Bieg Westerplatte 2018

Wczoraj odbyła się kolejna, pięćdziesiąta szósta, edycja jednego z najstarszych biegów ulicznych w Polsce, Biegu Westerplatte. Nie było tego startu w moim planie, który rozważałem na początku sezonu. Doszło do niego poniekąd przypadkowo. Kolega z Endure Team, Marcin Dybuk, napisał, że planuje złamać 40′ na 10 km w tym biegu. Ja zaoferowałem się jako zając. Dalej już poszło samo, okazało się, że będę zającem dla dwóch Marcinów, którzy toczyli charytatywny pojedynek na rzecz Zosi (https://siepomaga.pl/zosia).

Szyku trzeba zadać!
Szyku trzeba zadać!

Przed startem rozterki miałem dwie. Pierwsza – jak się ubrać. Pogoda się zepsuła, piątkowe bieganie było przy 26 stopniach, a tutaj miało być ich ledwie 10-12 i do tego zimny wiatr. A ja ciągle podziębiony i niedoleczony. Druga rozterka, czy dam radę to tak pobiec, bo sobotni trening był stosunkowo mocny (zakładka bieg-rower-bieg) i nie miałem pewności, czy dam się radę zregenerować. Chociaż Trener nie dał by mi tego treningu, gdyby nie uważał, że nie dam rady po nim pobiec dychy w 40′. Ostatecznie ubrałem się na krótko, dokładając jedynie cienką koszulkę termiczną z długimi rękawami (czyli krótko, ale nie do końca). I czapkę na czerep. Bo wiało, a włosów mało. 😉

Rozgrzewka standardowa, na rozgrzewce zdziwienie – nogi są w całkiem dobrej formie! Jedynie ciut za wcześnie się za tą rozgrzewkę zabrałem, bo potem jeszcze 15 minut stania w strefie startowej. W strefie dołączył do nas Konrad, który zarzekał się wcześniej, że on na 40′ to nie pobiegnie, bo maraton, czy coś tam 😉 O 10:10 wystartowaliśmy. Trochę wiało, więc mówiłem chłopakom, żeby się za mną chowali i leciałem na zegarkowe 3’57″/km. Zegarki GPS mają to do siebie, że super precyzyjne nie są, więc lepiej mieć ciut zapasu. Na piątym kilometrze wyskoczył mi międzyczas 19’40”, czyli średnia 3’56″/km. Jest dobrze! Jestem zdziwiony, bo ten bieg to taki, w sumie, lekki wysiłek. Moja głowa ciągle jeszcze uważa, że prędkości szybsze od 4’/km to duże obciążenie. A ciało już o tym nie wie 😉

Kolejne dwa kilometry, mimo lekkich podbiegów, poszły nieźle. Głowa się zgrzała, więc zdjąłem sobie czapkę. Po ósmym kilometrze Marcin Dybuk zaczął mieć kryzys. Tempo spadło, spiął się w górnych częściach ciała, skrócił krok. No posypało się! Baloniki na 40′ zaczęły się oddalać, tak jak wiara Marcina w sukces. Marcin Hinz nas wyprzedził i też zaczął się oddalać. Poględziłem mu ja, pogadał Paweł i Marcin odbił. Na początku nieśmiało, z czasem się rozpędził, by na ostatnich kilkuset metrach popędzić do mety! Nawet nie próbowałem go gonić, wyglądałem tylko drugiego Marcina, który gdzieś zniknął. Najpierw myślałem, że po prostu jest gdzieś z przodu, ale po dobiegnięciu na metę i rozejrzeniu się, zobaczyłem jak wbiega. Niestety, na końcówce poskładało go i nie udało mu się tych 40′ złamać 🙁

Na mecie dowiedziałem się też, że mojemu bratu Arkowi, udało się poprawić życiówkę o dwie minuty! I to na tydzień przed duathlonem w Gniewinie. Wypas 🙂 Z Marcinem Dybukiem i Arkiem zrobiliśmy sobie jeszcze lekkie rozbieganie i na koniec jeszcze słitfocię 😉

Słitfocia na mecie zawsze spoko! (fot. Marcin Dybuk)
Słitfocia na mecie zawsze spoko! (fot. Marcin Dybuk)

Żałuję, że niestety nie była ze mną moja ekipa wspierająca (Mysia, Henio, Mama), ale pogoda była taka, że szkoda było ryzykować choroby. Tak czy owak czułem ich wsparcie! Nie mogę też przecenić wsparcia, które Monika daje mi poza zawodami. Bez niego nie dałbym rady trenować i się regenerować! Dzięki Mysiu! :*

Biegiem Westerplatte zakończyłem cykl przygotowań do Duathlon Energy w Gniewinie, gdzie rozgrywane będą Mistrzostwa Polski na dystansie standard (10-40-5). Biorąc pod uwagę dzisiejsze samopoczucie (tylko lekkie zmęczenie), to wygląda na to, że forma jest. Jeśli w końcu uda mi się wykurować, to jest szansa na dobry wynik 🙂

Czasami się nie da

Bywają takie dni, że po prostu się nie da. Nie da się z siebie wykrzesać siły, nie da się wykrzesać prędkości. Ale są też takie dni, że pomimo problemów nie da się też zejść z trasy. To był właśnie taki dzień. Zacznijmy jednak od początku.

Zapisaliśmy się z Moniką na sztafetę w Chełmży. Plan prosty, Monika płynie, ja jadę i biegnę. Dystans 1/4, czym zaskoczyliśmy Trenera, bo spodziewał się, że wybierzemy 1/8. Ale nie ma „mientkiej” gry, albo idziemy grubo albo wcale! Nastroje więc były lekko bojowe, ale i niepewne. Monika trochę już nie startowała, więc nie była pewna jak to pójdzie. No i jeszcze kwestia Henia, bo ciężko by nam było robić sztafetę i jednocześnie się nim opiekować 😉 Na szczęście moja Mama przyszła nam z pomocą i przechwyciła Henryka na czas, kiedy ja się rozgrzewałem i Monika płynęła.

Ten wpis miał być dłuższy, z analizą, dlaczego mogło być jak było. Nie mogłem się za niego zabrać, bo mam problemy z zebraniem myśli. No i ogólnie takie dumanie było by bez sensu, bo wyjaśniło się samo. Z piątku na sobotę, przed startem, coś zaczęło mnie drapać w gardle. Z soboty na niedzielę zmieniło się w lekki ból gardła, u Moniki zresztą tak samo. A teraz leżę aktualnie przykryty, z temperaturą oscylującą w okolicach 38 stopni, bólem gardła, kaszlem i KATAREM (uwaga, facet umiera!). I już wiem, dlaczego rower był tak boleśnie słaby (1:13’48” – średnia wg Garmina 36,1 km/h), a bieg był masakrycznym umieraniem przy bardzo rozczarowującym tempie (48’12” – średnia wg Garmina 4’35″/km).

Na początku pierwszej pętli roweru było całkiem dobrze, po nawrotce, gdzieś w połowie drogi powrotnej pierwszej pętli (nadążacie? ;)), poczułem, że mnie odcina. A ten rower to miało być przełamanie dla głowy, miałem pojechać mocno (jak na mnie, czyli 285-300W). I zaczęły się wątpliwości, o co chodzi? Głowa nie daje rady? Nogi? Głowa bardzo chciała, nawet próbowała, ale ciało nie nadążało. To u mnie niezbyt częsta sytuacja. Pod koniec pierwszej pętli poważnie rozważałem zejście z trasy. Ale głowa nie chciała, chciała spróbować pocisnąć, bo może to tylko chwilowy kryzys. Na jakieś 3 minuty się odbiłem od mocowego dna i… zacząłem się czuć, jak bym miał zaraz odpłynąć. Stwierdziłem, że dojadę na tyle ile dam radę i po rowerze kończę tą niezbyt zabawną zabawę.

Dotarłem do T2 i coś mnie podkusiło, żeby jednak spróbować pobiec. Bo przecież po takim słabym rowerze to, z palcem w uchu, powinienem pobiec 10km poniże 40′. O słodka naiwności! Pierwszy kilometr przebiegłem w 4’13”. Kolejne dwa po 4’19”. Czwarty był lekko z górki, to 4’13” – coś lepiej. Kolejny to już jednak 4’21” i mocna decyzja – schodzę. Jednak zauważyłem, że niedaleko przede mną jest Konrad. Postanowiłem, że pobiegnę za nim i jakoś to będzie. I w sumie gdyby nie Konrad, to bym nie dobiegł. No i to, że Mama, Mysia i Heniutek czekali przy mecie. Dobiegłem do mety (tempa na drugiej pętli odpowiednio 4’50”, 4’51”, 4’52”, 4’41”, 4’41”). Na metę weszliśmy razem z Moniką i Heniem, który sobie spał w nosidle. To był najpiękniejszy finisz w moim życiu! Mysiu, dziękuję, że ze mną wystartowałaś :* I dzięki Mamo, za wsparcie i opiekę nad Heniem 🙂

Jak będziemy zdrowi, to podejdziemy do sztafety jeszcze raz, w tej samej konfiguracji. Czas moich dyscyplin był w sumie o 10′ gorszy, niż w Starogardzie Gdańskim, gdzie byłem w słabszej formie (ale zdrowy). Ale nawet wiedząc, to co wiem teraz, wystartowałbym w tym stanie jeszcze raz. Może inaczej bym siły rozłożył, ale wspólna sztafeta z Szanowną Małżonką dała mi tyle radości i motywacji, że warto by było. Jak to mówił Osioł ze Szreka: Uuuuuu! Ja chcę jeszcze raz! 🙂 I chcę pamiątkowe fotki ze wspólnego finiszu, których tym razem nie ogarneliśmy 🙁

No i dzięki dla Konrada, że mnie poholował! Żeśmy nawet pamiątkową fotę strzelili 😉

Konrad i ja
Konrad i ja

Nic już nie musiało, chociaż pewnie mogło.

Tytuł tego wpisu jest odpowiedzią, na mój poprzedni wpis. Zastanawiałem się, co się jeszcze może spieprzyć. I okazało się, że już nic nie musiało się spieprzyć, żebym w Czempiniu nie wystartował. Ten jeden ząb wystarczył. We wtorek okazało się, że zrobił się spory ropień, który trzeba było przeciąć i wyczyścić. Potem ząb został przeleczony kanałowo i miało być lepiej. Lekarz dawał 50% szansy na wystartowanie.

Faktycznie, zrobiło się lepiej. Wczoraj (w czwartek). Szkoda tylko, że nie na tyle, żeby to cokolwiek zmieniło. Dzisiaj (w piątek), miała być podjęta ostateczna decyzja, co do startu. Spróbowałem więc przebiec parę kroków. Zaraz poczułem ból, więc dałem sobie spokój. I z dalszym biegiem i z wyjazdem do Czempinia.

Teraz pozostało się wyleczyć oraz oszacować jakie szkody w organizmie poczyniły antybiotyki. Potem może poszukać jakiegoś innego startu. Szkoda tej formy co jest (była?). A duathlon w Gniewinie dopiero na koniec września, więc trochę daleko. Ze startami tri dalej nie wiadomo co będzie, ze względu na moje pływanie, które ciągle jest w lesie… Może chociaż jakiegoś Parkruna na życiówkę sobie pobiegnę?

Wszystkim startującym w Czempiniu życzę powodzenia! Za parę osób kciuki będę trzymał szczególnie mocno. OZD Braciszku! OZD Trenerze. OZD Enduraki!

Bardzo dziękuję wszystkim za wsparcie! Szczególnie Mysi :*

Na koniec tekst piosenki „Coda” zespołu Riverside, która gra mi teraz w głowie i mnie pociesza. Szczególnie ostatni wers.

Night outside grows white
I lie faceup in my shell
Open my eyes
Don’t feel like falling into blank space

Had allowed that life to drift
For I’ve chosen a different trail
When darkness fades
Don’t feel like falling into blank space

Want to be your light
Illuminate your smiles
Want to be your cure
Bridge between self and us
Want to be your prayer
Wipe the tears from your eyes
When the night returns

I won’t collapse

I’m set to rise

Co się jeszcze może spieprzyć?

W sobotę zawody w Czempiniu. Plan jest taki, żebym wystartował na dystansie długim, czyli 10 km biegu, 60 km rower i potem kolejne 10 km biegu. To mój wiosenny start A i pod niego Trener Tomasz Spaleniak prowadził przygotowania. No właśnie, przygotowania… Jedno co można napisać o tych przygotowaniach, to że Trener musiał się nieźle nagimnastykować, bo nie ułatwiałem.

Żeby nie było, nie sabotowałem umyślnie tych przygotowań. Ot, tak wyszło. Jak bym miał to krótko podsumować, to naście razy wystąpiła migrena, z czego kilka razy tak, że nie byłem w stanie wyjść na trening. Raz posłuszeństwa odmówiły plecy i znowu parę dni i treningów w, hehe, plecy. Problem z nogą, rozwiązany na szczęście przez Macieja Czarnego, też uprzykrzył mocne treningi biegowe i zrobienie życiówki w półmaratonie. No i moja nieszczęsna alergia. Teraz, w okresie gdy pylą moje alergeny zdarza się, że pomimo leków mam problem z oddychaniem na treningach, nie tylko tych mocnych.

Mimo wszystko Tomek modyfikował plan, szukał sposobów, żeby forma była. I wiecie co? Forma jest! Zadania, które myślałem, że są niemożliwe do zrobienia przeze mnie, zostały zrobione. Ba, przy niektórych zakładkach duathlonowych (bieg-rower-bieg) myślałem, że po pierwszym biegu nie będę już w stanie ruszyć ręką czy nogą. A potem robiłem pierwszy bieg, siadałem na rower i dawałem radę. Może nie z jakimś zapasem, bo zazwyczaj obciążenia były tak dobrane, żeby było ambitnie i ciężko, ale żebym dał radę. Jak jest ciężko na treningu, to na zawodach może być jeszcze ciężej!

I szło do przodu, pomimo problemów. Tak mocnego roweru dotąd nie miałem. Tak mocnego biegania również do tej pory nie miałem. Ba, nie miałem nigdy tak mocnego biegania po mocnym rowerze! Poprawiła się moja technika biegowa, poprawiła się siła biegowa i rowerowa. No po prostu jest forma, jest moc!

Ale nie może być tak dobrze, żeby po prostu na luzie podejść do zawodów. Co to, to nie! Coś jeszcze się musiało zepsuć i się, niestety, zepsuło. W piątek wypadło mi wypełnienie z zęba (7 lewa dolna). Pod wieczór ząb zaczął pobolewać, ale w sobotę rano udało się ogarnąć naprawę wypełnienia. Niestety, ból się nasilał. Noc z soboty na niedzielę to była masakra. Chwilami chciałem pójść po kombinerki i pozbyć się problemu. Dla pewności wyrwać ze 3 zęby, jak by nie bolał ten, który podejrzewałem.

W niedzielę rano, mimo wszystko, pojechałem na trening grupowy Endure Team. Zrobiłem tylko połowę (rower+bieg, bez drugiego powtórzenia tego samego), bo na biegu miałem wrażenie, że ktoś mi, przy każdym kroku, młotkiem wali w głowę. Udało mi się umówić wizytę na 19 jeszcze w niedzielę. Szybkie zdjęcie i… okazało się, że lewa dolna 6 sobie zafundowała zmianę okołowierzchołkową. No masakra, to ona tak bolała. Szczegóły otwarcia zęba pominę, ale po godzince ulga była już wielka, ból. Niestety, ząb może być nie do uratowania – decyzja zapadnie we wtorek. Jakakolwiek decyzja nie będzie, to chciałbym jednak w Czempiniu wystartować, pytanie brzmi, czy to się uda? Bo dzisiaj rano wyglądałem tak:

Spuchły
Spuchły

Ech 🙁 Trzymajcie kciuki…

Do kobiecego serca?

Dzisiaj Dzień Kobiet. Jak więc lepiej dotrzeć do kobiecego serca, niż przez żołądek? Tak, tak, wiem, wiem. To niby do męskiego serca się tak dociera. Ale przecież kobiety są równe mężczyznom, prawda? A do serca Mysiego przez żołądek można, więc poszedłem na łatwiznę i skorzystałem z utartej ścieżki 😉

Mówią różni eksperci, że w dobrym związku partnerzy zachowują swoją odrębność, ale mają też wspólne pasje. Tak się złożyło, że do naszych pasji zalicza się gotowanie (i jedzenie!) oraz sport (triathlon i takie tam). Często działamy razem, w myśl zasady, że co dwie głowy to nie jedna (i co cztery ręce, to nie dwie, a gdzie kucharek sześć tam… chyba się zapędziłem ;)).

Co ja tutaj chciałem, tak w ogóle… A, no tak. Czas do meritum. W ramach współpracy dzisiejszy posiłek przygotowaliśmy razem. Od jakiegoś czasu jemy zdrowiej, więc chcieliśmy zrobić mały eksperyment. Czy da się zrobić smaczne i w miarę zdrowe burgery? W końcu przy treningu istotne jest uzupełnianie żelaza! Z tego względu postanowiliśmy skorzystać z pomysłu, w którym zasmakowaliśmy w Baranoli (Bura Koza, mniam!) i do burgerów weszły też buraki, ser kozi i sos chrzanowy.

Podział czynności nastąpił według poszczególnych kompetencji. W temacie robienia pieczywa jestem zupełnie zielony, za to Monika potrafi tu zaszaleć. Za to ja, podobnie jak Monika, potrafię obrobić mięcho i złożyć posiłek w całość. Wykoncypowaliśmy więc, że bułki do burgerów zrobi Monika, a ja zajmę się resztą. Jeśli chcecie wiedzieć, co i jak z bułkami – pytajcie Moniki, ja „sięnieznam[tm]”. Jedyne co wiem, to że były pyszne! 🙂

Co do burgerów, tu już łatwiej, tą wiedzą mogę się podzielić – bo ją mam. A nawet jeśli nie, to i tak wyszło smacznie! Wiadomym jest, że w burgerach wielkie znaczenie ma jakie mięso wykorzystamy. No, chyba, że robimy burgery z krewetek czy warzyw strączkowych, to wtedy jednak nie. Tutaj burgery miały być wołowe, więc mięso było z wołu, a konkretniej z rostbefu. Mięso na burgery nie może być zbyt chude, bo inaczej wyjdą raczej twarde, a nie o to przecież chodzi. Czas na konkrety!

Składniki dla 4 osób:

  • Mięso wołowe – u nas ~200g na osobę
  • Bułki (to nie ja!)
  • Sos worcester (do mięsa) – 2 łyżki
  • Sól
  • Pieprz
  • Łyżka oleju słonecznikowego – do smażenia
  • Ser kozi w plastrach
  • Burak
  • Jogurt naturalny – pół małego kubka
  • Chrzan – dwie łyżki
  • Rukola – żeby było zielsko

Na początek wołowina trafiła na godzinkę do zamrażalnika. Jakoś mięso ma lepszą teksturę po zmieleniu, jak się je trochę zmrozi przed mieleniem. W międzyczasie przygotowałem „sos chrzanowy”, czyli dwie łyżki chrzanu tartego wymieszałem z połową małego kubka jogurtu. Pokroiłem buraka, tym razem był to gotowy burak ugotowany. Oprócz pokrojenia wymagał tylko podgrzania na etapie składania. Ser był gotowy w plastrach, więc tylko wyłożyłem go, żeby był pod ręką. Rukola umyta i wysuszona.

Gdy mięso się lekko przemroziło, kroimy je w kawałki, które wejdą do maszynki do mielenia, po czym… Odpalamy maszynkę do mielenia (szok!) i mielimy. Do zmielonego mięsa dodaję 2 łyżki sosu worcester, trochę zmielonego pieprzu (wedle smaku) i zagniatam je przez 45-60 sekund, aż połączy się w wielką kulę. Później kulę rozdzielam na mniejsze kule (~100 g) i formuję burgery. Tutaj warto zaznaczyć, że burgery formuję ręcznie, przy okazji zostawiając trochę grubszy brzeg, trochę chudszy środek. Dlaczego? Wiadomo, że mięso w trakcie smażenia się „zbiega”. Gdybym zrobił płaskie burgery, to „zbiegnięcie się” spowodowałoby powstanie sporego wybrzuszenia na środku, a w konsekwencji problemy w trakcie składania w całość. Formowanie z wgłębieniem na środku powoduje, że po usmażeniu mamy równiutkie kotlety.

Mięso uformowane, czas smażyć (Trenerze, nie bij!) burgery! Na rozgrzaną (porządną) patelnię wlewamy dosłownie łyżkę oleju słonecznikowego, rozprowadzamy go, żeby patelnia pokryła się cieniutką warstwą i wrzucamy mięso. Ja smażę tak, że na każdej stronie mięso spędza 30-45 sekund, po czym jest obracane. Patelnia cały czas na wysokiej temperaturze, ale takiej, żeby mięso się nie paliło. Czas smażenia? Zależy od mięsa, patelni, kuchenki, upodobań – czyli trzeba wyczuć. Po usmażeniu odkładamy kotlety na talerz, na ~2 minutki, żeby mięso odpoczęło. W międzyczasie podgrzały się plastry buraka, bułki zostały przekrojone. Składamy!

Na początek idzie spód bułki, na to rukola, plaster sera koziego, potem kotlet i na to jeszcze plaster sera (bo cienkie są, noooo…), na to jeszcze burak plus sosik chrzanowy i zamykamy bułką. Ostatnie trzy kroki do zobaczenia na zdjęciach poniżej 🙂

Krok przed przedostatniu
Krok przed przedostatniu
Krok przedostatni!
Krok przedostatni!
Burgery!
Burgery!

Etapu wcinania z troski o czytelników nie dokumentowaliśmy 😉

Korzystając z okazji, wszystkim Paniom chciałbym życzyć wszystkiego naj! I samych pyszności 😀

Bieg Urodzinowy Gdyni 2018

Bieg Urodzinowy 2018. Tak, dzisiaj będzie na gorąco i krótko. Tydzień zaczął się od niezłego zjazdu formy. Po niedzielnym Ważnym Treningu, w poniedziałek na rowerze była siła. A we wtorek był zgon 😉 Zrobiłem rozbieganie, gdzie na końcówce mogłem, za zgodą Trenera, pocisnąć co nieco. To i pocisnąłem, pomimo uczucia bardzo ciężkich nóg i kiepskiej nawierzchni, dałem radę. I na tym się skończyło. W środę było tak źle, że wybrałem się jedynie na basen, zadania na rowerze nawet nie próbowałem robić. Nastrój psychiczny przed startem był kiepski.

W czwartek bardzo luźna tlenowa zakładka weszła, ale z niechęcią. Przełamanie przyszło w piątek. Przeżyłem basen (30x50m) i coś drgnęło. Popołudniowy rower poszedł już całkiem dobrze. Sobotni rozruch… początkowe przyspieszenia to był dramat. Ale ostatnie 3 już było nieźle.

Przed startem jeszcze zbiorowe zdjęcie Endure Team!
Przed startem jeszcze zbiorowe zdjęcie Endure Team!

Stoję więc na starcie, po rozgrzewce, która zbytnio mnie nie pocieszyła, i tak sobie rozkminiam. Że początek z górki, dopiero od połowy dystansu będzie coś pod górę. Że najwyżej pobiegnę luźno i przybiegnę po 42 minutach i już. Na szczęście czas na rozkminy się skończył i trzeba było biec. Na pierwszym kilometrze miałem wrażenie, że przy tym tempie (3’48″/km) to ja padnę na twarz po maksymalnie trzech kilometrach. Szczęśliwie, po chwili to uczucie przeszło i po prostu zacząłem biec, ciesząc się tym, że jest z górki. Pierwsze 5 km wyszło w 18’38” (3’44″/km). Potem laba się skończyła i trzeba było popracować. Na 7 kilometrze coś mnie spięło w plecach (znowu, kurde, coś!) i tempo zdechło bardziej niż miało. Przez chwilę pojawiła się myśl, żeby do mety dospacerować… Ale nie było takiej opcji! Walcząc ze swoją niemocą starałem się nie zwalniać, po prostu dobiec. W końcu na mecie czekała moja grupa wsparcia (Mysia, Henio i moja Mama).

Radość, że meta już blisko ;)
Radość, że meta już blisko 😉

I… uwaga… dobiegłem 😉 W czasie netto 38’29” (3’51″/km). Przed startem brałbym ten czas w ciemno. Wyszło bardzo fajnie (poza tym bolesnym spięciem), co dobrze wróży przed kolejnymi startami (półmaraton w Gdyni, duathlon w Czempiniu). Co ciekawe, po dobiegnięciu do mety, chwilę pospacerowałem rozmawiając z Trenerem i plecy odpuściły. Jak poszedłem się roztruchtać, to miałem uczucie, że znowu wszystko jest w porządku i mógłbym dalej mocno pobiec. Czyli coś tam z formy jest. Wystarczy (taaa, he he, „wystarczy”) się nie stresować i pójdzie 😉

Kolejny medal do kolekcji 🙂

Taki ładny medal! :)
Taki ładny medal! 🙂

Przy okazji, na koniec, gratulacje życiówek dla Enduraków, bo sypnęło nimi (życiówkami) zacnie! 🙂

Zmierzyć się z bestią? Ale masz jakieś wsparcie?

Nie lubię bieżni mechanicznej. Parę razy próbowałem się nią polubić, kiedy zeszłą zimą powietrze w Warszawie dawało się gryźć 😉 Niestety, nie wyszło. Źle mi się na bieżni biega, skracam krok, po jakimś czasie biegu zaczynam się zataczać. Nienaturalne to dla mnie i tyle. Co dziwne, to trenażer lubię. Często wolę treningi jakościowe cisnąć na trenażerze, bo można dokładniej się cyferek trzymać (ach to OCD… ;)). Tak się jednak złożyło, że zamiast jechać gdzieś daleko na nieośnieżony odcinek do biegania, zdecydowałem się zrobić Trening (tak, przez wielkie „T”!) na bieżni.

Trening, o którym mowa, przerażał mnie bardzo już od kilku dni. Wynikało to z tego, że pierwsze podejście do niego miałem w zeszłym tygodniu i poległem przeokrutnie. Może najpierw napiszę, co to w ogóle była za jednostka 🙂 Prosty trening, 2x(6×2’@LT p. 1′)p. 5′. Czyli dwa razy po sześć dwuminutowych powtórzeń w tempie progowym. Między dwuminutówkami minuta przerwy, między obiema szóstkami pięć minut przerwy. Proste, łatwe, nieprzyjemne 😉

Cóż więc się stało w zeszłym tygodniu? Wyszedłem na trening, nastawiony bojowo, bo przecież nie takie rzeczy się biegało (no dobra, takich akurat nie – nie te tempa), więc co to dla mnie? Na początku rozgrzewka, parę przebieżek na rozruszanie kopytek i zaczynamy zadanie. Pierwsza dwuminutówka (cudne słowo!) poszła spoko, ciut nawet za szybko. Druga, trzecia też. Po czwartej… normalnie stan przedzawałowy! Biało przed oczami, błędnik sfiksował i prawie się wywaliłem. Przestraszyłem się i odpuściłem. Do domu poszedłem spacerkiem, nie byłem w stanie zacząć truchtać. Następnego dnia, u laryngologa, okazało się, że to wskutek infekcji zatok i to w sumie normalnie. Niestety, dostałem szlaban na basen i bieganie. Został jedynie trenażer… Na koniec tygodnia, mogę to śmiało napisać, był niezły ból tyłka 😛

Wracając do biegania i bieżni. I Treningu! W piątek, wraz z Trenerem, zgodnie ustaliliśmy, że czuję się na tyle dobrze, że mogę w sobotę się trochę rozbiegać, a w niedzielę robimy podejście numer dwa do Treningu. Przed sobotnim bieganiem byłem jeszcze z Mysią i Heniem na spacerze i trochę mi kuper zmarzł. Stwierdziłem więc, że skoro i tak rozważam zrobienie Treningu na bieżni, to może pójdę się z wrogiem zapoznać, żebym sobie nie zafundował jakichś niespodzianek na Tym Ważnym Treningu. I to był bardzo dobry pomysł. Bardzo. Czy wiecie, że bieżnie mają bardzo czuły hamulec bezpieczeństwa? Lekkie smyrnięcie ręcznikiem i sru, bieżnia stoi… :-O Zdarzyło mi się to dwa razy w ciągu pięciu minut! A niby coś tam technicznie ogarniam… 😉 To była cenna lekcja, dzięki niej ogarnąłem gdzie ręcznik powiesić, żeby nie smyrać hamulca bezpieczeństwa. No i dzięki temu, że w rozbieganiu były przebieżki, to ogarnąłem jak szybko zmieniać prędkość. Nie, wcale nie robi się tego przyciskiem „+” koło znaczka prędkości, jak mi się wydawało. Robi się to wpisując cyferki i klikając „ptaszka”. Któż by pomyślał, nie? 😉

Trochę podbudowany stwierdziłem – ogarnę ten Trening i na bieżni! Wstanę sobie wcześniej, pojadę potrenować, wrócę i będzie super. Henio musiał mnie usłyszeć, bo w nocy dał czadu. Oj dał. Efekt taki, że owszem, wstałem wcześniej (szósta rano), ubrałem się, zszedłem na dół z myślą o śniadaniu i… rzuciło się na mnie łóżko w gabinecie 😉 Chwilę przed ósmą Mysia zeszła z Heniem na dół, więc zwlokłem się do nich. Jak Monika mnie zobaczyła, to od razu było: „idź na górę spać, bo masz Ten Ważny Trening do zrobienia”. Polazłem, i zasnąłem. Pospałem do dziesiątej i obudziłem się z samopoczuciem psa zmielonego razem z budą. Ma sa kra.

Zszedłem na dół, Monika zdecydowanie podkreśliła, że mam zjeść śniadanie, bo idę przecież na Ten Ważny Trening. A mi w głowie już chodziło pisanie do Trenera, że może jednak jutro czy coś. Ale wiara Moniki w to, że przecież to ogarnę, że mimo niewyspania i tak mam formę, była tak wielka, że sam w to uwierzyłem. Wciągnąłem michę musli z jogurtem (węgle, przed treningiem dużo węgli!) i stwierdziłem, że o dwunastej ruszam na walkę z Bestią. W Mysich oczach widziałem zarówno tą głęboką wiarę, jak i odrobinę zmartwienia, że jestem niewyspany. Stwierdziłem więc, że pogram Heniowi na gitarze i pewnie poczuję się lepiej. Zacząłem grać, razem z Moniką chwilę pośpiewaliśmy, synek się wkręcił i cieszył się jak dziki. Ale tylko na żywsze utwory. Wszystko w skalach molowych było nie do przyjęcia 😉

Wybiła dwunasta. Zabrałem spakowany wcześniej plecak, wydałem po buziaku Monice i Heniowi i ruszyłem do siłowni. Wychodząc z domu wątpliwości wróciły. I tak się biłem z myślami jadąc całe pięć minut. Gdy wszedłem na siłownię, to przypomniałem sobie spojrzenie Moniki i wiedziałem, że trudno, najwyżej tym razem padnę. Ale się nie poddam!

Teraz można by napisać, że gdy wszedłem na bieżnię rozpoczął się bój, zaczęła się walka… Ale tak nie było. Wlazłem na bieżnię, odpaliłem i biegnę rozgrzewkę. Kurde, coś za lekko się biegnie! Sprawdzam, ale nie, prędkość taka jaka ma być. Zrobiłem przebieżki, żeby się przed zadaniem głównym rozgrzać i dalej luz. No to myślę, że będzie dobrze. I było. Tak naprawdę, jak by było 3x6x2 to też bym dzisiaj ogarnął. Chyba Mysia musi częściej przejmować kontrolę i mną dyrygować, to wtedy życiówki się będą sypały jak z rękawa 😉 Wszystkim życzę takiego wsparcia, jakie mam u siebie!

A teraz czas na pożywną grochówkę, też od Mysi! Jutro na basenie będzie napęd pneumatyczny 😀

Wiele przepisów w jednym, czyli jak ogarnąć smaczny makaron w 10 minut!

Treningowo nie mam nic do powiedzenia. No bo co tu mówić? Że znowu choroba, czy inna migrena i treningi powypadały? Szkoda gadać i tyle. Warto jednak skupić się na temacie wytopu. Ten szedł całkiem nieźle (z 83 kg waga zeszła do 76 kg, brakowało kilograma do wagi docelowej!), ale przypałętała się migrena. W 4 dni waga wzrosła do 81,6 kg :-O Większość tego to woda, ale i tak jest to deprymujące, bo o ile początek łatwo się zrzuca (dzisiaj, czyli kolejne 4 dni później, już jest 78,5 kg), to końcówka zawsze jakoś zejść nie chce.

Z tego względu powinienem znowu większą uwagę zwrócić na to co jem. I zwracam, bo pojawiają się bardzo zdrowe posiłki typu warzywka na parze + jakieś mięsko (indyk, kurczak, ryba). Ale trzeba sobie czasem dogodzić, czyż nie? W końcu o czym człowiek myśli na wytopie, jak nie o jedzeniu!? I to raczej nie wytopowym 😉

Jakiś czas temu zrobiłem fajny makaronik, który od tamtego czasu powtarza się regularnie. Przygotowanie jest proste i szybkie, a smak powala. No jest w tym smaku coś, co sprawia, że mógłbym to jeść prawie codziennie! Mowa o makaronie z własnoręcznie przygotowanym pesto.

Dlaczego przygotowane własnoręcznie, a nie kupne? Świetne pytanie, cieszę się, że je sobie sam zadałem 😉 Z dwóch względów. Po pierwsze, kupne pesto można nabyć najczęściej w postaci klasycznej (zielone, z bazylią) lub czerwonej (z suszonymi pomidorami). Takie pesto często jest masakrycznie tłuste i przez to mdłe. Po drugie, samodzielnie przygotowane może być udziwnione.

Tak właśnie jest w tym przypadku. Ja pesto przygotowuję najczęściej w dwóch wariantach: ze szpinakiem (Mysia uwielbia!) i z jarmużem (ja uwielbiam!). Ale można eksperymentować. Można zrobić pesto z natki pietruszki, czy praktycznie dowolnej innej zieleniny!

Składniki na jedną (1!) porcję (trzeba mnożyć przez liczbę osób!):

  • Parmezan – 15g
  • Orzeszki piniowe – 15g
  • Oliwa z oliwek – 15g
  • Czosnek – ile lubicie, ja daję dwa lub trzy ząbki na głowę
  • Sok z cytryny – zależy od cytryny, zazwyczaj sok z 1/4 cytryny na głowę
  • Jarmuż lub szpinak – ile wlezie do blendera! Tu naprawdę ciężko przesadzić 😉
  • Makaron – adekwatnie do potrzeb 😉

Przygotowanie jest trywialnie proste. Przygotowujemy odpowiednie porcje poszczególnych składników. Wrzucamy parmezan, orzeszki (można je również zastąpić np. pestkami słonecznika), oliwę, czosnek i sok z cytryny do rozdrabniacza (lub blendera, też się nada). Rozdrabniamy aż będzie ładnie rozdrobnione (;)). Następnie porcjami dodajemy i rozdrabniamy zieleninę. Jak już docelowa porcja jest gotowa, to sprawdzamy smak. Pesto ma nam po prostu smakować na surowo. Jeśli nie smakuje, to dodajemy co potrzeba, żeby było lepiej. Nastawiamy wodę na makaron – ostatnimi czasy wcinamy świeży makaron z Lidla, papardelle albo tagliatelle, który gotuje się 3-4 minuty. Wrzucamy makaron i go gotujemy. 2 minuty przed końcem gotowania makaronu na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy z oliwek i wrzucamy pesto. Chodzi o to, żeby doprowadzić do lekkiego roztopienia się parmezanu w pesto (u mnie zajmuje to 30-60 sekund, w zależności od producenta parmezanu). W międzyczasie odcedzamy makaron, po czym wciepujemy go na rozgrzane na patelni pesto. Mieszamy, żeby makaron rzeczonym pesto się pokrył. Przekładamy na talerze/miski i wcinamy!

Może nie wygląda to zbyt zachęcająco na zdjęciu, ale w smaku… niebo w gębie!

Makaron z pesto
Makaron z pesto

Lekko pikantny makaron z kurczakiem i warzywami

Chyba mnie pogoda załatwiła. Mam na myśli ten armagedon po Biegu Niepodległości. Rozchorowałem się, straciłem głos i jakoś się, cholera, nie mogę wyleczyć. Siedzę grzecznie w domu, podczas gdy miałem pływać i nadrabiać braki na basenie. A tu taka sytuacja. Zostało mi jedynie pocieszać się jedzeniem… No właśnie, jedzenie. Moja waga w tej chwili, to jakiś dramat. Przez tydzień ponad 2 kg w górę! A tutaj w głowie już nowy sezon i to, że miałem wrócić do wagi startowej (okolice 74-75 kg). Żeby już tak sobie zupełnie wyrzutów nie robić, postanowiłem, że dzisiaj będzie coś zdrowszego, mniej kalorycznego i takie tam.

Dla sportowca wytrzymałościowego makarony są dobrym znajomym. I słusznie, bo mają sporo zalet. Przynajmniej dopóki nie są rozgotowane 😉 Ale nie o tym miałem. Jest jesień, słońca niezbyt wiele, pogoda przygnębia. Trzeba dostarczać sobie witamin. A te lubią siedzieć w warzywach! Stąd pomysł na dzisiejszy obiad.

Składniki na 4 porcje:

  • Makaron razowy (u nas penne)
  • Dwie średnie piersi z kurczaka
  • Jedna czerwona papryka
  • Dwie żółte papryki
  • Jedna cebula
  • Kilka pomidorków
  • Dwie łyżki koncentratu pomidorowego
  • Dwie łyżki oliwy z wytłoczyn z oliwek
  • Pół łyżeczki pieprzu cayenne
  • Dwie łyżeczki czosnku granulowanego
  • Łyżeczka tymianku
  • Sól (do smaku)
  • Natka pietruszki (do podania)

Papryki myjemy i kroimy w paski. Cebulę kroimy w piórka. Piersi kurczaka kroimy w niedużą kostkę (tak ~1 cm). Kurczaka wrzucamy do miski, wlewamy jedną łyżkę oliwy, dodajemy przyprawy (pieprz cayenne, czosnek granulowany, tymianek, szczyptę soli) i mieszamy, aby mięso pokryło się przyprawami. Odstawiamy na parę minut (można dłużej, jak ktoś lubi sobie pomarynować ;)). Przygotowujemy patelnię, rozgrzewamy ją dosyć mocno i wlewamy drugą łyżkę oliwy (w zależności od patelni, może być potrzebne więcej oliwy). Porcjami dodajemy kurczaka, żeby temperatura patelni nie spadła zbyt mocno i smażymy aż się mięso usmaży. Lekko obniżamy temperaturę, po czym dodajemy cebulę, znowu smażymy, tym razem aż cebula zmięknie, po czym dodajemy paprykę i… smażymy aż trochę zmięknie 😉 Wrzucamy dwie łyżki koncentratu pomidorowego, wlewamy ze dwie, trzy łyżki wody, mieszamy i jeszcze trochę smażymy, ale już na małym ogniu. Warto w tym momencie spróbować, czy nie potrzeba np. soli lub czy sos jest wystarczająco pikantny. W międzyczasie gotujemy wodę na makaron, solimy ją i wrzucamy suchy makaron. Gotujemy makaron al dente, bo taki jest najlepszy. Gdy makaron się gotuje, do kurczaka dodajemy pokrojone w ćwiartki pomidorki i smażymy jeszcze chwilkę. Chodzi o to, żeby pomidorki się nie rozpadły.

Na koniec odcedzamy makaron, wrzucamy na miski/talerze, nakładamy na to sos. Posypujemy odrobiną natki pietruszki i jemy! Efekt końcowy może wyglądać jakoś tak (wiem, wiem, muszę popracować nad prezentacją):

Lekko pikantny makaron z kurczakiem i warzywami
Lekko pikantny makaron z kurczakiem i warzywami

Smacznego!

Bieg Niepodległości 2017

Ostatnim startem tego sezonu miał być (i był) Bieg Niepodległości w Gdyni, ostatni bieg w cyklu Grand Prix Gdyni w biegach ulicznych. Tym razem trasa biegu była klasyczna, taka jak choćby w zeszłym roku. To trasa, którą znam jak własną kieszeń, którą w sumie lubię. Moim największym wyzwaniem zazwyczaj jest ulica Świętojańska. Podbieg, niby nieduży, ale długi. Potrafi zmęczyć. Przekonałem się o tym niejednokrotnie, choćby w trakcie jednego z Biegów Europejskich, kiedy Świętojańska mnie ugotowała 🙂

Plan był prosty, zaatakować życiówkę, złapać ją, rzucić na glebę i się po niej przebiec 😉 Czyli każdy wynik poniżej 38’38” był zadowalający. No ale przecież nie może być tak prosto, nie? Tak fajnie się w parkrunach biegało, tak fajnie poszło bieganie na MP w duathlonie… To wymyśliłem sobie, że chciałbym pobiec poniżej 38 minut. Celem max było średnie tempo 3’45″/km, czyli na mecie 37’30”.

Nadzieję rozbudzał też fakt, że przez ostatnich kilka dni pogoda nie dawała powodów do narzekania. Nawet zbyt mocno nie wiało, a przynajmniej nie na tyle, żeby się tymi podmuchami zbytnio przejmować. Pogoda miała jednak inne plany, się wzięła i zepsuła. 🙁 Pocieszające było to, że plecy trochę mniej bolały, nogi miały luz i ochotę zasuwać. Ogólnie było całkiem dobrze, czułem się mocny! W głowie tkwiło, że cel 37’xx” jest realny. Przecież to tylko dwa razy dłuższy dystans niż 5 km, co w tym trudnego? 🙂

Trzy godziny przed biegiem zjadłem standardowy posiłek (ryż), chwilę pokręciłem się po domu i stwierdziłem, że czas jechać. Dużą zagwozdką był dla mnie dobór stroju. Temperatura jako taka (termometr pokazywał 3 stopnie) nie stanowiła problemu. Problemem był zimny wiatr. Ostatecznie zdecydowałem, że założę koszulkę termoaktywną z długim rękawem, na to koszulka biegowa i do tego spodenki triathlonowe kończące się na udzie (Huub Core – polecam).

Przed rozgrzewką zebraliśmy się w ramach Endure Team na grupowe zdjęcie (bezwstydnie ukradzione z profilu Ironfactory.pl na FB ;)). Chyba widać, że było zimno 😉

Reprezentacja Endure Team
Reprezentacja Endure Team

Na rozgrzewkę ubrałem się jak człowiek-worek, żeby mnie nie przewiewało i nie wychładzało. W trakcie rozgrzewki doszedłem do wniosku, że jeśli pogoda się nie pogorszy, to strój powinien dać radę. Po rozgrzewce poszedłem na start i żeby się nie wychłodzić zacząłem łazić w kółko po strefie startowej, podobnie jak całkiem spora grupa zawodników 😉

O godzinie 15 wystartowaliśmy, grupa czerwona (elita, czasy poniżej 35′) i żółta (moja, 35′-39’59”). Kolejne startowały z odstępem czasowym. Założenie było takie, żeby pobiec płaskie kilometry równo, a na podbiegach kombinować, na wyczucie. Pierwszy kilometr biegłem lekko niepewny tego, jakie tempo będzie „delikatnie niekomfortowe”. I wyszedł trochę za wolno (3’44”, wg zegarka), można było te kilka sekund szybciej. Na drugim kilometrze był delikatny podbieg, więc tempo pod kontrolą, ale ostatecznie wyszedł szybciej niż pierwszy (3’43”). Trzeci kilometr, ul. Polska, był wietrzny. Na szczęście biegło trochę grupek i można się było schować. Wyszło znowu wolniej (3’45”) niż miało. Wrrr. No to na czwartym nie ma odpuszczania! Nie odpuściłem, na podbiegu się spiąłem i… jak mnie szarpnęło w plecach, w odcinku lędźwiowym, to pierwsza myśl była „zejdź z trasy, bo sobie zrobisz krzywdę”. Kurde, a tak było dobrze… No nic, pomyślałem, że dobiegnę do Świętojańskiej i najwyżej stamtąd zejdę z trasy, będzie bliżej do mety i depozytów. Czwarty kilometr zajął 3’50”. Biegło się jakoś sztywno, jak by mi ktoś drugi kręgosłup zrobił z kija. Mimo wszystko, piąty kilometr pobiegłem szybciej (4’43”) i pierwsza piątka pękła w 18’49” (wg oficjalnego pomiaru). Czyli nie ma masakry, ciągle jest szansa na wynik poniżej 38″! Tylko te plecy… Stwierdziłem, że zobaczę jak pójdzie szósty kilometr i najwyżej faktycznie zejdę. Zdziwiłem się trochę, bo nie spodziewałem się, że szósty kilometr zrobię w 3’35” :-O Czyli jestem sztywny, boli, ale tempo mogę trzymać. Czyli czas na Świętojańską! Jeśli dobrze pamiętam, to nie udało mi się do tej pory pobiec jej w tempie poniżej 4’/km. Nie udało, do dzisiaj – średnie tempo 3’57″/km. Szału nie ma, ale jest poniżej 4′! Ze Świętojańskiej za wiele nie pamiętam, poza myślą „oddychaj na dwa, bez hiperwentylacji”. I jakoś poszło. Ósmy kilometr (al. Piłsudskiego), w dużej mierze z górki, pyknął w 3’41”. No to teraz już meta blisko. Jak wiatr nie przeszkodzi, to jest szansa zrealizować cel! Dziewiąty i dziesiąty kilometr były w okolicach 3’45″/km, na finiszu coś tam przyspieszyłem. Ostatecznie na mecie byłem po 37’52”, według zegarka. Później ten czas potwierdził też SMS od organizatora.

Co się potem porobiło z pogodą, to ciężko opisać. Serdecznie współczułem tym, którzy jeszcze biegli. Zdążyłem się przebrać i pogoda oszalała. Uciekałem czym prędzej. Do auta dobiegłem (no dobra, dotruchtałem) mokry i przemarznięty. Miałem 3 warstwy na nogach, 4 na górze i było mi mega zimno. Śnieg, deszcz, wiatr… Brrr!

Sam bieg wyszedł lepiej niż się spodziewałem. Gdy zabolało mnie w plecach miałem wizję albo zejścia z trasy, albo dotoczenia się do mety powyżej 40′. Z ciekawostek, średnie tętno było relatywnie niskie, 163 bpm. Z jeszcze większych ciekawostek, obniżenie kadencji okazało się trwałe, pobiegłem ze średnią kadencją wynoszącą 190 spm, a zazwyczaj na zawodach biegałem z kadencją ponad 200. Zmiana techniki pracy rąk oraz długości kroku, nad którą pracowaliśmy z Tomkiem od 22 września, okazała się być dobrą zmianą. Biegam znacząco szybciej, na niższej kadencji. Średnie tętno spadło. W półtorej miesiąca postęp prędkościowy – kosmiczny! Dzięki Trenerze, proszę o jeszcze 🙂

Numer i medal z Biegu Niepodległości 2017
Numer i medal z Biegu Niepodległości 2017