zamówienia stwierdziliśmy, że zjemy w hotelu, żeby nie przeszkadzać weselnikom, którzy już trochę dziwnie na nas patrzyli 🙂

Ostatni trening tego dnia miał być aktywną regeneracją. Można było wybrać rower lub bieganie. Jako jedyny wybrałem bieganie 😉 Słuchawki w uszy, spokojna muzyka i plan na luźne truchtanie. I tu zonk. Biegnę sobie luźno, ale zegarek pokazuje 4’48″/km. No kurde! Świadomie zwalniam i truchtam dalej. Słucham muzyki, pełen relaks. Zegarek sygnalizuje kolejny kilometr, patrzę, a tu 4’45″/km! Zaczynam być wkurzony, bo przecież miała być aktywna regeneracja, a tu nogi niosą. Z jednej strony, to muszę przyznać, nie czuję tego tempa jako obciążenia. Z drugiej, to jednak trochę za szybko na bieg regeneracyjny. No i tak biegłem sobie, walcząc z prędkością. Po 30 minutach stwierdziłem, że czas skończyć, bo cały czas się rozpędzałem. Szybki prysznic, oczekiwanie na powrót grupy rowerowej i czas na obiadokolację!

Kolejny dzień ponownie zaczął się od basenu. Tym razem od początku na mocniejszym torze :-O Przerażenie +500, bo przecież będę zamulał chłopakom… No i zamulałem, ale jakoś przeżyłem. Chłopaki też, mam nadzieję, że za bardzo nie przeszkadzałem! Pod koniec treningu czułem już spore zmęczenie. A tu jeszcze mocna zakładka w kolejce! Ale najpierw śniadanie i odpoczynek (w tym drzemka – ten element treningu lubię najbardziej ;)). Lekki lunch i o 14 start zakładki. Zadanie rowerowe ambitne, ale nie zabijające 😉 Cztery interwały po osiem minut na pięciominutowej przerwie. Po ostatnim interwale, bez przerwy, od razu na bieg. Bieg miał być BNP, podzielony na trzy części. Udało się przebiec dwie i jak mnie coś szarpnęło pod żebrami z lewej strony, to złożyłem się w pół. Masakra. Moc była, nogi podawały, a tu takie coś… Przez chwilę łudziłem się, że to może kolka, ale objawy się nie zgadzały. Zapadła decyzja – koniec treningu. Schłodzenie było truchtaniem w tempie powyżej 6’/km. Masakra, każda próba przyspieszenie kończyła się mocnym bólem pod żebrami. Zły, bardzo zły, koniec dnia treningowego. Potem jeszcze kolacja, trochę pogaduszek w gronie obozowiczów i czas spać. Bo rano ostatni basen!

Ostatni basen… Bolało mnie pod żebrami, bałem się tego treningu. Na początek rozpływanie, starałem się je robić bardzo delikatnie. Ból w żebrach był, ale do zniesienia i się nie pogarszał. Dalej też szło całkiem nieźle, ale chyba zacząłem w jakiś sposób asekurować, bo zaczął boleć mnie lewy bark. Trener regularnie dopytywał, czy wszystko OK – potwierdzałem, bo w sumie było dobrze, przynajmniej z żebrami 😉 Z barkiem w sumie też, bo zacząłem się starać wykonywać poprawne ruchy. Technika pływania, której się teraz uczę, jest o wiele prostsza do ogarnięcia, niż to, czego uczyłem się do tej pory. I chyba idzie mi coraz lepiej, patrząc po tempach i tętnie 😉 Po treningu pływackim było ostatnie śniadanie i czas się było pakować…

Aby uniknąć blokady dróg wynikającej z zawodów Cyklo Gniewino zapadła decyzja, że uciekamy do domów wcześnie. Jeszcze mała akcja z odpaleniem samochodu jednego z kolegów – nocny/poranny mróz z lekka dopiekł akumulatorowi 😉 Potem pożegnanie i jazda do domu. Po godzince byłem w domu i mogłem w końcu wyściskać Mysię! Niby tylko kilka dni, ale zdążyłem się solidnie stęsknić!

Podsumowując cały wyjazd, sporo potrenowałem w komfortowych warunkach. Tomek i Marcin zaopiekowali się nami, solidnie dali w kość, ale zarazem zadbali o to, żeby nas nie zajechać. Do tego wszystkiego poznałem fantastycznych ludzi i dużo się od nich nauczyłem. A to tylko kilka dni! Z chęcią pojadę na kolejne tego typu obozy, jeśli tylko będę miał taką możliwość 🙂 Wielkie dzięki dla Endure Team za świetną robotę, dla koleżanek i kolegów współobozowiczów za fajną atmosferę! I mam nadzieję, że Trener wybaczy żeśmy jojczyli troszkę na basenie… 😉

Bieg Niepodległości 2016

Dzisiaj 11 listopada (jeszcze), więc przyszedł czas zamknąć cykl Grand Prix Gdyni w biegach ulicznych. Gdyński Bieg Niepodległości 2016 traktowałem luźno, jako bieg sprawdzający moją kondycję. Kondycję, w której istnienie „z lekka” wątpiłem 😉 Po niedzielnym biegu BNP, który miał mnie troszkę odmulić, zakładałem, że jeśli pobiegnę poniżej 42 minut, to będzie sukces. Wyszło zdecydowanie inaczej.

Na sam bieg wyszliśmy późno. Zbyt długo zamulałem z zebraniem się. Nie chciało mi się biec (znowu!). Tym razem dlatego, że obawiałem się wyniku. No nic, jak już ruszyłem tyłek, to można się przebiec. Najwyżej, jeśli będzie kicha, to zejdę z trasy. Rozgrzewka, ze względu na późne wyjście, musiała zostać skrócona. W sumie to nic nie szkodzi, bo przecież i tak będzie kicha, nie? Na start dotarłem 3 minuty przed sygnałem z Błyskawicy, który miał rozpocząć bieg. Ustawiłem się z tyłu swojej strefy, żeby nie przeszkadzać innym.

Jest sygnał, więc ruszam. W głowie siedzi, żeby pobiec początek luźno i zobaczyć jak się będzie biegło. Pierwsze 300 metrów, spojrzenie na zegarek: 3’52″/km. Za szybko, mimo że nie czuję, żeby było szybko. No ale to początek, więc trochę odpuszczam. Pierwszy kilometr w 4’02”. Kolejny w 3’56”. Jak na razie jest spoko. No to trzymam tempo. Skupiam się na tym, żeby rozluźnić górne partie ciała i pilnować kadencji. I nie pędzić, bo Świętojańska przecie…

Jestem zdziwiony, bo wyprzedzam… Zaczyna się podbieg na Świętojańskiej, rzut oka na zegarek i widzę tempo 4’20″/km. No trudno, będzie wolno, ale tym razem się nie zajadę. Może uda się coś szybciej pobiec na koniec, jeśli zostaną mi siły. Dopiero później, gdy sprawdzałem czasy poszczególnych kilometrów na zegarku, okazało się, że jednak przyspieszyłem pod Świętojańską i pokonałem ją ze średnim tempem 4’05″/km, zacnie! Potem już tylko zbieg al. Piłsudskiego, gdzie Fenix ześwirował i pokazał czas ósmego kilometra 3’39″… ponad 200 metrów przed flagą oznaczającą, że zostały dwa kilometry. Przełączyłem zegarek, żeby pokazywał aktualny czas biegu i wyszło, że na ósmym kilometrze mam 5 sekund zapasu. No to wystarczy utrzymać tempo w okolicach 4’/km i będzie poniżej 40 minut, co jeszcze 32 minuty wcześniej wydawało mi się niemożliwe. Trzymałem to tempo, mimo że sporo ludzi mnie wyprzedzało, ale chciałem po prostu dobiec.

I dobiegłem. Czas netto na mecie: 39’42”. Czyli udało się pobiec całkiem sporo poniżej 4’/km 😀 Nie spodziewałem się takiego wyniku, mimo że Monika w to wierzyła. Przed startem powiedziała mi, że sam się zdziwię jak dobrze mi pójdzie i miała rację, skubana! Trzeba się chyba Szanownej Małżonki słuchać… 😉 Tak czy owak, Bieg Niepodległości 2016 to ostatni start w tym roku. Teraz czas popracować nad formą na wiosenny maraton w Gdańsku. Jest nadzieja, że wstydu nie będzie 😉

Półmaratonowy wypad do Koszalina

Spędziliśmy z Moniką romantyczny weekend w Koszalinie 😉 Romantyzm wypadu polegał na tym, że w sobotni wieczór za oknami hotelu grały sobie (chyba) juwenalia Politechniki Koszalińskiej, jakieś takie piosenki o wymianie na nowszy model, czy coś 😉 A tak serio, to wypad do Koszalina był w celu sportowym. Konkretnie miałem tam pobiec półmaraton. Jak się okazało, to był pierwszy półmaraton w tym mieście, zorganizowany z okazji 750-lecia Koszalina.

Start wypadł w maksymalnym pod względem obciążenia tygodniu mezocyklu. To oznaczało, że startowałem trochę zmęczony, po całkiem sporym wysiłku treningowym w tym tygodniu. Tak, wiem, to brzmi jak wymówki słabego biegu, pewnie poniekąd tak jest. Wymówek jest zresztą więcej. Pogoda była słabo biegowa. Słońce ostro świeciło, wiał ciepły wiatr, który nie dosyć, że nie chłodził, to najczęściej wiał prosto w twarz na podbiegach. Wymówki, wymówki… 😉 Ogólnie, to marzyłem sobie, że uda się dobiec z czasem poniżej 1 godziny i 25 minut.

Mając na uwadze, że ten start był mocno treningowy, odpuściłem bawienie się w załatwianie mojego standardowego śniadania w hotelu. Zdecydowałem się zjeść to co dadzą i już. No i pochłonąłem parę kanapek z żółtym serem i dżemem, bo jakoś tak nabrałem ochoty na tą kombinację, jak zobaczyłem co jest dostępne w śniadaniowym bufecie. Po śniadaniu spakowaliśmy wszystko do auta, przeparkowaliśmy je bliżej startu/mety biegu i poszliśmy na start. Nastrój był, hm, leniwy, ale ekscytacja przedstartowa była 😉

Stres przedstartowy ;)
Stres przedstartowy 😉

Już po obejrzeniu profilu trasy wiedziałem, że życiówki nie zrobię. Na trasę składały się dobieg (1,1 km) i potem 4 pętle po 5 kilometrów. Niby dużo tych podbiegów nie było, niby nie były jakieś duże, ale i tak potrafiły zmęczyć. Mapkę, wraz z profilem, można obejrzeć poniżej.

Trasa Półmaratonu Koszalin
Trasa Półmaratonu Koszalin

Trenerka zaordynowała 10 minut truchtu jako rozgrzewkę, więc pozyskałem buziaka (zdjęcie poniżej ;)) i poleciałem truchtać. Tempo truchtu nie powalało i nie wróżyło najlepiej. No było gorąco, no! W sumie to obawiałem się, że ten wypad do Koszalina ostatecznie nie będzie miał zbytniego sensu, bo wyniku i tak nie zrobię.

Buziak przedstartowy
Buziak przedstartowy

O godzinie 10 miał miejsce start honorowy, po czym potruchtaliśmy (półmaratończycy) na miejsce startu ostrego. Tu przydałoby się wspomnieć, że na tej samej trasie miały miejsce na raz dwa biegi. Półmaraton oraz Bieg Wenedów (na koszulkach przerobiony na Bieg Wendetów) na dystansie 10 kilometrów. Pierwszy, o 10:05 startował bieg na 10 kilometrów, 3 minuty później, w innym miejscu (1,1 km za miejscem startu dziesiątki). To niestety oznaczało, że w trakcie biegnięcia trzeba było wyprzedzać wolniejszych biegaczy z krótszego dystansu.

Pomny tego, jaka jest pogoda, oraz mając z tyłu głowy profil trasy, zdecydowałem pierwszą pętlę pobiec zachowawczo. Decyzja fajna, szkoda, że słabo szła realizacja 😛 O ile pierwszy kilometr poszedł w miarę z planem (4’04”), to kolejny już był zbyt mocny (3’50”). Na szczęście zauważyłem co się dzieje i trochę zwolniłem. Pierwszy podbieg pobiegłem swobodnie, pilnując tylko kadencji. Perspektywa, że pobiegnę tamtędy jeszcze 3 razy nie wywoływała entuzjazmu 😉 Drugi podbieg, który prowadził do mety, był krótszy i po dosyć długim zbiegu, więc był zdecydowanie łatwiejszy. Po zaliczeniu pierwszej pętli miałem już pewność, że 1 godzina i 25 minut pozostaną w sferze marzeń. Teraz już tylko chciałem zmieścić się w półtorej godziny.

Najważniejszą rzeczy stało się pilnowanie kadencji. Wiedziałem, że jeśli ona będzie dobra, to przebiegnę w zmodyfikowanym czasie. Na samym starcie popełniłem, nie po raz pierwszy zresztą, błąd polegający na ustawieniu się zbyt daleko od początku stawki. Spowodowało to tyle, że od samego początku musiałem wyprzedzać wolniejszych i nie mogłem się podpiąć pod jakąś grupkę biegnącą tempem zbliżonym do mojego. Gdybym to rozegrał inaczej, to pewnie bym się podholował na lepszy czas. A tak, to ciągle wyprzedzałem, bo w międzyczasie dogoniliśmy biegnących dychę. Starałem się po prostu biec swoje, ale konieczność ciągłej zmiany toru biegu nie służyła trzymaniu równego tempa.

Pod koniec drugiego kółka, po zbiegu przed podbiegiem do mety, zaczęło mnie boleć prawe kolano. Monika zauważyła moją zbolałą minę i się zaniepokoiła. Mimo bólu mogłem biec, więc biegłem. Na trzeciej pętli wiedziałem już, że zgrzało mi czaszkę i będzie bolało 😉 Skupiałem się ciągle na kadencji, oddech mi się wyrównał. Miałem też wrażenie, że i tętno się ustabilizowało. Cały czas wyprzedzałem, ale nie miałem pojęcia, które miejsce zajmuję. Dogoniłem i wyprzedziłem dwóch zawodników, który na pewno był przede mną. Cały czas liczyłem, że zmieszczę się w pierwszej dwudziestce!

Na ostatniej pętli ilość ludzi mocno się zmniejszyła, więc zacząłem się orientować, że niedaleko jest dwóch zawodników, których mogę jeszcze dogonić. Jednego z nich, jak się potem okazało, z niższej kategorii wiekowej (18-29) przegoniłem na tym dłuższym/cięższym podbiegu. W zasięgu wzroku był i drugi zawodnik. Pod koniec podbiegu byłem już tuż za nim. Jak się zrobiło płasko, to postanowiłem podciągnąć i wyprzedzić. Udało się! Niestety, na zbiegu, gdy ja się rozluźniałem, kolega przyspieszył i mnie wyprzedził. Na moje szczęście, za chwilę był krótki podbieg, więc znowu przyspieszyłem i to ja ponownie byłem z przodu. W tej konfiguracji dobiegliśmy do ostatniego zbiegu przed metą i ponownie zostałem wyprzedzony. W głowie powiedziałem sobie, że trudno, odpuszczam przecież jedno miejsce różnicy mi nie zrobi… Ale na podbiegu znowu okazałem się szybszy. Moje nogi powiedziały, że będzie mocny finisz. Gdy zrównałem się z nim po raz kolejny, rzuciłem (niby od niechcenia) „ale szybciej to już nie biegniemy, co?”, po czym resztką sił wyrwałem do przodu. Na odcinku jakichś 300 metrów wypracowałem 8 sekund przewagi! Na mecie podziękowałem koledze za walkę. Bieg ukończyłem z czasem netto 1 godzina 27 minut 26 sekund i 40 setnych. Potem jeszcze kilometr truchtu na schłodzenie…

Po schłodzeniu
Po schłodzeniu

Podeszła do mnie Monika, dziwnie uśmiechnięta od ucha do ucha. Zastanawiałem się, o co chodzi. Powiedziała mi, że jestem na siódmym miejscu. Ja zapytałem, czy w kategorii wiekowej. Okazało się, że nie, że w klasyfikacji generalnej! Po małym zamieszaniu wyszło na to, że jestem 5 w kategorii wiekowej, ale regulamin biegu stanowił, że pierwszych sześć osób nagradzanych jest za miejsca w open, a następni są awansowani o odpowiednią ilość miejsc w kategoriach wiekowych. I teraz clou: okazało się, że walczyliśmy o pierwsze miejsce w kategorii wiekowej! A byłem gotowy odpuścić… 😉

Tak czy owak, jest podium! Pierwsze miejsce w kategorii M30! Dalej nie mogę w to uwierzyć, jak wchodziłem na scenę, to prawie się rozpłakałem ze wzruszenia 😉 Teraz mogę powiedzieć, że na najwyższym stopniu podium wyglądam tak:

Jestem zwycięzcą! ;)
Jestem zwycięzcą! 😉

Jeszcze na koniec film z dekoracji, nagrany przez Monikę:

I tak właśnie wypad do Koszalina okazał się bardzo owocny 😀