Czasami się nie da

Bywają takie dni, że po prostu się nie da. Nie da się z siebie wykrzesać siły, nie da się wykrzesać prędkości. Ale są też takie dni, że pomimo problemów nie da się też zejść z trasy. To był właśnie taki dzień. Zacznijmy jednak od początku.

Zapisaliśmy się z Moniką na sztafetę w Chełmży. Plan prosty, Monika płynie, ja jadę i biegnę. Dystans 1/4, czym zaskoczyliśmy Trenera, bo spodziewał się, że wybierzemy 1/8. Ale nie ma „mientkiej” gry, albo idziemy grubo albo wcale! Nastroje więc były lekko bojowe, ale i niepewne. Monika trochę już nie startowała, więc nie była pewna jak to pójdzie. No i jeszcze kwestia Henia, bo ciężko by nam było robić sztafetę i jednocześnie się nim opiekować 😉 Na szczęście moja Mama przyszła nam z pomocą i przechwyciła Henryka na czas, kiedy ja się rozgrzewałem i Monika płynęła.

Ten wpis miał być dłuższy, z analizą, dlaczego mogło być jak było. Nie mogłem się za niego zabrać, bo mam problemy z zebraniem myśli. No i ogólnie takie dumanie było by bez sensu, bo wyjaśniło się samo. Z piątku na sobotę, przed startem, coś zaczęło mnie drapać w gardle. Z soboty na niedzielę zmieniło się w lekki ból gardła, u Moniki zresztą tak samo. A teraz leżę aktualnie przykryty, z temperaturą oscylującą w okolicach 38 stopni, bólem gardła, kaszlem i KATAREM (uwaga, facet umiera!). I już wiem, dlaczego rower był tak boleśnie słaby (1:13’48” – średnia wg Garmina 36,1 km/h), a bieg był masakrycznym umieraniem przy bardzo rozczarowującym tempie (48’12” – średnia wg Garmina 4’35″/km).

Na początku pierwszej pętli roweru było całkiem dobrze, po nawrotce, gdzieś w połowie drogi powrotnej pierwszej pętli (nadążacie? ;)), poczułem, że mnie odcina. A ten rower to miało być przełamanie dla głowy, miałem pojechać mocno (jak na mnie, czyli 285-300W). I zaczęły się wątpliwości, o co chodzi? Głowa nie daje rady? Nogi? Głowa bardzo chciała, nawet próbowała, ale ciało nie nadążało. To u mnie niezbyt częsta sytuacja. Pod koniec pierwszej pętli poważnie rozważałem zejście z trasy. Ale głowa nie chciała, chciała spróbować pocisnąć, bo może to tylko chwilowy kryzys. Na jakieś 3 minuty się odbiłem od mocowego dna i… zacząłem się czuć, jak bym miał zaraz odpłynąć. Stwierdziłem, że dojadę na tyle ile dam radę i po rowerze kończę tą niezbyt zabawną zabawę.

Dotarłem do T2 i coś mnie podkusiło, żeby jednak spróbować pobiec. Bo przecież po takim słabym rowerze to, z palcem w uchu, powinienem pobiec 10km poniże 40′. O słodka naiwności! Pierwszy kilometr przebiegłem w 4’13”. Kolejne dwa po 4’19”. Czwarty był lekko z górki, to 4’13” – coś lepiej. Kolejny to już jednak 4’21” i mocna decyzja – schodzę. Jednak zauważyłem, że niedaleko przede mną jest Konrad. Postanowiłem, że pobiegnę za nim i jakoś to będzie. I w sumie gdyby nie Konrad, to bym nie dobiegł. No i to, że Mama, Mysia i Heniutek czekali przy mecie. Dobiegłem do mety (tempa na drugiej pętli odpowiednio 4’50”, 4’51”, 4’52”, 4’41”, 4’41”). Na metę weszliśmy razem z Moniką i Heniem, który sobie spał w nosidle. To był najpiękniejszy finisz w moim życiu! Mysiu, dziękuję, że ze mną wystartowałaś :* I dzięki Mamo, za wsparcie i opiekę nad Heniem 🙂

Jak będziemy zdrowi, to podejdziemy do sztafety jeszcze raz, w tej samej konfiguracji. Czas moich dyscyplin był w sumie o 10′ gorszy, niż w Starogardzie Gdańskim, gdzie byłem w słabszej formie (ale zdrowy). Ale nawet wiedząc, to co wiem teraz, wystartowałbym w tym stanie jeszcze raz. Może inaczej bym siły rozłożył, ale wspólna sztafeta z Szanowną Małżonką dała mi tyle radości i motywacji, że warto by było. Jak to mówił Osioł ze Szreka: Uuuuuu! Ja chcę jeszcze raz! 🙂 I chcę pamiątkowe fotki ze wspólnego finiszu, których tym razem nie ogarneliśmy 🙁

No i dzięki dla Konrada, że mnie poholował! Żeśmy nawet pamiątkową fotę strzelili 😉

Konrad i ja
Konrad i ja

Wyprzedziłem Mistrza Świata – Sztafeta na 1/8 IM w Lidzbarku

Trzeci weekend startowy z rzędu. Start w zawodach cyklu Triathlon Energy. Tym razem dystans krótki, sztafeta Endure Team na 1/8 IM w Lidzbarku. Startowałem z Kariną (pływanie) i Tomkiem (rower), którzy tym startem debiutowali w świecie triathlonowym. I cóż to za debiut! Chociaż pogoda starała się nam uprzykrzyć zabawę. Sobotnie mistrzostwa świata w Cross Kajakach ze względu na bardzo silny wiatr zostały odwołane. W niedzielę wiało trochę mniej, ale dalej stosunkowo mocno.

W sobotę odebraliśmy pakiet startowy i poszliśmy kibicować Guciowi, synowi Kariny i Tomka, który brał udział w Möller’s Energy Kids Run, w kategorii C2 – bieg na 500 metrów. Poszło mu super, zajął 5 miejsce w swojej kategorii! Brawo 🙂

W niedzielę, po śniadaniu, udaliśmy się w okolice startu, gdzie Tomek wstawił rower do strefy zmian, a my kibicowaliśmy wcześniej startującym dystansom 1/2 i 1/4 IM. Pogoda, jak wspomniałem, nie rozpieszczała. Temperatura nie była bardzo niska (~17 °C), ale wiał zimny wiatr, który szybko wyziębiał. Zbliżała się godzina 12, czas startu. Karina wdziała piankę i udała się na start. Widać było napięcie i ogromną chęć walki już od pierwszych metrów, ale taktyka ustalona z Trenerem była inna. Pływacy weszli do wody i punkt 12 nastąpił start. Po 9’48” Karina zakończyła pływanie (pomiar oficjalny, trzeci czas wśród sztafet i 4 pośród wszystkich kobiet dystansu 1/8) i pobiegła do T1, przekazać czipa Tomkowi. Tomek pognał (o ile ktokolwiek dał radę gnać na wybiegu z T1 – hardkor pod górkę ;)) na rower i teraz wszystko w jego nogach! W międzyczasie ja poszedłem się rozgrzać. Tomek wrócił do strefy zmian po 46’42”, dzięki czemu utrzymał trzecią pozycję wśród sztafet. Przechwyciłem czipa i wyruszyłem na trasę biegową.

Bieg jako taki miał być mocny od początku do końca. Po Nocnym Biegu Świętojańskim chciałem zrobić życiówkę na 5 km. Zacząć mocno, a potem jeszcze dołożyć do pieca. Pierwsza dwa kilometry nawet wyszły (odpowiednio 3’44” i 3’42”), ale trzeci, na którym był podbieg (ten sam, który stanowił wybieg z T1), trochę się „zepsuł” – 3’59”. Czwarty kilometr to odrabianie strat (3’33”) i ten moment, właśnie ten, w którym… WYPRZEDZIŁEM MISTRZA ŚWIATA IRONMAN 2017, czyli MKONa! Kronikarska uczciwość nakazuje mi jednak poinformować, że MKON właśnie się roztruchtywał po biegu w ramach sztafety 1/4 IM, więc nawet się ze mną nie ścigał 😉 Tak mnie to jednak podkręciło, że na ostrym zakręcie, który był na mocnym zbiegu, postanowiłem pójść pełnym ogniem. I poszedłem, co było co najmniej głupie, bo bezwładność była duża i się dziwnie wykręciłem. Parę kroków później poczułem, że spina mi plecy z lewej strony i prawie nie mogę oddychać. Misterny plan na przyspieszenie końcówki diabli wzięli. Ostatni kilometr starałem się już tylko nie zwolnić. Pobiegłem go w 3’41” – czyli zwolniłem. Ostatnie 300 metrów przebiegłem w tempie 3’38″/km, czyli ciągle za słabo…

Tak wyglądał mój „uśmiech” na mecie:

"Uśmiech" na mecie - Zdjęcie dzięki uprzejmości Energy Events
„Uśmiech” na mecie – Zdjęcie dzięki uprzejmości Energy Events

Po biegu został niedosyt, bo założony cel nie został osiągnięty. Bieg według oficjalnego pomiaru ukończyłem w 19’31”. Ale, mimo wszystko, okazało się, że udało mi się wyprzedzić jedną sztafetę i zajęliśmy ostatecznie drugie miejsce, z czasem 1:17’32”! No niezły debiut, Karina i Tomek! 🙂

Podium sztafet 1/8 IM w Lidzbarku 2018
Podium sztafet 1/8 IM w Lidzbarku 2018

Serdecznie dziękuję wszystkim z Endure Team za doping na trasie biegowej. I dziękuję Mysi i Heniowi za doping i wsparcie w trakcie kolejnego już wyjazdu. Jesteście niezawodni! :*

Nocne bieganie z atrakcjami

Długo się zastanawiałem, jak zatytułować ten wpis – całą noc! Stwierdziłem, że wybiorę wersję łagodniejsza, bo się okaże, że ktoś coś je, albo coś… Od razu ostrzegam, będzie trochę niesmacznie 😉

Nocny Bieg Świętojański 2018 to bieg na odcinku 10 km odbywający się rokrocznie w Gdyni. Od zeszłego roku jest trasa z premią górską. Profil trasy wygląda jak na obrazku:

Trasa Nocnego Biegu Świętojańskiego (obrazek z gdyniasport.pl)
Trasa Nocnego Biegu Świętojańskiego (obrazek z gdyniasport.pl)

Jak widać, podbieg jest solidny! W zeszłym roku na tej trasie wykręciłem czas 39’30” i uważałem, że jest to wynik wyśrubowany. W ramach przedstartowych konsultacji z trenerem dostałem m.in. taką wiadomość: „Przede wszystkim chciałbym abyś podszedł bez presji na starcie. A jak na trasie poczujesz zew do walki to pójdź za tym. Życzę powodzenia.” Bez presji, taaa…

Ale im więcej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że Tomek ma rację. Warto spróbować podejść do tego startu inaczej. Była ku temu sposobność, gdyż aktualnie czytam książkę (o pływaniu, nota bene), która przedstawia zupełnie inne podejście do robienia różnych rzeczy. Zaleca skupienie się na tu i teraz, na odczuwaniu na bieżąco, nie uciekaniu w myślach gdzieś dalej. Na opisanie książki przyjdzie jeszcze czas, na razie wystarczy powiedzieć, że faktycznie próbowałem się skupić na tym, żeby być w sobie w trakcie biegu. Odczuwać to, co się ze mną dzieje.

Wystartowałem bez większego planu, miało być mocno. Mocniej niż w zeszłym roku. I się zaczęło! Stwierdziłem, zgodnie z rozmową z Trenerem, że nie będę patrzył na zegarek, żeby się skupić na odczuwaniu tempa, a nie spekulacjach jak mi pójdzie i gdzie padnę. 😉 Jak się potem okazało, tempo od początku zrobiło się mocne. Kilometry pod górkę (2 i 3) w 2017 roku zrobiłem odpowiednio w 4’06” i 4’30”. W tym roku było to 3’56” i 4’16”. 24″ „odzyskane” pod górkę :-O Zeszłoroczny czas z całej trasy to 39’30”, tegoroczny 37’36”! Kosmiczna różnica. Całość dystansu zrobiłem średnio o 11″ szybciej per kilometr. Gdy jeszcze uwzględnić to, że od końcówki podbiegu pod Kielecką mnie spięło w górnych partiach brzucha (pomimo nospy… Trenerze, znowu kurde coś!)… Hardkor! No i przez całą trasę myślałem, że puszczę w gacie. Jeśli jeszcze kiedyś wpadnę na pomysł, żeby okołostartowo żywić się humusem, to niech mnie małżonka strzeli w czaszkę! Przepraszam wszystkich, którzy biegli w mojej okolicy! Można powiedzieć, że mój bieg to było jedno wielkie pruknięcie… Lepiej bardziej nie będę tego tematu rozwijał…

I tym optymistycznym… 😉 Dziękuję, nieustająco, za wsparcie mojej rodzince oraz wszystkim Endurakom! No i nieustający szacun do Trenera, że potrafi ogarnąć taki postęp, pomimo wszystkich problemów z regularnością 🙂

I na koniec, dzięki Bałtykowi za cuksy! 😀

Cuksy od Bałtyku! :D
Cuksy od Bałtyku! 😀

A za tydzień pobiegnę w sztafecie w Lidzbarku w ramach cyklu Triathlon Energy. Nie, żeby jakieś ciśnienie, ale powalczymy o życiówkę na 5 km 😉 Mimo, że garmin powiedział, że już w nocy życiówka pękła (17’59”!).

Prawie triathlon, czyli sztafeta na dwa w Starogardzie Gdańskim

Tegoroczny sezon nie był dla mnie zbytnio łaskawy, do tej pory. Najpierw kontuzja uniemożliwiła mi ukończenie półmaratonu w Gdyni. Potem problemy z zębem uniemożliwiły start w Czempiniu. Z treningiem też było różnie, bo migreny i takie tam. No nie było dobrze, no… Jednak pomimo tych wszystkich problemów Trener był w stanie opracować taki trening, że jest postęp, jest forma.

Sprawdzianem tejże formy miał być mój prawie triathlon, czyli sztafeta w Starogardzie Gdańskim w ramach cyklu Triathlon Energy (polecam start, fajnie zrobione imprezy). To kolejny rok z rzędu, kiedy w Starogardzie w sztafecie Endure Team wystawia reprezentację. W zeszłym roku startowaliśmy we trzech (Marek płynął, ja jechałem na rowerze, a Paweł pobiegł zamiatając stawkę ;)) i zajęliśmy pierwsze miejsce. W tym roku startowaliśmy we dwóch (niezawodny Marek płynął, ja jechałem na rowerze i biegłem).

W tym miejscu warto dodać, że zarówno w zeszłym roku, jak i w tym, Marek robił wariant hardcore, czyli: najpierw płynął dla sztafety (950 metrów), a potem startował indywidualnie na 1/8 IM! Szacun ogromny i podziękowania wielkie! 🙂

Przepłynięcie odcinka pływackiego zajęło Markowi 19’16” i był to trzeci czas wśród sztafet. Pierwsza strefa zmian, gdzie przekazywaliśmy sobie czipa, zajęła nam 1’47”. Pokulałem się na rower i przyszedł czas na jazdę. Pierwsze kilkaset metrów to była nawierzchniowa masakra, potem już na nawierzchnię nie można było narzekać.

Sam rower miałem pojechać na 280+ watów, niestety, plan się nie udał. NP z całego odcinka rowerowego wyniósł 276W, jakieś 3,5 W/kg. 20 watów więcej niż w zeszłym roku, ale mniej niż założona moc… Przyczyn było kilka, jedną z nich była chęć uniknięcia draftowania. W szczegóły się wbijał nie będę, ale niektórzy powinni się mocno zastanowić, czy powinni jeździć w zawodach w konwencji bez draftingu. Kolejnym problemem było utrzymanie mocy na odcinkach z górki. Ogólnie, trzeba nad tym popracować, bo ten rower mógł i powinien być mocniejszy. Odcinek rowerowy zajął 1:11’55” i był to drugi czas pośród sztafet. T2 zajęło mi 1’18”. I przyszedł czas na bieg.

Nawrotka na pętli biegowej
Nawrotka na pętli biegowej

Bieg też wyszedł poniżej oczekiwań. Plan był na pierwsze 2 km w okolicach 4’/km i potem przyspieszyć. Wyszło inaczej 😉 Na biegu były dwie pętle, które dosyć solidnie mnie zmęczyły. Mało było odcinków płaskich. Sama trasa była również niedomierzona, na mecie zegarek pokazał 9,96 km, zamiast 10,55. Bieg ukończyłem z czasem 40’42” i był to drugi czas pośród sztafet. Najciekawsze na biegu było samopoczucie. Czułem, że mogę jeszcze ze dwie pętle w tym tempie przebiec, ale za nic nie mogłem zmusić nóg do szybszego biegu. Znowu, trzeba będzie nad tym popracować, żeby bieg był mocniejszy 😉

Sumarycznie, cały dystans zajął nam 2:14’58”, zajęliśmy drugie miejsce i mieliśmy 7’2″ straty do pierwszej sztafety. Drugie miejsce to gorzej, niż w zeszłym roku, ale sumarycznie czas mieliśmy lepszy. Czyli jest progres, tylko konkurencja nie zasypia gruszek w popiele 😉

Podium w Starogardzie Gdańskim
Podium w Starogardzie Gdańskim

Na koniec chciałbym podziękować drużynie wspierającej, czyli mojej Mamie, Monice i Heniowi (który dzielnie zniósł trudy kibicowania!). Oraz gratulacje dla wszystkich z Endure Team, bo wyniki startów były co najmniej zacne, np. Marta wygrała open kobiet w Charzykowych, Tomek wygrał open i złamał 2 godziny na 1/4 w Starogardzie 😀

A teraz czas zrobić kilka (tysięcy) kroków wstecz i zacząć pracę od podstaw nad pływaniem. I może, może! Za rok w Starogardzie sztafeta będzie jednoosobowa? 🙂

Bieg Urodzinowy Gdyni 2018

Bieg Urodzinowy 2018. Tak, dzisiaj będzie na gorąco i krótko. Tydzień zaczął się od niezłego zjazdu formy. Po niedzielnym Ważnym Treningu, w poniedziałek na rowerze była siła. A we wtorek był zgon 😉 Zrobiłem rozbieganie, gdzie na końcówce mogłem, za zgodą Trenera, pocisnąć co nieco. To i pocisnąłem, pomimo uczucia bardzo ciężkich nóg i kiepskiej nawierzchni, dałem radę. I na tym się skończyło. W środę było tak źle, że wybrałem się jedynie na basen, zadania na rowerze nawet nie próbowałem robić. Nastrój psychiczny przed startem był kiepski.

W czwartek bardzo luźna tlenowa zakładka weszła, ale z niechęcią. Przełamanie przyszło w piątek. Przeżyłem basen (30x50m) i coś drgnęło. Popołudniowy rower poszedł już całkiem dobrze. Sobotni rozruch… początkowe przyspieszenia to był dramat. Ale ostatnie 3 już było nieźle.

Przed startem jeszcze zbiorowe zdjęcie Endure Team!
Przed startem jeszcze zbiorowe zdjęcie Endure Team!

Stoję więc na starcie, po rozgrzewce, która zbytnio mnie nie pocieszyła, i tak sobie rozkminiam. Że początek z górki, dopiero od połowy dystansu będzie coś pod górę. Że najwyżej pobiegnę luźno i przybiegnę po 42 minutach i już. Na szczęście czas na rozkminy się skończył i trzeba było biec. Na pierwszym kilometrze miałem wrażenie, że przy tym tempie (3’48″/km) to ja padnę na twarz po maksymalnie trzech kilometrach. Szczęśliwie, po chwili to uczucie przeszło i po prostu zacząłem biec, ciesząc się tym, że jest z górki. Pierwsze 5 km wyszło w 18’38” (3’44″/km). Potem laba się skończyła i trzeba było popracować. Na 7 kilometrze coś mnie spięło w plecach (znowu, kurde, coś!) i tempo zdechło bardziej niż miało. Przez chwilę pojawiła się myśl, żeby do mety dospacerować… Ale nie było takiej opcji! Walcząc ze swoją niemocą starałem się nie zwalniać, po prostu dobiec. W końcu na mecie czekała moja grupa wsparcia (Mysia, Henio i moja Mama).

Radość, że meta już blisko ;)
Radość, że meta już blisko 😉

I… uwaga… dobiegłem 😉 W czasie netto 38’29” (3’51″/km). Przed startem brałbym ten czas w ciemno. Wyszło bardzo fajnie (poza tym bolesnym spięciem), co dobrze wróży przed kolejnymi startami (półmaraton w Gdyni, duathlon w Czempiniu). Co ciekawe, po dobiegnięciu do mety, chwilę pospacerowałem rozmawiając z Trenerem i plecy odpuściły. Jak poszedłem się roztruchtać, to miałem uczucie, że znowu wszystko jest w porządku i mógłbym dalej mocno pobiec. Czyli coś tam z formy jest. Wystarczy (taaa, he he, „wystarczy”) się nie stresować i pójdzie 😉

Kolejny medal do kolekcji 🙂

Taki ładny medal! :)
Taki ładny medal! 🙂

Przy okazji, na koniec, gratulacje życiówek dla Enduraków, bo sypnęło nimi (życiówkami) zacnie! 🙂

Bieg Niepodległości 2017

Ostatnim startem tego sezonu miał być (i był) Bieg Niepodległości w Gdyni, ostatni bieg w cyklu Grand Prix Gdyni w biegach ulicznych. Tym razem trasa biegu była klasyczna, taka jak choćby w zeszłym roku. To trasa, którą znam jak własną kieszeń, którą w sumie lubię. Moim największym wyzwaniem zazwyczaj jest ulica Świętojańska. Podbieg, niby nieduży, ale długi. Potrafi zmęczyć. Przekonałem się o tym niejednokrotnie, choćby w trakcie jednego z Biegów Europejskich, kiedy Świętojańska mnie ugotowała 🙂

Plan był prosty, zaatakować życiówkę, złapać ją, rzucić na glebę i się po niej przebiec 😉 Czyli każdy wynik poniżej 38’38” był zadowalający. No ale przecież nie może być tak prosto, nie? Tak fajnie się w parkrunach biegało, tak fajnie poszło bieganie na MP w duathlonie… To wymyśliłem sobie, że chciałbym pobiec poniżej 38 minut. Celem max było średnie tempo 3’45″/km, czyli na mecie 37’30”.

Nadzieję rozbudzał też fakt, że przez ostatnich kilka dni pogoda nie dawała powodów do narzekania. Nawet zbyt mocno nie wiało, a przynajmniej nie na tyle, żeby się tymi podmuchami zbytnio przejmować. Pogoda miała jednak inne plany, się wzięła i zepsuła. 🙁 Pocieszające było to, że plecy trochę mniej bolały, nogi miały luz i ochotę zasuwać. Ogólnie było całkiem dobrze, czułem się mocny! W głowie tkwiło, że cel 37’xx” jest realny. Przecież to tylko dwa razy dłuższy dystans niż 5 km, co w tym trudnego? 🙂

Trzy godziny przed biegiem zjadłem standardowy posiłek (ryż), chwilę pokręciłem się po domu i stwierdziłem, że czas jechać. Dużą zagwozdką był dla mnie dobór stroju. Temperatura jako taka (termometr pokazywał 3 stopnie) nie stanowiła problemu. Problemem był zimny wiatr. Ostatecznie zdecydowałem, że założę koszulkę termoaktywną z długim rękawem, na to koszulka biegowa i do tego spodenki triathlonowe kończące się na udzie (Huub Core – polecam).

Przed rozgrzewką zebraliśmy się w ramach Endure Team na grupowe zdjęcie (bezwstydnie ukradzione z profilu Ironfactory.pl na FB ;)). Chyba widać, że było zimno 😉

Reprezentacja Endure Team
Reprezentacja Endure Team

Na rozgrzewkę ubrałem się jak człowiek-worek, żeby mnie nie przewiewało i nie wychładzało. W trakcie rozgrzewki doszedłem do wniosku, że jeśli pogoda się nie pogorszy, to strój powinien dać radę. Po rozgrzewce poszedłem na start i żeby się nie wychłodzić zacząłem łazić w kółko po strefie startowej, podobnie jak całkiem spora grupa zawodników 😉

O godzinie 15 wystartowaliśmy, grupa czerwona (elita, czasy poniżej 35′) i żółta (moja, 35′-39’59”). Kolejne startowały z odstępem czasowym. Założenie było takie, żeby pobiec płaskie kilometry równo, a na podbiegach kombinować, na wyczucie. Pierwszy kilometr biegłem lekko niepewny tego, jakie tempo będzie „delikatnie niekomfortowe”. I wyszedł trochę za wolno (3’44”, wg zegarka), można było te kilka sekund szybciej. Na drugim kilometrze był delikatny podbieg, więc tempo pod kontrolą, ale ostatecznie wyszedł szybciej niż pierwszy (3’43”). Trzeci kilometr, ul. Polska, był wietrzny. Na szczęście biegło trochę grupek i można się było schować. Wyszło znowu wolniej (3’45”) niż miało. Wrrr. No to na czwartym nie ma odpuszczania! Nie odpuściłem, na podbiegu się spiąłem i… jak mnie szarpnęło w plecach, w odcinku lędźwiowym, to pierwsza myśl była „zejdź z trasy, bo sobie zrobisz krzywdę”. Kurde, a tak było dobrze… No nic, pomyślałem, że dobiegnę do Świętojańskiej i najwyżej stamtąd zejdę z trasy, będzie bliżej do mety i depozytów. Czwarty kilometr zajął 3’50”. Biegło się jakoś sztywno, jak by mi ktoś drugi kręgosłup zrobił z kija. Mimo wszystko, piąty kilometr pobiegłem szybciej (4’43”) i pierwsza piątka pękła w 18’49” (wg oficjalnego pomiaru). Czyli nie ma masakry, ciągle jest szansa na wynik poniżej 38″! Tylko te plecy… Stwierdziłem, że zobaczę jak pójdzie szósty kilometr i najwyżej faktycznie zejdę. Zdziwiłem się trochę, bo nie spodziewałem się, że szósty kilometr zrobię w 3’35” :-O Czyli jestem sztywny, boli, ale tempo mogę trzymać. Czyli czas na Świętojańską! Jeśli dobrze pamiętam, to nie udało mi się do tej pory pobiec jej w tempie poniżej 4’/km. Nie udało, do dzisiaj – średnie tempo 3’57″/km. Szału nie ma, ale jest poniżej 4′! Ze Świętojańskiej za wiele nie pamiętam, poza myślą „oddychaj na dwa, bez hiperwentylacji”. I jakoś poszło. Ósmy kilometr (al. Piłsudskiego), w dużej mierze z górki, pyknął w 3’41”. No to teraz już meta blisko. Jak wiatr nie przeszkodzi, to jest szansa zrealizować cel! Dziewiąty i dziesiąty kilometr były w okolicach 3’45″/km, na finiszu coś tam przyspieszyłem. Ostatecznie na mecie byłem po 37’52”, według zegarka. Później ten czas potwierdził też SMS od organizatora.

Co się potem porobiło z pogodą, to ciężko opisać. Serdecznie współczułem tym, którzy jeszcze biegli. Zdążyłem się przebrać i pogoda oszalała. Uciekałem czym prędzej. Do auta dobiegłem (no dobra, dotruchtałem) mokry i przemarznięty. Miałem 3 warstwy na nogach, 4 na górze i było mi mega zimno. Śnieg, deszcz, wiatr… Brrr!

Sam bieg wyszedł lepiej niż się spodziewałem. Gdy zabolało mnie w plecach miałem wizję albo zejścia z trasy, albo dotoczenia się do mety powyżej 40′. Z ciekawostek, średnie tętno było relatywnie niskie, 163 bpm. Z jeszcze większych ciekawostek, obniżenie kadencji okazało się trwałe, pobiegłem ze średnią kadencją wynoszącą 190 spm, a zazwyczaj na zawodach biegałem z kadencją ponad 200. Zmiana techniki pracy rąk oraz długości kroku, nad którą pracowaliśmy z Tomkiem od 22 września, okazała się być dobrą zmianą. Biegam znacząco szybciej, na niższej kadencji. Średnie tętno spadło. W półtorej miesiąca postęp prędkościowy – kosmiczny! Dzięki Trenerze, proszę o jeszcze 🙂

Numer i medal z Biegu Niepodległości 2017
Numer i medal z Biegu Niepodległości 2017

Kona w tym roku była nie dla mnie…

Tak jak w tytule. Nie było mi dane… pooglądać i pokibicować 😉 Dzisiaj był, w sumie, najważniejszy start sezonu. Chociaż trochę przypadkowy. Nie planowałem startu w Mistrzostwach Polski w Duahtlonie. Gdy jednak okazało się, że są tuż pod nosem, grzechem było nie wystartować. O MP dowiedziałem się w okolicach 10 września i po szybkich ustaleniach z trenerem zapadła decyzja, że jedziem z tym koksem 😉

Było to o tyle szczęśliwe zrządzenie losu, że Tomek zasugerował chwilę wcześniej zmianę techniki biegowej. Była motywacja, żeby nad tym popracować. I przy okazji szansa, żeby może (mooożeeee…) załapać się na jakieś pudło. Dalej to w sumie jak w bajce, czyli: jak pomyśleli, tak zrobili. 😉

Nastąpił okres dosyć intensywnej pracy nad nową techniką, przy okazji pracy nad szybkością, której to (prędkości) mi ewidentnie brakuje. No nie potrafię się rozpędzić, za diabła! Krótkie odcinki, 100 czy 200 metrów, biegam z żałosną prędkością, szczególnie w porównaniu do ludzi, którzy na dłuższe dystanse biegają trochę wolniej ode mnie. Owszem, rozpędzę się na setce do 3’15”-3’20″/km, ale to jest (no, był) maks. Za to jak biegnę trzy setkę, to biegałem ją po… 3’15”-3’20″/km. Po prostu brakło prędkości. Zmieniona technika przyniosła poprawę, na 20″ przyspieszeniach potrafią zacząć się pojawiać tempa z dwójką na przedzie. Czyli coś się ruszyło! Do tego sprawdziany na dystansie 5 kilometrów pokazywały, że jest lepiej. W parkrunie pobiegniętym 12 sierpnia ruszyłem życiówkę, nowy czas to 19’03” (poprawa o 8 sekund). W kolejnym parkrunie, pobiegniętym 7 października, życiówka znowu się ruszyła. Tym razem mocniej, bo czas biegu wyniósł 18’47”. Nowa technika przyswaja się powoli, ale jak widać, działa. Efekt jest taki, że biegam trochę dłuższym krokiem, z nieco niższą kadencją (~10 SPM niższą, czyli ~190 SPM zamiast 200).

Po tym przydługim wstępie dochodzimy do sedna, czyli dzisiejszego duathlonu. Pierwszy raz (świadomie) startowałem w imprezie takiej rangi. Zdarzyło mi się kiedyś biec, w jakimś biegu, który miał rangę MP, ale umówmy się – na pudło nie było wtedy szans. A tym razem, gdzieś tam sobie wkręcałem, że może by się udało wyjąć pudło w kategorii. Jeśli będzie nie za mocno obsadzona 😉 Nie da się ukryć, że dwa tygodnie przed startem przygotowania do duathlonu zeszły, co nieco, na drugi plan. Nastąpiło to ze względu na przybycie Henryka, najsłodszej istoty świata, potomka Moniki i mojego. Wypadło kilka treningów, ale w sumie nic strasznego. Ot, wdrażanie się do roli młodego ojca 😉

Wracając do duathlonu. Byłem przerażony tym, jaka może być pogoda. Ostatnie zakładki kończyły się tym, że byłem przemarznięty i nie miałem już ochoty na nic. Szczególnie ostatnia zakładka, składająca się z biegania na stadionie, roweru po trasie zawodów, a potem kolejnego biegania na stadionie, dała mi się we znaki. Nogi mi tak zmarzły na rowerze, że rozgrzałem się dopiero na schłodzeniu po drugim bieganiu :-O Tymczasem pogoda postanowiła zrobić nam miłą niespodziankę, mimo że dzień nie zaczął się przyjemną pogodą. Mżyło i wiało. W okolicach godziny 10:30 niebo zaczęło się jednak przejaśniać. Potem pojawiło się słońce i zrobiło się nawet przyjemnie! Oczywiście, jak to w tych okolicach, wiało. Ale to już detal. Przed startem zrobiłem standardową rozgrzewkę, tym razem korzystając z dostępności stadionu MOSiR Rumia, po czym oddałem ciuchy do depozytu i podreptałem w okolice startu.

Na starcie stanęło niespełna 90 zawodniczek i zawodników startujących w kategoriach wiekowych. Z niespotykaną u mnie pewnością siebie ustawiłem się w drugiej linii startujących. Przecież dzisiaj to ja mam o pudło powalczyć, nie? Jeszcze mała wpadka ze starterem, który nie odpalił za pierwszym razem i polecieliśmy. Wiedziałem, że na początku ludzi poniesie. I postanowiłem się dać troszkę ponieść. Jakieś 300 metrów leciałem tempem 3’20″/km, po czym spojrzałem ostatni raz na zegarek i pobiegłem. Założenie było takie, żeby biec tempem dyskomfortowym, ale znośnym. W cichości ducha liczyłem, że zbliżę się do życiówki na 5 kilometrów. Jakaż była moja radość, gdy dobiegając do T1 zobaczyłem na zegarze 18’43”! Wypas, zrobiłem życiówkę 😀

T1 to była katastrofa. Nie ogarniam ciągle wskakiwania na rower, no jakoś mi to nie idzie. Chciałem uniknąć gleby, więc stwierdziłem, że potuptam w butach, jak zawsze. Do tego jeszcze zawodnik obok mnie powiesił swój rower tak, że odciął mi dostęp do skrzynki z moimi rzeczami. Zanim poprawiłem jej/jego rower, pozakładałem co miałem założyć i dotuptałem do belki minęła wieczność. Mogłem się równie dobrze zdrzemnąć… Wyprzedziły mnie ze 3, a może i więcej osób. Na rowerze ustawiłem sobie wcześniej małą tarczę z przodu (nigdy wcześniej tego nie zrobiłem), żeby nie było zbyt ciężko ruszyć. A potem okazało się, że nie mogę wrzucić blatu. I tak walcząc z tym blatem (a raczej jego brakiem) kulałem się na rowerze, po drodze sobie przypominając, że nie kliknąłem zegarka na wyjściu z T1. Moje T1 miało ponad 600 metrów =} W końcu udało się ogarnąć ten blat i popedałowałem. Ale nogi nie chciały podawać. Nie wiem dlaczego, ale tak się niestety stało. Wykrzesałem z siebie ledwie 250 watów NP. Toć na treningach jeździłem znacząco więcej. I znacząco szybciej. Nawet przy zakładkach (no, oprócz tej, gdzie przemarzłem). Udało mi się wyprzedzić jedynie ze 3 osoby.

Wykręciłem dwie pętle, 4 razy lekko machając do mojej kochanej rodzinki, która stała przy trasie i zjechałem do T2. Naturalnie, dojechałem do belki, wypiąłem butki i potuptałem, niczym jeż, odstawić rower. Zrzucanie butów i kasku tym razem było trochę szybsze, ale straciłem czas, bo pomyliłem alejki. A przecież podglądałem, gdzie to ma być i takie tam. Ech. I znowu mnie powyprzedzali… No nic, idę na drugi bieg.

Drugi bieg był krótki, ledwie 2,5 kilometra. Założenie było takie, żeby bez żadnych kalkulacji lecieć ile fabryka dała. I być na mecie przed upływem 10 minut. No to lecę, a metry się dłużą. Czuję, że pomalutku zaczyna spadać tempo, więc poprawiam formę – praca rąk, długi krok, oddychanie – i jadę dalej. Biegnę, biegnę, a tu dopiero pierwszy nawrót. Kurde, ile jeszcze?! I sobie obiecuję, nie spojrzę na zegarek. Mam lecieć na czuja. Powrót w okolice mety minął tym razem zaskakująco szybko. No dobra, nawijamy znowu i ostatnia pętla. Ciśnij, kurde! I cisnę i parskam i prycham i stękam i jęczę. I nawet się przemieszczam. Ba, nawet kogoś wyprzedziłem. Nawrotka, jeszcze trochę. Za chwilę będzie zakręt i potem już dobieg do mety. Słyszę doping Kasi i ekipy z Biegamy Razem, ale jestem półprzytomny z wysiłku. Lecę, zostało ze 100 metrów. I kolega, którego wyprzedziłem, leci mocny finisz. A ja nie mam już sił się bronić. No masz ci los. Pogodzony z losem dobiegam do mety. Klik na zegarku i patrzę na czas. Drugi bieg zrobiłem w 9’43”, czyli zgodnie z założeniami!

Sumaryczny czas wyszedł 1 godzina 3 minuty i 19 sekund. Miało być poniżej godziny i 5 minut i wyszło. Czyli nie jest źle. Chociaż ten rower, gdyby nie ten rower… No dobra, nie marudzę. Polazłem się rozbiegać, żeby mieć to z głowy. Wiedziałem, że jak zacznę to odwlekać, to w ogóle nie pójdę. A nauczyłem się już, że jak się rozbiegam, to potem się szybciej/łatwiej regeneruję. Odziałem się w coś cieplejszego i polazłem czekać, aż pojawi się Arek. Dobiegł z miną, która nie sugerowała nagłej śmierci, czy nie było tak źle 😉

Podium MP w Duathlonie AG 35-39
Podium MP w Duathlonie AG 35-39

Wydawało mi się, że na metę dotarłem co najwyżej w połowie stawki. Ale okazało się, że jednak nie. Gdy wywiesili wyniki, to znalazłem swoje nazwisko pod koniec drugiej dziesiątki, na 19 miejscu open. Przy okienku z kategorią wiekową widniała trójka. Na początku byłem mocno zdziwiony nie ogarnąłem. W końcu jednak do mnie dotarło, jestem brązowym medalistą Mistrzostw Polski w Duathlonie, w kategorii wiekowej 35-39 😀 A potem… wywiady, podróże… znaczy, dekoracja, uwieczniona na zdjęciu poniżej 😉
 3

Teraz mogę się chwalić, że jestem medalistą Mistrzostw Polski 😉 Chociaż później, gdy stałem w kolejce z pampersami, zastanawiałem się, jakie to ma znaczenie? Patrzyłem na ludzi dookoła i wiedziałem, że oni nie mają pojęcia, że były jakieś MP niedaleko tegoż sklepu. I pewnie wielu z nich nie wiedziało by, co to duathlon. Potem do mnie doszło, że w sumie, to nawet lepiej. Najważniejsze, że ja wiem. I że ci, którzy są dla mnie ważni też wiedzą. I że się z tego cieszą. Tak jak i ja. Bo gdzieś tam w annałach pojawił się mały zapis, że ten oto mały człowieczek, stanął sobie na podium. Dali mu medal i statuetkę. I jara się jak gwizdek 😀

Medal i statuetka za III miejsce w MP AG w Duathlonie
Medal i statuetka za III miejsce w MP AG w Duathlonie

Mała aktualizacja/korekta co do czasów, ponieważ pojawiły się oficjalne wyniki, i tak:

  • 1 bieg – 18’56” (bó, nie ma życiówki) – 14 czas
  • T1 – 1’11”
  • rower – 32’18” – 20 czas
  • T2 – 1’56”
  • 2 bieg – 8’59” – 7 czas

Trochę się mi te czasy nie spinają, z tym, co pokazywał zegarek i co widziałem na zegarze zawodów. Niemniej, z kronikarskiego obowiązku przytaczam.

Duathlon Ustka 2017

Gdy tylko pojawiła się informacja, że organizowany będzie Duathlon Energy w Ustce od razu się nim zainteresowałem. Moje pływanie w wodach otwartych jest tam, gdzie było. Głęboko w lesie. W związku z tym, z przyczyn otwartowodnych, Duathlon w Ustce został moim startem A. Jedyny start w multisporcie w tym roku. Musiało być mocno. I nie da się ukryć, że mocno było. Mocno obsadzona była ekipa Endure Team. Mocno obsadzona była ekipa kibicująca (Monika z Heniutkiem inside, Mama). No i mocno obsadzona reprezentacja Andruszów (Arek i ja) 🙂 W takich okolicznościach nie zostało mi nic innego, jak zrobić porządny wynik.

O wynikach ekipy Endure Team wypadałoby napisać osobny wpis, bo koleżanka i koledzy zdominowali tabele wyników! Gratulacje dla wszystkich! A wpis w konkretnych wynikach zapewne popełnią Trenerzy, więc nie będę się wcinał w kompetencje 😉 Nie da się ukryć, że jako Endure Team byliśmy świetnie widoczni, nie tylko za sprawą wyników, ale też nowych strojów startowych. Stroje są fajne, zarówno pod względem wzorów, ale i wygody!

Startowałem na dystansie długim, który teoretycznie miał składać się z 10 kilometrów biegu, 40 kilometrów na rowerze i na dokładkę jeszcze 5 kilometrów biegu. Teoretycznie miał. Ale o tym za chwilę. Logistyka wyprawy do Ustki była skomplikowana, bo Heniek już teoretycznie jest „na wylocie” i trzeba było się na tą okoliczność zabezpieczyć. Wyprawka do szpitala, fotelik, takie tam. Oprócz tego nasze rzeczy (Mamy, Moniki i moje). I rower. Internetowy dostawca dał ciała i w ostatniej chwili napisał, że nie zdąży wysłać łap do bagażnika dachowego. Przez to w czwartek szukałem, gdzie w Trójmieście mogę je znaleźć. Na szczęście się udało! 🙂

Do Ustki pojechaliśmy dzień przed zawodami, żeby na spokojnie wszystko ogarnąć, wyspać się przed startem, etc. Pierwszy raz zabrałem ze sobą śniadanie w pudełku, żeby nie ryzykować tego co dają w hotelu. I to był dobry pomysł! Pojadłem jak trzeba i potem nie było żadnych problemów żołądkowych, podobnie z zapasem energii – było jej dosyć 🙂

Zakładka, zrobiona tydzień wcześniej, utwierdziła mnie w przekonaniu, że obmyślony plan na start jest dobry. Plan był prosty i ambitny, pierwszy bieg w tempie poniżej 4’/km. Rower na pierwszej pętli na ~240-250 watów, na drugiej na ~260-270 watów. Drugi bieg też poniżej 4’/km, a najlepiej na życiówkę na 5 kilometrów, czyli w tempie poniżej 3’48″/km. 😉 Rzeczywistość trochę te plany zweryfikowała.

Start nastąpił o godzinie 11. Pierwsze metry i czuję, że mnie ponosi. Szybki rzut oka na zegarek, tempo 3’35″/km, tego się nie da na razie utrzymać 😉 Strategicznie zwolniłem do założonego tempa i poleciałem jak należy. Na początku była spora grupka i zastanawiałem się, ile osób jest przede mną. W pewnym momencie zauważyłem, że ktoś biegnie z naprzeciwka – strój nie pozostawiał wątpliwości, to był Tomek Spaleniak. Znowu pierwszy 😉 Za Tomkiem widziałem kolejną osobę. Chwileczkę później jeszcze jeden zawodnik. No to pudło w open chyba się nie uda 😉 Dosyć blisko mnie było jeszcze trzech zawodników. I nikogo więcej! Byłem siódmy :-O W głowie siedziała jedna myśl: biegnij swoje, to jeszcze nie czas na ciśnięcie. Szczególnie, że to był dopiero trzeci kilometr… Konsekwentnie biegłem swoje. Na podbiegach skupienie na formie i pracy rąk i jakoś szło. Pierwsza pętla, a Garmin pokazuje tempo 3’58″/km. Dobrze, brawo ja! Teraz wystarczy tego nie zepsuć 😉 I się udało. Gdzieś po drodze wyprzedziłem jednego zawodnika, na jednym z podbiegów.

Druga pętla pierwszego biegu
Druga pętla pierwszego biegu

A propos, podbiegi. Przewyższenia według wysokości były śmieszne. Ale „konstrukcja” tych podbiegów była, hm, wymagająca. Już wtedy zdałem sobie sprawę, że życiówka na drugim biegu będzie trudna 😉 Jednak nie ma co uprzedzać faktów. Na razie dokończyłem drugą pętlę, w dobrym zdrowiu, niezbyt zmęczony. Średnie tempo 3’58″/km, zgodnie z założeniami. Czas 38’26”, szósty czas pierwszego biegu! Dystans wyszedł ciut krótszy niż planowane 10 kilometrów, ale jakoś mi to nie przeszkadzało 😉 Strefa zmian o wiele lepiej niż rok wcześniej w Przywidzu, więc nie będę narzekał. Wybiegam na rower. No właśnie, wybiegam, ale w butach rowerowych. Nie ogarnąłem wskakiwania na rower, to zamulam. Do poprawy!

Wybieg z T1
Wybieg z T1

Sam rower był pasmem zaskoczeń. Nawierzchnia była trudna. Najpierw sporo bruku, potem kiepskiej jakości asfalt, potem jeszcze ciutkę bruku. I w końcu fajny asfalt! Na początku asfaltu chciałem przycisnąć, szarpnąłem się i coś mnie zaczęło boleć w plecach. Bolało już do końca zawodów. Niestety, asfaltowe szczęście nie trwało długo, bo po jakimś kilometrze, czy może dwóch, okazało się, że trasa prowadzi na ścieżkę rowerową. Brukowaną, wąską, pokręconą i z piaszczystymi śladami po kałużach. Jako, że moja technika jazdy jest taka sobie (delikatnie określając), tempo nie było zbyt imponujące. Ścieżka się skończyła, chwila trochę lepszej nawierzchni i znowu kostka. Grrr, no jak tu pędzić?! Potem lewy zakręt (90 stopni), znowu trochę średniego asfaltu i wjazd do lasu. Tutaj mokry asfalt, ale tragedii nie ma to cisnę. Nagle zakręt! Cholera, mokro, przed chwilą trochę mi się koło poślizgnęło, więc zwalniam. Wychodzę z zakrętu, zaczynam cisnąć, a tu niespodzianka – nawrotka! Moment, moment, przecież to jakieś 5 kilometrów za szybko! Masakra. Trudno, trzeba jechać dalej i tyle. Powrót prawie tą samą trasą, zjazd ze ścieżki, na ten fajny asfalt, przez „kładkę” nad trawnikiem. Znowu prędkość poleciała, wrrrr! Potem znowu bruk, kiepski asfalt i nawrotka. Druga pętla bez większych zmian, ciut odważniej pojechałem. Nawet kogoś zdublowałem. 🙂 Czas roweru 53’47”, mimo mojego niezadowolenia, okazało się, że to piąty czas zawodów :-O

Koniec roweru jest już bliski!
Koniec roweru jest już bliski!

Zsiadłem z roweru i… znowu potuptałem w butach rowerowych. Bo wiecie, schodzenia z roweru też nie potrenowałem. Może to dlatego, że jestem niestabilny (na rowerze :-P) i się boję? 😉 Tak czy owak, do poprawy. Zadowolony byłem z odżywiania w trakcie . Na pierwszym biegu nie jadłem nic (zgodnie z planem), przed startem jedynie Bossmana podarowanego mi przez Konrada. Posłużył dobrze 😉 Na rowerze spożywałem moje węgle o smaku malinowym. Ze skrobi ziemniaczanej… 😀 Smak malinowego ziemniaka mnie kiedyś odrzucał, ale się przyzwyczaiłem do niego. No i najważniejsze, nie rozsadza mi po nim wnętrzności, tak jak po vitargo. Plan był taki, żeby na rowerze wypić cały bidon, ale gdy okazało się, że trasa rowerowa jest krótsza, to stwierdziłem, że nie ma co w siebie wlewać na siłę. I to była dobra decyzja, bo po wyjściu na drugi bieg nic nie chlupotało i nie wracało 🙂

Zaczynam drugie bieganie
Zaczynam drugie bieganie

No właśnie, drugi bieg. Plan był, żeby zrobić z tego BNP wedle sił. Pierwszy kilometr miał być 4’15”-4’10”, wyszedł w 4’10”. Supcio 🙂 Na drugim kilometrze był podbieg. Krótki, ale wredny. Jakieś 14 metrów w górę na odcinku 100 metrów i zaraz analogiczny zbieg. Potem 200 metrów do nawrotki i znowu ta kombinacja podbieg/zbieg. Masakra, miałem wrażenie, że na podbiegach się zatrzymuję… No i drugi kilometr wyszedł w 4’12”. Niedobrze, ale było do przewidzenia. Trzeci kilometr, pomimo podbiegu pod schody i nawrotki wyszedł w 4’05”. No jest progres! Za to czwarty kilometr mi dołożył… 4’21”! Ostatni w tempie 4’/km to było wszystko na co mnie było stać. Wyszło nienajgorzej, bo to był znowu szósty czas zawodów na biegu.

I do mety :)
I do mety 🙂

Ostatecznie, skończyłem na szóstej pozycji w open i na drugim miejscu w kategorii wiekowej. Czas sumaryczny 1 godzina 55 minut i 19 sekund.

Podium :D
Podium 😀
Drugie miejsce w kategorii wiekowej
Drugie miejsce w kategorii wiekowej

Podsumowując, zawody uznaję za udane. Zarówno osobiście, jak i zespołowo. No i, co najistotniejsze, rodzinnie. Startował przecież też mój brat Arek. Ciutkę mu pomogłem w przygotowaniach 🙂 Kibicowały nam Monika i Mama, których wsparcie było czuć na całej trasie. I miejscami też słychać i widać 😉

Mocny finisz Arka
Mocny finisz Arka

Słodko, słodko?

Po raz kolejny połączę dwie relacje. Jakoś tak nie mam weny na pisanie ostatnio. 😉 Dwie relacje, czyli dwa starty. Forma zwyżkuje, trzeba próbować. Pierwsza relacja, to gdyński Parkrun, pobiegnięty półtorej tygodnia temu. Generalna idea była taka, żeby przepalić nogę przed dyszką w Szemudzie. Pocisnąć na wyższej intensywności. W tym sezonie „coś” mi ciągle wypada i tęskniłem za jakimś normalnym startem, bez komplikacji, zjazdów i innych takich. Drugi start, to wspomniana dyszka w Szemudzie.

Parkrun. Do tej pory pobiegłem jeden, ustanowiłem życiówkę (19’11”) i tyle. Kusiło mnie, żeby pobiec w Rumi, bo blisko, ale Trener „zasugerował” (;)) Gdynię. Plan na bieg był prosty, zacząć mocno, skończyć mocniej. I przy okazji najlepiej zrobić życiówkę. A ideałem było by, gdyby z przodu pojawiło się 18″. Rano pogoda była fajna. Chmurki, wcześniej trochę popadało. Lekki (bardzo) wiatr, dosyć chłodno. No idealnie! Dojechaliśmy z Mysią w okolice Skweru Kościuszki, chwilę się pokręciliśmy (jak zwykle przyjechałem za szybko) i nadszedł czas rozgrzewki. I jednocześnie to był ten czas, kiedy słoneczko postanowiło jednak się pokazać. W ciągu 5 minut wilgotność była bardzo wysoka i już po samej rozgrzewce byłem kompletnie mokry. A rozgrzewka mega intensywna nie była 😉

Stwierdziłem, że nie złamie mnie trochę wilgotności. Plan został taki sam, polecieć mocno. Chwila oczekiwania na starcie i poszli! Pierwszy kilometr mocno (3’51”) – czyli dobrze. Teraz tylko nie spieprzyć i dokończyć, a zostały już tylko 4 kilometry 😉 Na drugim kilometrze złapałem plecy jednego z biegaczy, który trzymał fajne tempo. Trzymałem się go, w międzyczasie piknął drugi kilometr w 3’44”. Bomba! Mój zając niestety osłabł i tempo zaczęło spadać. No to lecę sam, ale jakoś tak ciężej idzie. Trzeci kilometr zrobiony w 3’50”, za wolno, jeśli chcę zejść poniżej 19′! Trzeba pociągnąć mocniej, skupienie na plecach zawodnika będącego sporo przede mną i gonimy. Czuję, że tętno wysokie (jak na mnie), czyli udało się rozkręcić. Kończy się czwarty kilometr i zegarek pokazuje 3’48”, no prawie! Teraz jeszcze pociągnąć ostatni kilometr i meta. I jest jeszcze szansa na osiemnastkę na przedzie 🙂 Biegnę, biegnę, ale coś zaczyna mnie odcinać. Tętno rośnie, ale prędkość nie. Trzymam co się daje i kolejny kilometr w 3’51″… Za wolno. Na mecie czas 19’03”, 8 miejsce. Życiówka, ale delikatnie za wolna… Ale zmusiłem się do wysiłku i coś się odetkało. A na mecie wyglądałem, jak by mnie ktoś potraktował z węża strażackiego 😉

W temacie zmuszania się do wysiłku. Odpocząłem parę minutek na mecie i przyszedł czas na dokończenie treningu. Sam start, to była rozgrzewka. Potem jeszcze było 5 kilometrów w drugim zakresie, ale z tętnem poniżej 160 (poszło po 4’14″/km, gdyby nie ten kaganiec na tętno to… ;)) i 2 kilometry schłodzenia. Dałem radę, bez uszkodzeń, bez strat własnych. No po prostu poszło dobrze. I nawet szybciej, niż się spodziewałem 🙂

Na mecie wyglądałem o tak:

Meta Parkrun (fot. Przemek Dalecki)
Meta Parkrun (fot. Przemek Dalecki)

Drugi bieg, to Kaszubski Bieg Lesoków na 10 kilometrów w Szemudzie. Trasa po kaszubskich góreczkach. Siedem kilometrów asfaltu i trzy po lesie. Bieg o tyle ciekawy, że startował w nim też mój brat. To był sprawdzian, gdzie jesteśmy z przygotowaniami do duathlonu w Ustce. Sprawdzian, który wyszedł całkiem dobrze 🙂 Plan był taki, żeby pobiec całość w pałkę. A potem zobaczyłem profil trasy 😉 Według profilu (https://www.gpsies.com/map.do?fileId=yloytiatqznuepoo) pierwsza połowa trasy była przeważająco pod górkę, druga przeważająco z górki. Podbiegi na prawie całym trzecim oraz od 3,8 do 4,1 kilometra miały być bardzo wymagające. Oto jest szansa na odwet na górkach za Nocny Bieg Świętojański! Standardowo, przyjechaliśmy za szybko (;)), więc po odebraniu pakietu startowego trzeba było się pokręcić i pozamulać, zanim można było zacząć rozgrzewkę. Rozgrzewka standardowa, najpierw trochę biegania w tlenie, potem kilka przyspieszeń na rozruszanie i na koniec chwila truchtu.

Stanęliśmy z Arkiem na starcie, Monika, Mama i Zosia (najmłodsza córka Arka) zostały przy mecie, żeby dopingować na finiszu. Ustawiłem się bardziej z przodu, żeby tym razem nie musieć wyprzedzać tłumów. Jakoś zawsze staję za daleko, zakładając, że zaraz mnie całe stado ludzi będzie musiało wyprzedzać, a nie chcę innym utrudniać… Efekt jest taki, że tracę czas na początku dystansu, bo zostaję za plecami ludzi, którzy jednak biegną wolniej niż ja. I, niestety, znowu tak było, chociaż na szczęście tym razem nie tak bardzo jak zwykle. Zmodyfikowany plan mówił, że na zbiegach ma być szybko, na podbiegach mocno, a od 5 kilometra bieg w pałkę. Pierwszy kilometr w 3’45″/km. W tym kilka sekund stracone na wyprzedzanie. Na drugim kilometrze było ciut więcej podbiegania, ale było też zbieganie, więc wyszedł w 3’54”. Trzeci kilometr miał być hardkorowy, więc postanowiłem podejść rozważnie. Ostatecznie, Garmin pokazał 26 metrów do góry na dystansie kilometra i to wszystko w czasie 4’09”. Masakry nie było, żeby nie powiedzieć, że było za wolno. No ale przecież to nie mogła być już _ta_ górka… Za lekko się biegło! Kolejny kilometr, znowu i ze zbiegiem i z podbiegiem, i już częściowo w lesie, wyszedł w 4’01”. Piąty kilometr wyszedł najwolniej (4’15”), mimo że był relatywnie płaski (16 metrów w górę, 8 w dół). Nawierzchnia nie pomagała. W nocy sporo popadało, było mokro i grząsko. Ciężko się wyprzedzało, jak pomiędzy kałużami była ścieżka tylko na jedną osobę 😉 Gdy zobaczyłem znacznik szóstego kilometra dotarło do mnie, że górki już nie będzie i nie ma się co oszczędzać. Pomimo biegania po drodze leśnej przyspieszyłem i szósty kilometr wyszedł w 4′. Gdy skończył się las, można było pocisnąć. Siódmy kilometr w 3’55”, ósmy w 3’40”. Na dziewiątym kilometrze był podbieg, który na początku dystansu był zbiegiem. Wiedziałem, że pewnie zaboli i zabolał! Gdy go podbiegałem czułem się lekko przykurczony, no ale meta już blisko. Ten kilometr w 4’08”. Na dziesiątym kilometrze najpierw zbieg, potem podbieg i płasko do mety. Niby już nie mogłem, ale cisnąłem. Wbiegłem na metę z czasem 39’22” i wiedziałem, że coś jest nie tak z dystansem, bo coś za szybko ta meta się pojawiła. I faktycznie, Garmin pokazał 9,91 kilometra. Średnie tempo z całego biegu, według zegarka, to 3’58″/km. Czyli na całą dychę wyszło by ~39’40”. Przy tym profilu trasy – super! Owszem, można było ciutkę jeszcze pocisnąć, ale mnie górki zmyliły i się bez sensu oszczędziłem 😉 Zająłem 22 miejsce w open i 7 w kategorii. Nie tak źle 🙂

Na mecie dychy wyglądałem tak:

Już prawie meta w Szemudzie (fot. Zosia Andrusz)
Już prawie meta w Szemudzie (fot. Zosia Andrusz)

Podsumowując oba starty, to były dobre biegi. Dobrze zrobiły na głowę. Coraz lepiej wychodzi mi bieganie na wysokich intensywnościach, przynajmniej na zawodach. Z negatywów, żeby nie było tak zupełnie słodko, pojawiła się kontuzja mięśnia gruszkowatego. Podejrzewam, że przez złą technikę biegania po błocie. Skubany utrudnia siedzenie i leżenie. Jak na razie, dwa dni rolowania, masowania i rozciągania dają pozytywne efekty. Liczę na to, że jutro normalnie pójdę pobiegać. Szczególnie, że Trener wrzucił fajne zadanie 🙂

Na koniec jeszcze, pięknie dziękuję dziewczynom (Monice, Mamie i Zosi) za kibicowanie i wsparcie! Jak zawsze, dodało mocy 🙂

Lębork, Puck, ileż można napsuć? ;)

To pierwszy raz, gdy podsumowanie będzie dotyczyło dwóch startów. Pierwszy, 10 km w Lęborku, miał być przetarciem przed półmaratonem w Pucku. Do Lęborka udaliśmy się w składzie Monika, Mama i ja 🙂 Na rozgrzewce czułem, że coś jest nie tak. Było ciężko, przyspieszenia były wolne, trucht na koniec bardzo mnie zmęczył. Założenia na start były proste, pierwsze 5 km w tempie ~4’/km, a potem bieg w pałkę. Wyszło inaczej. Temperatura dała się trochę we znaki, podobnie jak mały defekt organizmu. Skutek był taki, że pierwsze 5 km było jak założone, a potem było coraz wolniej. Ostatecznie dotarłem na metę w czasie 40’17”. A chciałem co najmniej minutę szybciej. No nic, przetarłem się, potraktowałem ten start jako BC2/3 i powróciłem do treningu.

Bieg w Lęborku był w sobotę, w niedzielę było pływanie OW (dalej tragicznie to idzie) i regeneracyjny rower. W poniedziałek bieg, który zawsze lubiłem. Luźne 1h30′ w tlenie. Wyszło tragicznie. Szczególnie pierwsze 30 minut. Potem już jakoś szło. Wtorkowy rower też tak sobie, podobnie jak środowe bieganie.

Przełom przyszedł w czwartek. Przed bieganiem wziąłem leki i nagle odpaliło. OWBI wskoczyło na standardowe tempo, tętno zaczęło funkcjonować jak trzeba. Pojawiła się nadzieja na sobotę 😉 Piątkowy rozruch biegowy tylko to potwierdził!

Sobota. Pełen werwy pojechałem z ekipą kibiców (Monika, Mama, Zosia) na miejsce. Zjadłem sobie posiłek przedstartowy (standardowy ryż z dodatkami – było go ciut za mało, jak się potem okazało) i poszliśmy trochę pospacerować po Pucku. Koło 14 zjawiliśmy się na stadionie, gdzie był zlokalizowany start (i meta też). Przyjęcie leków, 15 minut przerwy, rozgrzewka i… jest super! Duży luz na początku rozgrzewki, spoko tempa na przyspieszeniach. W głowie pojawiło się, że zapewne dobiegnę w 1h25′ lub szybciej. Plan minimum to przybiec poniżej 1h30′. No bo wolniej to już by było słabo.

Na starcie pojawił się Paweł, też z Endure Team, dla którego ten start był powrotem po roztrenowaniu. Chwilę pogadaliśmy i okazało się, że celujemy w ten sam zakres czasowy. No, Paweł trochę ambitniej 😉 Chociaż nie powiem, chodziła mi po głowie życiówka, z tym, że zdawałem sobie sprawę, że ta trasa będzie dosyć trudna. I nie chodziło mi o kwestię pogody, bo ta w miarę dopisała – wiatr mi powoli przestaje „robić”, bo praktycznie zawsze biegam przy wiejącym dosyć mocnym wietrze. A tych parę momentów, gdzie prażyło słoneczko, było do przeżycia. Największym problemem, dla mnie, była nawierzchnia. Asfalt na sporej części trasy był byle jaki, trochę szutrów, płyty rozmaite. Jedynie odcinek leśny mnie nie martwił, bo po lesie lubię biegać 😉 Ale te wcześniej wymienione kawałki… Dość napisać, że bolą mnie aktualnie stawy skokowe, a to zdarza się rzadko.

Ustaliliśmy z Pawłem strategię, żeby początek pobiec spokojnie, bo miało być pod górę (i było). Tempa od 4’05″/km przez pierwsze 3 km, potem lekko docisnąć, żeby na 10 km być poniżej 40′ (udało się). Z trzymaniem tempa było chwilami ciężko („Ej, znowu za szybko lecimy” ;)), ale ogólnie wyszło. Wg zegarka 10 km zrobiłem w 39’48”. Na sporym zapasie. A przecież w Lęborku, na łatwiejszej trasie (płaskiej) było 40’17”. Byłem poważnie zajarany! I wtedy, ni z tego, ni z owego, spięło mi brzuch. Najpierw z prawej strony, chwilę później całą górną partię mięśni brzucha miałem spiętą. Nie mogłem głęboko oddychać, de facto hiperwentylowałem, oddech bardzo się skrócił 🙁 Paweł poleciał leciutko dalej, a ja wtedy uświadomiłem sobie, że zrobiłem zupełnie głupi błąd, za który teraz przyjdzie mi zapłacić… A wystarczyło pamiętać, żeby połknąć no-spę przed startem. Ech. I tempo z ~4’/km spadło do ~4’12″/km przez kolejne dwa kilometry. Potem spadało dalej. Na 15 i 16 kilometrze były spore podbiegi, ale to nie uzasadniało biegania po 4’40″/km! Na punkcie odżywczym chwilę przed 17 kilometrem podjąłem decyzję, że na chwilę stanę, spokojnie się napiję i obleję wodą, lekko się rozciągnę i dopiero pobiegnę dalej. Pomogło o tyle, że lewa strona brzucha odpuściła i udało mi się ustabilizować tempo na prędkości ~4’20″/km. Czasami próbowałem trochę jeszcze przyspieszyć, ale brzuch od razu zaczynał się znowu spinać po lewej stronie. Odpuściłem więc i biegłem swoje. I tak pozamulałem do mety, do której dotarłem w czasie netto 1:28:51. Czyli plan minimum udało się zrobić. Na dobiegu do mety nie wyglądałem nawet tak źle!

Forma nie taka zła! ;)
Forma nie taka zła! 😉

Na mecie wyłączyłem zegarek i prawie odpłynąłem. Chwilę pochodziłem, ale ostatecznie padłem:

Gleba :)
Gleba 🙂

Po kilku minutach doszedłem do siebie i postanowiliśmy się z Pawłem roztruchtać. Tempo szalone, 7’40″/km 😉 Po roztruchtaniu fotka!

Paweł i ja
Paweł i ja

Wypiłem trochę wody, zjadłem żurek, wyżarłem Monice i Mamie ogórki małosolne i pojechaliśmy do domu. I uznałem, że zasłużyłem, więc zjadłem sobie kawałek serniczka. 😀

Ogólnie bieg uznaję za udany. Pomimo głupiego błędu plan minimum został zrealizowany. Pozytywem jest to, że zidentyfikowałem rozwiązanie (tymczasowe, bo trzeba zrobić diagnostykę i znaleźć rozwiązanie docelowe) swojego defektu (no, jednego z). Trzeba wyciągnąć naukę na przyszłość i nie zapominać o rzeczach ważnych. I byle do kolejnego startu, bo teraz może być tylko lepiej! Trening oddaje, Trener Tomasz doskonale rozplanowuje obciążenia i odpoczynek, więc na jesieni z półmaratonem zmierzę się ponownie. I tym razem celem będzie życiówka! A po drodze jeszcze Duathlon Ustka, na który plan mam ambitny, jeszcze tylko się Trenerowi przyznać… 😉 Jeszcze z rzeczy przyziemnych, wypadałoby wrócić z wagą w okolice 74-75 kilogramów, bo nadbagaż nie pomaga osiągać wyników.