Nurki idą!

W sobotę czeka mnie taki totalnie najpierwszy start w triathlonie – na dystansie 1/8IM Garmin Iron Triathlon Ślesin. Tydzień później, na dystansie 28,25km w Marbuk Triathlon Charzykowy, debiutuje Kamil 🙂 Z tego powodu w zeszłym tygodniu w naszych mikroplanach, w kolumnie PŁYWANIE, pojawił się taki fikuśny zapis OPEN WATER, czyli maczanie kupra w jeziorze Zawiad w Bieszkowicach. Witaj przygodo! Trenercia jak ten trening w moje mikro wpisywała, to aż rozlała kawę na laptoka, taka podnieta musiała być najwidoczniej! Teraz to sobie tak myślę, że ta ekscytacja mogła wynikać również z faktu, że Trenercia miała być jedynym ewentualnym ratownikiem dla naszej wesołej gromadki, w tym dwóch totalnych lebiod, czyt. Mysi #flamingprzybrzezny #kaczkaDziwaczka #FUJcozasyfnatymdnie oraz Kamila #glebiejniz180cmUmieram #brodzacyzurawSzczęśliwie (dla nas wszystkich) dołączył również kolega Adrian, który podobnie jak Trenercia ma wykształcone płuco-skrzela. I tym sposobem było po jednym ratowniku na lebiodę i wszyscy mogli odetchnąć z ulgą. Pływanie miało się odbyć (a jakże!) w Boże Ciało (pieprzone ezoteryczne trajtlonisty). Wstaliśmy z Kamilem oczywiście jakoś w okolicach 7 rano – tak nami ta ekscytacja telepała, no i oczywiście w celu konsumpcyjnym, bo śniadanie odpowiednio wcześniej przed treningiem samo się nie zje. Wszamaliśmy jaglankę przygotowaną przez Kamila, a myślowa sraczka przedtreningowa zaczęła się nasilać – zakasałam zatem rękawy i uznałam, że to najlepsza pora na przygotowanie amarantusków, bo oczywistym jest, że niedobory żelaza grożą nie tylko mnie i Kamilowi. I tak połączyłam przyjemne z pożytecznym – z deczka odciążyłam zbolały umysł i ogarnęłam posiłek potreningowy dla pływaków 🙂 Oczywiście przez te moje kulinarne ekscesy o mały włos nie spóźniliśmy się na trening 😉

Punkt 9:30 (no prawie), na leśnym parkingu, zaczęliśmy wdziewać swoje seksi pianeczki – pomysłów na zakładanie było oczywiście mrowie. Pojawił się TriSlide, reklamówki z Biedry, a część obyła się bez dodatkowych pomocy, czyt. wciągała to to na sucho. Opakowani jak świąteczne szynki mogliśmy ruszyć spacerem (w moim przypadku – potoczyć się) w stronę jeziora. Myślałam głównie o tym, że ciepło w tej piance i jakoś tak ciśnie mnie przy szyji. Weszliśmy do wody, która szczęśliwie okazała się dość ciepła. Kiedy zanurzyłam się po pas, przykucnęłam żeby nalać do pianki trochę wody. Okularki zdążyły mi lekko zaparować i kiedy chwilę później podniosłam mysi łeb zobaczyłam, że reszta popłynęła już w stronę pierwszej, zielonej boi – wydawało mi się, że Kamil goni dzielnie Olę i Adriana, więc niewiele myśląc pognałam za nimi. No dobra, „pognałam” zupełnie nie oddaje tego, co tam się działo 😉 Takie moje mysie slow motion – wydawało mi się, że naparzam tymi ręcyma wystarczająco, ale widocznie tylko tak mi się wydawało 🙂 Tuż przy mnie płynęła Kasia, która przejęła się mocno moim piankowo-jeziornym debiutem i uznała, że będzie mnie asekurować, bo ja taka cała „dzielna” dmuchaną bojkę zostawiłam w samochodzie. Takich właśnie kochanych ludzi mamy w teamie! Dopiero po dopłynięciu do drugiej boi dotarło do mnie, że pomyliłam Kamila z Robertem – mój dzielny Łysoń walczył nadal przy brzegu ze swoimi demonami. Zrobiło mi się głupio i przykro, że go tak po prostu zostawiłam i gdy wreszcie udało mi się zygzakiem wrócić do brzegu, zapytałam K. czy mogę jakoś mu pomóc. Kamil odpowiedział jedynie, żebym kontynuowała trening. Z jednej strony chciałam go wesprzeć, tylko zupełnie nie wiedziałam jak – po tej odpowiedzi uznałam, że może woli pobyć sam, z drugiej – miałam swoje do zrobienia. Próbowałam po swojemu ogarnąć te nowe warunki – ten ciasny, czarny kokon, który krępował mi ruchy, to „fuj” dno pod nogami i że jeszcze trzeba płynąć prosto w jakimś kierunku i zmienić pod to technikę pływania. Próbowałam nadążyć za resztą, ale szło jakoś niemrawo, no i ciążyła mi ta myśl, że Kamil został sam przy brzegu. Z pomocą mojemu mężczyźnie przyszedł jednak Adrian i w jego asyście K. dopłynął do pierwszej bojki. Udało nam się odbyć ten pierwszy trening! 🙂 Owszem, może nie w takim stylu, jaki sobie każde z nas wymarzyło, ale niektóre strachy trzeba zjadać po kawałeczku, żeby się nie zadławić. Najcudniejsze w tym wszystkim było wsparcie ludzi z zespołu – miło poczuć, że ktoś troszczy się tak o Twój komfort. Dziękujemy kochani :*

Nie ustajemy w wysiłkach – jeździmy nad jezioro sami lub z Adrianem i powoli odcinamy łeb hydrze…

A gdy idziemy w stronę jeziora, w tych piankach i z bojkami, plażujące dzieciaki krzyczą radośnie: „Nurki idą!„. I dopytują: „Proszę Pani! A po co to pomarańczowe?”… Drogie dzieci – dinks pomarańczowy ratuje nasze głowy 😉

453
Adrian i Kamil w jeziorze Zawiad

W kinie, w (Lublinie) Koszalinie…

To był zaiste cudowny weekend! Nasze życie biegnie ostatnio bardzo szybkim tempem – trudne sytuacje rodzinne, obowiązki służbowe, treningi… momentami mam ochotę zaśpiewać razem z A.M. Jopek: „Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam”… Czasami tęskno mi do takiego zwykłego leniuchowania – wylegiwania na plaży i bezmyślnego przesypywania piasku z ręki do ręki, zapijania kryminału lemoniadą, zgadywania jaki kształt przybierają obłoki, snucia się w tempie spacerowym ulicami miasta i zaglądania do każdej napotkanej księgarni w celu nabycia kolejnej książki – te ostatnio trafiają głównie na stosik „do przeczytania” i od czasu do czasu omiatam je odkurzaczem. I do takiej prawdziwej randki mi było tęskno… Ostatnio na jakimś śmiesznym portalu wpadły mi w oko zdjęcia par na początku znajomości i po latach. Ja ckliwa baba jestem – oczy tak jakoś same zaszły mgłą, klapki różne się w mózgu pootwierały, wspomnienia napłynęły… Zainspirowały mnie te zdjęcia i w mysim łebku zrodziło się postanowienie, że tak właśnie będziemy sobie z Łysolem moim cudnym upamiętniać nasz wspólny czas. W zeszłym roku, podczas jednego z wypadów do kina, K. wciągnął mnie do fotobudki i machnęliśmy sobie „sweet focie”, postanowiłam zatem zrobić z tego tradycję. W piątek mieliśmy luźniejszy dzień i zaproponowałam wypad na „X-menów”. Uwielbiam filmy z superbohaterami, K. też jakoś specjalnie się przed nimi nie wzbrania i tak jakoś udało nam się sklecić randkę. Przed seansem zdążyliśmy jeszcze zjeść romantyczną kolację w Pizza Hut i wskoczyć na kilka sekund do fotobudki i tak oto właśnie rodzi się tradycja 😉 Piątkowy wieczór był super! Tak miło spędziłam czas z K., że udało mi się zapomnieć na chwilę o sobocie i czekającym mnie dniu konia, choć w moim przypadku to raczej dzień kucyka 🙂 Wszystkie rubryki w mikro (poza siłą) wypełnione! Rano 2700m na basenie, później miałam jeszcze zakładkę – 40km na szosie i 8km biegu, z czego 4km BNP. Biegania bałam się chyba najbardziej, wydawało mi się, że mogę nie uciągnąć zadanego tempa tuż po rowerze, a że mam syndrom prymusa i strasznie nie lubię jak mi coś nie wychodzi… Kiedy mam trudny trening potrafię porządnie odwlec go w czasie – a to trzeba jednak poodkurzać, pozmywać, pranie nastawić, dziecku coś do jedzenia przygotować, no i Ziutek (moja jedyna roślinka – dracena), sam się nie podleje! Oczywiście trening zwykle się udaje, ja potem myślę sobie, że głupia byłam i bez sensu zwlekałam, ale jakoś tak mi to potem z pamięci wypada i przy kolejnym mocnym treningu znów to samo… Tryb Doris! Tego sobotniego treningu nie mogłam jednak jakoś szczególnie opóźniać, bo jeszcze tego samego dnia mieliśmy z Kamilem wyjechać do Koszalina – miał jeszcze tego samego dnia, na spokojnie i bez spiny, odebrać pakiet startowy. Naprawdę potrzebował się wyspać, spróbować w ciągu jednej nocy zregenerować się po ciężkim tygodniu i nabrać sił przed niedzielnym półmaratonem.

Trening poszedł mi o dziwo całkiem przyzwoicie, no – może nawet przedobrzyłam, bo pod moim treningiem biegowym pojawił się wielce wymowny komentarz mojej Trenerci, pozwolę sobie zacytować:

Eeeee…..? – Aleksandra Sypniewska-Lewandowska

I już prędziochem brałam prysznic, pakowałam się (jak to niestety coraz częściej u mnie bywa – na ostatnią chwilę), i mogliśmy wyruszyć. Ahoj, przygodo! Dotarliśmy do hotelu na 20 minut przed zamknięciem biura zawodów i pędem rzuciliśmy się po odbiór pakietu. Oczywiście w trakcie tego szaleńczego marszobiegu udało mi się wyhodować na obu stopach dwa solidne pęcherze, żeby mi się w niedzielę dobrze kibicowało – żebym mogła wypaść autentycznie, dzielić ból i cierpienie razem ze startującymi w tej spiekocie biegaczami! Tego upału to jeszcze wtedy nie byliśmy tak do końca z Kamilem świadomi…

Żeby jeszcze coś wykroić z tej soboty i przy okazji podładować węgle udaliśmy się na romantyczną kolację do okolicznej pizzerii, a w drodze powrotnej, ulegliśmy nastrojowi tamtejszych juwenaliów i zaszliśmy do sklepiku po browary! 😉 Całe cztery bezalkoholowe Leszki 🙂 Po prysznicu przyjęliśmy pozycję horyzontalną – żeby nie było, że jakieś historie 18+ tutaj odchodzą, a ostrzeżenia nie ma – w hotelu czekał na nas pokój typu twin bed 😉 Pozwoliłam nabrzmiewać pęcherzom na stopach i zawiązywać się sadełku (jakbym go jeszcze miała mało), przy akompaniamencie juwenaliów, sącząc zimne bąbelki, obejrzeliśmy grzecznie Miss Agent (love U Sandra!) i poszliśmy spać.

Obudziliśmy się tuż przed 7 rano. Wiadomo – przed zawodami czy treningiem śniadanie trzeba przyjąć z należytym wyprzedzeniem, zatem nie czas na zaleganie w łóżku – swoją drogą niezbyt wygodnym, materace były zbyt miękkie i się mi chłopina nie wyspał – dupa blada z regeneracji! Zeszliśmy na śniadanie, po Kamilu nie było widać jakiegoś specjalnego przedstartowego stresu, żartowaliśmy jeszcze sobie przy TV śniadaniowej, nad lurowatą kawą i bułą z dżemorem – żeby trochę zmotywować mojego mężczynę powtórzyłam jeszcze uwagę, którą rzuciłam po odbiorze pakietu startowego 😉 Otóż przed każdymi zawodami Kamil wygłasza hasło, że chciałby mieć miejsce niższe niż swój numer startowy. Tym razem hasło z jego ust nie padło, bo tak się ciekawie złożyło, że numery startowe nadawano w kolejności alfabetycznej i tym sposobem Kamilowi przypadła DWÓJECZKA 😉 Nie byłabym sobą, gdybym w tym momencie tego hasła nie przypomniała, prawda? 🙂 Zatem Łysolciu mój najdroższy – zajmiesz pierwsze miejsce?! 🙂 Gdybym tylko wiedziała, co nastąpi później… powinnam chyba lotka w tym dniu obstawić, co nie?! 🙂

Zebraliśmy się w końcu i ruszyliśmy na zawody. Ja miałam wreszcie swój dzień odpoczynkowy – w mikro totalna pustka, widocznie Trenercia uznała, że powinnam całą parę puścić w kibicowanie. Zamierzałam wykonać plan w 100%! Zaczęłam oczywiście od próby okiełznania aparatu w moim telefonie, bo przecież co to za kibicowanie bez fotek. Dużo fotografii z moim palcem, filmików ze stopami (jak ten załączony przez Kamila), sporo takich fotek z dupy, co to nie wiadomo kogo miały przedstawiać – Mysia *miszczowski* operator. Nie powiem – pięknie było w tym Koszalinie i mam nadzieję, że to też udało mi się na fotkach uwiecznić 🙂

IMG_0258
Urząd Miasta w Koszalinie
IMG_0252
Podium na rynku w Koszalinie

Kamil nie wyglądał na jakiegoś mocno nastrojonego na bieganie, dodatkowo coś go tam pobolewało, a ja znowu głupio palnęłam, że może to dobrze, bo zwykle jak go coś boli i jest nie tak, to robi życiówki. Taaa… to się właśnie nazywa dobry kibic – totalnie nie narzuca zawodnikowi na garba, nie wywiera presji, cudnie wspiera 🙂 Chłop dość już chyba miał tego mojego gadania i tak się szczęśliwie złożyło, że przyszła akurat pora na rozgrzewkę… Uratowany! 🙂

IMG_0279
Kamil w trakcie rozgrzewki

Ja w tym czasie strzelałam nieudane focie i knułam gdzie stanąć i co robić w trakcie tego kibicowania. No i przechowywałam żel, czyli jednak byłam choć trochę przydatna 🙂 Kamil po rozgrzewce nie był szczególnie zadowolony – tempo nie wróżyło sukcesu. Owszem, obydwoje wiedzieliśmy, że K. nie poprawi w Koszalinie życiówki, bo miał biec na dość dużym zmęczeniu, w najcięższym tygodniu mezocyklu, ale to w końcu zawody i mimo wszystko człowiek chce pobiec co najmniej przyzwoicie. Profil trasy również nie miał tego ułatwić, ani tym bardziej narastający upał… Postanowiłam zamknąć jadaczkę na kłódkę, żeby już nie dorzucać do pieca, bo niestety w takich chwilach denerwuję się razem z nim i przez to gadam co mi ślina na język przyniesie, czyli zwykle nic specjalnie mądrego czy pomocnego. Kamil udał się wreszcie na start honorowy – półmaratończycy po wystrzale potruchtali na miejsce startu właściwego, oddalonego o 1,1km od startu biegu na 10km i jednocześnie punktu z wodą oraz początku pięciokilometrowej pętli, którą biegacze na 10km biegli dwa razy, a półmaratończycy pokonywali czterokrotnie. Czas był mierzony również w punkcie startu półmaratonu, czyli kibice mogli śledzić poczynania zawodników bardzo dokładnie, z międzyczasami po 3.9km i 1.1km.

Taka pętla musiała wybitnie nużyć, ale z drugiej strony po pierwszym okrążeniu dokładnie wiesz, co czeka Cię na kolejnych kilometrach i możesz lepiej rozłożyć siły. No i na 5km odcinku pewnie łatwiej o kibiców 🙂 Przypuszczam, że większość zgromadziła się właśnie na rynku – przy punkcie startu / mecie / punkcie pomiaru czasu / wodopoju, czyli w samym centrum wydarzeń 🙂

Było gorąco i duszno, wiatr wcale nie pomagał – był po prostu zbyt ciepły. Szczerze współczułam biegnącym i sama starałam unikać się słońca. Dzieci znalazły lepszy sposób na schłodzenie i przebiegały pod kurtyną wodną tryskającą z rynkowej fontanny. Zastanawiałam się czy do nich nie dołączyć, chociaż na jedno przebiegnięcie 😉

IMG_0327
Dziecięce sposoby na upał

Biegaczom biegło się ciężko, a kibicom kibicowało dość niemrawo. Jakoś trudno było się zebrać do oklaskiwania, kiedy ludzie biegną w kółko i masz ich przed obliczem co i rusz przez całą godzinę i dłużej. Wiadomo jednak – czekasz na swoich i starasz się ich dopingować jak najlepiej 🙂 Pierwszy raz zobaczyłam Kamila dość szybko, bo po 1.1km, po około 4 minutach. Sprawdziłam tempo i pomyślałam, że jednak dał do pieca. Był w czołówce biegu, ale nie byłam pewna czy jest tego świadomy, bo w końcu półmaratończycy wymieszali się z biegnącymi na 10km. Rzuciłam zatem „Dajesz Łysy, jesteś trzynasty!”, wydawało mi się, że usłyszał. Potem skarciłam się w duchu, że niepotrzebnie wywieram na nim presję i postanowiłam zamilknąć 🙂 Śledziłam kolejne odczyty z punktów pomiarowych – Kamil ciut zwolnił, wiedziałam, że pokonywał podbieg, więc jakoś szczególnie się nie zmartwiłam, tym bardziej, że nie tylko on zwalniał – wyprzedził kolejnego biegacza. Podobny przebieg miało kolejne okrążenie – zwalniali chyba wszyscy, ale jednocześnie Kamilowi udało się wyprzedzić kolejnego półmaratończyka…

Kiedy jednak zobaczyłam go pod koniec tego drugiego okrążenia zaczęłam się martwić – miał nietęgą minę, widać było, że coś jest nie tak. Krzyknęłam czy potrzebuje jakiegoś izotoniku na przedostatniej pętli, nie wiem czy usłyszał – odkrzyknął tylko, że boli go kolano. Widziałam ten ból i było mi przykro, nie wiedziałam jak go wesprzeć. Nie krzyczałam już, że ma naprawdę dobrą pozycję, nie chciałam go dodatowo stresować, nie chciałam też, żeby się forsował.

IMG_0321
Kamil walczący z bólem nogi

Polazłam zatem do marketu i kupiłam izotonik, nerwowo odświeżałam odczyty wyników, żeby ocenić rozmiar zniszczenia, czyt. jak poważne jest to kolano. Kamil nadal zwalniał, ale o dziwo utrzymał pozycję. Ba! Na kolejnym punkcie pomiarowym był już w pierwszej dziesiątce. Byłam jednocześnie podekscytowana i bałam się, bałam się jak diabli o tę nogę. Kiedy kończył 3. okrążenie wyglądał na zmęczonego, nie wziął ode mnie napoju, a mnie pozostało tylko wpatrywać się w te głupie cyferki i czekać na finisz…

Mój zmęczony i dzielny mężczyzna dobiegł ostatecznie na 7. miejscu OPEN, a jak się później okazało, wykrakałam 🙂 Zgarnął pierwsze miejsce w swojej kategorii wiekowej i tym sposobem wypełniła się przepowiednia numeru startowego 😉 Jestem z niego bardzo, bardzo, baaaardzo dumna! Sama pewnie poddałabym się przy tym bólu kolana, a on po prostu dobiegł do końca, na dodatek świetnie finiszując – swojego konkurenta wyprzedził dosłownie na ostatniej prostej!

I tacy dumni i zadowoleni, a niektórzy również bosko zmęczeni, oczekiwaliśmy na uroczyste wręczenie nagród. Na mecie spotkaliśmy jeszcze kolegę z zespołu Tridea – Arka, wraz z rodzinką. Serdecznie ich pozdrawiamy!

IMG_0339
Tridea na mecie! Kamil i Arek z córeczką

Kiedy wreszcie Kamil stanął na podium ręce trzęsły mi się masakrycznie, gula urosła w gardle, a oczy się spociły… cieszyłam się, że mogę tam być i dzielić z nim tę chwilę 🙂

IMG_0356
Kamil na podium

Po powrocie do Gdyni postanowiliśmy jeszcze udać się na basen, tym razem nietreningowo – po prostu żeby odpocząć 🙂 To był cudowny weekend! 🙂

Mysi rollercoaster

Drodzy Czytacze!

Nie wiem jak Wy, ale ja gdzieś tak od początku kwietnia doświadczam dramatycznego zagięcia czasoprzestrzeni i jestem w totalnym niedoczasie, czyt. w kosmicznej czarnej dupie! 🙂 I pomyśleć, że wiosna w końcu postanowiła zawitać, słońce dłużej świeci, zatem czasu powinno być więcej i na trening, i na wszystko co poza nim, a u mnie co? No dzieje się dużo, ale totalnie nie ogarniam. Mysi rollercoaster zapiernicza i tylko wióry lecą!

Owszem, treningi się dzieją, ale planu w 100% nie wykonuję, w domu – strach palcem po parapecie przejechać, kapcie kleją się do podłóg, ciuchy z brudownika same wychodzą, dziecko (no dobra, gimbuska na ostatnim zakręcie, to już w zasadzie młodzież, prawda?) porządnego obiadu dawno nie uświadczyło – chyba się powinnam zgłosić do Perfekcyjnej Pani Domu po pomoc! W pracy też tak jakoś się ciężko zebrać. Spać mi się chce i jestem jakaś taka wiecznie rozkojarzona. Jak nic jakiś Karny Jeżyk mi się należy. A na samą myśl, że za 3 tygodnie mój pierwszy triathlon ever (sic!), skręcają mi się ze strachu jelitka!

Pocieszam się, że trenuję w miarę uczciwie – exhibit A:

Mysi kwiecień w Garminowym kalendarzu

Pedałuję – exhibit B:

Mysie #selfieNaDowbora po 60 km na szosie

Biegam w cudnych okolicznościach przyrody (dowody poszlakowe – Mysi nie widać, ale okoliczności przyrody i owszem) – exhibit C:

Mysia polana – zbliżenie
Mysia polana w pełnej krasie
Mysi trakt

Co więcej – zakupiłam piankę (niestety wytop totalnie mi nie idzie, zaciesz tylko i wyłącznie z tego, że w ogóle się w tę piankę wbiłam) – exhibit D:

Mysie zimne nóżki w piance

Pływam coś tam nawet (przy wsparciu Trenerci i Specjalnego Pomocnika Trenera) – exhibit E:

Trening pływacki – Arka Gdynia (Trenercia z Juniorem, Robert, Kasia, ja)

Staram się również pamiętać o regeneracji i odpowiednim odżywianiu – mój Łysol kochany przyrządza nam zatem takie apetyczne różne przysmaki (nic dziwnego, że wytop średnio idzie) – exhibit F:

Kulinarne dzieło Kamila

Po drodze testuję się w zawodach i te testy wypadają w moim odczuciu raczej niepomyślnie, ale ponoć mam tendencję do czarnowidztwa. O tym nieszczęsnym duathlonie już pisałam, Bieg Urodzinowy w Gdyni (10km) udało mi się totalnie pokićkać (mimo szczerych chęci poprawienia życiówki) – nie piłam wystarczająco dużo przed samym biegiem, dupa nadal za ciężka, zaczęłam zbyt szybko i spuchłam po pierwszych 4 kilometrach… no żal.pl, udało mi się jedynie nie zepsuć Sztafety Maratońskiej, o której wczoraj pisał Kamil 🙂 Zatem… byle do czerwca i pierwszych startów tri, to może mi to czarnowidztwo przejdzie, bo najtrudniej sobie w głowie poukładać nieznane…

Pozdrowienia,

Mysz

 

Wizziulki w wersji galowej, czyli warto pomagać :)

Wizziulki Gala TRIViva Najpiękniejsi 2016

Czołem Czytacze!

Właśnie dotarły do nas gadżety od MKONa – oczywiście wszyscy wiedzą o kim mowa i po co te gadżety, a jak nie wiedzą, to odsyłam do źródła:

Gadżety MKONa

Jako szyja tego związku zarządziłam, że jutro odziani w te oto stroje galowe będziemy kibicować dzielnym Paniom biorącym udział w jutrzejszym Biegu Kobiet w Gdyni. Kolor bluz pasuje idealnie do idei biegu 🙂

Powodzenia dziewczyny!

PS. Kamil tak się przejął, że z tej okazji właśnie depiluje nogi…

Rower, pianka, rymowanka ;)

Dokładnie tak! To taki post z d*py, bo i takie się przecież mogą zdarzyć, prawda? 🙂 Szykuję się właśnie mentalnie do dzisiejszego samotnego wyjeżdżenia rowerowego i z nerwów bierze mnie głupawka. Zaczęła mi się tak zwana „sraczka myślowa”. W głowie gdzieś tam pojawiła się myśl, że udało mi się zamówić wreszcie piankę – skoro pierwszy start 5 czerwca, to już by wypadało, prawda? W międzyczasie dotarło do mojej mózgownicy, że mam piankę tej samej firmy, co lekko przyciasne ostatnio tri spodenki, w które właśnie pakuję się na rower. I taka myśl-łącznik w związku z tym się przypałętała – tą pianką, spodenkami i moją zimową oponką, że wymyśliłam hasło (mocno pseudoreklamowe) dla firmy, która owe cuda wyprodukowała. Wątpię czy przytulą, ale się podzielę.

Wariant dla Mysiowatych – czyt. puchnących, zamiast wytapiających:

Wciągnij huuba na schaba! lub Oblecz swego schaba w huuba!

I wariant dla chudzinek (pozdrowienia dla Anety :)):

Wciągnij schaba, później huuba!

I jeszcze się z Wami podzielę fotką motywacyjną, którą zrobiłam w pracy. Ktoś fajnie wymyślił, żeby rozpropagować wśród korpoczłowieków chodzenie schodami zamiast korzystania z windy i mamy teraz fajosko pooklejane schody:

Bardzo mnie się to podoba…

IMG_0143

No i oczywiście dokładnie na wysokości mojego 10. piętra umieścili to (PRZYPADEK?! WĄTPIĘ):

IMG_0148

No… to się może powinnam ogarniać przed tym rowerem…

Pozdro,

Mysz

Placuszki potreningowe

IMG_0151

Kamil kazał mi opublikować przepis – ja tam wolałabym pozostać przy smażeniu i wcinaniu, ale jak mężczyzna mówi publikuj, to cóż mogę innego zrobić? 🙂

Taka się leniwa do tego zrobiłam po jedzeniu, że nawet mi się nie chciało tabelki w WordPressie produkować, tylko walnęłam screenshota z Excela – żenada, wiem, ale tak sobie dałam w kość wczorajszym treningiem i doprawiłam dzisiejszym, że nic tylko paść na pysk i chrapać.

W każdym razie po treningu zjeść coś trzeba i po szybkim przeglądzie lodówki padło na placuszki, z angielska zwane pancakesami, a po mojemu to takie po prostu placki-pankracki na winie, czyli co się nawinie do placków.

Jak się okazało, nawinęło się nawet całkiem szczęśliwie, gdyż praaaawie wstrzeliliśmy się w złotą proporcję posiłku potreningowego, a mianowicie 4 (węglowodany) : 1 (białko)

Wybaczcie mi proszę, bo ja to wszystko robię na oko, więc całkiem możliwe, że proporcje w tabelce nie do końca trafione – jeśli ciasto okaże się za gęste, można dolać trochę mleka, wody lub jogurtu naturalnego. Jeśli zbyt rzadkie – dosypać mąki.

No to jedziemy – wspomniana wcześniej tabelka (jak to kliknieta, to się otworzy duża tabelka w nowej stronie – to dla tych gorzej widzących):

Placuszki potreningowe
Placuszki potreningowe

Przepis prosty jak konstrukcja cepa:

Banany rozgnieść widelcem, jajka rozbić i roztrzepać (można tym samym widelcem – opcja dla leniwych), wymieszać w misce pierwszych 6 składników (czyli bez jabłek prażonych i jogurtu – sosu), oczywiście tym samym widelcem 🙂 Ja sobie pokomplikowałam sprawę i rozłożyłam to do dwóch miseczek, żeby błonnik gryczany dodać tylko do jednej i usmażyć placuszki ciemne i jasne. Żeby to było takie fikuśne i w ogóle. Błonnik gryczany u nas zastępuje z powodzeniem kakao, na które źle reaguje Kamil, ale można go pominąć (błonnik, nie Kamila ;)), lub użyć kakao właśnie czy karobu 🙂 Mąkę miałam orkiszową (luksusowe dobro i sofistikejtyd takie), ale można użyć równie dobrze pszennej razowej czy tam innej, która się akurat nawinie.

Na rozgrzaną suchą patelnię (żeby było fit), nakładamy ciasto w ilości 1-2 łyżek na placuszek. Smażymy na średnim ogniu aż na wierzchu pojawią się bąbelki powietrza – to znak, że placuszek możemy przełożyć na drugą stronę i smażyć jeszcze chwilę 🙂

Na talerz nakładamy stosik placuszków i polewamy jogurtem naturalnym (jeśli komuś jeszcze za mało białka może ten jogurt zmieszać z odżywką białkową, a co – my nie bronimy), na to ciapniemy sobie prażone jabłko albo świeże owoce.

Porcji nikomu wyliczać nie będziemy – zależnie od potrzeb. Nam się udało wykroić z tego 5 porcji po 3 spore placki. Jedna taka porcja to jak łatwo wyliczyć około 200 kcal. Kamil pochłonął prawie 2 takie 🙂

Smacznego!

PS. Ha! Na zdjęciu ewidentnie widać, że „sosu” nie żałowałam, ale to tylko więcej białka… 🙂

PS2. Błonnik gryczany kupiłam jakiś czas temu w Rossmannie, przy okazji uzupełniania zapasów amarantusa. Można kupić gryczany lub gryczano-kakaowy, który zawiera 75% łuski gryczanej, 15% kakao i 15% dzikiej róży. Tu link do gryczanegotu do gryczano-kakaowego, całkiem smaczne.