Choroba – powrót po chorobie

Choroba. Nienawidzę chorować. Nie tylko ze względu na straty, jakie choroba poczyniła w moim organizmie (o czym za chwilę). Nienawidzę chorować ze względu na to, że nie mogę sam ze sobą wytrzymać. Robię się marudny, wszystko mnie drażni, ciężko mi się myśli. Najbardziej drażnię w sumie sam siebie, bo (znowu) nienawidzę, gdy jestem marudny. I mam wrażenie, że jestem tylko ciężarem dla wszystkich wokoło.

Choroba. Niby trwała tylko tydzień, ale zniszczenia poczyniła konkretne. Pierwsze nieśmiałe próby jazdy na trenażerze były słabiutkie. Za pierwszym razem wytrzymałem 40 minut. Za drugim już tylko 30. Tempo słabe, tętno bardzo wysokie. Tragedia. A po każdym rowerze, zgodnie z zaleceniem Trenerki, robiłem siłę. Core stability to była masakra, każdego dnia. Brzuszki i grzbiety jeszcze jakoś szły. Ale byłem ogólnie obolały po nich. A leżałem tylko tydzień!

W sobotę, w ramach lekkiego powrotu do treningu, wybrałem się z Moniką na zakładkę. Na rowerze jeszcze jakoś dawałem radę, ale na biegu miałem już dosyć. Skończyły mi się siły. Mimo, że było to tylko 8 kilometrów. Na rowerze tętno szalało, na biegu, na szczęście, już nie. Wczoraj znowu był rower, 2 godziny na siodle. Boli tyłek, ale tętno się trochę poprawiło. Co ciekawe, i Monika i ja, mieliśmy niższe tętno na rowerze niż w sobotę. A jechaliśmy szybciej i do tego wiał mocniejszy wiatr. U Moniki to pewnie odpuścił trochę stres, ale u mnie? Może to taki lekki sygnał, że nie jest aż tak źle po tej chorobie? Czas pokaże…

Ten tydzień będzie lekki, żeby w miarę spokojnie powrócić do reżimu treningowego. Z jednej strony, jest to dla mnie źródło frustracji. Mikroplan wygląda tak… pusto. Wygląda tak, jak bym był w trakcie roztrenowania. Jeden trening dziennie, tylko jeden. To ciekawe, że się tak szybko przyzwyczaiłem do większych obciążeń i teraz mi bez nich dziwnie. Zobaczymy, jak będzie szedł ten tydzień, ale mam wrażenie, że szybko będzie mi za mało. Przynajmniej w głowie. A czy ciało da radę? Myślę, że da. Lepiej lub gorzej, ale da. Szczególnie, że w głowie siedzi, że chcę trenować. Ba, w głowie siedzi, że potrzebuję trenować! Jak będzie dobrze szło, to może uda mi się wynegocjować z Trenerką zakładkę w weekend? Chociaż malutką… 😉

Gdy dopada choroba…

Zdarzyło się, mógłbym chyba napisać, że w końcu. Długo, bardzo długo, udawało mi się unikać poważniejszego zachorowania. Poważniejsze, w moim rozumieniu, to powodujące przerwanie treningów. „Oficjalnie” zachorowałem w piątek. Obudziłem się rano, trzęsło mną przeokrutnie. Ciężko było zebrać myśli. Na ten dzień miałem w planie pływanie i lekkie wybieganie. Zaraz po przebudzeniu wiedziałem, że nie ogarnę. W głowie siedziało tylko, żeby wyleczyć się na sobotę, bo fajny trening – zakładka – czeka. Profilaktycznie zmierzyłem temperaturę – 37.6. No, jak na mnie to już całkiem wysoka temperatura. Zapodałem sobie coś przeciw przeziębieniu i wskoczyłem do ciepłego łóżka. Na bieżąco dorabiałem sobie herbaty z miodem i cytryną. Ot, takie standardowe metody radzenia sobie z przeziębieniem. Przecież cóż innego mogło mi dokuczać? Koło 14 czułem się o wiele gorzej, termometr pokazał 38 stopni. Umówiłem się do lekarza na sobotni poranek. Zero łaknienia, jadłem z rozsądku, wiedząc, że powinienem. Godzinę później było już 38,3 stopnia. W międzyczasie pojawił się termin jeszcze na piątek (17:45), więc zmieniłem rezerwację. Przed wyjściem czułem się już jak pies zmielony razem z budą, więc jeszcze raz zmierzyłem temperaturę – wyszło 39,4. Ma-sa-kra.

Diagnoza była krótka, infekcja wirusowa. Zakaz trenowania na minimum 3-5 dni, z podejrzeniem rozciągnięcia na pełen tydzień. I w tejże chwili pojawiło się dziwne (głupie) uczucie. Zacząłem mieć wyrzuty sumienia (!), że nie będę mógł trenować, bo się rozchorowałem. To jest jakaś paranoja. Jak bardzo mi się to wkręciło w łeb, że tak reaguję? Wtedy do głosu doszedł zdrowy rozsądek, który zaczął mówić: weź się najpierw wylecz do końca, a dopiero potem wracaj do trenowania. I ma rację, chociaż drugi głos ciągle mi narzeka, że leżę, a pogoda piękna i można by biegać lub jeździć. W tej chwili staram się skupić na rekonwalescencji, nadrobić zaległości w czytaniu rzeczy różnych, pracować nad czytaniem nut i takie tam. Czyli laba. Oddech dla mózgu, żeby ciało mogło spokojnie się zregenerować. I jak już będzie dobrze, to z podwójnym entuzjazmem wrócę do treningów. Ale dopiero, jak będę zdrowy. Bo lepiej stracić tydzień, niż potem próbować się doleczyć przez ileś tygodni czy miesięcy. Taki nie do końca wyleczony nie byłbym do końca efektywny w treningach.

I jedyne, czego się boję, to że zarażę lub już zaraziłem Monikę, która jak anioł czuwa nade mną, rozpuszczając mnie łakociami oraz dostarczając co i rusz herbaty z miodem i cytryną…

Pozytywny efekt chorowania jest taki, że ważę poniżej 75 kg, czyli jakieś 1,5 kg mniej, niż przed 😉

Ból tyłka ;)

Jak sugeruje tytuł wpisu, z lekka ocenzurowany, dzisiaj będzie o bólu. Bólu pewnej istotnej części ciała, szczególnie w kontekście roweru. Mój rower wyposażony jest w siodełko triathlonowe ISM Adamo Prologue. Generalnie siodełka tej firmy zbierają dobre opinie, w szczególności za to, że są wygodne i tytułowy tyłek nie boli. Chociaż, tak naprawdę, to nie tyłek boli – ale dla uproszczenia załóżmy, że jednak tak 😉

Od jakiegoś czasu coraz bardziej doskwierał mi ból po jeździe na rowerze. W tematach rowerowych jestem kompletnym lajkonikiem, więc starałem się słuchać, co mówią i radzą inni. Na samym początku była mowa, że trzeba się przyzwyczaić. Po trzech miesiącach było coraz gorzej. Czyli się raczej nie przyzwyczaję. Później mówiono mi, że jeśli mnie boli, to znaczy że pielucha za cienka. No to nabywałem spodenki z coraz grubszymi pieluchami. I bolało coraz bardziej. Do tego pojawiały się otarcia na udach. Czyli nie tędy droga! Inni mówili, że to może być złe ustawienie siodełka. No to kombinowałem. Zmieniałem wysokość – nie pomogło. Zmieniałem kąt nachylenia siodełka (ponoć widok mnie mierzącego kąt nachylenia siodełka bezcenny ;)) – nie pomogło. Zrobiłem ponowny fitting całego roweru, bo niby kąty ogólnie mogły być nie takie – nie pomogło. Rower ustawiłem sobie tak, że generalnie jest mi na nim wygodnie, ale na rzeczony ból to niestety nie pomogło.

W końcu, będąc raczej dociekliwą istotą, postanowiłem poczytać co i jak. Przeglądanie polskich for nie przyniosło żadnych konkretnych odkryć. Szczególnie, że większość porad dotyczyło rowerów i siodełek typowo szosowych. Pozycja na rowerze szosowym różni się znacząco od tej, na rowerze triathlonowym. Przez tą inną pozycję inaczej siedzi się na siodełku, siedzi się bardziej na nosie siodełka. Do tego moje siodełko ma krótszy nos, niż typowe siodełko szosowe oraz nos jest „rozdwojony”, przez co punkty podparcia są inne. Siedzi się na nim bardziej na kościach, niż na tkankach miękkich.

Skoro przeszukiwanie polskiej części internetu nie przyniosło rezultatów, to zacząłem szukać w języku obcym 😉 I szybko okazało się, że dla rowerów i siodełek triathlonowych teoria jest zupełnie inna! Wkładka ma być jak najcieńsza! No dobra, skoro ma być cienka, to potestujmy. Na początek przestałem używać spodenek z grubą wkładką żelową i założyłem stare spodenki sportowe z cieńszą, ale dosyć szeroką wkładką. Kurde, jest jakby lepiej! No dobra, ale na forach piszą, że najlepiej kupić spodenki z wkładką triathlonową, która jest węższa i jeszcze cieńsza. W związku z tym zacząłem poszukiwania takich spodenek. Znalazłem sporo dobrych opinii o spodenkach Huub Core (w tym jedną MKon’a, która mnie przekonała ;)) i postanowiłem je nabyć.

Spodenki mają cieniutką i wąziutką wkładkę. Jak na nią popatrzyłem, to stałem się sceptyczny. Mimo wszystko, skoro kupiłem, to trzeba potestować! Dzisiaj miał miejsce pierwszy test. I to nie byle jaki, bo trening był dosyć ciężki. 10 minut rozgrzewki, a potem 6 setów po 10 minut, z rosnącym czasem jazdy w drugim zakresie. Większość czasu w pozycji aero. Bardziej skupiłem się na treningu niż „odczuwaniu”, ale po piątym secie ze zdumieniem odkryłem, że prawie mnie nie boli! Na koniec treningu, czyli całe 10 minut później, było bardzo dobrze. Zazwyczaj po godzinie jazdy miałem dosyć, ze względu na ból. Dzisiaj tego nie było. Wygląda na to, że teoria się sprawdziła, czyli jak siodełko triathlonowe, to wkładka ma być wąska i cienka. Teraz trzeba tylko jeszcze zobaczyć, czy się przyzwyczaję i w ogóle przestanie boleć 😉

Na koniec jeszcze chciałem podzielić się pewną refleksją. Zazwyczaj staram się unikać reklamowania konkretnych miejsc, w których robię zakupy. Ale tym razem odejdę od tej polityki i pochwalę sklep internetowy tripower.pl 🙂 Często, jak robię zakupy, to dostaję jakieś gratisowe wkładki, katalogi, czasem pocztówkę z wizerunkiem właściciela 😉 A tym razem dostałem ręcznie wypisaną kartkę, której zdjęcie znajdziecie poniżej. Jako podejrzliwa bestia, specjalnie sprawdziłem, czy to nie jest wydruk, czy to aby na pewno jest ręcznie napisane. Jeżeli to wydruk, to bardzo dobrze zrobiony. 😉

Podziękowania od Macieja Żywka
Podziękowania od Macieja Żywka

Zrobiło mi się bardzo miło, to bardzo fajny akcent, który zachęcił mnie do kolejnych zakupów w tym sklepie (i to już za chwilę, spodenki dla Moniki i koszulka do kompletu dla mnie ;)). Zdaję sobie sprawę z tego, że zapewne każdy kupujący dostaje taką kartkę, ale mimo wszystko odbieram to indywidualnie. Jako wyraz życzliwości sprzedającego. I bardzo mi się to podoba 😀 Niniejszym pozdrawiam Macieja Żywka i jeszcze raz polecam zakupy w tripower.pl 😉 Jako zadowolony powracający klient nawet nie myślę o kombinowaniu z jakimikolwiek rabatami, z przyjemnością zapłacę pełną cenę 🙂 I jeszcze te pyszne „Jelly Beans”… Ech! 😀

Coś z głową ;)

Dzisiejszy trening biegowy był bardzo fajny. Lubię treningi, gdzie pojawia się II zakres. A tutaj był „lekki” i „mocny” II zakres – nie pytajcie mnie o definicję, nie znam się, jak tylko robię co mi każą 🙂 I tak, miałem przebiec sobie 5 km rozbiegania, potem 8 km lekki drugi i 6 km mocny drugi. Na koniec kilometr truchtu.

Już po pobudce wiedziałem, że mi się nie chce. I to bardzo mi się nie chce iść na ten trening. Mój wewnętrzny głos, mieszkający w mojej głowie, coś tam mówił, że przecież to będzie ciężki trening, bo 20 kilometrów i to w miarę szybkie, bo się złacham i będzie bolało, a najpewniej to w ogóle nie dam rady utrzymać nakazanych zakresów tempa i ogólnie dupa. Skubany wie, jak mnie podejść. Mojej świadomej części też się trochę przestało chcieć. Ale, decyzja zapadła, idziem biegać. Idziem, bo Monika też miała swój trening biegowy do zrobienia. No to się zebralim i poszlim, a raczej poszlim do auta i pojechalim 😉

Przez całą podróż (jakieś 10 minut) głos w głowie mówił „odpuść, zasymuluj kontuzję szybko, przecież nikt się nie będzie czepiał…”. I weź tu z takim gadaj. Na razie kulturalnie rzekłem mu „zamilknij, gdyż nie wiesz co mówisz” i powtórzyłem to kilka razy. Dojechaliśmy na parking, gdzie zazwyczaj porzucamy auto. Monika szybko czmychnęła biegać, gdyż jej również się trochę nie chciało i chciała po prostu zacząć bez zamulania. Mi chwilę zeszło, bo to muzykę odpalić trzeba, poprawić wiązania buta… Cholera, to głos przejął kontrolę. Nie ma, koniec zamulania, do roboty!

Auto zamknięte, kluczyk zamknięty (w kieszeni na zamek), słuchawki w uszach – można biec. Na początek luźne rozbieganie. Głos już marudzi: „Weź, zobacz, źle się biegnie, masakra będzie, potknij się, połóż się i odpoczniemy”. No to analizuję, źle się biegnie? A gdzie tam, fajnie jest. Rzut oka na zegarek, ups, za szybko! Hm, ale tętno w porządku. Ej, dobrze się biegnie, co mi ściemniasz?! Lecimy dalej!

No to lecę. Co, już zaraz piąty kilometr? Szybkie sprawdzenie tętna – średnie 136, czyli jak trzeba. Tempo? 4:31?! No to głos zaczyna „Co Ty robisz debilu? Zajedziesz się na rozbieganiu, a przecież zaraz będzie lekki drugi, się zesrasz a nie pobiegniesz jak trzeba! Wstydu nam narobisz!”. „Spojrzałem” na niego wewnętrznie i zacząłem drwić: „Co Ty w ogóle wiesz o bieganiu, co? Przecież kilka miesięcy temu przebiegliśmy maraton szybciej, niż dzisiaj mamy robić ten lekki drugi.” Zamilknął!

Zaczął się szósty kilometr, czas delikatnie przyspieszyć. Zegarek zaczyna wibrować, chyba za wolno biegnę, może jednak głos miał rację? Patrzę na zegarek, a tam czerwona obwódka dookoła tarczy – za szybko! Zwalniam, ale zegarek znowu wibruje, że za szybko. No to zwalniam bardziej, w końcu „trafiam” w zakres. Osiem kilometrów w tym tempie, szybko pójdzie 🙂 A tu głos zaczyna: „Zaraz spuchniesz, boś słaby. Tak kozaczysz, a tych ośmiu nie zrobisz, nie ma szansy.” No i weź tu z takim… Chamski sznurek. Ignoruję go, biegnę swoje. 5 kilometr tego interwału i zaczynam zauważać, że coś za lekko mi się biegnie. Rzut oka na zegarek, średnie tempo 4:15 min/km – no kurde, jest jak trzeba. Chwilę później zegarek zaczyna wibrować, znowu za szybko! Głos szydzi: „Spalisz się, spalisz się, na mocnym nie dasz rady.” Ja nie dam? Ja? Tydzień temu biegłem podobny trening i czułem się po nim świetnie, więc co to za bzdurne pitolenie?!

Lekki interwał zbliża się do końca, zaraz czas przyspieszyć. Tu już poczuję prędkość, sam to wiem. Głos znowu: „To dla Ciebie za szybko, przebiegłeś już 13 km, nie dasz rady 6 km w tym tempie =}”. Ze stoickim spokojem nie reaguję, bo wiem co się zaraz stanie. Przyspieszę, odczuję większe obciążenie, a po jakimś kilometrze wszystko się znowu ustabilizuje. No to przyspieszam, biegnę, przychodzi stabilizacja oddechu.

Głos po raz ostatni, teraz już cichutko i ledwie słyszalnie próbuje: „Nie utrzymasz tego tempa, to za szybko…” Szeroko się uśmiecham, bo wiem, że już z nim wygrałem. Mówię mu: „Ty chyba masz jakiś problem z pamięcią. Zapomniałeś już, że kilka tygodni temu pobiegliśmy 10 km ciągiem w tempie o 10 sekund na kilometr szybszym i okazało się, że to było za wolno?”. Głos nie odpowiada. Chyba nastąpił foch. Trudno, co zrobić? A mi biegnie się rewelacyjnie. Jest moc! Cztery kilometry z sześciu mocnego II zakresu już z głowy. Nogi chcą więcej, więc delikatnie im odpuszczam, niech pohasają. Uśmiech, który towarzyszy mi w sumie od początku biegu, staje się coraz szerszy 😀 Aż się ludzie dziwnie na mnie patrzą, biegnie taki, kurtka rozpięta, rękawiczki i czapka zdjęte, a do tego szczerzy się jak głupi do sera. Później, już w domu, sprawdziłem, że te ostatnie dwa kilometry mocnego wyszły w 3:43 min/km i 3:59 min/km… Dużo za szybko, ale cóż. Biegło się tak lekko, że po prostu nie mogłem zwolnić.

Trucht to już była tylko formalność. Tętno się uspokoiło, spokojnie dotruchtałem do auta. Tam 10 minutek na rozciąganie, szybkie przebranie się w suche ciuchy i chwilę po tym, jak schowałem się w aucie, przybiegła Monika. Zjazd do domu z poczuciem, że ten trening był bardzo przyjemny, a mój wewnętrzny głos jest gópi 😉

Motywacja

Motywacja to trudny temat. Istnieje bardzo wiele opracowań, artykułów, opisów, kursów i innych źródeł, które można zdobyć, żeby się dokształcić i wyrobić sobie własne zdanie na ten temat. Mimo wszystko, postanowiłem podzielić się swoimi przemyśleniami 😉 Większość tego, co opisałem poniżej, jest wynikiem moich doświadczeń. Przeszedłem tą drogę i mogę powiedzieć, że jestem człowiekiem szczęśliwym, niezależnie od tego, co mnie w życiu spotkało. Poniższy tekst jest pewnie „odrobinę” chaotyczny, pisałem go dosyć długo i doszedłem do wniosku, że żeby przekazać wszystko co chcę, to potrzebna była by książka.

Wersja TL;DR: motywacja siedzi w nas, tylko od nas zależy, czy nam się będzie chciało.
A dla tych, którzy chcą poczytać ciut więcej, wersja dłuższa poniżej 😉

Na wstępie warto przytoczyć definicję słowa motywacja (za Słownikiem Języka Polskiego PWN):

1. «to, co powoduje podjęcie jakichś działań lub decyzji»
2. «uzasadnienie czyichś działań lub decyzji»

Po przeczytaniu tej definicji wydaje się, że wszystko jest jasne, prawda? Coś, co powoduje podjęcie jakichś działań lub decyzji. Proste?

Jako człowiek pracujący w korporacji i zarządzajacy ludźmi, w ramach swojego stanowiska, odbyłem kilkanaście szkoleń z zakresu motywacji. Usłyszałem na nich trochę wartościowych informacji, ale też całą masę rzeczy, z którymi się nie zgadzam. Na tych szkoleniach często motywowanie ludzi przedstawiane jest jako de facto manipulowanie nimi. Sposób na to, żeby ludzie robili to co chce korporacja, co chcę ja. Czy to jest motywowanie? Moim zdaniem nie. Co więcej, moim zdaniem, ten sposób działania jest na dłuższą metę demotywujący. Bo ludzie nie są głupi, prędzej czy później zorientują się, co się próbuje zrobić.

Co więc powoduje, że robimy cokolwiek? Rachunek zysków i strat? Osiąganie korzyści? Co sprawia, że przełamujemy wrodzone lenistwo i jednak coś robimy? Przymus? Konieczność? Być może. To zapewne wystarcza, żeby podjąć pracę. Bo jeść trzeba, ubrać się trzeba, rodzinę wyżywić też trzeba. No ale dlaczego robimy coś poza tym, co „trzeba”? Co nami powoduje?

Poczytajmy Wikipedię 😉

Motywacja – stan gotowości do podjęcia określonego działania, wzbudzony potrzebą zespół procesów psychicznych i fizjologicznych określający podłoże zachowań i ich zmian. Wewnętrzny stan człowieka, mający wymiar atrybutowy.

Procesy motywacyjne ukierunkowują zachowanie jednostki na osiągnięcie określonych, istotnych dla niej stanów rzeczy, kierują wykonywaniem pewnych czynności tak, aby prowadziły do zamierzonych wyników (zmiana warunków zewnętrznych, zmiana we własnej osobie, zmiana własnego położenia). Jeśli człowiek jest świadomy wyniku wykonywanych czynności, wówczas ten wynik nazywa się celem. Proces motywacyjny składa się z zespołu pojedynczych motywów. Motywem nazwać zaś można przeżycie pobudzające człowieka do działania lub powstrzymujące go, lub przeszkadzające jego wykonaniu.

Jak czytam powyższe, to zaczyna mnie boleć głowa 😉 W tymże artykule Wikipedii napisane jest, że motywacja może być wewnętrzna lub zewnętrzna. Pamiętacie to, co napisałem wyżej o manipulacji? W Wikipedii, odnośnie motywacji zewnętrznej, napisali tak:

zewnętrzna – polega na wzbudzeniu potrzeb przez stosowanie kar i nagród, informowaniu o możliwościach zawartych w różnego rodzaju sytuacjach i manipulowaniu tymi możliwościami

„Manipulowaniu tymi możliwościami”? Od kiedy manipulacja jest motywacją? Czy może nią w ogóle być? Czy manipulacja ma w ogóle cokolwiek wspólnego z motywacją? Na to pytanie wszyscy powinni sobie odpowiedzieć samodzielnie, ale moim zdaniem odpowiedź jest oczywista. Istnieje wiele teorii odnośnie tego, jak można zewnętrznie stymulować u kogoś działanie. Czy są skuteczne? To zależy, zdarza się, że bywają. Ale czy motywują, tworzą w kimś wewnętrzną wolę działania?

Zanim opiszę, czym dla mnie jest motywacja, chciałbym jeszcze wspomnieć o demotywacji. Demotywację rozumiem nie jako brak motywacji, ale działania pozbawiające chęci do działania. Innymi słowy gaszące motywację. Niestety, dookoła jest mnóstwo demotywatorów, które (za naszą zgodą!) pozbawiają nas chęci do działania. Żeby motywacja mogła istnieć należy zminimalizować liczbę demotywatorów. Zrzędzący szef, wiecznie niezadowolona teściowa (;)), to tylko przykłady. Na szkoleniach dotyczących motywacji, na których byłem, często podkreślano, że pracowników nie motywują pieniądze lub że motywują bardzo krótkoterminowo. Zgadzam się z tą teorią, to nie pieniądze motywują. Szkoda tylko, że na większości owych szkoleń nikt nie wspominał, że brak pieniędzy skutecznie pracowników demotywuje. Na tyle skutecznie, że inne sposoby na zainspirowanie (!) pracowników do wzbudzenia w sobie motywacji (!!) mogą okazać się nieskuteczne.

Dla mnie motywacja jest wyrazem wewnętrznej woli. Wola to kluczowe pojęcie, w tym przypadku. Bo od tego się zaczyna. Musi MI się chcieć. Mi, nie komuś innemu. Bez tego nie ma mowy o motywacji. Z przyczyn różnych, zajęło mi wiele lat dojście do obecnego punktu widzenia, ale odkryłem w końcu coś co czułem od dawna. Nikt i nic, co pochodzi z zewnątrz, nie jest w stanie mnie zmotywować. Owszem, mogę zostać zmuszony do działania, ale to nie będzie motywacja. Te działania będą zainspirowane. Jednak żeby działać powinienem CHCIEĆ. Powody, dla których się chce coś zrobić bywają różne. Czasami „muszę” (cóż za okropne słowo!), czasami „trzeba”, czasami „się chce”. Ale tak czy owak pojawić musi się wola do działania. Kiedy coś muszę, kiedy coś trzeba, to oznacza istnienie jakiegoś przymusu, zazwyczaj negatywnych konsekwencji braku działania. Nawet wtedy mam wybór, bo mogę wybrać poniesienie tychże konsekwencji, zamiast zmuszenia się do działania. Wybór jest kolejnym istotnym słowem w moim rozumieniu motywacji. Bo oprócz woli zawsze jest jeszcze wybór. Są zapewne ludzie, którzy na to stwierdzenie zareagują, że są sytuacje, w których nie ma wyboru. Otóż nie, nie ma takich sytuacji. Wybór jest zawsze. Nie zawsze konsekwencje tego wyboru są równoważne. Niektóre wybory po prostu wydają się być oczywiste. Czy są? Czasami pewnie tak. Czy zawsze oczywista droga jest najlepsza? Z tym już bywa różnie.

Motywacja jest też wyrazem oczekiwań wobec siebie. Czy zgodzicie się ze stwierdzeniem, że kiedy działamy zgodnie ze swoimi oczekiwaniami stajemy się wewnętrznie spokojni? Ile razy w życiu byliście w sytuacji, kiedy po jakimś zdarzeniu mówiliście do siebie „powinnam/powinienem inaczej zareagować”? Sądzę, że ja byłem w takiej sytuacji co najmniej tysiące razy. A ile razy zdarzyło się Wam z zadowoleniem z siebie powiedzieć „właśnie tak należało to zrobić”? Jak się w takich sytuacjach czuliście? Zapewne dobrze, spokojnie i, z braku lepszego określenia, spójnie. To jest właśnie funkcja tego, czego sami oczekujemy od siebie. W tych sytuacjach, gdy działamy zgodnie z własnymi oczekiwaniami, czujemy się spójni, czujemy się dobrze.

Moim zdaniem, pierwszą i podstawową rzeczą, która potrzebna jest do tego, żeby się zmotywować, jest świadomość tego, czego sami od siebie oczekujemy. To jest nasz drogowskaz, nasza wizja siebie. Gdy wiem czego chcę, to wiem do czego chcę dążyć (chcę, a nie muszę, bo to mój wybór). Oczywiście, można próbować iść na skróty i stać się kimś, kim de facto nie jesteśmy a chcemy być, za pomocą sztuczek czy masek, które można nałożyć. Stworzyć sobie osobowość, swego rodzaju reputację. Ale czy da się tak żyć na dłuższą metę? Pewnie się da, tylko z czasem ludzie nas przejrzą, bo będziemy niespójni. A prawda jest taka, że nie ma drogi na skróty, jeśli chodzi o pracę nad sobą. Gdy budujemy dom, to zaczynamy od fundamentu. Gdy fundament jest kruchy, to budynek nie będzie stabilny. Albo inaczej, przykład zaczerpnięty z „7 nawyków skutecznego działania” Stephen’a R. Covey’a (polecam lekturę!), gdy rolnik zapomni zasiać na wiosnę i pojawi się na polu w porze zbiorów, to czy będzie miał co zbierać? Raczej będzie z tym słabo. I tak samo jest z budowaniem siebie. Tak, dokładnie o to mi chodzi, o budowanie siebie. Bo mamy taką możliwość. Posiadamy zdolność do bycia samoświadomymi. Jesteśmy w stanie na bieżąco analizować swój stan psychiczny, swój tok myślenia! Co więcej, mając tę świadomość, możemy zmieniać zarówno swój tok myślenia, jak i stan psychiczny! Czyż to nie jest potężne narzędzie? Samoświadomość pozwala nam wybrać swoją reakcję na bodziec. Zastanówmy się, jak działa nasz umysł, jeśli chodzi o reakcje. Zazwyczaj jest tak, że najpierw jest bodziec, potem jest reakcja, a na końcu jest miejsce na refleksję. Z czasem, jeżeli będziemy to w sobie ćwiczyć, pomiędzy bodźcem i reakcją pojawi się luka, w której pojawi się czas na podjęcie decyzji, jaka będzie nasza reakcja. I z każdą podjętą w ten sposób decyzją będzie łatwiej, czas na podjęcie reakcji będzie dłuższy. O tym, jak to ćwiczyć, można poczytać na przykład w „7 nawykach”, w części dotyczącej proaktywności.

Przykładowo, gdy ktoś zajedzie mi drogę na ulicy, mogę zareagować agresją lub mogę wzruszyć ramionami i stwierdzić po prostu, żę to się zdarza. Która reakcja sprawi, że poczuję się lepiej? To pewnie zależy od osobowości, ale zapewne taka, która będzie zgodna z oczekiwaniami wobec siebie 😉 Tak czy owak, możliwość wyboru mamy i należy z niej korzystać. Jeśli mam wybór, to mogę wybrać reakcję, której sam od siebie oczekuję. Czy to się zawsze udaje? Nie, mi nie. Ale w ramach refleksji mam możliwość analizy tego, co zrobiłem i dlaczego to zrobiłem. Na podstawie tej analizy mogę pracować nad tym, żeby następnym razem zareagować zgodnie ze swoimi oczekiwaniami, zgodnie z mechanizmem opisanym powyżej. I to działa, wiem po sobie. Mam wybór i z niego korzystam. Chcę z niego korzystać. Mając wizję obecnego siebie mogłem zacząć budować wizję tego, kim chcę być. Jaki chcę być. Mogę wyznaczyć sobie pewne podstawowe cele i wartości. Znaleźć swego rodzaju punkt docelowy. Mieć wizję końca drogi.

Mam nadzieję, że zauważacie pewną prawidłowość. Proces tworzenia, o którym piszę powyżej, zaczyna się w środku i dopiero później się uzewnętrznia. W metodyce zarządzania projektami niektórzy nazywają to siedzeniem na rękach. W fazie inicjacji projektu kierownika projektu powinny boleć ręce, właśnie od siedzenia na nich 😉 Zanim cokolwiek zrobi, powinien wszystko przemyśleć, wykonać wewnętrzny proces planowania (oraz zarządzania ryzykiem i parę innych), a dopiero potem zabrać się za robotę, w tym formalne planowanie. Musi najpierw mieć pomysł, a dopiero później może przestać siedzieć na rękach i zacząć ich używać do działania. Z mojego doświadczenia wynika, że dobrze przemyślane zawczasu projekty mają dużo większą szansę powodzenia. Życie bynajmniej nie jest projektem, ale przemyślenie i planowanie są tu również kluczowe. To pewnie oczywiste, ale pracę nad sobą trzeba rozpocząć od siebie. Cóż zmieni rozgłaszanie wszem i wobec, że „oto nowy, lepszy, ja, patrzcie jak staję się człowiekiem sukcesu!”, gdy nasze działania się nie zmienią? Albo, gdy będą powierzchowne i przy pierwszej lepszej sytuacji prawda wyjdzie na jaw? Bez porządnego fundamentu nie da rady. Trzeba najpierw zasiać, żeby zbierać plony.

Należy pamiętać, że tak naprawdę wszystko robimy dla siebie, żeby spełnić własne oczekiwania wobec siebie. Nawet, jeżeli sobie nie zdajemy z tego sprawy. Gdy pomagamy innym, co samo w sobie jest chwalebne, tak naprawdę nie robimy tego dla nich, ale właśnie dla siebie, żeby spełnić swoje własne oczekiwania wobec swojej wizji siebie. Bo przecież oczekujemy od siebie tego, że będziemy pomagali innym. Zdaję sobie sprawę, że to może wydawać się kontrowersyjne, ale moim zdaniem tak właśnie jest. Napędza nas to, że chcemy coś zrobić. A chcemy, bo to sprawia, że czujemy się lepiej. I to wcale nie jest egocentryzm, tylko po prostu realizowanie własnej wizji siebie. Warto być tego świadomym, gdyż wtedy mamy większy wybór tego co chcemy robić oraz sposobów na realizację tego co chcemy robić.

No dobrze, ale co to wszystko ma wspólnego ze sportem? Ma i to wiele, bo w sporcie jak w życiu 😉 Przede wszystkim, należy sobie zadać pytanie, dlaczego w ogóle zajmuję się sportem? Co sprawia, że chcę trenować? Nie wiem, co kieruje innymi, ale wiem, co kieruje mną. W mojej misji życiowej, którą sobie spisałem i (w miarę) regularnie przeglądam, widnieje taki zapis dotyczący sportu:

Szukam granic swoich możliwości i je przekraczam.
Rozwijam się przez sport, psychicznie i fizycznie.
Zarażam tym innych, chętnie dzielę się swoją wiedzą i doświadczeniami.
Nauczę się pływać. Ukończę triathlon.

To są właśnie powody, dla których JA trenuję. Jak widać, trenuję dla siebie. Skupiam się na tym, żeby to były MOJE powody, które zaspokajają MOJE oczekiwania wobec siebie. Te powody są źródłem motywacji, która powoduje, że trenuję. Wyznaczają pewien kierunek w moim życiu, ale są przy tym na tyle ogólne, że warto było by je sprecyzować. I tu właśnie pojawiają się marzenia i cele, zarówno długo jak i krótkookresowe. Przykładowo, moim marzeniem jest ukończyć kiedyś zawody na pełnym dystansie Ironman. Właściwie to nawet nie tylko ukończyć, ale przebiec w nim maraton ze średnim czasem poniżej 5 min/km. Takich marzeń i celów mam więcej. Takim najbliższym do zrealizowania jest oswojenie się z głębokością na basenie Arki na tyle, żeby móc tam robić normalne treningi. Cele pomagają zaspokoić potrzebę realizowania czegoś konkretnego, co da (relatywnie) szybkie efekty.

Cały przydługi wstęp służył temu, żeby zobrazować moje podejście do, hm, teraz w sumie to już wszystkiego. Po pierwsze, wiem że nie ma drogi na skróty. Jeśli chcę coś zrobić, to powinienem znaleźć zasady, na jakich to działa i potem zgodnie z nimi ciężko i mądrze pracować. Co nie znaczy, że nie mogę szukać innych dróg, bo kreatywność może pomóc w osiągnięciu lepszych efektów 🙂 Poza tym, zgodnie z definicją szaleństwa przedstawioną przez Alberta Einsteina, która mówi:

Szaleństwem jest ciągłe robienie tego samego i oczekiwanie innych wyników

Szukanie nowych dróg ma sens! 🙂 Może się okazać, że jedna metoda treningowa zadziała na nas lepiej przez jakiś czas, a w innym okresie druga metoda będzie efektywniejsza. Ale trenować trzeba, bo bez tego się nie uda osiągnąć założonych celów. Tutaj dochodzimy do kwestii wychodzenia na trening. Wielokrotnie słyszałem od innych, że nie poszli na trening, bo byli zajęci, mieli jakieś zobowiązania i takie tam, co skutkowało brakiem czasu na trening. A przecież każdy jest panem własnego czasu. To ode mnie, od mojej decyzji, zależy czy na trening pójdę, czy nie. Czy zaplanuję dzień tak, że trening się zmieści, czy nie. Pilnuję, żeby mój dzień nigdy nie był wypełniony bardziej niż w 60%, zarówno w sferze prywatnej, jak i służbowej. To zostawia niezbędny margines pozwalający na elastyczność. Owszem, są dni, kiedy niezależnie od elastyczności rzeczy po prostu się spiętrzają. Wtedy też można wybrać, czy aby napewno wszystkie rzeczy są ważne? A może niektóre są tylko pilne, ale tak naprawdę nic się nie stanie, jeśli przesuniemy je na jutro? A jeżeli wszystkie są ważne, to może trening da się zrobić wieczorem? Pamiętam, że kilkukrotnie zdarzało mi się zaczynać trening biegowy czy rowerowy na trenażerze tuż przed północą. I żyję 😉 Prawie zawsze da się znaleźć sposób na to, żeby trening zrealizować. Bo kto chce, szuka sposobu. Kto nie chce, szuka usprawiedliwienia. Albo inaczej, jak powiedział Henry Ford:

Czy myślisz, że możesz, czy myślisz, że nie możesz – masz rację

Jeszcze parę słów w temacie „chcenia”. Zdarza się, że po prostu nie chce się wyjść na trening. Nie uwierzę, że istnieje ktoś, kto nigdy tego uczucia nie doświadczył. 😉 Co w takiej sytuacji? Ja w takich sytuacjach pamiętam o proaktywności. To ja decyduję, czy mi się chce. I nawet jeżeli wewnętrznie mi się nie chce, to jestem tego świadomy i mogę ten stan zmienić. Bodźcem jest niechęć, moją reakcją jest świadoma decyzja, że chcę wyjść na trening. Wiem, że wiele osób stwierdzi, że takie podejście jest naiwne, nierealne i tym podobne. Faktem jednak jest, że mamy świadomość tego co sami czujemy. Mamy świadomość tego, jakie są nasze cele. Mamy świadomość tego, jakie będą konsekwencje, gdy nie pójdziemy na trening. I mamy wybór. Możemy wybrać poniesienie konsekwencji i zadziałanie wbrew własnym oczekiwaniom wobec siebie, albo możemy zmienić nastawienie i na trening pójść. W moim przypadku, w 99% sytuacji, gdy nie chciało mi się iść na trening, ale jednak poszedłem, po treningu czułem się świetnie. Szczególnie psychicznie. Byłem z siebie bardzo zadowolony, bo działałem zgodnie z własnymi oczekiwaniami wobec siebie 🙂 Nie spotkałem się jeszcze z przypadkiem, kiedy ktoś, komu się nie chciało iść na trening, w ostatecznym rozrachunku był zadowolony, z tego, że treningu nie było.

Podsumowując, motywacja jest w każdym z nas. To wyraz naszej woli, który skutkuje podjęciem przez nas samych działań. Nic z zewnątrz nas nie zmotywuje. Ale może nas zainspirować, zbudować w nas chęć, która skutkować będzie decyzją, że coś zrobimy, że pojawi się wola. W tym momencie ktoś może stwierdzić np. ale mnie motywuje rywalizacja z kolegą! Czy aby napewno motywuje? A może ta rywalizacja jest celem i jednocześnie inspiracją? Przecież chęć, żeby rywalizować, powstała w środku, prawda? Wszyscy mamy w sobie przepotężną siłę, tylko trzeba sobie z tego zdać sprawę. To Wy sami decydujecie o tym, co chcecie robić. To Wy macie moc sprawczą, żeby to realizować. To Wy możecie podjąć decyzję, że Wam się chce, nawet gdy czujecie, że Wam się nie chce. Najlepszym podsumowaniem tego tekstu będą cytaty z pierwszej części Kung Fu Pandy, które pojawiły się już we wpisie o inspiracji:

Mr. Ping: The secret ingredient is… nothing!
Po: Huh?
Mr. Ping: You heard me. Nothing! There is no secret ingredient.
Po: Wait, wait… it’s just plain old noodle soup? You don’t add some kind of special sauce or something?
Mr. Ping: Don’t have to. To make something special you just have to believe it’s special.
[Po looks at the scroll again, and sees his reflection in it]
Po: There is no secret ingredient…

Tai Lung: Finally… oh, yes… at last, the power of the Dragon Scroll is *mine*…
[He opens the scroll – and stares at it]
Tai Lung: It’s nothing!
Po: It’s okay. I didn’t get it the first time either.
Tai Lung: What?
Po: There *is* no secret ingredient. It’s just you.

Powyższe to tylko wierzchołek góry lodowej, bo temat motywacji i tego, że pochodzi z wewnątrz, to temat na grubą książkę. Ale tego ten blog by nie zniósł 😉

Bieg Urodzinowy Gdyni 2016

To był bardzo pouczający weekend. Z dwóch względów, po pierwsze, w sobotę miał miejsce Bieg Urodzinowy Gdyni 2016 (Gdynia ma już 90 lat!). Po drugie, na niedzielę miałem zaplanowany w mikro tzw. dzień konia, czyli wszystkie rubryki (pływanie, rower, bieg, siła) miały w sobie wpis!

Zacznijmy od biegu. Przed biegiem byłem dosyć mocno zestresowany. W sumie kompletnie bez sensu, ale mimo wszystko byłem. To miał być drugi bieg na dystansie 10 km, który miałem przebiec w czasie poniżej 40 minut. Pierwszy był Nocny Bieg Świętojański 2015, też w Gdyni. Wtedy uzyskałem czas 39 minut i 52 sekundy. Jak mi się wtedy biegło opisałem w podsumowaniu roku 2015. Tym razem fizycznie czułem się dobrze, po przeziębieniu nie było już śladu. Co więcej, akcent zrobiony w poniedziałek pozwalał mi być optymistą, że ponownie się uda. Z drugiej strony bardzo bałem się, żeby się nie spalić. Nie wyrwać zbyt szybko, nie pobiec zbyt mocno od początku. Trenerka zasugerowała strategię taką, żeby pierwsze trzy kilometry pobiec na spokojnie, w tempie 4’00″/km. A potem miałem grzać.

Przed biegiem miała miejsce rozgrzewka, razem z Moniką i innymi zawodnikami Tridei. Ja najpierw potruchtałem z Maćkiem, potem porobiliśmy przyspieszenia (już bardziej każdy na własną rękę). Krótkie rozciąganie i można iść (truchtać) na start. Tak więc truchtamy z Moniką na start, a w mojej głowie dziesiątki scenariuszy, jak rozegrać ten bieg. Czy powinienem zignorować wytyczne trenerki i od początku pociągnąć mocno? A może jednak się posłuchać i poczekać z wyrywaniem? Na trasie są trzy podbiegi, w tym jeden dosyć długi (ponad kilometr), może powinienem je wszystkie pobiec oszczędnie? A może te krótkie zrobić mocno i tylko na Świętojańskiej się pooszczędzać? Gonitwa myśli trwała w najlepsze. Przedstartowy buziak od Moniki na szczęście i rozeszliśmy się do swoich stref startowych. W strefie coraz więcej wątpliwości. Przecież w poniedziałek akcent wyszedł dobrze, czułem się mocny, może jednak pognać?

Zabrzmiał sygnał startowy, moja fala wystartowała. Przekraczając linię startu podjąłem decyzję, początek pobiegnę tak jak to było ustalone, potem zobaczę jak się będę czuł. Pierwszy kilometr prawie idealnie w zgodzie ze strategią, 3’59”. Chwilę później zaczął się pierwszy, najkrótszy, podbieg. Skupiłem się na tym, żeby nie zrobić tego, co robię zazwyczaj, czyli nie pognać pod górę. Trzymać tempo, biec swoje. Drugi kilometr w 4’02”. Trzeci kilometr, płaski, na którym jest dosyć długi prawy łuk, większość ludzi biegnie po zewnętrznej. Zawsze zastanawiam się, dlaczego? Przecież w ten sposób dokładają sobie dodatkowy dystans do przebiegnięcia 😉 Patrząc na to z mojej perspektywy, to w sumie dobrze, bo wewnętrzna jest wolna dla mnie! Zaczęło mnie nieść, czułem się mocny. Ten kilometr zajął 3’56”. Uśredniając, prawie się zmieściłem w strategii. Na czwartym kilometrze jest drugi podbieg, pod wiadukt, też w sumie krótki. Postanowiłem pobiec go trzymając dalej to samo tempo, co się udało, bo ten kilometr przebiegłem w równo 4 minuty. Stwierdziłem, że czas trochę przyspieszyć. Piąty kilometr wyszedł 3’54”. Powoli zbliżam się do Świętojańskiej, prawie 1,5 kilometra podbiegu. Niby nie stromy, ale potrafi zmęczyć. Chciałem w tym biegu cały ten dystans przebiec ze średnim tempem poniżej 4 minut na kilometr. Udało się! Szósty kilometr zajął 3’49”, a siódmy 3’56”. Zgodnie z tym, co pokazał zegarek, na siódmym kilometrze, pomiędzy jego początkiem i końcem, była różnica poziomu 18 metrów. A praktycznie całą Świętojańską wyprzedzałem ludzi. Z tyłu głowy miałem cały czas głos, który mówił mi „nie przegnij!”. Ciało mówiło z kolei, żeby gnać. Posłuchałem jednak głosu, jak się za chwilę okazało, niepotrzebnie. Gdy dobiegłem do góry ul. Świętojańskiej czułem, że ciągle mam dużo sił i pobiegłem ją za wolno. Trudno, trzeba pocisnąć końcówkę, może się jeszcze uda podkręcić tempo! Na ósmym kilometrze, zrobionym w 3’44”, zdołałem jeszcze odsapnąć, bo było z górki. Dziewiąty kilometr to był już początek finiszu, ale znowu nie chciałem się spalić, więc pobiegłem zachowawczo. Wyszło 3’46”. Ostatni kilometr pobiegłem tak samo jak ósmy, w 3’44”. W sumie wyszło 39’10”.

Nowa życiówka, lepsza od poprzedniej o 42 sekundy. Z jednej strony ogarnęła mnie radość, z drugiej czułem niedosyt. Za dobrze się czułem, nie zmęczyłem się tak, jak walcząc o poprzednią życiówkę. Sprawdziłem na zegarku, jakie miałem średnie tętno. Wynik? Średnio 154 uderzenia na minutę, maksymalne 163. Co?! Przecież ja wyższe tętno mam na treningach interwałowych! Z jednej strony cieszę się z tego wyniku, naprawdę. Z drugiej, widzę, że powinienem popracować nad głową. Przy poprzedniej życiówce, na dokładnie tej samej trasie, miałem średnie tętno 161, maksymalne 170. W sumie też nisko, ale jednak przyłożyłem się mocniej. Zastanawiałem się przez ostatnie dwa dni, dlaczego tak się stało. Formę fizyczną mam, jak widać, dobrą i rosnącą. Czyli to coś w głowie, co nie pozwala mi się mocniej zmęczyć. A przecież chciałbym w tym roku zrobić jeszcze kilka życiówek! Dzisiaj w trakcie regeneracyjnego truchtania doszedłem do wniosku, że marcowy półmaraton w Gdyni powinienem dać radę przebiec w tempie poniżej 4 minut na kilometr. Musze jedynie popracować nad głową! Jak? Pewnie na dwa sposoby, po pierwsze pogadać ze sobą „po swojemu” 😉 Po drugie, co już zapowiedziała trenerka, treningiem szybkościowym. Oj, dostanę wciry… 😉

A teraz parę przemyśleń w temacie dnia konia, na dzień po zawodach. Bałem się tej niedzieli strasznie. Na szczęście, pobiegłem zawody, jak pobiegłem. Dzięki temu zmęczenie było praktycznie żadne. 🙂 Ale! Nie chciało mi się wstać na basen z rana, więc stwierdziłem, że najpierw zrobię zakładkę (odwrotną, najpierw bieganie, potem rower na trenażerze) i siłę („tylko” core), a basen zostawię na deser. Bieganie wyszło luźniutko, rower jeszcze bardziej, ale siła mnie zmasakrowała. A to tylko w sumie 13 minut podporów w różnych wariantach! Na basen trafiłem kilka godzin później, samopoczucie było już lepsze. Ale po przepłynięciu tych 2200 metrów czułem się podmęczony. I tak na koniec dnia zacząłem się zastanawiać, jak ja sobie dam radę w tym triathlonie? 😉 Na szczęście uświadomiłem sobie, że nie będę przecież startował w zawodach dzień po dniu. No i dzisiaj, pomimo że jestem po regeneracyjnym bieganiu, jestem już o wiele bardziej wypoczęty 🙂

Inspiracja – cytatów kilka

Ludzie trenujący rozmaite sporty bardzo często rozmawiają o motywacji, o tym co ich inspiruje do treningu. Co pomaga motywację utrzymać, albo nawet ją podkręcić. Planuję post o motywacji, ale to jeszcze nie ten czas. Dzisiaj postanowiłem się podzielić swoimi przemyśleniami w temacie inspiracji, a konkretnie paroma cytatami, które poniekąd definiują to, jak obecnie podchodzę do treningu, zawodów i sportu w ogóle, jak również do życia w ogóle. To będzie zbiór moich ulubionych cytatów z różnych źródeł, czasami pewnie okażą się zaskakujące. Do rzeczy!

Pierwszy cytat przypomina mi o tym, że w życiu są rzeczy ważniejsze niż posiadanie.

There must be more to life than having everything. – Maurice Sendak

W kwestii treningu i zawodów, ten cytat przypomina mi, że posiadanie nawet najlepszego sprzętu nie zapewni wyniku. Sprzęt jest dodatkiem do tego, co mamy wewnątrz. Liczy się przede wszystkim nasza praca, mądra praca, zazwyczaj też ciężka. Dlaczego najpierw mądra? Bo można ciężko trenować, ale bez sensu. Przykładowo, robić trening wyłącznie szybkościowy, gdy trenujemy do maratonu. Czy będziemy szybcy? Tak. Czy będziemy szybcy w maratonie, gdy nie wybiegamy odpowiedniej objętości? Wątpliwe.

Drugi cytat podkreśla rolę tego, żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce 😉 Bez tego nie ma mowy o sukcesie.

Desire is the most important factor in the success of any athlete. – Willie Shoemaker

Inną kwestią jest to jak definiowany jest sukces. Dla kogoś to będzie po prostu ukończenie zawodów, dla innych zrobienie jakiegoś konkretnego wyniku czy życiówki, dla jeszcze innych pokonanie innego zawodnika. Żeby to osiągnąć trzeba chcieć. Chcieć trenować, chcieć poświęcić czas i zasoby na trening, chcieć opuścić strefę komfortu. Przeprowadziłem kilka prezentacji na temat biegania i często pojawiającym się na nich pytaniem było: jak zrobić, żeby mi się chciało biegać? Moja odpowiedź zazwyczaj była zadziwiająca dla słuchających: zdecyduj, że Ci się chce. Reakcja? „Ale jak to, zdecyduj?” Tak, to właśnie Ty masz tę moc, żeby o tym zdecydować. Więcej będzie we wpisie o motywacji, który pojawi się za czas jakiś 😉

Kolejnym cytatem jest cytat jednego z Pogromców Mitów.

Failure is always an option. – Adam Savage

Często spotykałem się z tym, że trenujący jakiś sport mówią, że nie ma możliwości, żeby się nie udało. Otóż jest. Trzeba się z nią liczyć. Co więcej, porażka nie oznacza końca świata. Z porażek trzeba wyciągać wnioski, wprowadzać poprawki, a potem dalej robić swoje. Porażki, przynajmniej w moim przypadku, są niestety najskuteczniejszym sposobem nauki. Dlaczego niestety? Bo wiele razy zdarzyło się, że o czymś czytałem, czy słyszałem, a potem w trakcie treningu lub zawodów popełniłem dokładnie ten błąd. Mądry Polak po szkodzie? 🙂 Najważniejsze, to wyciągać wnioski i nie popełniać tych samych błędów ponownie.

Ten cytat jest bardzo istotny dla osób takich jak ja, ponieważ przypomina o bardzo ważnej części treningu: odpoczynku!

The time to relax is when you don’t have time for it. – Sydney J. Harris

Szczególnie istotny jest odpoczynek w okresie przedstartowym, albo w trakcie trwania BPSa. Wtedy najbardziej kusi mnie, żeby sobie dołożyć wysiłku. Mimo, że trenerka już zadbała o to, żebym dostał w tyłek. To chyba taki kompleks prymusa. I często boję się, że w trakcie najważniejszych zawodów wyjdzie, że jednego treningu mi zabrakło do celu… A regeneracja, co powie Wam każdy trener, to jest część treningu. Istotna część treningu!

Wykrzywiona forma poniższego cytatu często jest przytaczana przez różnych ludzi, którzy w nie do końca dobry sposób próbują coś zrobić. Bardzo często przez polityków.

Wisdom denotes the pursuing of the best ends by the best means. – Francis Hutcheson

Oryginał często tłumaczony jest jako „cel uświęca środki”, co jest po prostu karykaturą oryginalnego znaczenia. Ja tłumaczę sobie to tak: rozwaga nakazuje poszukiwać najlepszych rozwiązań uzyskanych najlepszymi środkami. Prawda, że znaczy to coś zupełnie innego, niż „cel uświęca środki”? Tutaj nawiązać można ponownie do mądrej pracy na treningu. Szukamy najskuteczniejszych środków treningowych, które najmniejszym nakładem sił pozwolą uzyskać oczekiwany efekt. Można to odnieść do zasady najsłabszego skutecznego środka treningowego. Czyli nie ma sensu się zarzynać na treningu, jeżeli ten sam efekt można osiągnąć lżejszym treningiem. Chyba, że celem treningu jest głowa, przyzwyczajenie jej do zarzynania się na zawodach 😉 Tak czy owak, trzeba szukać rozsądnych sposobów osiągania najlepszych celów.

When we have done our best, we should wait the result in peace. – John Lubbock

Trzeba pamiętać o tym, że gdy wszystko co miało zostać zrobione zostało zrobione, to wtedy ze spokojem trzeba oczekiwać rezultatów. To zresztą napisała mi Ola w mikro, tuż przed startem w maratonie, cytuję:

Wszystko zostało zrobione… Leć więc 😉 – Aleksandra Sypniewska

Rzetelnie wykonana praca odpłaca się efektami. Z jednej strony mówi nam to tyle, że nie warto się stresować, jeżeli zrobiliśmy co trzeba. Zdarzyło mi się kilka razy „spalić się w głowie” na zawodach. Głowa sama wytworzyła takie ciśnienie, że ciało samo się poddawało. Tak było z moim łamaniem 40 minut na 10 km. A przecież jeżeli procent realizacji treningu stoi na dosyć wysokim poziomie, to potem przekłada się na wzrost formy. Obecnie jestem właśnie na takim etapie. Jeśli dobrze kojarzę (a wydaje mi się, że tak, bo sprawdziłem mikroplany 😉 ), to w tym sezonie przygotowawczym odpuściłem JEDEN trening – siłę – której nie dałem rady zrobić, ze względu na migrenę. Moja forma jest na fali wznoszącej. Oceniam, że jestem w formie zbliżonej do tej, którą osiągnąłem na koniec przygotowań do maratonu. Owszem, objętości są jeszcze trochę mniejsze, ale tak czy owak, jest dobrze. A będzie lepiej! Czyli stając na starcie zawodów nie powinienem się stresować aż tak, żeby negatywnie odbiło się to na moich możliwościach!

Z powyższym wiąże się kolejny cytat.

Whether you say you can’t or you can, you’re right. – Walt Disney

Często nasze nastawienie determinuje, czy coś uda nam się zrobić, czy nie. Jeżeli wierzymy, że tak, to bardziej się staramy, robimy więcej, żeby się udało. Jeżeli nie wierzymy, to często sami, nie do końca świadomie, sabotujemy swoje wysiłki. Bo przecież się nie uda. Taka samospełniająca się przepowiednia. U zawodników występuje często efekt pigmaliona. Polega on na tym, że jak trener powie zawodnikowi, że da radę, to ten zazwyczaj daje radę. Ciekawe, prawda? 🙂

Teraz czas na te cytaty, które być może będą zaskakujące, ze względu na źródła 🙂 Cytaty, które w dużej mierze pomogły mi wydobyć się z depresji. Pierwsze dwa pochodzą z filmu Kung Fu Panda. Trzeci pochodzi z drugiej części, czyli Kung Fu Panda 2. Czwarty usłyszałem w serialu animowanym Xiaolin Showdown, a w oryginale przypisywany jest Laozi, chińskiemu filozofowi.

Mr. Ping: The secret ingredient is… nothing!
Po: Huh?
Mr. Ping: You heard me. Nothing! There is no secret ingredient.
Po: Wait, wait… it’s just plain old noodle soup? You don’t add some kind of special sauce or something?
Mr. Ping: Don’t have to. To make something special you just have to believe it’s special.
[Po looks at the scroll again, and sees his reflection in it]
Po: There is no secret ingredient…

Powyższy cytat to fragment rozmowy pana Pinga z Po, kiedy postanowił wyjawić Po sekretny składnik zupy. Okazało się, że nie ma żadnego sekretnego składnika, była po prostu zupa.

Tai Lung: Finally… oh, yes… at last, the power of the Dragon Scroll is *mine*…
[He opens the scroll – and stares at it]
Tai Lung: It’s nothing!
Po: It’s okay. I didn’t get it the first time either.
Tai Lung: What?
Po: There *is* no secret ingredient. It’s just you.

Ten cytat pochodzi z fragmentu filmu, kiedy Tai Lung walczy z Po. Tai Lung odebrał Smoczy Zwój i po rozwinięciu go odkrył, że zwój jest pusty. Cały zwój był kawałkiem lustrzanego materiału, w którym „czytający” mógł zobaczyć swoje odbicie.

Powyższe dwa cytaty uświadomiły mi coś, co uświadomić powinien sobie każdy. Nie istnieje żaden magiczny sekretny składnik, który pozwoli rozwiązać wszelkie problemy i da nieograniczoną siłę. To wszystko siedzi w nas, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. To ja jestem tym, który może tworzyć w swoim życiu. Mogę wybierać ścieżkę, którą podążę. Co zrobię, gdy spotka mnie przykrość? Co zrobię, gdy odniosę sukces? Decyzja należy wyłącznie do mnie.

Soothsayer: Your story may not have such a happy beginning, but that doesn’t make you who you are. It is the rest of your story, who you *choose* to be. So, who are you, panda?
Po: [determined] I am Po. And I’m gonna need a hat.

Powyższy cytat jest fajnym uzupełnieniem dwóch poprzednich. Ten cytat pokazuje, że nasz los nie jest zdeterminowany tym, skąd przyszliśmy, gdzie zaczęła się nasza podróż. Bo swoją drogę zawsze możemy wybrać. Dla mnie jest on również bardzo osobisty. Z pewnych względów obwiniałem parę osób o to, jaki byłem, jakie miałem problemy, co się ze mną stało, że wpadłem w depresję. Dopiero terapia i lektura „7 nawyków skutecznego działania” pozwoliły mi zrozumieć, że to wszystko były wymówki. Tak było łatwiej i wygodniej żyć, móc obwiniać kogoś za swoje porażki. Cała odpowiedzialność, wydawało mi się, spadała na kogoś innego. Zdanie sobie sprawy z tego, że sami ponosimy odpowiedzialność za swoje życie jest, dla mnie, z jednej strony wielkim ciężarem, z drugiej źródłem ogromnej siły. Skoro to ja decyduję, co się ze mną stanie, to ja mam moc, dzięki której mogę pokierować swoim życiem. Oczywiście, zaraz pojawią się głosy, że to ułuda, bo nie ma się wpływu na rozmaite zdarzenia, etc. Owszem, na cały świat wpływu nie mamy. Ale jeśli coś mi się przydarzy, to ja decyduję o tym, jak na to zareaguję. Tylko ja.

A na koniec coś, co powinno każdemu uświadomić, że po pierwsze, każdy kiedyś zaczynał. Po drugie, że czas upłynie niezależnie od tego, czy coś będziemy robili, czy nie.

The journey of a thousand miles begins with but a single step.

Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Każda. Tak jak bieg na każdym dystansie zaczyna się od pierwszego kroku. Kiedyś przeczytałem, taką anegdotę:
– Który krok jest najważniejszy w maratonie?
– Następny.
I tak jest ze wszystkim. Zaczyna się od pierwszego kroku. Potem następują kolejne. Żadnego z nich pominąć się nie da. Wszystko ma swoją kolej. Wyobraźcie sobie rolnika, który pominął zasianie zboża, a potem w trakcie żniw chce zebrać plony. Czy to ma szansę się w ogóle udać? Ile razy w życiu mieliście moment, w którym zadawaliście sobie pytanie, czy też robiliście wyrzuty „dlaczego ja wtedy nie zaczęłam/zacząłem?”? Ja miałem takich momentów więcej, niż chciałbym 😉

A jakie są Wasze ulubione cytaty, powiedzenia, przypowiastki związane z treningiem?

Małe sukcesy

Czy też tak macie, że małe sukcesy Was bardzo cieszą? Tu trening wyjdzie dobrze, tam poprawicie jakiś czas, wygracie z jakąś swoją słabością. W sumie nic szczególnego. Co więcej, jak byście powiedzieli o tym komuś obcemu, to wzruszyłby pewnie ramionami, myśląc o co w ogóle tyle hałasu. Bo taki mały sukces to obiektywnie w sumie niby nic, a jednak daje swojego rodzaju pozytywnego mentalnego kopa.

Taki mały sukces przytrafił mi się dzisiaj. Po raz pierwszy udało mi się zrobić nawrót na głębokiej stronie basenu AM w Gdyni, popularnie zwanego basenem Arki (od tego klubu sportowego). Oczami wyobraźni widzę, jak zdecydowana większość potrafiących pływać puka się w głowę i przestaje czytać ten wpis. A może jednak nie? Bo przecież po co ktoś by pisał o takiej, wydawałoby się, bzdurze?

Najlepiej zacząć od początku. Od dzieciństwa, z różnych powodów, panicznie boję się wody. Mój strach przed wodą jest tak wielki, że każde pójście na basen to wyzwanie. Struktura tego strachu powoli się zmienia, nie mniej sam strach nie znika. Kiedyś bałem się nawet zanurzyć twarz w wannie. Czego bałem się najbardziej? Ogólnie, że się utopię. Nie potrafiłem wyartykułować tego, co mnie tak w wodzie przeraża. Teraz jestem już mądrzejszy. Wiem, że przede wszystkim bałem się siebie w wodzie. Że nie będę potrafił się na niej utrzymać. I że właśnie z braku umiejętności się utopię. Z braku kontroli. Przyznam się też, że cierpię na przypadłość zwaną nerwicą natręctw. Niektórzy nazywają to byciem „control frikiem”. Jeśli czegoś nie jestem w stanie kontrolować, to źle się z tym czuję. Czasami na tyle źle, że mnie paraliżuje. Boję się też wysokości, przestrzeni, głębokości, ciemności, małych i zamkniętych pomieszczeń. I wielu innych rzeczy.

Gdy rozpoczynałem współpracę z Olą, dostałem jasny komunikat: jestem trenerką triathlonu, będziesz uprawiał triathlon. Tak, wiem, mogłem przecież współpracy nie podejmować. Problem leżał w tym, że chciałem, bo Ola zrobiła na mnie wrażenie osoby kompetentnej, która doprowadzi mnie do wymarzonego celu – maraton w czasie poniżej 3 godzin. I doprowadziła 😉 Uświadomiłem trenerkę w temacie moich lęków i braku umiejętności pływackich. Potrafiłem „przepłynąć” „żabką” (cudzysłów jak najbardziej na miejscu, bo tego co robiłem nie można było nazwać ani pływaniem, ani żabką) jakieś 10 metrów. No, 20 jeśli się bardzo spiąłem. Przez chwilę myślałem nawet, że coś tam pościemniam i ostatecznie ten triathlon oraz to całe pływanie mnie ominie i zostanie tylko trening biegowy. A tutaj zdziwienie, bo jednak nie udało się ściemnić. Ola powiedziała, że brak umiejętności pływackich to w sumie zaleta, bo nie mam złych nawyków. Dobrych też nie, ale po to mam trenerkę, żeby je zbudować. A brak złych przyspieszy ten proces.

Mój pierwszy „trening” na basenie z Olą to był koszmar (październik 2014 rok). Miał miejsce właśnie na wyżej wymienionej Arce. Po płytkiej stronie basen ma 1,4 metra głębokości, po głębokiej 3,2 metra. Na początku treningu miało miejsce oswajanie się z wodą. Wszedłem do basenu, zanurzyłem głowę, pokopałem wodę trzymając rękoma ścianę i takie tam. Tyle dałem radę. Potem dostałem deskę pływacką i polecenie, żeby popłynąć na nogach na drugi, ten głęboki, koniec basenu. OK, pomyślałem, że też dam radę. Złapałem deskę, zacząłem kopać, dopłynąłem do miejsca za którym zaczynało opadać dno i… zmroziło mnie. Zesztywniałem i nie byłem w stanie wykonać nawet jednego ruchu więcej, żeby popłynąć dalej. W panice zawróciłem i popłynąłem z powrotem. Ola zdziwiona pytała co się stało, a ja byłem jedynie w stanie wydukać z wielkim wstydem, że mnie zmroziło i nie dałem rady płynąć dalej. Do końca treningu próbowaliśmy różnych rzeczy, ale tylko po płytkiej stronie…

Trenerka wpisywała mi baseny do planów treningowych, bez żadnych konkretnych zadań, a ja na te baseny chodziłem (te płytkie, do 1,5 metra) i próbowałem się z wodą oswoić. Przeczytałem kilka książek o pływaniu, obejrzałem dziesiątki filmów, chodziłem na te baseny, próbowałem coś tam robić i nic. Strach nie znikał. Cały czas po prostu ścinała mnie panika, nawet na tych płytkich basenach. Byłem załamany i sfrustrowany tym, że głowa wie co ma zrobić, a ciało nie słucha. Co więcej, wyglądało to tak, jak by nie chciało słuchać. Zero progresu. Null. Po 8 tygodniach orki na ugorze Ola zaczęła wpisywać mi jakieś zadania. Sprowadzały się w sumie do dwóch rzeczy, pływania na nogach z deską oraz ćwiczeń technicznych do kraula (przekładanka, dokładanka). W płetwach i bez. Dystans wpisany zazwyczaj był w okolicach 900 metrów. Jeśli przepływałem połowę tego, to był sukces. Potem miałem incydent z atakiem psa podczas biegania, który skończył się zakazem pływania ze względu na uszkodzenie tkanek miękkich w prawej ręce.

Gdzieś w lutym 2015 Ola wymyśliła, że możemy się spotykać na basenie w Chyloni, gdzie jest tor wypłycony do nauki pływania. Głębokość 90 centymetrów to było coś akurat dla mnie. A jednak i tak na myśl o basenie robiło mi się niedobrze, a na samym basenie dopadała mnie panika. Pływałem 600 do 800 metrów ćwiczeń w 45 minut, uwzględniając w tym ćwiczenia w płetwach. Tempo ma sa kry czne. Tragedia. Ale pod koniec marca coś drgnęło. Nie można powiedzieć, że zacząłem pływać kraulem, ale na treningu dawałem radę przepłynąć około kilometra. Treningi z Olą to było połączenie paniki i wstydu, tyle z tego pamiętam. Panika, bo woda. Wstyd, bo trenerka musi patrzeć na to, co ja w tej wodzie wyczyniam.

W połowie kwietnia pierwszy raz przepłynąłem na 45 minutowym treningu 1500 metrów. Ale z tego 1200 w płetwach… Czyli dalej słabiutko. Na koniec kwietnia wymyśliłem sobie, że na treningi będę chodził do sopockiego aquaparku, bo mogę tam spędzić więcej niż 45 minut w ciągu. Dużo pływałem na rękach, z deską między nogami. Dużo też na płetwach. Dystanse oscylowały w okolicach 1400-1500 metrów. Jak ja kiedykolwiek wystartuję w triathlonie, jeśli nie potrafię przepłynąć kraulem więcej niż 25 metrów, po których potrzebuję co najmniej minuty odpoczynku?! I do tego jeszcze temat, którym w ogóle nie zacząłem się zajmować, czyli strach przed głębokością? Na koniec maja przepłynąłem na treningu 2 kilometry. Z tego kilometr na rękach i 400 metrów w płetwach. Zajęło mi to godzinę i 16 minut. Kraulem było 8 długości, po każdej 30 sekund przerwy…

Na początku lipca ogólnie miałem jakiś kryzys. W jednym tygodniu, tuż przed wakacyjnym wyjazdem w Bieszczady, wypadło mi kilka treningów (pływackich, biegowych i rowerowych). Czułem się fatalnie. Wtedy wyjechałem w Bieszczady. W Bieszczadach, oprócz łażenia po górach, miałem tylko treningi pływackie. Znalazłem basen w Sanoku, głęboki na 1,8 metra. Czyli taki, gdzie mnie zakrywa. Na samą myśl o treningu – panika większa niż zwykle. Przemogłem się i wlazłem do tego basenu. Chodziła na nie ze mną Monika. Jej obecność dodawała mi otuchy. Sprawiała, że czułem dodatkowe wsparcie i jakby mój strach rozkładał się na dwie osoby. I tak już jakoś zostało, że na baseny najczęściej chodziliśmy już razem. Było mi łatwiej i szło mi ciut lepiej. Ale dalej maksimum moich możliwości to było 50 metrów kraulem bez zatrzymania. Po pięćdziesiątce już konieczna była przerwa, choćby krótka.

Pewnego pięknego dnia (9 sierpnia 2015) poszliśmy z Moniką kibicować Trideowcom (podopiecznym Oli), którzy startowali w Herbalife Triathlon Gdynia na dystansie 1/2 IM. Była nas tam spora grupa, partnerki i dzieci zawodników, dopingowaliśmy razem. Wtedy właśnie Monika powiedziała „ja też tak chcę”. Porozmawiałem z Olą, czy może była by możliwość, żeby i Monikę potrenować… Wiedziałem, że Ola oczekuje przede wszystkim motywacji od zawodników. Woli walki i chęci do działania. Tego Monice odmówić nie można. Jest uparta i osiągnie każdy założony cel. Dalej na baseny chodziliśmy razem. Monika bardzo szybko złapała podstawy kraula i śmigała szybciej ode mnie i na dłuższe dystanse. To było inspirujące. I odrobinę frustrujące, bo mimo że cieszył mnie jej szybki progres, to dołował mnie brak mojego.

We wrześniu, dwa tygodnie przed maratonem napisałem w mikro tak: „Ogólnie odkryłem, że nie potrafię pływać :-/”. A trening był prosty, 2 kilometry, 1 na rękach, 1 w płetwach. Czy ja się nigdy tego nie nauczę?

W trakcie roztrenowania, już po maratonie, w ramach poszukiwania rozwiązania mojego problemu Ola zasugerowała, że może powinienem spróbować pływać w piance. Podchwyciłem ten pomysł, ale z drugiej strony stwierdziłem, że cała pianka to może być przegięcie i tak stałem się posiadaczem neoprenowych spodenek, które zostały określone mianem pławnych gaci. Pławne gacie uczyniły cuda. Zapewne przede wszystkim w mojej głowie, ale uczyniły. I stało się coś dziwnego… Najlepiej podsumuje to cytat z mojego wpisu z mikro, z 7 listopada 2015: „Na koniec miało być 100kr + 100 luz, zamiast tego przepłynąłem pierwszy raz w życiu 300m bez przerwy kijowym kraulem z oddechem na jedną stronę. Ale w końcu więcej niż 100m!” Po ponad roku od pierwszego treningu można było pierwszy raz zacząć mieć nadzieję, że coś z tego jednak będzie! Dwa dni później poszedłem na pierwszego „nielegala”, czyli basen, którego nie było w planie. Swoim bardzo koślawym kraulem przepłynąłem w ciągu cały jeden kilometr! W tempie 2:34/100m, ale zawsze! Jeszcze cztery dni później miał miejsce drugi nielegal, w trakcie którego przepłynąłem (znowu koślawie i w tym samym tempie) 2 kilometry ciągiem. Czyli jednak się da!

Od tej pory pływanie zaczęło iść mi trochę lepiej, są drobne postępy. Czy to efekt pławnych gaci? Czy może coś zaskoczyło? Nie wiem. Jakoś nie próbowałem wiele pływać bez pławnych gaci, więc nie do końca wiem, jak by się to skończyło. Znając życie, pewnie pływałbym podobnie jak w gaciach. Najistotniejsze dla mnie jest to, że się w końcu coś ruszyło. Bo Olka zaplanowała mi już terminy startów w tri. Czyli terminy gonią, trzeba się ogarnąć.

Z tego względu, że trzeba się ogarnąć, zacząłem chodzić na dodatkowe baseny, bo nie mogę nazwać tego treningami, na Arkę. Ten basen to był mój koszmar. Ale jeśli się miałem gdzieś przełamać, to musiało być tam. Plan był prosty, przepłynąć z płytkiej części na głęboką i z powrotem. Nic prostszego, prawda? Przecież pływam ciągiem 2 kilometry, to w czym problem? Na torze obok pływali Trideowcy, Kasia, Monika i Robert. Jak zawsze, obecność Moniki w jakiś niewytłumaczony sposób dodawała mi odwagi. Wszedłem do wody, odbiłem się od ściany, w miarę spokojnymi ruchami popłynąłem w kierunku drugiego końca basenu. Zbliżyłem się do miejsca, w którym dno zaczyna opadać i… zmroziło mnie. Nie mogłem wykonać nawet jednego malutkiego ruchu, żeby popłynąć dalej. Przez chwilę przestraszyłem się nawet, że nie będę w stanie się spionizować, żeby stanąć na dnie! Kompletny paraliż całego ciała. Wróciłem do ściany i rozmawiałem sam ze sobą. Że przecież 25 metrów to w ogóle nie dystans, że spokojnie przepłynę, że dam radę… Nie dałem. Ten wypad na Arkę był stracony. Podobnie dwa kolejne.

Na następnej Arce wpadłem na pomysł, żeby spróbować inaczej. Tak trochę oszukać samego siebie i swój strach. Rozgrzałem się na płytkiej stronie basenu, po czym wyszedłem z wody, pomaszerowałem na głęboką część i tam wszedłem do wody kurczowo trzymając się najpierw drabinki, a potem ściany. Zajęło mi dobre 5 minut zdecydowanie się na odbicie od ściany. A przecież gdy się dobrze od niej odbiję, to przepływam 1/4 basenu bez wykonania żadnego ruchu. A głęboka część jest tylko do połowy. To w czym problem? Gdy się w końcu od tej nieszczęsnej ściany odbiłem, to byłem pewny, że się utopię. Że to był błąd. Pomimo uczucia paniki, które było w każdym fragmencie mojego ciała, wyuczone odruchy zaczęły same działać. Panicznymi ruchami starałem się płynąć ku płytkiej części basenu. Gdy zobaczyłem, że głęboka woda się kończy moje ruchy stały się spokojne i w miarę płynne. Jak by płynął ktoś zupełnie inny. Manewr ze spacerem powtórzyłem jeszcze kilka razy, po czym ponownie spróbowałem popłynąć na głęboką część. Znowu mnie sparaliżowało… Taka sama sytuacja powtórzyła się jeszcze na dwóch czy trzech Arkach. Na kolejnej, dwa tygodnie temu, w końcu udało mi się przełamać! Dopłynąłem na głęboki koniec basenu! I tam dopadła mnie panika… Kurczowo złapałem się ściany. Kurde, jak ja mam pływać treningi na głębokim basenie, nie mówiąc już o startach, skoro nie jestem w stanie zrobić nawrotu?! Na szczęście, pomimo że w zeszłym tygodniu nawrotu zrobić się nie udało, to w tym tygodniu, właśnie dzisiaj, się udało! Do tego, żeby zrobić trening jeszcze trochę mi zostało, muszę się dalej z tym basenem oswajać. Ale najważniejsze dwa kroki już zrobiłem!

Właśnie dlatego ten, dla innych błahy, a dla mnie wielki, sukces zainspirował mnie do opisania moich zmagań z wodą. Owszem, przeraża mnie ciągle ten basen, tak jak przeraża mnie każdy inny, nawet ten płytki. O pływaniu w wodach otwartych w ogóle nie wspominając! Ale wiem, że jestem w stanie wejść do wody i popłynąć, pomimo całego tego strachu. I zrobię to, przeżyję triathlonową pralkę i ukończę swój pierwszy triathlon. I kolejne. I dam radę!

A kiedyś, jak już się ogarnę, to ukończę pełnego Ironmana. I tak sobie w głowie snuję, że fajnie by było pojechać na Kona… I usłyszeć tam „You are an Ironman!”. Szkoda tylko, że tak ciężko załapać się na slota. Z drugiej strony, byli tacy, którzy twierdzili, że człowiek który zaczął biegać w moim wieku nie może wytrenować się na tyle, żeby przebiec maraton w czasie poniżej 3 godzin…