Też się muszę pochwalić…

bo jak się nie pochwalę to pęknę!!! 😉 Wiem, że Kamil już pisał o swoim sukcesie w I. PZU Gdynia Półmaratonie, ale ja też muszę, ja też! Może jednak zacznę jakoś tak na okrągło, żeby się nie wypstrykać ze wszystkiego na starcie – wpis nie może mieć tylko 3. linii długości, to by przecież zakrawało na jaki tweet czy fejs, co nie?

Azaliż, albowiem, ekhem, ekhem… wstaliśmy w tę sobotę rano z nastrojem totalnie niesprzyjającym bieganiu, no bo nadal gil z nosa i w ogóle (to w ogóle to w następnym wpisie rozwinę). Kamil ledwo ślepka przetarł, wyturlał się z łóżka i zaczął naparzać garnkami w kuchni, żeby przygotować dla nas śniadanie mistrzów. Ryż biały gotowany, miód, banany i cynamon – wiadomo: węgiel, węgiel i jeszcze trochę węgla, dobrej jakości paliwa biegowego, dla mojego mysiego diesla (bez turbo). Ja w tym czasie nakryłam mysi łeb kołdrą i próbowałam jeszcze chwilę podrzemać – jak się okazało całkiem skutecznie, bo obudziło mnie dopiero zatroskane spojrzenie mego lubego, posłane znad parującej miski ryżu… śniadanie do łóżka!!! Jakby to powiedział Kung Fu Panda – AWSOME!

Skonsumowaliśmy ten ryż w milczeniu (przy ryżu ciężko elegancko konwersować, grozi popluciem), a potem to już niestety trzeba się było spakować do plecaczka, ubrać i spadać na autobus, bo jeszcze a nuż zamkną depozyty. Przed półmaratonem Trenercia nie zalecała jakiegoś wielkiego grzania, po prostu 5-6 minut biegania i troszkę baaaaardzo delikatnego rozciągania (dlaczego nie powinno się PORZĄDNIE rozciągać przed bieganiem to tu pewnie kiedyś Kamil napisze). I jakoś tak nagle trzeba się było ustawić w swojej strefie startowej. Kamila nie widziałam od rozgrzewki, bo on przeszedł na drugą stronę skweru (mocy), do tych naprawdę biegających, a nie tych takich bardziej joggerów, jak ja. Mogłam go tylko szukać tęsknym wzrokiem przez kratę oddzielającą startujących ze stref B od reszty świata i tych ze stref A – trochę się przez to poczułam na starcie jak w zoo, śmieszne to nawet było. Jeszcze coś tam próbowałam cyknąć moim szpiegowskim aparatem (padaka totalna, ale nie o tym…), oderwać myśli od tego mojego biegania, żeby się nie stresować bez sensu. Nie było mi jednak dane, bo nagle przed oczami wyrosły mi baloniki na 1:40′, a sporo za mną ustawili się pacemakerzy na 1:45′! Myślę sobie – ki grzyb?! Co ja, rybka Doris, wpisałam podczas rejestracji, że wylądowałam w takiej strefie?! Pijana byłam (bardzo mało prawdopodobne) ?! Palec mi się omsknął (bardziej prawdopodobne) ?! Zaczęłam wypytywać ludzi stojących obok mnie, na jaki czas ta strefa, żeby w razie czego przejść dalej, aż wreszcie mnie jakiś uprzejmy młody człowiek oświecił, że w zgłoszeniu był czas na dyszkę. Przeprowadziłam kilka skomplikowanych operacji matematycznych, co w stresie i pod presją czasu przychodzi mi z trudem. No tak, myślę sobie, jakby tę moją dyszkę przemnożyć razy dwa i ciut dodać, to może by i kto uwierzył, że dam radę w około 1:45′, aż mnie to rozbawiło i jakoś tak się rozluźniłam 🙂 Pomysł Trenerci był dla mnie tylko ociupinkę mniej niedorzeczny (około 1:52”) – ja i 5’20” przez całe 21km?! Dobry żart! 🙂 W głowie jakieś licho leniwe podpowiadało, że dobrze będzie nawet jeśli urwę tylko minutę z tego październikowego czasu, no maksymalnie 3… może uczepię się panów na 1:55”… i wtedy właśnie wystartowaliśmy…

Zaczęłam biec na luzie, bez wielkiej presji i bez ustawionego tempa w moim Ninja-Garminie. Ostatecznie uznałam, że w nosie mam wszelkie baloniki, nawet ich nie szukam i biegnę swoje. Wokół mnie co jakiś czas rozlegały się zegarkowe sygnały „zwolnij” (na tym etapie to jeszcze w tę stronę), a ja biegłam szczęśliwa i spokojna jak dzika świnka, że żadnego tempa sobie nie narzuciłam. Za jakiś czas zerknęłam na zegarek i zdziwiłam się dość mocno, że biegnę nawet poniżej tych 5’20” min/km. Myślę sobie, Mysza, poskrom fantazję, bo jak nic pękniesz za kilka kilometrów i Cię będą z trasy zbierać. Troszkę wyhamował mnie podbieg Aleją Zwycięstwa, ale okazał się mniej straszny do wykonania, niż to się wydawało kilka chwil wcześniej, gdy obserwowaliśmy pokonujących ten odcinek, szybszych biegaczy, sami zbiegając jak na skrzydłach drugą stroną ulicy. Ktoś całkiem błyskotliwie skomentował wówczas, że tak cudny zbieg ma swoją cenę 🙂 Przypuszczam, że wielu z nas pomyślało wtedy o czekającej nas jeszcze Świętojańskiej… Biegłam dalej równo, owszem oddychałam ciężko, ale to przecież całkiem normalne na zawodach, kiedy wychodzisz poza swoją strefę komfortu. Na rondzie przy Stryjskiej wypatrzyłam dużo szybszego (jak zwykle) Kamila i mogłam jeszcze krzyknąć do niego kilka słów pokrzepienia. Biegłam uśmiechnięta, miałam dość siły, żeby oklaskami dziękować kibicom za doping – swoją drogą z biegu na bieg Gdynianie kibicują coraz lepiej i w coraz większym gronie, co jest niesamowicie sympatyczne! Wiem, że tego typu imprezy mają również ogromne grono przeciwników, wkurzonych utrudnieniami w ruchu, ale staram się tego typu komentarzy nie czytać i się nie przejmować dodatkowo. Dla mnie takie zawody to celebracja aktywności i zdrowszego trybu życia i każda taka akcja niezmiernie mnie w związku z tym cieszy 🙂 I tak jakoś całkiem niepostrzeżenie udało mi się pokonać pierwszych dziesięć kilometrów. Tym razem nie towarzyszył mi Kamil i sama musiałam się zatroszczyć o odżywianie i nawadnianie. Napoczęłam swój żel, mimo, że jeszcze nie czułam głodu czy braku energii. Wiadomo jednak, że jeśli do takiej sytuacji dojdzie, to na dożywienie jest tak naprawdę za późno. Piłam też kilka łyków wody na każdym punkcie rozstawionym na trasie, poza tym ostatnim, na zbiegu aleją Piłsudskiego, bo jakoś tak szkoda mi już było wyhamowywać, a czułam, że to już tylko jakieś 3 km i że tyle wytrzymam. Zmęczenie w nogach poczułam po Świętojańskiej, ale wtedy już wiedziałam, że ukończę bieg choćbym się nawet miała do mety doczołgać lub doturlać 🙂 Na zegar na mecie patrzyłam z ogromnym niedowierzaniem, ale i szalenie szczęśliwa, że udało mi się zwojować aż tyle 🙂 Wkrótce dołączył do mnie Kamil i mogliśmy wzajemnie podziwiać swoje czasy netto – jego kosmiczne 1:22’35” i moje dużo skromniejsze, ale równie wiele dla mnie znaczące 1:50’45”. Nadal jestem w szoku, że udało mi się nawet poprawić przewidywania Trenerci i pobiec całość w tempie 5’14”. Z październikowego wyniku urwałam ponad 8 minut! Dla mnie totalny kosmos! Mam taką bardzo cichą nadzieję, że uda mi się takie tempo utrzymać w tegorocznym starcie A, czyli  1/2 IM w Poznaniu. Byłabym wniebowzięta! 🙂

Widzę, że nieźle się rozpisałam to może chociaż dorzucę jakie dowody zbrodni 🙂 Oto dowody padaki totalnej mojego ostatniego porąbanego pomysłu, czyt. kamerki szpiegowskiej – chciałam mieć coś bardzo małego na bieganie, bo osobiście nie przepadam za taszczeniem telefonu.

Oto Kamil przed półmaratonem:

Kamiluchno przed biegiem…

Ciężko w tym usrojstwie obczaić, co dokładnie uda Ci się sfotografować – jak widać Kamilowi ucięło to co dla biegacza najważniejsze, czyli stopy 🙂 No i rozwala mnie autodatowanie – ni cholery nie wiem jak to zmienić, ale zdjęcie zdecydowanie nie jest tak wiekowe 🙂 No i jak się później okazało, zamiast zdjęć udało mi się nagrać kilka filmików – cała ja 🙂

A tu moje kroki popełnione tego dnia przed biegiem (miałam jeszcze strzelić fotę po, żeby udowodnić, że drobię jak gejsza, ale oczywiście mi nie wyszło):

Mysie kroki (celowo w liczbie mnogiej…)

I na koniec jeszcze dowody pozyskane z innych źródeł, że w ogóle ten półmaraton pobiegliśmy:

 

Kamil…
I jeszcze raz Kamil…
I Mysz 🙂

Nasz pierwszy Parkrun

W ramach przygotowań do zbliżającego się wielkimi krokami półmaratonu Trenercia wysłała nas na Parkrun. W swej ogromnej przenikliwości poczyniła ona słuszne założenie, że pewne prędkości rozwijam jedynie podczas biegów zorganizowanych, bo z natury leniwa ze mnie bestyja i na dodatek nie lubię sobie zadawać bólu. Mysi ryjek boleśnie wykrzywił się w tej sekundzie, gdy tylko oko zarejestrowało tempo zadane przez Trenercię w mikro – mysie turbo miało zostać uruchomione na poziomie 5min/km (pierwsze 2 km), później zejść do 4’50”min/km (kolejny kilometr), a następnie do tak zwanego tempa „ile fabryka dała”. Mysia fabryka wiele jeszcze nie naprodukowała, a czwórka z przodu to dla mnie ogromny wyczyn, zatem popłoch ścisnął me mysie serce. Ból sprawiało mi nawet tworzenie Workout’u w Garminie, a co dopiero myśleć o jego realizacji. Pocieszał mnie jedynie fakt, że poniżej 5min/km muszę wytrzymać TYLKO przez 3 km. Powtarzałam to sobie jak mantrę ledwo otworzyłam w sobotę mysie ślepię.

Oczywiście totalnie inaczej przedstawiała się cała kwestia u Kamila – zacierał łapki ledwo dostał mikro – cieszył się, że wreszcie sobie „pohasa”. Jego taśma produkcyjna porusza się co najmniej minutę na kilometr szybciej i takie też było założenie (ja 3 z przodu mam tylko podczas biegania przyspieszeń na 100m, o ile mi sznurowadła nie popuszczą, a najlepiej to z wiatrem). Wstał zatem w sobotę radosny jak skowronek, wciągnął przedtreningowe wafle ryżowe z dżemorem i zaczął przygotowywać wyjściowy dres. Chcieliśmy wyglądać jak człowieki, bo to jednak trening typu „wyścig”, nasz pierwszy raz, a dodatkowo towarzyszyć miał nam jeszcze kolega z teamu – Robert, no to wstydu nie mogło być.

„Ja dzisiaj w krótkich spodenkach, żeby się nie ugotować.” – tako rzekł Kamil, a że ma większe doświadczenie to tylko przytaknęłam i żeby nie być gorszą sięgnęłam po swoje gacie 3/4. Gil jednak wisiał nam do pasa, zatem góra „na długo” – padło na czarne koszulki termoaktywne i eleganckie białe t-shirty techniczne (mój z herbem na plecach, muszę kiedyś obfotografować). Na wierzch wciągnęliśmy wyjściowe dresy, po kurtce przeciwwiatrowej na garb, po czapce na łepetynę i pojechaliśmy naszym Leosiem na Parkrun. Oczywiście z dużym wyprzedzeniem czasowym, bo po pierwsze – spóźniać się nie wypada, po drugie – nie wiadomo czy będzie gdzie zaparkować, po trzecie – rozgrzać się trzeba, a po czwarte – tak to już mamy w sytuacji nerwowego podniecenia, że nie usiedzimy na czterech literach.

Parking przed Del Mar o 8 rano świecił pustkami (zbiórka przed ParkRunem miała być o 8:45, a start o 9:00). Zupełnie nie zadziwił nas wejherowski wehikuł, którego właściciel totalnie zignorował wyrysowane linie parkingowe, ani nawet podzielający naszą pasję Przecinek (taka chudzinka), który uznał za normę odcedzić kartofelki jakieś 10m (3 drzewka) od naszego Leosia – tak właśnie było zimno, sennie i leniwie. Wysiedzieliśmy w Leosiu jeszcze 15 minut – po Kamilu było widać, że on już MUSI się przewietrzyć i zacząć rozgrzewać, bo inaczej para mu zacznie uszami uciekać. Poza tym zanim człowiek się wypakuje z tych dresów, nałoży ten celofan na siebie i zacznie truchtać… rozgrzewkę zaczęliśmy zatem o 8:20. Postanowiłam nie zdejmować kurtki przeciwwiatrowej, bo zimno byłoooo… pół rozgrzewki wiatr w plecy, a drugie pół prosto w ryjek. Skończyliśmy tuptać oczywiście jakieś 20 minut przed startem. W międzyczasie dołączył do nas kolega Robert (on mądrze zaczął się grzać ciut później), a my zaczęliśmy podskakiwać z zimna na poboczu w oczekiwaniu na zbiórkę. Pojawili się też inni biegacze – mali i duzi, dwu i czworonożni, mężczyźni, kobiety i dzieci – całkiem kolorowa grupka 🙂 Taka oto:

Parkrun Gdynia #218
Parkrun Gdynia #218

Wreszcie nadszedł TEN moment – sympatyczna prowadząca objaśniła nam (debiutantom), którędy wiedzie trasa i co nas czeka na mecie. Ustawiliśmy się gdzie trzeba i… wystartowaliśmy. Piknęłam swojego Garmina – z ekranu wyparował mój wspierający Ninja, a przed oczami zamigotało mi to nieszczęsne założone tempo… oczywiście wyrwałam za szybko i musiałam zwolnić, żeby się nie spalić na starcie, przed czym przestrzegała mnie w mikro Trenercia. Pierwszy kilometr biegło się jeszcze całkiem sympatycznie, z wiatrem w plecy i w ogóle. Przy drugim to już oczywiście musiałam coś pokiełbasić i zeszłam poniżej tych 5min/km zbyt wcześnie. Mysi ryjek wykrzywiło cierpienie, które towarzyszyło mi już do samego końca, tym bardziej, że od 3. km wiatr zaczął wiać prosto w twarz. Zipałam i sapałam jak stara lokomotywa – było mi strasznie głupio, kiedy przez kilkaset metrów próbowałam trzymać się swobodnie i z gracją biegnącej nastolatki, która zresztą odstawiła mnie z palcem w nosie i bez zadyszki w okolicach 4. km. Do mety udało mi się jednak szczęśliwie doczłapać przed upływem 25 minut, a za samą metą jeszcze pokręciłam się jak bąk, żeby dobiegać do końca Workout’u (zabrakło mi < 10 metrów, ale wykręcić to pomiędzy zawodnikami na mecie wcale nie było tak łatwo). Jeszcze tylko kilometr truchtu na schłodzenie, zarejestrowanie wyniku i można było wrócić Leosiem do domciu 🙂

Poniżej załączam dowody rzeczowe:

a) mego cierpienia…

Wykrzywiona cierpieniem Mysia

b) Kamilowej uciechy:

Uradowany i jakże fotogeniczny Kamil

 

Czy potrzebny mi plan żywieniowy?

Podczas świąt tak skutecznie popuściłam pasa, że cały styczeń i połowę lutego tyłam dalej zamiast chudnąć. Treningi coraz bardziej wymagające, objętość treningowa również rośnie – powinnam tracić na wadze z palcem w nosie, a tu taki klops. Oczywiście nie ma tutaj żadnej zagadki ani filozofii – tyłam, bo dostarczałam organizmowi więcej energii niż zużywałam. Nie podobał mi się taki stan, ale tolerowałam go przez tak długi czas, bo to jednak oznacza konieczność wprowadzenia ograniczeń, a tego chyba nie lubi nikt. Dotarło do mnie jednak, że większa masa ciała, ale i pewna ospałość, ociężałość spowodowane nieodpowiednią dietą, zaczęły się przekładać wprost na moje sportowe wyniki. Doświadczyłam tego między innymi podczas ostatniego biegu ulicznego na 10 km – nie poszło mi dokładnie tak, jak chciałam. Postanowiłam zatem, że jednak pochylę się uważniej nad swoim talerzem 🙂

Ciężki ręcznik

Problemy z utrzymaniem wagi w normie to dla mnie żadna nowość – w swoim życiu zdążyłam już pewnie przytyć i schudnąć „całego dorosłego człowieka”, co za tym idzie świetnie wiem, co jeść, a czego nie jeść, i w jakich porcjach i proporcjach, ale… co innego wiedzieć jak odżywiać się zdrowo prowadząc umiarkowanie aktywny tryb życia, a co innego odżywiać się odpowiednio będąc sportowcem (również sportowcem-amatorem). Czy moja dieta może wyglądać tak samo, jeśli już na początku sezonu ćwiczę średnio 10 godzin tygodniowo i przygotowuję swoje ciało do przeżycia 1/2 IM? I choć wydaje mi się, że o jedzeniu wiem całkiem sporo, to i tak wolę się jeszcze w tym temacie podszkolić. Ostatnio nabyłam zatem pomoc w postaci ksiażki „Dieta triatlonisty. Pływanie, rower, bieg – odżywianie” Toma Hollanda i Amy Goodson i tak sobie poczytuję. Czytam sobie, czytam i wygląda na to, że ten plan to mi jednak będzie potrzebny, a odżywianie w triathlonie to wręcz czwarta dyscyplina – szczególnie na średnim i długim dystansie.

Postaram się wrzucić tu od czasu do czasu jakieś nieoczywiste oczywistości i inne ciekawostki, które wyczytam, so… stay tuned 😉

 

Z kalendarza mysiowego – podsumowanie lutego

Chciałam się Wam pochwalić jak wygląda mój kalendarz treningowy na przykładzie minionego miesiąca. Powiem Wam, że jak widzę te wszystkie kolorowe wpisy to jakoś tak mi cieplej na sercu i dumna z siebie jestem, że podołałam 🙂

Mysiowy luty
Mysiowy luty

No i tabeleczka też musi być, prawda?

Luty 2016

Rodzaj aktywnoś˜ciLiczba aktywno˜ściDystans [km]Czas [hh:mm:ss]
Biegi13144.1413:58:01
Kolarstwo13283.7911:12:00
Płˆywanie1226.7812:02:26
Inne (siła)7-4:15:39
Ogółem45454.7141:28:06

Jak widać znowu dzielnie przetrenowałam roboczotydzień! Na dodatek już „prawie, prawie” udało mi się wrócić do grudniowej wagi (tej sprzed pierników i marcepanów), co jest dla mnie równie istotne, co poprawa wyników sportowych 🙂

To co w lutym było najfajniejsze, to… nowy strój kąpielowy od Kamila 🙂 🙂 🙂 Wreszcie mam taki „profi” – z „o” na plecach, i taki łaaadny, granatowy z kolorowymi jak tęcza paseczkami – podkreśla on moją lokalną przynależność dzięki oczywistemu skojarzeniu z logo pewnej galerii HandLove’j 😉 . Super były także dłuższe sesje basenowe i mniej pływaków na naszym basenie – szkoda, że ferie zimowe trwają tylko 2 tygodnie.

Mocne postanowienie marcowe – muszę wreszcie nauczyć się pływać na tyle szybko, żeby mieścić się ze swoim treningiem w 45 minutach, wtedy wreszcie będę mogła zrezygnować z treningów w AquaParku – to by było coś!

Ziarnko do ziarnka

Kilka dni temu śniło mi się, że pokonuję część rowerową na dziecięcym rowerku z przytroczonymi do rączek pomponikami, takimi wiecie, z włosa anielskiego, czarno-srebrno-niebieskimi, w kolorze mojego obecnego rumaka – zbieg okoliczności? Freudowskie takie, co nie? W tym śnie kibice śmiali się ze mnie do rozpuku, a ja z irytacją cisnęłam dalej wyprzedzana przez zawodników na profesjonalnym sprzęcie i z mordem w oczach podzwaniałam od czasu do czasu takim wielkim srebrnym dzwonkiem. Mysia Killer. Jestem święcie przekonana, że to odzwierciedlenie wszystkich moich lęków związanych z tegorocznymi startami. Bywa też, że nie mogę zasnąć kiedy wiem, że następnego dnia czeka mnie trudny trening, albo taki, jakiego jeszcze nie miałam i nie wiem jak sobie z nim poradzę. Dodatkowo stresują mnie treningi pływackie – nie dlatego, że jestem kiepskim pływakiem (chociaż jestem), lubię pływać, ale w ostatnim czasie na basenach jest tylu ludzi, i tak wiele u nich pomysłów na basenową etykietę, że się w tym gubię. To jednak taki temat kobyła, na osobny post.

Obracam się wśród zawodników trenujących już po kilka lat, a mój narzeczony biega ze mną od czasu do czasu… swoje biegi regeneracyjne. Spokojnie mógłby mnie „oblatywać” dookoła, jak ćma lampę i nadal pozostałby rześki niczym świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy, podczas gdy moje tętno szybuje sobie w 3. strefę i zaczynam zipać jak stara kobyła po westernie. Znacie?

Moja trenerka z kolei jest świeżo po porodzie, a dosłownie WSZYSTKO robi dużo, dużo szybciej (niż ktokolwiek, nie tylko ja) – pływa niczym syrena, biega jak rączy jeleń i zapieprza na tym trenażerze tak, że spokojnie mogłaby zasilić w trakcie treningu wszystkie latarnie na Monciaku. Mówię Wam, można nabawić się olbrzymich kompleksów.

Jakiś czas temu załamałam się, że nie ma u mnie postępów. Mój narzeczony mądrze powiedział – proszę, zerknij w swój profil na Garminie i porównaj swoje wybiegania z początków, co? Popatrz na tempo i tętno i nie marudź. Jako rzekł, tak uczyniłam. W końcu mądry jest, a mądrego słuchać należy. No i dzięki Ci o Garminie, za raporty! Oto, co moje oczy zobaczyły:

predkosc
Mysie bieganie

Podjarałam się i podejrzałam też pływanie:

plywanie
Mysie pływanie

Coś tam się poprawia? A jużci! Pisałam zresztą i w ostatnim poście o swoich postępach – trenując dzień po dniu i patrząc na tych wszystkich zarąbistych zawodników wokół można tego zwyczajnie nie zauważyć. Gdybym miała porównywać swoje wyczyny do reszty, to już dawno powinnam to rzucić w cholerę, tylko… porównywać trzeba się z głową. Należy pamiętać o latach ćwiczeń, które pozostali mają za sobą. Bez pracy nie ma kołaczy – ja biegam dopiero od kwietnia 2015, uczę się pływać powiedzmy od lipca 2015, a na trenażer wskoczyłam pierwszy raz bodajże w październiku 2015. Powinnam sobie nakleić na czepek zielony listek i na kask rowerowy też, zdecydowanie 🙂 A przede wszystkim powinnam częściej pracować nad swoją głową, bo nad resztą przecież uczciwie pracuję. Pewnie, najważniejsza jest WYGRANA. Jednak nie z drugim zawodnikiem – z własną słabością, z moim przedtreningowym „nie chce mi się”, z gorącą głową i pragnieniem szybkiego efektu. Wczoraj na przykład stoczyłam wewnętrzny bój i… też udało mi się wygrać – zrzuciłam jedną przerzutkę podczas treningu rowerowego. W zeszłym tygodniu taki sam trening próbowałam zrobić szybciej, ale nie udało mi się wykonać go prawidłowo, nie utrzymałam kadencji. Wczoraj wybrałam, że pojadę lepiej jakościowo. Szybkość kiedyś wypracuję, przecież po to właśnie to całe trenowanie.

Do kilkunastu inspirujących cytatów Kamila mogę zatem po tych kilku miesiącach dorzucić coś od siebie:

Taka bywam:

Niecierpliwość żąda rzeczy niemożliwej – mianowicie osiągnięcia celu bez środków.  – Georg Wilhelm Friedrich Hegel

I dlatego właśnie powinnam sobie te poniższe wyryć albo wyhaftować i powiesić np. nad trenażerem 😉

Cierpliwość jest gorzka, ale jej owoce są słodkie.  – Jean-Jacques Rousseau

 

Cierpliwość nie jest, jak się zwykło uważać, cnotą dusz słabych i bez woli walki, ale cnotą dusz silnych i zuchwałych. – Mario Rapisardi

Byle do wiosny

Jeszcze tylko miesiąc i… wiosna 🙂 Z jednej strony nie mogę się jej doczekać – wreszcie będę mogła rzucić w kąt te ciepłe biegowe spodnie, bluzy, czapki i rękawiczki (te ostatnie i tak upycham za paskiem po 2-3 km, ale jakoś ciężko przełamać się i nie zakładać ich wcale), chodnikowe treningi przestaną w końcu przypominać dreptanie po plaży, no i próbuję sobie wyobrazić jak zmieni się nasz las? Nie miałam jeszcze okazji biegać po nim wiosną, a mój mysi nos podpowiada, że może być cudnie 🙂 Po kobiecemu jaram się wizją nowych ciuchów sportowych 😉 Jak na rasową Wielkopolankę przystało szukam okazji. Ostatnio w Lidlu dorwałam kilka par sportowych legginsów 3/4 i jakieś koszulko-staniki – dopiero po kilkunastu treningach rowerowych dotarło do mnie, że mogę spokojnie przestać obciskać się pancernym cyckonoszem biegowym – nie skacze tam nic jak podczas biegania i byle opaska wystarczy, żeby sprzęta nie wkręciły się w szprychy. No i marzą mi się nowe buty biegowe… takie soczyste i żarówiaste, żywe niczym wiosenne klomby. Może będę w nich umiała wykręcić jakieś lepsze wyniki? 🙂

Taaak, i w sumie tyle tego „nie mogę się doczekać”, bo po Mysiowemu musi być przecież i druga strona. A zatem… boję się (też mi nowość, prawda? ;)) Niech tylko słupek rtęci powędruje powyżej 10 st. C – trzeba będzie wypiąć rumaka z trenażera i spróbować swoich sił na dworze. Ile razy się wyglebię na stopie? Czy ja w ogóle będę umiała wejść w zakręt? Czy nie spowoduję wypadku drogowego? Jak mój tyłek przeżyje co najmniej 2 godziny treningu, skoro na trenażerze drętwieje już po pół godzinie? A pozycja aero? W moim wykonaniu to totalny dramat. Na trenażerze mogę sobie siedzieć prosto i bez trzymanki, ale na dworze to nie przejdzie 🙁 O ewentualnej konieczności zmiany dętki to już nawet nie wspomnę (wcześniej było). No i jedna Kaśka mnie nastraszyła, że kierowcy nie trawią cyklistów, a już kobiet ponoć szczególnie. Serio? Piesi nie trawią biegaczy, kierowcy i politycy z PiSu- cyklistów, a żaby, łabędzie i kaczki – pływaków. Gdzie nie spojrzę, ktoś mnie nie trawi. A kij im wszystkim w oko!

Po kobiecemu zmienię sobie teraz temat, żeby dalej nie biadolić. Podsumowania dawno nie było jakiegoś takiego fikuśnego, z tabelką, prawda? Jak na korpoludka przystało powinnam kochać tabelki wszelkie i wykresiki, a zatem o proszę bardzo, o:

Styczeń 2016

Rodzaj aktywnoś˜ciLiczba aktywno˜ściDystans [km]Czas [hh:mm:ss]
Biegi15156.5215:33:13
Kolarstwo11239.859:26:33
Płˆywanie1531.313:56:21
Inne (siła)8-4:11:34
Ogółˆem49428.3543:07:41

Jak widać styczeń był całkiem pracowity – jakby nie patrzeć spędziłam na treningach ciut ponad roboczotydzień! Jakieś efekty tej Mysiej roboty? Otóż mam się nawet czym pochwalić, gdyż:

  • Poprawiłam wynik T-30, czyli w pływaniu kraulem bez przerw przez 30 minut. Pod koniec grudnia płynęłam swój pierwszy taki test i wtedy udało mi się przepłynąć ciągiem 1290m. Drugi raz płynęłam ten test na początku lutego i pokonałam około 1362.5m 🙂
  • Poprawiłam wynik T-200, czyli w pływaniu kraulem dystansu 200m. Pierwszy test płynęłam jakoś w połowie listopada. Udało mi się wtedy z bólem w płucach wykręcić czas 4’22”54. Kolejny test płynęłam w pierwszym tygodniu lutego i udało mi się uzyskać czas: 4’02”30.
  • W lutowym Biegu Urodzinowym w Gdyni poprawiłam swoją życiówkę na 10km. Co prawda nie udało mi się złamać 50 minut, o czym całkiem jawnie marzyłam przez tych kilka zimowych miesięcy, ale biorąc pod uwagę, że ledwo co pożegnałam solidne przeziębienie i nadal trenuję głównie w tlenie, to w sumie mogę być zadowolona, że nie było regresu 🙂 Mój nowy czas na 10km to 50’27” 🙂 Dodatkowo humor poprawił mi nowy rekord na 5km, również z tego samego biegu – mój Ninja (zegarek mój najulubieńszy) odnotował, że moje najszybsze 5km z tego biegu przebyłam w 24’56” – poprzedni rekord 25’09” padł we wrześniu 2015, w Biegu Na Piątkę w Warszawie.

Może dość już tego chwalenia… trening czeka 😉

Nowy rumak

W piątek przyjechał do nas mój nowy rumak – lśniący, czarny i… malutki 🙂

Taki oto:

Źródło fotki: szybkierowery.pl

Do tej pory trenowałam na „starym” rowerze Kamila – również cudnym, tylko jak się z czasem okazało, ciut dla mnie zbyt dużym. Wcześniej jakoś sobie radziłam, ale rosnąca liczba treningów rowerowych i również narastający dyskomfort w odwłoku sprawiły, że postanowiłam otworzyć się na nowe 😉 Jestem niesamowicie wdzięczna losowi, że wyposażył mnie w bardzo mądrego i oczytanego narzeczonego triathlonistę, bo inaczej byłoby ze mną krucho. Zaczęłam nawet sama coś poczytywać o różnicach między „szosą” i „czasówką”, odpowiednich kątach, sztycach, lemondkach, a nawet bidonach i ostatecznie… zdałam się na Kamila. Totalny ze mnie nieogar! Oczywiście mój cudny chłop złożył mi tego nowego rumaka do kupy w pińć minut i już w niedzielę mogłam zasiąść do 20-minutowej rozgrzewki rowerowej przed siłą (planki… fuj). Jeszcze chwilka na wstępne ustawienie i odpalam moje mysie turbo… Czujemy z Kamilem swąd palonej gumy – aż tak szybka nie jestem, zatem coś jest nie tak. Trafiona opona. Dopadło mnie nieuniknione – rozdziewiczenie w temacie wymiany dętki/opony. Kamil cierpliwie pokazywał i tłumaczył – biedny pewnie już przeze mnie posiwiał (dowiemy się jak mu włosy ciut odrosną), bo ja strasznie niecierpliwa jestem i najpierw robię, a później myślę 🙁 Szło mi strasznie opornie, ale z pomocą Kamila udało mi się wymienić tę oponę. Jestem przekonana, że przyda się na treningach na dworze, bo (pozwolę sobie użyć pojęcia wprowadzonego przez Chrissie Wellington), noszę w sobie muppeta. Mam jednak cichą nadzieję, że nie będę musiała praktykować na zawodach, gdyż zeszło mi zdecydowanie dłużej niż 45 sekund…

Teraz czekamy na nową sztycę (dłuższą), gdyż siodło jest jeszcze trochę za nisko, ale i tak jest lepiej niż na wcześniejszym olbrzymie. Oczywiście wcale się nie zdziwię, jeśli będzie konieczna jeszcze jakaś zmiana w naszej stajni, bo przecież byłoby zbyt nudno 😉

Acha! Hit zostawiłam sobie na koniec – cisnę już tę 20-minutową rozgrzewkę, ciszej tak jakoś i łatwiej idzie, w duchu cieszę się ze słusznej decyzji o wymianie sprzętu, gdy pada komentarz Kamila: „A wiesz… dopiero przy zdejmowaniu Alohy z trenażera zauważyłem, że hamulec tarł troszkę o koło…”

Zima, zima, zima, pada, pada śnieg…

Właśnie przeczytałam podsumowanie roku poczynione przez Kamila – oczywiście jednocześnie przyatakowało mój kobiecy mózg kilka spostrzeżeń:

  • Jak ja chciałabym mieć taką wenę!
  • Jak ja chciałabym mieć taką lekkość pisania!
  • Jak to możliwe, że facet pamięta dokładnie każde zawody, które przebiegł w ciągu tego roku, a ja mam problem z przypomnieniem sobie, co dokładnie zjadłam wczoraj w ciągu dnia?! No dobra, może jedzenie to jakaś specjalna kategoria, zapewne to mój mózg po prostu broni się przed tą informacją, no wiecie, żeby mnie uchronić przed przygnębieniem, depresją, zapchanie danymi (aplikacje typu FitnessPal to zdecydowanie zostały wymyślone przez mężczyznę i to przez mężczyznę o skłonnościach sadystycznych – oczywiście dla kobiet jak ja, z pamięcią w stylu rybki Doris). Ad rem – ja nie pamiętam swoich biegów po tygodniu, a co dopiero wszystko zebrać na koniec roku! Szacun i oddaj człowieku troszkę Twojej pamięci!
  • O tym, że podłoga wygląda na czystą na tych fotkach, to już w komentarzu wspominałam…
  • Jak ja mu zazdroszczę tego medalu Ludzika numero uno z cyklu PKO Grand Prix Gdyni 2015! Ja nie mam, bo jeszcze wtedy nie biegałam, ale w tym roku mam cichą nadzieję zgromadzić wszystkie cztery. Od biedy mogę ewentualnie sama sklecić jakiś pasujący z własną podobizną i potem przyszpanować – choć raz na pudle 🙂
  • A co ja będę gorsza, też se tu swoje medaliszcza wstawię, ha! (Już jak robił fotkę mu pozazdrościłam, moje dla odmiany leżą na obrusie – czystym faktycznie, a nie tylko wyglądającym – też dla odmiany).
IMG_3892
Mysie Biżu – kolekcja 2015

Żeby nie było, tak jak pisałam wcześniej – nie pamiętam jak się biegało te poszczególne biegi i może to i lepiej. We wcześniejszych wpisach chyba coś tam skrobnęłam o nieszczęsnym Enduromanie Elbląg 2015 – dla mnie nieszczęsnym, ale jeśli chodzi o organizację i atmosferę to akurat przecudna! Całkiem możliwe, że dzięki mojej słabej pamięci mam ochotę zapisywać się na kolejne biegi 🙂

Mysia w biżu – po odpicowaniu 🙂

No dobra, tylko co to wszystko ma wspólnego z tematem?! Ano jak na mnie przystało, będzie pokrętnie. Wstawiłam dzisiaj to zdjęcie właśnie dlatego, żeby sobie samej przypomnieć, że bieganie jest super. Gdy temperatura na dworze spadła poniżej zera, ale podniebny cukier puder jeszcze nie opadł, biegało mi się genialnie! Oddychałam elegancko, pełną piersią, jakoś tak nawet udało się przyspieszyć o kilka sekund na kilometr – cud, miód, malina. To było jeszcze przed świętami. Zamarzył mi się śnieg. Od razu wytłumaczę – to moja pierwsza biegowa zima, czuję się rozgrzeszona z braku wyobraźni 🙂 Na dodatek wszystkie te świąteczne dobra – pierniki, makowce, czekolady, marcepany – zaczęły się świetnie przyjmować. Nie powiem, na początku dostarczały fajnej energii do biegania, tylko jak ekologiczne ubranko zaczęło puchnąć to tak jakoś… No i tegez – przybyły mi 2 kg i niestety czuję przy bieganiu i pedałowaniu na trenażerze absolutnie każde 100g dodatkowego poświątecznego tłuszczyku 🙁 I niestety każdy przecudny płatek śniegu przy bieganiu też. Od dwóch tygodni drepczę napięta jak gumka recepturka – tu się poślizgnę, tam szpagatem błysnę. I nagle to fajne tempo, w sensie MOJE fajne tempo (jak mi pierwsza cyferka przeskoczyła z 6 na 5, to się dla mnie zrobiło fajne), poszło sobie w las 🙁 Moje własne łakomstwo (jedzeniowe i wrażeń też), mnie pokonało i teraz truchtam MysioŻółwiem – smutno mi i już wcale tak bardzo nie chcę tej zimy. Sucha leśna alejko, wróć!

Wynurzenia noworoczne

Obiecuję sobie, że będę tutaj częściej pisać i gdy tylko klikam ‚Nowy post’ znika cała zawartość mózgownicy i palce nie chcą jakoś sunąć po klawiaturze.
A przecież od poprzedniego wpisu (i nie chodzi tu o tabelkę z podsumowaniem 2015 roku), to znaczy od 7 października zdążyło się u mnie sporo zadziać 🙂
Po pierwsze – udało mi się przebiec w założonym czasie (poniżej 2h, dokładnie 1:58’48”), najważniejszy start tego sezonu, tzn. półmaraton w Gdańsku, z czego jestem ogromnie dumna 🙂 Jestem przekonana, że nie poradziłabym sobie bez wsparcia Szanownej Trenerki, ale przede wszystkim bez K., który nie dość, że rozpisywał mi osobiście treningi aż do września, to jeszcze pobiegł ze mną ten półmaraton! Dzielnie przeczołgał się moim żółwim tempem, żeby służyć mi swoim doświadczeniem i wspierać. Pocieszał mnie, kiedy zaczynałam jęczeć, podawał wodę, dbał o odżywianie na trasie. Nie myślałam, że wyjdzie ze mnie taka maruda, a tu proszę – są łaskawe uszy i nagle cały strach wylewa się ze mnie w postaci utyskiwań, stękań, pojękiwań i narzekań – totalny dramat! A K. jest po prostu święty!

2015_10_25_AmberExpoPolmaraton_Gdansk
Mysia ze Świętym Kamilem 🙂

Po drugie – jakimś cudem poprawiłam życiówkę na 10 km w Biegu Niepodległości w Gdyni (50’59”). K. znów dzielnie mi towarzyszył i wysłuchiwał mojego stałego repertuaru: „już nie mogę, muszę zwolnić”, „poczekaj”, „zaraz odpadną mi płuca”, „po cholerę mi to”. Co prawda nie udało mi się zejść poniżej 50 minut i przez kilka kolejnych dni chodziłam totalnie z siebie niezadowolona, ale… przeszło mi. Przemyślałam sprawę i doszłam sama ze sobą do ładu. K. zresztą tłumaczył, że to nie był główny cel w tym roku i że zabrakło treningów tempowych. Ja po prostu mam cichą nadzieję, że uda mi się te 50 minut złamać 13 lutego 2016 w Biegu Urodzinowym w Gdyni. Trzymajcie kciuki, proszę! 🙂
Po trzecie – nieustający katar i problemy z oddychaniem na basenie skłoniły mnie do wizyty u alergologa. O swojej alergii wiedziałam od dawna – jestem uczulona na całkiem pokaźny pakiet alergenów wziewnych, których raczej nie wyeliminuję z otoczenia (m.in. roztocza kurzu, pyłki traw). Bałam się bardzo astmy, a przede wszystkim, że usłyszę poradę w stylu: „pani musi skończyć z tym sportem”. Tak się jednak złożyło, że moja Trenerka również cierpi na alergię i astmę – kategorycznie zakazała zgrywania męczennicy i wysłała do lekarza. Tym sposobem skończyłam co prawda z bogatym pakietem lekarstw, ale nadal mam swój sport, a wyniki powoli się poprawiają 🙂 Zarówno te zdrowotne, jak i sportowe 🙂
Po czwarte – mniej więcej rozplanowałam już starty w 2016 roku. Najważniejszym startem w sezonie będzie 1/2 IM Enea Challenge Poznań. Wcześniej kilka krótszych (1/8 i 1/4) startów „treningowych”. Najbliższy start to wspomniany wcześniej Bieg Urodzinowy w Gdyni, a później drugie spotkanie z półmaratonem – 20 marca 2016, również w Gdyni…
[c.d.n.]