Lekko pikantny makaron z kurczakiem i warzywami

Chyba mnie pogoda załatwiła. Mam na myśli ten armagedon po Biegu Niepodległości. Rozchorowałem się, straciłem głos i jakoś się, cholera, nie mogę wyleczyć. Siedzę grzecznie w domu, podczas gdy miałem pływać i nadrabiać braki na basenie. A tu taka sytuacja. Zostało mi jedynie pocieszać się jedzeniem… No właśnie, jedzenie. Moja waga w tej chwili, to jakiś dramat. Przez tydzień ponad 2 kg w górę! A tutaj w głowie już nowy sezon i to, że miałem wrócić do wagi startowej (okolice 74-75 kg). Żeby już tak sobie zupełnie wyrzutów nie robić, postanowiłem, że dzisiaj będzie coś zdrowszego, mniej kalorycznego i takie tam.

Dla sportowca wytrzymałościowego makarony są dobrym znajomym. I słusznie, bo mają sporo zalet. Przynajmniej dopóki nie są rozgotowane 😉 Ale nie o tym miałem. Jest jesień, słońca niezbyt wiele, pogoda przygnębia. Trzeba dostarczać sobie witamin. A te lubią siedzieć w warzywach! Stąd pomysł na dzisiejszy obiad.

Składniki na 4 porcje:

  • Makaron razowy (u nas penne)
  • Dwie średnie piersi z kurczaka
  • Jedna czerwona papryka
  • Dwie żółte papryki
  • Jedna cebula
  • Kilka pomidorków
  • Dwie łyżki koncentratu pomidorowego
  • Dwie łyżki oliwy z wytłoczyn z oliwek
  • Pół łyżeczki pieprzu cayenne
  • Dwie łyżeczki czosnku granulowanego
  • Łyżeczka tymianku
  • Sól (do smaku)
  • Natka pietruszki (do podania)

Papryki myjemy i kroimy w paski. Cebulę kroimy w piórka. Piersi kurczaka kroimy w niedużą kostkę (tak ~1 cm). Kurczaka wrzucamy do miski, wlewamy jedną łyżkę oliwy, dodajemy przyprawy (pieprz cayenne, czosnek granulowany, tymianek, szczyptę soli) i mieszamy, aby mięso pokryło się przyprawami. Odstawiamy na parę minut (można dłużej, jak ktoś lubi sobie pomarynować ;)). Przygotowujemy patelnię, rozgrzewamy ją dosyć mocno i wlewamy drugą łyżkę oliwy (w zależności od patelni, może być potrzebne więcej oliwy). Porcjami dodajemy kurczaka, żeby temperatura patelni nie spadła zbyt mocno i smażymy aż się mięso usmaży. Lekko obniżamy temperaturę, po czym dodajemy cebulę, znowu smażymy, tym razem aż cebula zmięknie, po czym dodajemy paprykę i… smażymy aż trochę zmięknie 😉 Wrzucamy dwie łyżki koncentratu pomidorowego, wlewamy ze dwie, trzy łyżki wody, mieszamy i jeszcze trochę smażymy, ale już na małym ogniu. Warto w tym momencie spróbować, czy nie potrzeba np. soli lub czy sos jest wystarczająco pikantny. W międzyczasie gotujemy wodę na makaron, solimy ją i wrzucamy suchy makaron. Gotujemy makaron al dente, bo taki jest najlepszy. Gdy makaron się gotuje, do kurczaka dodajemy pokrojone w ćwiartki pomidorki i smażymy jeszcze chwilkę. Chodzi o to, żeby pomidorki się nie rozpadły.

Na koniec odcedzamy makaron, wrzucamy na miski/talerze, nakładamy na to sos. Posypujemy odrobiną natki pietruszki i jemy! Efekt końcowy może wyglądać jakoś tak (wiem, wiem, muszę popracować nad prezentacją):

Lekko pikantny makaron z kurczakiem i warzywami
Lekko pikantny makaron z kurczakiem i warzywami

Smacznego!

Bieg Niepodległości 2017

Ostatnim startem tego sezonu miał być (i był) Bieg Niepodległości w Gdyni, ostatni bieg w cyklu Grand Prix Gdyni w biegach ulicznych. Tym razem trasa biegu była klasyczna, taka jak choćby w zeszłym roku. To trasa, którą znam jak własną kieszeń, którą w sumie lubię. Moim największym wyzwaniem zazwyczaj jest ulica Świętojańska. Podbieg, niby nieduży, ale długi. Potrafi zmęczyć. Przekonałem się o tym niejednokrotnie, choćby w trakcie jednego z Biegów Europejskich, kiedy Świętojańska mnie ugotowała 🙂

Plan był prosty, zaatakować życiówkę, złapać ją, rzucić na glebę i się po niej przebiec 😉 Czyli każdy wynik poniżej 38’38” był zadowalający. No ale przecież nie może być tak prosto, nie? Tak fajnie się w parkrunach biegało, tak fajnie poszło bieganie na MP w duathlonie… To wymyśliłem sobie, że chciałbym pobiec poniżej 38 minut. Celem max było średnie tempo 3’45″/km, czyli na mecie 37’30”.

Nadzieję rozbudzał też fakt, że przez ostatnich kilka dni pogoda nie dawała powodów do narzekania. Nawet zbyt mocno nie wiało, a przynajmniej nie na tyle, żeby się tymi podmuchami zbytnio przejmować. Pogoda miała jednak inne plany, się wzięła i zepsuła. 🙁 Pocieszające było to, że plecy trochę mniej bolały, nogi miały luz i ochotę zasuwać. Ogólnie było całkiem dobrze, czułem się mocny! W głowie tkwiło, że cel 37’xx” jest realny. Przecież to tylko dwa razy dłuższy dystans niż 5 km, co w tym trudnego? 🙂

Trzy godziny przed biegiem zjadłem standardowy posiłek (ryż), chwilę pokręciłem się po domu i stwierdziłem, że czas jechać. Dużą zagwozdką był dla mnie dobór stroju. Temperatura jako taka (termometr pokazywał 3 stopnie) nie stanowiła problemu. Problemem był zimny wiatr. Ostatecznie zdecydowałem, że założę koszulkę termoaktywną z długim rękawem, na to koszulka biegowa i do tego spodenki triathlonowe kończące się na udzie (Huub Core – polecam).

Przed rozgrzewką zebraliśmy się w ramach Endure Team na grupowe zdjęcie (bezwstydnie ukradzione z profilu Ironfactory.pl na FB ;)). Chyba widać, że było zimno 😉

Reprezentacja Endure Team
Reprezentacja Endure Team

Na rozgrzewkę ubrałem się jak człowiek-worek, żeby mnie nie przewiewało i nie wychładzało. W trakcie rozgrzewki doszedłem do wniosku, że jeśli pogoda się nie pogorszy, to strój powinien dać radę. Po rozgrzewce poszedłem na start i żeby się nie wychłodzić zacząłem łazić w kółko po strefie startowej, podobnie jak całkiem spora grupa zawodników 😉

O godzinie 15 wystartowaliśmy, grupa czerwona (elita, czasy poniżej 35′) i żółta (moja, 35′-39’59”). Kolejne startowały z odstępem czasowym. Założenie było takie, żeby pobiec płaskie kilometry równo, a na podbiegach kombinować, na wyczucie. Pierwszy kilometr biegłem lekko niepewny tego, jakie tempo będzie „delikatnie niekomfortowe”. I wyszedł trochę za wolno (3’44”, wg zegarka), można było te kilka sekund szybciej. Na drugim kilometrze był delikatny podbieg, więc tempo pod kontrolą, ale ostatecznie wyszedł szybciej niż pierwszy (3’43”). Trzeci kilometr, ul. Polska, był wietrzny. Na szczęście biegło trochę grupek i można się było schować. Wyszło znowu wolniej (3’45”) niż miało. Wrrr. No to na czwartym nie ma odpuszczania! Nie odpuściłem, na podbiegu się spiąłem i… jak mnie szarpnęło w plecach, w odcinku lędźwiowym, to pierwsza myśl była „zejdź z trasy, bo sobie zrobisz krzywdę”. Kurde, a tak było dobrze… No nic, pomyślałem, że dobiegnę do Świętojańskiej i najwyżej stamtąd zejdę z trasy, będzie bliżej do mety i depozytów. Czwarty kilometr zajął 3’50”. Biegło się jakoś sztywno, jak by mi ktoś drugi kręgosłup zrobił z kija. Mimo wszystko, piąty kilometr pobiegłem szybciej (4’43”) i pierwsza piątka pękła w 18’49” (wg oficjalnego pomiaru). Czyli nie ma masakry, ciągle jest szansa na wynik poniżej 38″! Tylko te plecy… Stwierdziłem, że zobaczę jak pójdzie szósty kilometr i najwyżej faktycznie zejdę. Zdziwiłem się trochę, bo nie spodziewałem się, że szósty kilometr zrobię w 3’35” :-O Czyli jestem sztywny, boli, ale tempo mogę trzymać. Czyli czas na Świętojańską! Jeśli dobrze pamiętam, to nie udało mi się do tej pory pobiec jej w tempie poniżej 4’/km. Nie udało, do dzisiaj – średnie tempo 3’57″/km. Szału nie ma, ale jest poniżej 4′! Ze Świętojańskiej za wiele nie pamiętam, poza myślą „oddychaj na dwa, bez hiperwentylacji”. I jakoś poszło. Ósmy kilometr (al. Piłsudskiego), w dużej mierze z górki, pyknął w 3’41”. No to teraz już meta blisko. Jak wiatr nie przeszkodzi, to jest szansa zrealizować cel! Dziewiąty i dziesiąty kilometr były w okolicach 3’45″/km, na finiszu coś tam przyspieszyłem. Ostatecznie na mecie byłem po 37’52”, według zegarka. Później ten czas potwierdził też SMS od organizatora.

Co się potem porobiło z pogodą, to ciężko opisać. Serdecznie współczułem tym, którzy jeszcze biegli. Zdążyłem się przebrać i pogoda oszalała. Uciekałem czym prędzej. Do auta dobiegłem (no dobra, dotruchtałem) mokry i przemarznięty. Miałem 3 warstwy na nogach, 4 na górze i było mi mega zimno. Śnieg, deszcz, wiatr… Brrr!

Sam bieg wyszedł lepiej niż się spodziewałem. Gdy zabolało mnie w plecach miałem wizję albo zejścia z trasy, albo dotoczenia się do mety powyżej 40′. Z ciekawostek, średnie tętno było relatywnie niskie, 163 bpm. Z jeszcze większych ciekawostek, obniżenie kadencji okazało się trwałe, pobiegłem ze średnią kadencją wynoszącą 190 spm, a zazwyczaj na zawodach biegałem z kadencją ponad 200. Zmiana techniki pracy rąk oraz długości kroku, nad którą pracowaliśmy z Tomkiem od 22 września, okazała się być dobrą zmianą. Biegam znacząco szybciej, na niższej kadencji. Średnie tętno spadło. W półtorej miesiąca postęp prędkościowy – kosmiczny! Dzięki Trenerze, proszę o jeszcze 🙂

Numer i medal z Biegu Niepodległości 2017
Numer i medal z Biegu Niepodległości 2017

Makaron z cieciorką i czarną fasolą.

Dzisiaj wykonuję swego rodzaju powrót do przeszłości. Kiedyś zdarzało mi się, w miarę regularnie, wrzucać różne przepisy na innego bloga. Z tyłu głowy mam, że kiedyś do tego wrócę, ale na razie jakoś nie mogę się za to zabrać. Z drugiej strony, zawsze chciałem wrzucać na Trilozofię przepisy, które są szybkie, łatwe i całkiem znośne dla sportowca.

Biorąc pod uwagę fakt, że dzisiaj mam dzień regeneracji, postanowiłem zrobić do jedzenia coś fajnego. Początkowy pomysł był na rybę z pieca podaną na makaronie pełnoziarnistym z czosnkiem i cukinią. Jednakowoż, jak już się miałem zabrać za gotowanie, stwierdziłem, że nie chce mi się bawić z rybą. Postanowiłem zrobić coś innego, tytułowy makaron z cieciorką i czarną fasolą. Inspiracją był przepis znaleziony w sieci, na makaron z samą cieciorką. Jednak znaleziona w szufladzie z przyprawami słodka wędzona papryka skojarzyła mi się z czarną fasolą. Mając na względzie, że puszka tejże znajdowała się w spiżarni, grzechem było nie zrobić tego makaronu po swojemu 😉

Jeszcze dwa zdania, dlaczego przepis jest „znośny dla sportowca”. Makaron pełnoziarnisty jest zródłem dobrych węgli. Cieciorka i fasola są źródłami białka. No dobra, trzecie zdanie jeszcze: i to jest smaczne 😛

Składniki na cztery porcje:

  • Makaron pełnoziarnisty (zależnie od potrzeb, ja liczyłem 80g suchego dla siebie i po 40g dla dziewczyn)
  • 5 ząbków czosnku
  • 1 puszka cieciorki
  • 1 puszka czarnej fasoli
  • 1 puszka krojonych pomidorów
  • Słodka wędzona papryka
  • Pieprz czarny
  • Rozmaryn suszony
  • Sól
  • Oliwa z wytłoczyn z oliwek (do smażenia)
  • Odrobina natki pietruszki (do podania)

Sam przepis jest prosty do bólu. Cieciorkę i fasolę osączamy (osobno). Ząbki czosnku obieramy i kroimy w cienkie plasterki. Puszkę z pomidorami otwieramy i mamy pod ręką. Nastawiamy wodę na makaron, żeby się zagotowała. Na patelni mocno rozgrzewamy 2-3 łyżki oliwy. Wrzucamy pokrojony czosnek i smażymy, aż bardzo delikatnie zacznie się rumienić, wtedy jak najprędzej dorzucamy krojone pomidory i mieszamy. Dodajemy łyżeczkę rozmarynu, trochę wędzonej papryki (wedle upodobań, ale najlepiej nie za dużo) doprawiamy solą i pieprzem, mieszamy i chwilę (45-60 sekund) smażymy.

W międzyczasie woda na makaron powinna być już wrząca, więc dodajemy soli i wrzucamy makaron. Od razu podkreślam, że makaron najlepiej smakuje „al dente”, a nie jako rozgotowana paćka 😉

Do smażącego się sosu dodajemy cieciorkę i smażymy ze dwie minutki, po czym dodajemy czarną fasolę. Zmniejszamy grzanie i czekamy aż sos się odrobinę zredukuje.

W kolejnym międzyczasie makaron powinien się już ugotować. Odlewamy go i dodajemy do zredukowanego sosu. Mieszamy, żeby makaron dobrze pokrył się sosem i podajemy. Przed podaniem można dodać trochę natki pietruszki. Efekt końcowy może wyglądać tak:

Makaron z cieciorką i czarną fasolą
Makaron z cieciorką i czarną fasolą

Nocny Bieg Świętojański 2017

Nocny Bieg Świętojański 2017 – to miał być ciekawy start. I taki w sumie był. Bieg numer trzy w gdyńskim GPX. Zupełnie inna trasa, z premią górską (mocny podbieg). Start o 23:59, żeby było ciekawiej 😉

Dzień zaczął się od zaplanowanego rozruchu. Ot, w sumie jakieś 30 minut biegania. Ale to bieganie było masakryczne. Pociłem się jak dziki, wręcz się ze mnie lało. Biegało mi się ciężko, zero lekkości w nogach. I to pomimo zluzowania przed startem! To dobry prognostyk przed startem, bo zawsze jak mi się tuż przed startem źle biega, to potem idzie dobrze. Paradoksalnie więc, zły rozruch mnie ucieszył. 😉

W ciągu dnia starałem się jak najwięcej odpoczywać, unikać produktów spożywczych, które mogłyby sprawić problemy, etc. Ogólnie – relaks. No, poza pracą, bo roboty sporo. Ale na szczęście mogłem pracę zakończyć koło 17 i wtedy już zupełny luzik. Na chwilę nawet zalegliśmy z Małżonką, żeby relaks był pełniejszy 🙂 W okolicach 18:30 zacząłem przygotowywać posiłek przedstartowy, czyli standardowy ryż z miodem, bananem i cynamonem. Tylko z ilością chyba przegiąłem ciutek…

21:15 i wyjazd z domu. Spokojny dojazd na parking w okolicach startu/mety i spacerek do biura zawodów, żeby odebrać pakiet. W międzyczasie uświadomiłem sobie, że zapomniałem się „zakleić”. Niestety, jestem delikatnym chłopcem i łatwo zdzieram sutki. Oczywiście, plastra ze sobą nie wziąłem, bo po co? Na szczęście ratownicy medyczni obstawiający imprezę w plaster wyposażeni byli. Chwilę pożartowali, że plaster płatny i takie tam, ale potem plasterek udostępnili. Mina panów, gdy zrozumieli po co mi ten plaster i co sobie zaklejam – bezcenna 🙂 Następnie zrobiliśmy spacerek powrotny do auta, żeby sobie jeszcze posiedzieć i się porelaksować. O 23:20 zacząłem rozgrzewkę, potruchtałem (taaaa „truchcik”, tempo średnie z 3km wyszło ~4’33″/km), parę przebieżek i jeszcze chwilka truchtu w kierunku startu (tu już serio serio bardziej trucht). Chwila rozmowy z Mysią, buziak na szczęście i czas startować!

Moje założenia co do tego biegu krystalizowały się przez cały dzień. Wiedziałem jedno – chcę pobiec mocno. Pozostało zdefiniować, co to jest „mocno” 😉 Stwierdziłem więc, stojąc już na starcie, że pobiegnę na czuja, jak mnie nogi będą niosły. Start! Pierwszy kilometr w 3’45”. Mocno, ale jest dobrze, zarówno oddechowo, jak i fizycznie. Za chwilę miał się zacząć podbieg, ten hardkorowy, z premią górską. Ambitnie chciałem pobiec cały w tempie zbliżonym jak najbardziej do 4’/km. O naiwności! Całość mierzonego podbiegu, według pomiaru oficjalnego, zrobiłem w 6’11”. Najlepszy zrobił go w 4’40” – chyba nie miałem szans 😉 Do tego przegiąłem ten podbieg. Kawałek za połową poczułem, że mnie odcina. Miałem wrażenie, że zwieracze zaczynają puszczać. I jednocześnie czułem, że posiłek przedstartowy wraca na górę. Mocno mi się odbiło i poczułem, że zaraz poleci paw. Chyba faktycznie przegiąłem! Zwolniłem na tyle, żeby sensacje żołądkowe się nie pojawiały i truchtałem w górę. Oba kilometry podbiegu wyszło kolejno w 4’06” (nie tak źle) i 4’32 (tu już zgon) – mierzona premia górska była nieco krótsza. Gdy zaczął się zbieg ul. Małokacką myślałem tylko o jednym – rozluźnić się i pozwolić grawitacji zrobić swoje. Przy okazji „wyprostowałem” parę zakrętów, dzięki czemu skróciłem sobie dystans. Zbieg (kolejne 2 km), co mnie trochę zaskoczyło, zrobiłem szybciej niż zakładane tempo. Miało być po 3’45”, wyszło po 3’42”. Super! I do tego spadło tętno i już nie chciało mi się rzucać pawia 😉 Według oficjalnego pomiaru czasu pierwsze pięć kilometrów przebiegłem 19’45”. Na życiówkę się nie zanosiło.

Druga piątka składała się z trzech kilometrów lekko z górki i dwóch lekko pod górkę. Te z górki chciałem pobiec w tempie poniżej 3’50″/km, niestety mój żołądek miał inny pomysł. Gdy zwiększałem prędkość, wracały nudności. Utrzymywałem więc tempo, przy którym sensacji nie było i jakoś biegłem do przodu. Szósty kilometr w 3’52”, siódmy w 3’51”, a ósmy w 3’48”. Dziewiąty kilometr to powrót do podbiegania i, niestety, skończył mi się prąd. Ledwie 4’06”. A tu wypadałoby zrobić jeszcze mocny finisz… Ostatni, dziesiąty kilometr przebiegłem w 4’02”. Na mecie, zgodnie z tym co napisało mi Gdyńskie Centrum Sportu, pojawiłem się z następującym wynikiem:

Nocny Bieg Swietojanski z PKO Bankiem Polskim, Twoj czas netto 00:39:28, 110 miejsce Open M, 55 miejsce M30, gratulujemy, wiecej na gpx.gdyniasport.pl

Teraz czas na podsumowanie. Bieg był mocny, bardzo mocny. Dałem z siebie dużo i to czuję, szczególnie schodząc ze schodów. Być może mogłem lepiej to rozegrać strategicznie i nie zajechać się pod górkę. Wtedy pewnie nie było by problemów żołądkowych i starczyło by prądu na końcówkę. Ale chciałem pobiec w końcu odważniej, więc tak pobiegłem. Jestem z siebie zadowolony 🙂 Na bardziej płaskiej trasie pewnie urwałbym z tego wyniku 30-40 sekund. To teoria warta sprawdzenia, więc trzeba by poszukać płaskiej dziesiątki, żeby ją zweryfikować 😉 Może w ramach jakiejś sztafety triathlonowej? Do rozważenia! Praca wykonana z Tomkiem procentuje, forma rośnie, mimo przejściowych problemów zdrowotnych. Za tydzień zobaczymy jak forma rowerowa, bo startuję w sztafecie Endure Team na 1/4IM w Starogardzie Gdańskim. Trzeba będzie dorzucić do pieca! 🙂

Obóz Endure Team Gniewino 2017

Dzieje się! Po maści wszelakich rozterkach i stresach ostatnich czasów Małżonka wysłała mnie na obóz Endure Team w Gniewinie. To mój pierwszy obóz triathlonowy i zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Jedyne co wiedziałem, to że wytrenuję się do syta 😉

Pierwszy dzień zaczął się treningiem do samodzielnego wykonania jeszcze przed wyjazdem. Bieganie, w sumie 50 minut, bez szaleństw. Na początek OWB 1, 10 przyspieszeń i dokończenie OWB 1. W trakcie przyspieszeń, jak zwykle ostatnimi czasy, testuję jak zachowuje się pachwina przy większych obciążeniach. I dała radę, wszystko spoko. A prędkości na przyspieszeniach coraz solidniejsze – od 3’25″/km (pod wiatr ;)) do 3’06″/km (z wiatrem ;)).

Dojazd na obóz zajął jakąś godzinkę, bez napinania. Trochę przygód z zakwaterowaniem, musieliśmy poczekać, więc Trener zadecydował, że zaczniemy od treningu i zameldujemy się później. Pogoda nie rozpieszczała, więc padło na trenażery. Godzina i dwadzieścia pięć minut. Najpierw luźne kręcenie, potem dziesięć minutówek, znowu trochę kręcenia i potem przyspieszenia na luźnej nodze. Taaa, luźna noga na trenażerze… 😉 Ale pokręcone solidnie! Po treningu się zakwaterowaliśmy i był czas na obiadokolację. Jedzenie całkiem przyjemne, trochę pogadaliśmy i usłyszeliśmy co nas czeka kolejnego dnia.

Drugi dzień zaczął się basenem (o 6:30!). Moje przerażenie w wodzie było, delikatnie to określając, wielkie. Od początku dzikość w głowie, dzikość w ruchach, problemy z oddychaniem, generalnie panika. No ale z upływem czasu trochę odpuściło. Trenerzy dawali wszystkim wskazówki, na co zwrócić uwagę. Strofowali delikatnie, ale też nie szczędzili pochwał, tam gdzie to się należało 😉 Na koniec treningu, jak pływaliśmy na rękach w łapkach, zostałem przeniesiony na szybszy tor. Tam chłopaki już naprawdę wymiatali! I gdzie tam ja do nich? Na szczęście pływaliśmy już tylko w tych łapkach, więc jakoś dawałem radę. Licznik dystansu zatrzymał się na 2500 metrów.

Po powrocie do hotelu było śniadanie. Po śniadaniu chwila na regenerację (drzemka!), przed kolejnym treningiem – tym razem łączony rowerowo-biegowy. Po krótkiej rozgrzewce rowerowej trenowaliśmy przejście z roweru na bieg. Najpierw niezbyt długi, ale raczej intensywny rower, potem bieg w tempie na 5-10 km. I tak trzy razy. U mnie wychodziło na biegu bardziej tempo na 5 km, bo dychy (jeszcze) tak nie przebiegnę. Chociaż nie ukrywam, że będę próbował, na Biegu Europejskim w Gdyni, sprawdzić jak szybko aktualnie mogę pognać 😉

Obiad po pierwszym treningu stał się całkiem zabawną historią. Naszła nas ochota na pizzę. W recepcji polecili nam konkretną pizzerię – blisko, pięć minutek autem, zaraz przy drodze, na której jeździliśmy rowerami – więc się tam wybraliśmy. Na miejscu zdziwienie, bo lokal zarezerwowany w całości na wesele. Jednak obsługa powiedziała, że o ile na miejscu nie zjemy, to możemy dostać jedzenie na wynos. Szybka konsultacja i decyzja – bierzemy. Złożyliśmy zamówienie, usiedliśmy przy stole na zewnątrz i tak siedzimy, lekko marznąć. A w międzyczasie pojawia się coraz więcej gości weselnych 😉 Jeden z kelnerów stał w blokach startowych z powitalnym chlebem i solą, a jeden z obozowiczów (Marcin) co chwilę informował kelnera, że to jeszcze nie, że młodzi jeszcze nie dojechali 😉 Gdy dostaliśmy zamówienia stwierdziliśmy, że zjemy w hotelu, żeby nie przeszkadzać weselnikom, którzy już trochę dziwnie na nas patrzyli 🙂

Ostatni trening tego dnia miał być aktywną regeneracją. Można było wybrać rower lub bieganie. Jako jedyny wybrałem bieganie 😉 Słuchawki w uszy, spokojna muzyka i plan na luźne truchtanie. I tu zonk. Biegnę sobie luźno, ale zegarek pokazuje 4’48″/km. No kurde! Świadomie zwalniam i truchtam dalej. Słucham muzyki, pełen relaks. Zegarek sygnalizuje kolejny kilometr, patrzę, a tu 4’45″/km! Zaczynam być wkurzony, bo przecież miała być aktywna regeneracja, a tu nogi niosą. Z jednej strony, to muszę przyznać, nie czuję tego tempa jako obciążenia. Z drugiej, to jednak trochę za szybko na bieg regeneracyjny. No i tak biegłem sobie, walcząc z prędkością. Po 30 minutach stwierdziłem, że czas skończyć, bo cały czas się rozpędzałem. Szybki prysznic, oczekiwanie na powrót grupy rowerowej i czas na obiadokolację!

Kolejny dzień ponownie zaczął się od basenu. Tym razem od początku na mocniejszym torze :-O Przerażenie +500, bo przecież będę zamulał chłopakom… No i zamulałem, ale jakoś przeżyłem. Chłopaki też, mam nadzieję, że za bardzo nie przeszkadzałem! Pod koniec treningu czułem już spore zmęczenie. A tu jeszcze mocna zakładka w kolejce! Ale najpierw śniadanie i odpoczynek (w tym drzemka – ten element treningu lubię najbardziej ;)). Lekki lunch i o 14 start zakładki. Zadanie rowerowe ambitne, ale nie zabijające 😉 Cztery interwały po osiem minut na pięciominutowej przerwie. Po ostatnim interwale, bez przerwy, od razu na bieg. Bieg miał być BNP, podzielony na trzy części. Udało się przebiec dwie i jak mnie coś szarpnęło pod żebrami z lewej strony, to złożyłem się w pół. Masakra. Moc była, nogi podawały, a tu takie coś… Przez chwilę łudziłem się, że to może kolka, ale objawy się nie zgadzały. Zapadła decyzja – koniec treningu. Schłodzenie było truchtaniem w tempie powyżej 6’/km. Masakra, każda próba przyspieszenie kończyła się mocnym bólem pod żebrami. Zły, bardzo zły, koniec dnia treningowego. Potem jeszcze kolacja, trochę pogaduszek w gronie obozowiczów i czas spać. Bo rano ostatni basen!

Ostatni basen… Bolało mnie pod żebrami, bałem się tego treningu. Na początek rozpływanie, starałem się je robić bardzo delikatnie. Ból w żebrach był, ale do zniesienia i się nie pogarszał. Dalej też szło całkiem nieźle, ale chyba zacząłem w jakiś sposób asekurować, bo zaczął boleć mnie lewy bark. Trener regularnie dopytywał, czy wszystko OK – potwierdzałem, bo w sumie było dobrze, przynajmniej z żebrami 😉 Z barkiem w sumie też, bo zacząłem się starać wykonywać poprawne ruchy. Technika pływania, której się teraz uczę, jest o wiele prostsza do ogarnięcia, niż to, czego uczyłem się do tej pory. I chyba idzie mi coraz lepiej, patrząc po tempach i tętnie 😉 Po treningu pływackim było ostatnie śniadanie i czas się było pakować…

Aby uniknąć blokady dróg wynikającej z zawodów Cyklo Gniewino zapadła decyzja, że uciekamy do domów wcześnie. Jeszcze mała akcja z odpaleniem samochodu jednego z kolegów – nocny/poranny mróz z lekka dopiekł akumulatorowi 😉 Potem pożegnanie i jazda do domu. Po godzince byłem w domu i mogłem w końcu wyściskać Mysię! Niby tylko kilka dni, ale zdążyłem się solidnie stęsknić!

Podsumowując cały wyjazd, sporo potrenowałem w komfortowych warunkach. Tomek i Marcin zaopiekowali się nami, solidnie dali w kość, ale zarazem zadbali o to, żeby nas nie zajechać. Do tego wszystkiego poznałem fantastycznych ludzi i dużo się od nich nauczyłem. A to tylko kilka dni! Z chęcią pojadę na kolejne tego typu obozy, jeśli tylko będę miał taką możliwość 🙂 Wielkie dzięki dla Endure Team za świetną robotę, dla koleżanek i kolegów współobozowiczów za fajną atmosferę! I mam nadzieję, że Trener wybaczy żeśmy jojczyli troszkę na basenie… 😉

Półmaraton Gdynia 2017

Półmaraton Gdynia 2017 już za mną. Znowu wiało, pogoda generalnie mnie nie urzekła. Przed startem standardowo – rozgrzewka, żeby nie wyrwać się do biegu na zimno. Po rozgrzewce miałem dziwnie wysokie tętno… Albo pasek wysechł i przekłamywał, albo coś fizycznie było nie tak. Postanowiłem, tak czy owak, spróbować polecieć poniżej 4’/km. Ustawienie na starcie, ostatnia wymiana słów z moimi najwierniejszymi kibickami i można lecieć 😉

Zmodyfikowana trasa fajna, można było zasuwać. No i na początku wszystko szło fajnie. Pierwsze 4-4.5 km pod lekką górkę, tempo dobre, średnio zgodnie z założeniami. Udało się złapać fajną grupkę, która żwawo, w tempie zbliżonym do moich założeń. I tak sobie lecieliśmy kolejne kilometry. Samopoczucie dobre, kondycyjnie spoko, czuję, że tętno też jeszcze dobre. Tempo do utrzymania do końca biegu, może nawet na końcówce można by coś pocisnąć. Jednak na 12 km poczułem ostry ból w pachwinie – tak jak na wtorkowym treningu. W głowie od razu myśl, że za trzy tygodnie maraton – trzeba minimalizować szkody. W związku z tym zwalniam do prędkości, przy której przestało boleć. I już wiem, że średniego tempa zgodnego z założeniami nie będzie. Teraz zostało jedynie spokojnie dobiec do mety. Drugi podbieg pod Świętojańską już w tempie relaksacyjnym (4’30″/km). Non-stop jestem wyprzedzany, ale pilnuję, żeby nie przyspieszać. To nie czas na wyścigi, ten start jest mniej ważny od maratonu (na którym też ścigania w sumie nie będzie :-P). Po Świętojańskiej skręt w al. Piłsudskiego, a tam, za punktem z wodą, mały chłopiec (7-8 lat?) widząc moją koszulkę (madżentowa niemaniemogę) zaczął krzyczeć „Ogień z dupy!” i „Niemaniemogę!”. Aż się wzruszyłem, z lekka 😉 Zostały niecałe trzy kilometry, które grzecznie przetruchtałem do mety, bez ekscesów i wyrywania do przodu. Byle dobiec.

Półmaraton Gdynia 2017 ukończyłem w godzinę, 27 minut i 6 sekund. Średnie tempo 4’8″/km. W sumie kryterium sukcesu wypełnione, ale jest niedosyt. Nawet nie tyle ze względu na czas, co ze względu na nogę. Teraz trzeba się wyleczyć, żeby za trzy tygodnie przebiec maraton w Gdańsku. Założenia? Wszystko poniżej 3 godzin i 15 minut będzie sukcesem. Plan optimum to czas poniżej 3 godzin i 10 minut. Jeśli było by cokolwiek szybciej, to będzie rewelacja.

A potem? Czas na powrót do treningu tri. Zredukuję objętości biegowe, zwiększę basenowe i powróci mocno zaniedbany rower! Plany startowe? Na razie brak. Zobaczymy, jak to będzie z pływaniem. Chciałbym ukończyć jakiekolwiek zawody. Ale ukończyć na mecie, a nie po raz kolejny w łódce. Niech się zrobi jeszcze cieplej, spróbuję wrócić do wód otwartych i zacząć je znowu oswajać. Na spokojnie, powolutku. Nie spieszy się. A jak już się przełamię, to będzie czas na śrubowanie wyników. Sam jestem ciekawy, jakie wyniki mógłbym robić 🙂

Zdziwienie… jak co roku!

Od kilku tygodni w bieganiu masakra. Nie do końca mogłem złapać to nieuchwytne coś, co wyjaśniłoby co się dzieje. Czułem, że mam podniesione ciśnienie, przewlekły katar, uczucie jak bym był przeziębiony. Profilaktycznie zredukowałem objętości treningowe i nic… zero poprawy. Czyli to nie zmęczenie. Może choroba? Ale tyle czasu? No kurde…

Na basenach znowu zdychanie. Miałem wrażenie, że albo się utopię katarem spływającym po gardle, albo się uduszę. Oddech krótki, ciężko nabrać pełne płuca powietrza. Po basenie katar. Kichanie. Zatkany nos, a przecież od operacji było dużo lepiej! Może chemię zmienili, albo dają jej więcej? A może ogólnie woda bardziej syficzna, czy coś?

Takie same problemy z oddychaniem na bieganiu, szczególnie akcentowym. Fizycznie spoko (z dokładnością do odzywającego się przyczepu przywodziciela), a oddechowo dramat. Zadyszka przy ciut większym obciążeniu. Tętno ciut tylko wyższe i mimo wszystko płaściutkie, tak jak być powinno… A oddechowo zgon. I ten katar ściekający po gardle, wydawanie całej masy dziwnych dźwięków/chrząknięć, przez co piesi czmychają mi z drogi, jak przed demonem jakowymś.

Co się do cholery dzieje?! Przecież przy tej ilości odpoczynku, leków, miodu, cytryny, to powinienem być chodzącym okazem zdrowia…

WTEM! (jak w komiksach ;)) Zaczął się świąd oczu… co się kurde znowu wyprawia?! Iiiiiii… nagle olśnienie! I zdziwienie! Przecież ja mam alergię! Więc to o to chodzi… Szybka obczajka kalendarza pyleń i widzę, że pyli leszczyna. Czyli to (+ brzoza), na co jestem najbardziej uczulony. Do tego dochodzi do mnie też, że przecież moje alergeny pojawiają się już od 3 dekady stycznia. Jak co roku, jestem zdziwiony, że znowu mnie jakaś alergia męczy. Objawy są te same, zawsze. I zawsze jestem zdziwiony. Teraz zastanawiam się, czy sobie nie ustawić przypominacza w kalendarzu na przyszły rok: „Te, gościu, masz alergię, weź piguły bo będziesz się dziwił” 😉 I tak jakoś na początek stycznia bym sobie ustawił pierwszy, drugi z tydzień lub dwa później.

Zapodałem piguły. Jest ciut lepiej, ale zanim się to uspokoi to minie parę dni, albo i tygodni. Teraz zastanawiam się, co będzie jutro? Dzisiaj pada, od razu zrobiło mi się lepiej. Wiatr też pewnie trochę pomógł. Jeśli jutro zapylenie by dało szansę, to będę próbował pobiec poniżej godziny i 30 minut. No i jak by wiatr już sobie darował. Jak bym się złapał znowu na jakąś fajną grupę, to może się doholuję poniżej godziny i 25 minut? 😉 Wszystko ze średnim tempem poniżej 4’15″/km będzie sukcesem.

W sumie, mogło by być tak, jak na nie opisanym tutaj Biegu Urodzinowym w Gdyni. Sukcesem miało być 42′-43′, a wyszło… 39’25” 😀 Wyszło lepiej niż na Biegu Niepodległości, a się tego zdecydowanie nie spodziewałem. Czy dam radę pobiec półmaraton z tempem poniżej 4’/km? Jutro się wszystko wyjaśni 🙂

Pasja?

Znowu długa przerwa! Z treningiem jestem w lesie. Głęboko w lesie. Na tyle głęboko, że o życiówce maratońskiej na wiosnę mogę zapomnieć. W sumie, to dopiero od dwóch tygodniu trenuję. W kończącym się tygodniu można dopiero powiedzieć o regularnym treningu, poprzedni był rozruchowy. Chorowałem, przeprowadzałem się, miałem mnóstwo wymówek, żeby się nie ruszyć. Ale głównie chciałem się wyleczyć do końca, a nie zaleczyć i „jakoś to będzie”. Teraz trzeba trochę bazy zrobić… A według oryginalnego planu, to niedługo miałem ruszać z treningiem szybkościowym. Jakoś się na niego na razie nie czuję 😉 Wychodzi na to, że będzie kolejny maraton dla przyjemności 😀

Dzisiaj sobie pobiegałem. Temperatura średnia -11 stopni – bez tragedii, biegało się przy niższych temperaturach. Dopóki rzęsy się nie sklejają i można mrugać oczami – jest spoko 🙂 Plan zakładał 22 kilometry biegu w tlenie, 11 km „tam” i 11 kilometrów drogi powrotnej. Gdy wyszedłem z domu, to ucieszyłem się, że nie wieje. O naiwności. Po pierwszym kilometrze poczułem wiatr. Raczej z tych zimnych. Pochwaliłem sam siebie za założenie dwóch par rękawiczek. Po trzecim kilometrze chciałem stwierdziłem, że sobie dobiegnę do piątego kilometra i zawrócę. Trudno, trening będzie krótszy, ale przy tym wietrze nie ma co się wychładzać. Dobiegłem do piątego kilometra i pomyślałem sobie, że może jeszcze kawałek, te 200 metrów do skrzyżowania i tam zawrócę. Przy skrzyżowaniu doszedłem do wniosku, że skoro nic nie jedzie, to mogę przebiec przez ulicę i kawałek dalej, żeby jeszcze dokończyć ten kilometr. Potem stwierdziłem, że kawałeczek dalej jest jeszcze całkiem przyjemna nawierzchnia, to potruchtam sobie jeszcze trochę. I tak ze sobą negocjowałem do 11 km. 😀 Wtedy stwierdziłem, że już wystarczy i zawracam. Teraz już nie miałem wyjścia, byłem na zadupiu i żeby wrócić to mogłem biec lub iść. No to pobiegłem, bo tak szybciej, niż iść 😉

Ale w sumie, to tylko tło tego, co chciałem przekazać. Często zdarza mi się słyszeć, że ktoś jest wariatem, bo ma jakieś hobby, które odstaje od „standardów”. Ktoś biega, ktoś pedałuje, ktoś robi coś innego, niezbyt pasującego do ogólnego pojęcia przyjemnego spędzania czasu. I jak dzisiaj sobie biegłem, słonko przyjemnie świeciło, a wiatr niezbyt przyjemnie wiał, to zauważyłem sporą grupę ludzi. Im bliżej byłem, tym lepiej widziałem sprzęt, który ze sobą mieli. Aparaty z teleobiektywami (były przeogromne!), lunety, mocne lornetki – pomyślałem, pewnie oglądają ptaki. Jak już byłem bardzo blisko, to zobaczyłem, że opatuleni byli jak misie 😉 I w mojej głowie urodziła się myśl, że trzeba być mocno zmotywowanym (pasja czy wariactwo? ;)), żeby robić takie rzeczy, w taki mróz. Praktycznie jednocześnie usłyszałem, jak jeden z członków grupy mówi do innych, pokazując na mnie: „ten to musi mieć pasję”. A ja po prostu sobie biegłem, bo miałem plan do wykonania… 😉

To sprawiło, że przez spory kawałek trasy zastanawiałem się nad tym. Doszedłem do wniosku, że ja podziwiałem ich za motywację, bo dla mnie niepojęte było, że można w niedzielny poranek opatulić się jak miś i iść obserwować ptaki. A dla nich niepojęte było, że przy -11 stopniach można iść biegać w obcisłym. Coś, co dla mnie jest tak oczywiste, że aż zęby bolą, dla nich było wyczynem. A coś, co dla mnie było by trudne, dla nich było codziennością. I na tym chyba polega pasja. Wszelkie potencjalne trudności można rozwiązać, bo „gdzie wola, tam sposób”. Niejednokrotnie dokonywałem cudów logistycznych (przynajmniej w moim odczuciu), żeby tylko ogarnąć się z życiem rodzinnym, treningiem i pracą w ciągu jednego dnia. A potem czytałem, np. u MKONa (http://niemaniemoge.pl/ – polecam lekturę!), jak wygląda jego logistyka. Albo Macieja Dowbora (http://totalneporuszenie.pl – również polecam). Moje wnioski były takie, że moja logistyka, przy ich logistyce to tzw. pikuś. Miałem również wniosek taki, że ich zaangażowanie jest o wiele większe niż moje. A dzisiaj dotarło do mnie, że każdy robi co może i co chce. Jedni obserwują ptaki, inni przełamują strach, a jeszcze inni robią wyniki. I dobrze! Niech każdy ma swoją pasję! W końcu wszyscy jesteśmy inni.

Bieg Niepodległości 2016

Dzisiaj 11 listopada (jeszcze), więc przyszedł czas zamknąć cykl Grand Prix Gdyni w biegach ulicznych. Gdyński Bieg Niepodległości 2016 traktowałem luźno, jako bieg sprawdzający moją kondycję. Kondycję, w której istnienie „z lekka” wątpiłem 😉 Po niedzielnym biegu BNP, który miał mnie troszkę odmulić, zakładałem, że jeśli pobiegnę poniżej 42 minut, to będzie sukces. Wyszło zdecydowanie inaczej.

Na sam bieg wyszliśmy późno. Zbyt długo zamulałem z zebraniem się. Nie chciało mi się biec (znowu!). Tym razem dlatego, że obawiałem się wyniku. No nic, jak już ruszyłem tyłek, to można się przebiec. Najwyżej, jeśli będzie kicha, to zejdę z trasy. Rozgrzewka, ze względu na późne wyjście, musiała zostać skrócona. W sumie to nic nie szkodzi, bo przecież i tak będzie kicha, nie? Na start dotarłem 3 minuty przed sygnałem z Błyskawicy, który miał rozpocząć bieg. Ustawiłem się z tyłu swojej strefy, żeby nie przeszkadzać innym.

Jest sygnał, więc ruszam. W głowie siedzi, żeby pobiec początek luźno i zobaczyć jak się będzie biegło. Pierwsze 300 metrów, spojrzenie na zegarek: 3’52″/km. Za szybko, mimo że nie czuję, żeby było szybko. No ale to początek, więc trochę odpuszczam. Pierwszy kilometr w 4’02”. Kolejny w 3’56”. Jak na razie jest spoko. No to trzymam tempo. Skupiam się na tym, żeby rozluźnić górne partie ciała i pilnować kadencji. I nie pędzić, bo Świętojańska przecie…

Jestem zdziwiony, bo wyprzedzam… Zaczyna się podbieg na Świętojańskiej, rzut oka na zegarek i widzę tempo 4’20″/km. No trudno, będzie wolno, ale tym razem się nie zajadę. Może uda się coś szybciej pobiec na koniec, jeśli zostaną mi siły. Dopiero później, gdy sprawdzałem czasy poszczególnych kilometrów na zegarku, okazało się, że jednak przyspieszyłem pod Świętojańską i pokonałem ją ze średnim tempem 4’05″/km, zacnie! Potem już tylko zbieg al. Piłsudskiego, gdzie Fenix ześwirował i pokazał czas ósmego kilometra 3’39″… ponad 200 metrów przed flagą oznaczającą, że zostały dwa kilometry. Przełączyłem zegarek, żeby pokazywał aktualny czas biegu i wyszło, że na ósmym kilometrze mam 5 sekund zapasu. No to wystarczy utrzymać tempo w okolicach 4’/km i będzie poniżej 40 minut, co jeszcze 32 minuty wcześniej wydawało mi się niemożliwe. Trzymałem to tempo, mimo że sporo ludzi mnie wyprzedzało, ale chciałem po prostu dobiec.

I dobiegłem. Czas netto na mecie: 39’42”. Czyli udało się pobiec całkiem sporo poniżej 4’/km 😀 Nie spodziewałem się takiego wyniku, mimo że Monika w to wierzyła. Przed startem powiedziała mi, że sam się zdziwię jak dobrze mi pójdzie i miała rację, skubana! Trzeba się chyba Szanownej Małżonki słuchać… 😉 Tak czy owak, Bieg Niepodległości 2016 to ostatni start w tym roku. Teraz czas popracować nad formą na wiosenny maraton w Gdańsku. Jest nadzieja, że wstydu nie będzie 😉

Wytop na chłodno

Tym razem zaskoczyłem sam siebie. Tak jak opisałem w poprzednim swoim wpisie, postanowiłem w trakcie przymusowego odpoczynku zgubić trochę kilogramów. Plan się powiódł, wytop na chłodno idzie całkiem nieźle. Ba, jest już prawie po! Startowałem 11 października z wagą 81 kg, zacząłem od praktycznie całodniowego postu przed zabiegiem. Po powrocie ze szpitala było 80,2 kg. W tej chwili, po zaledwie dwóch tygodniach, jest 75,6 kg. Czyli w sumie 5,4 kg – strasznie szybko! W swojej diecie zmieniłem dwie podstawowe rzeczy, zmniejszyłem ilość jedzenia i włączyłem sałatkę jako (prawie) obowiązkową kolację. Prawie, bo parę razy zdarzyło mi się oszukać i nie zjeść sałatki. Pilnowałem się też, żeby nie jeść zbyt mało. Deficyt kaloryczny miał wynosić maksymalnie 10-15% i tego się trzymałem.

Dlaczego wytop na chłodno? Z dwóch powodów. Po pierwsze, jesień nie rozpieszcza mnie zbytnio wysokimi temperaturami. Po drugie, na wytopie zawsze mi zimno. Marznę przeokrutnie, dłonie i stopy mam lodowate. Duże ilości ciepłych napojów pomagają, ale na krótko. Zalegam więc, póki mogę, pod kołdrą czy kocem, mając na sobie bluzę z kapturem i spodnie dresowe. To chyba jest w tym wszystkim najgorsze! Głodny nie chodzę, bo nie mógłbym być długo głodny. Zaraz zaczyna mnie boleć głowa i mam ochotę rozerwać wszystko dookoła. Robię się zły. Dlatego pilnuję, żeby zdrowo i planowo podjadać sobie jakieś owoce pomiędzy posiłkami (ale też nie za dużo). Co by mnie z domu nie wyrzucili 😉

Teraz wracam powoli do treningów. Dwa razy posiedziałem po 30 minut na trenażerze, pedałując delikatnie i dziwiąc się, jak to fajnie tętno spada, jak oddycha się tylko przez nos 😉 Dzisiaj pójdę pobiegać i zobaczę, jak się będę czuł. W tym tygodniu jeszcze bardzo ostrożnie, bo mnie lekarz nastraszył… To się słucham! Paradoksalnie, powrót do treningów utrudni zrzucenie reszty planowanych kilogramów, bo trudniej jest wyliczyć ilość potrzebnych kalorii. Trochę trzeba będzie polecieć na czuja, słuchając co organizm mówi. A organizm pewnie powie „JEŚĆ, KURDE!” 😉 Ciekawi mnie, jak mi się dzisiaj będzie biegło…

Szkoda tylko, że MKON tak późno zaczął wyzwanie z wytopem (więcej tutaj: http://niemaniemoge.pl/wytop-2017-nowy-magnes-na-lodowke/), bo byłbym już zrobił niezły wynik 😉 A tak trochę wtopa z wytopem, bo zostało mi jakieś 600-700 gram do planowanej wagi startowej, toć MKON nawet sekundy by z życiówki nie musiał urywać.