Wizziulkowa Róża Wiatrów

M: Co dzisiaj na lunch?

K: Nie wiem – coś dobrego, byle dużo!

M: hm…

10 minut później – po głębokim namyśle zakończonym poważnym mysim ślinotokiem…

M: Może fasolka po bretońsku? Ochotę mam.

K: Ooooo! Dobry pomysł!

**********************************************************

4 godziny i 5 huraganów fasolowych później…

(jak w temacie – zasłużyliśmy na rozrysowanie lokalnej róży wiatrów, rozgoniliśmy mgłę nad Witominem)

M: Skoro już tak gazujemy, to może na przekąskę ciacho fasolowe?

K: A masz przepis?

M: W sieci peeeełno, a dzisiaj mi w oko wpadło to u panny Anny…

K: No…. to w końcu białko. Białka nigdy dość!

**********************************************************

1 godzinę i dwa przepisy później – dzisiaj robiłam łapę, jedną, za pomocą ręcznego blendera, ale… było warto!!!

 

FasoLOVE słodkie szaleństwo
FasoLOVE słodkie szaleństwo

M: Takie białko to ja mogę C O D Z I E N N I E!

Panno Anno, Paulino – kocham Was :*

Mysz w krainie Podziemnej Pomarańczy – cz.2 ostatnia

Co ja tam wcześniej napisałam, że próbuję biec? Tak właśnie! Otóż… pierwszy kilometr był ZAJEBISTY. Owszem, z namiotu mi się nie chciało wyjść, ale jak już wylazłam na światło dzienne (słońce jeszcze zza chmur spozierało), to nawet jakoś przebierałam tymi nogami. „No, nie będzie wcale tak źle!” – pomyślałam. Ptaszki śpiewały, wiał zefirek (nie produkowałam go na dodatek, więc spoko), minęłam nawet jakiegoś zawodnika i ten rzucił „Chciałbym mieć jeszcze tyle werwy!” Ha! A może nawet uda mi się zejść do tych 5’30”/km i to utrzymać?! – taka mnie kolejna genialna myśl najszła. No to by dopiero było! Byłam Królową Trajlonu!!! Przez całe dwa kilometry 🙂 Potem nagle jakoś tak wszystko dupnęło. Tempo spadało, chociaż byłam przekonana, że zajebiście żwawo przebieram nogami, ale znowu dopadł mnie kisiel i tak w nim brnęłam, a potem… a potem jeszcze te cholerne nudności. Wlokę te dwie dolne kończyny, przebieram szybciej górnymi, żeby tylko podkręcić tempo, a z moich ust dobywa się co i rusz taki dziwny odgłos – mnie się skojarzyło z liniejącym kotem po porannej toalecie, wiecie, że włos się zabłąkał. I o dziwo, nie tylko ja takie odgłosy wydaję, babeczka przede mną też! I tak sobie pocharkujemy ze dwa kilometry – zaczęłam błagać wszechświat o pawia. W tym czasie towarzyszka niedoli wypatrzyła jakiś krzaczek i próbowała poradzić sobie z tym zabłąkanym włosem ręcznie. Nie wiem czy skutecznie, bo bałam się zatrzymać. „Jak się zatrzymasz, to już nie ruszysz tego mysiego zadziska.”- podpowiedział wewnętrzny głosik. Zatem kuśtyk, kuśtyk, chark, chark. Za mną ktoś dzielnie udeptywał asfalt z niską kadencją i wyraźnym trudem. Dobiegło mnie takie ciche błagalne „Rzygnij wreszcie kobieto”. Miałam siłę odsapnąć jedynie – „Zajebiście bym chciała, wiesz”. I mnie ten głos wyminął, bo ileż można, co nie?! Myślałam sobie – za dużo zeżarłam tych żeli i mnie teraz męczy. Wkurzyłam się na maxa, bo jeszcze jeden żel targałam ze sobą – bez SĘSU. Minęłam punkt żywieniowy, wylałam na siebie butelkę wody (kolejną) i zaliczyłam jakiś taki stromy zbieg. I tam, na końcu zbiegu, trzewia przywitały się z przełykiem i poczułam… ŻÓŁĆ. Nie żaden cholerny żel. „Przetrawiłaś kobieto! Wcale się nie przeżarłaś, NIEDOŻARŁAŚ (IMPOSSIBLE)!”. Tylko już jakoś tak nie mogłam patrzeć na ten żel w ręku – niesmak pozostał. Zatem na następnym punkcie żywieniowym postanowiłam wciągnąć pomarańczę. I tak przetaczałam się od punktu żywieniowego, do punktu żywieniowego. Pomarańcza w pysk, butelka wody na łeb. Wreszcie żołądek odpuścił. W głowę wdrukowała się piosenka z któregoś punktu kibiców (Ella Eyre – „If I go”, niezły mózgotrzep) – i tak sobie pod nosem pomrukiwałam refren w kółko, jak zdarta płyta, a potem jeszcze pojawiły się myśli, że bez tego polewania łba wodą, to nie dociągnę do końca. I tak liczyłam te butelki – wyszło mi zajebiście dużo, dziś już nie pamiętam ile. Przez głowę przebiegła myśl o dzieciach w Afryce, które nie mają dostępu do wody pitnej, a ja tu bez sensu zlewam tę mysią łepetynę i nic ciekawego z tego i tak nie będzie, może tyle, że dotrwam. A później nadeszły skurcze nóg. Wytelepało mnie konkretnie i miałam już tego wszystkiego serdecznie dość, ale przecież nie po to dupę sobie obtarłam na tych 90 km roweru, żeby teraz zleźć 8 km przed metą, co nie?! Wykombinowałam, że może jednak przyjmę ten żel (pamiętajcie, żeby papierową metkę/cenę zrywać z żelu przed zawodami, bo zapodany z takimi paprochami zmemłanymi i zapoconymi smakuje jeszcze bardziej gównianie) i że być może powinnam wciągnąć banana na punkcie (a nie przepadam za bananami, zatem musiało mnie nieźle przycisnąć), to jakoś uzupełnię te mikroelementy – chyba zadziałał efekt placebo, bo kurczyło mnie coraz rzadziej, ale sił jakoś niestety nie przybywało. Martwiłam się jeszcze, że na mecie czekają bliscy mi ludzie, a te punkty pomiaru czasu za gęsto ustawione – będą się martwili, że coś się ze mną dzieję, jeśli się nie odpikam na kolejnym pomiarze o jakiejś sensownej godzinie. Dłużyło mi się przeraźliwie i walczyłam ze sobą o każdy kilometr. Ze wstrętem myślałam o tym ostatnim, po kostce brukowej i pod górę, bałam się, że zacznę iść, a tak bardzo chciałam to wszystko PRZEBIEC. Udało się przetruchtać. Przed samą metą wypatrzyłam łyse, wysokie, w zielonej koszulce – moje najukochańsze liczko. Niczego więcej nie potrzebowałam do szczęścia, no może poza prysznicem! Kamil wręczył mi w przelocie (a raczej „przetruchcie”) bukiet słoneczników i taka sponiewierana i ukwiecona wpadłam na metę. Grubo po sześciu godzinach walki, niezbyt zadowolona ze swojego biegu, ale szczęśliwa, że jednak dokończyłam. Głupi był ten pomysł robienia połówki w pierwszym sezonie, ale o tym pewnie jeszcze w kolejnych wpisach.

Mysz w Krainie Podziemnej Pomarańczy – cz.1.

Dawno niczego tutaj nie naskrobałam, ale od dłuższego czasu nie mam weny do pisania i nie tylko do tego, bo tak jakoś idzie mi dosłownie WSZYSTKO jak po grudzie. Nawet się nie pochwaliłam ukończeniem tej 1/2 IM w Poznaniu, a czytelnicy się dopytywali, no to sobie pomyślałam, że może jednak cholewcia spróbuję coś opisać… tylko ja nie wiem czy to powód do chwały, ta połówka w moim wykonaniu. Przecież nie liczy się tylko to, że się w ogóle start ukończyło, ale też w jakim stylu, prawda? Owszem, dałam z siebie wszystko w trakcie zawodów, ale stojąc na starcie wiedziałam, że nie jestem w formie i ta świadomość nie dodawała mi skrzydeł. Zimowa oponka to jedno, ale coś niedobrego działo się z mysim łbem, bo coraz trudniej przychodziło mi wyjście na trening – czułam, i w sumie niestety nadal czuję, zmęczenie. Ponoć taki zmęcz to normalny w BPS, ale ja zaczynałam bać się siebie na treningach. Na szosę boję się wychodzić nawet w pełni władz fizycznych i umysłowych (chociaż naprawdę trudno powiedzieć, czy jak na ten rower wsiadam, to nadal pełnię władz zachowuję, śmiem wątpić), a co dopiero w trybie zdechlaczka!? Miałam jakieś zawroty głowy i spadki koncentracji w trakcie treningu, nawet takiego zwyczajnego rozjeżdżenia bez akcentów, więc żeby dodatkowo nie podbijać tętna (i tak wiecznie zbyt wysokiego), ani nie zrobić sobie lub komuś na drodze krzywdy – wybierałam trenażer. Było ciężko, ale przecież niczego innego się nie spodziewałam, tylko… nie myślałam wcześniej, że będzie AŻ TAK ciężko. Zabrakło mi wyobraźni 🙂 Podziwiam i chylę czoła przed wszystkimi, którzy są w stanie wysiedzieć więcej niż 100km tygodniowo na trenażerze – jesteście dla mnie IronManami wszyscy po kolei jak lecicie. I to nie ćwierć czy półżelaznymi, tylko żelaznymi od stóp do głów – w pachwinach, w łepetynach, we wszystkim! Żeby nie było, że mi tylko z rowerem jakoś niespecjalnie szło – bieganie wcale nie wyglądało lepiej. A to łono ciągnęło, a to achilles się odzywał, i generalnie zaczęła się jakaś tempowa mega padaka. Czułam się tak, jakbym biegała zanurzona w kisielu. Jakby mi ktoś baterie podmienił na takie gówniane z bazarku. Jak niewyraźny bąk – taki wiecie, wstydliwy i przyduszony, bo puszczony publicznie. Na basenie to samo – macham tymi łapami, napierdzielam i rozganiam tę wodę niczym Mojżesz – tak mi się przynajmniej wydaje… tyle że faktycznie ledwie sunę i tylko ryczeć się chce. No nic nie szło, nic a nic, totalnie! Nawet cholewcia zdarzyło mi się jakieś treningi odpuścić – a to głowa nie wytrzymała, a to żołądek strajkował, a to już po prostu było do mnie niepodobne i totalnie dla mnie samej niepojęte, bo zwyczajnie mam poczucie misji i lubię odhaczać kolejne sesje treningowe, lubię jak kalendarz na Garminie się robi taki kolorowiutki i pękaty, lubię odrabiać zadanie domowe, no kurde lubię…

No i taka właśnie rozmemłana totalnie stanęłam na starcie w Poznaniu. Pogoda była całkiem dobra, zatem na aurę nie będę zganiać, że mnie jakoś specjalnie przeczołgała – słońce nie naparzało, wiało trochę, no ale niech tam sobie wieje, jakiejś wielkiej fali na Malcie ten wiatr nie zrobił, a na rowerze to w końcu raz w ryj, raz w plecy – samo życie. Ludzie wokół jacyś tacy dziarscy i zajarani startowo, spikera dało się nawet słuchać, nie był przesadnie męczący, no i w tym całym sosie MUA – Jej Pucołowata Myszowatość. Taki nieogarnięty pączek w piance. Zebrałam się wewnętrznie, kuźwa, ciężkie to było – ciut rozumku rozproszone w takiej masie o niskiej gęstości, zatem wyczyn. Start falowy, myślę sobie, przynajmniej pralki nie będzie – no i pewnie by tak właśnie było, gdybym się durna nie ustawiła znowu nie w tej linii co trzeba. Tym razem za blisko startu. A przecież obok mnie wylądował kolega Adam, a on jak ta lala (pławna) zapierdziela, to gdzie Ty tam, pączusiu okrąglusi? Rządek dalej i może byś nie zawadzała szybszym (a jednocześnie nie była narażona na kopnięcia żabciów i ropuszek). A tak – to sami wiecie – jak ząb w dupie. No i kuźwa te cholerne oksy! Wiadomo – takie prawo Murphy’ego – biednemu zawsze woda w oczy (i wiatr, i pot, i insekty)! TYRałam w tym przenośnym naocznym akwarium, nie widziałam totalnie nic i zaliczyłam kilka pocałunków z żółtymi bojkami wyznaczającymi tory dla kajaków, za pierwszym razem nawet przeprosiłam, bo myślałam, że staranowałam człowieka – ratownicy musieli mieć niezły ubaw. I tak płynęęęęęłam i płynęęęęłam, po drugiej boi nawrotowej już prawie żywego ducha wokół nie było, aż zaczęli mnie doganiać z kolejnej fali, to się znowu jakoś tak zagęściło – do dupy. I miałam wrażenie przez te oksy, że ja już kończę, już już – i tak chyba z pięćset plus razy – więc dochodziłam sobie w tej Malcie powolutku, pomrugując – jak ten rosół. Jak mnie po tych prawie 45 minutach (sic! 🙁 ) w końcu wyrzuciło na brzeg, a nikt z Greenpeace nie pofatygował się żeby ratować wieloryba, to poczłapałam – znowu jak ten bąk, bo mi we łbie wirowało – do T1. Najpierw trza ogarnąć worek z rzeczami rowerowymi, przebrać się, później znaleźć swój rower i jazda. Dzień wcześniej obserwowałam moją Anetę, jak próbuje wypatrzeć swojego rumaka w strefie zmian i jak się przy tym biedna zakałapućkała i nabiegała. Chciałam być mądrzejsza i policzyłam sobie, na którym wieszaku worek powiesiłam w jednej i drugiej strefie, na którym stojaku stoi rower. Myślicie, że po nagłej pionizacji z tętnem 196 człek umi policzyć do pięciu? To Wam powiem, Mysz nie umi! Ogarnięcie wora trochę mi zajęło – Kamil pomagał nawigować, jak w takich starych grach telewizyjnych, gdzie gracz wydawał komendy przez telefon – „W lewo Mysiu, w LEWO! MYŚKU, TO DRUGIE LEWO!”. Żeby odróżnić moje lewo od lewa absolutnego muszę czasem uczynić gest pisania, podnoszenia łyżki do ust lub krzyża, tego dnia wystarczyło pisanie. Dobra, znalezione! No to zaiwaniam z tym majdanem do babskiego namiotu! Tak, był oddzielny babski namiot, chociaż jakbym jakieś męskie przyrodzenie w tamtym momencie miała okazję podejrzeć, to przysięgam, żadnych zdrożnych myśli nie miałabym siły mieć! No to kontempluję ten babski namiot i mój wór. Czy ja mogę tu już po prostu zostać, bo się zmęczyłam? Nie no, cholewcia – Kamil krzyczy do mnie, dopinguje (słyszę go w tej całej wrzawie całkiem dobrze, niezłe ma mój narzeczony płucko), znajomi z Tridea kibicują i czekają, kiedy ten kask na łeb wcisnę, a mysie stopy w te kamasze, no to się jednak przebrałam i wylazłam. Rower namierzyłam bez problemu, bo tak fajnie dyndał w pierwszym rzędzie (mały jest, to dynda), złapałam te moje pikne, czarne guerciotti i lecę do belki – ja pierdziu, gdzie ta belka?! Pod górkę? Serio?! W Poznaniu to wiedzą, jak mnie przeczołgać 🙂 Jeszcze ostatni całus przesłany Kamilowi i już szybciorem wpinam się w pedały – taaak, ja, Grażynka roweru, należę do tych kontemplujących belkę. Ujechałam okrągły kilometr, ale coś jest nie tak, hamulec trze o przednie koło. Zatrzymałam się, ogarnęłam temat i poczułam się dumna – Myś umieć walnąć w hamulec, umieć coś odgiąć lub dogiąć. Myś mądra być i nie wywalić się przy wypinaniu! No tyle to ja jeszcze umiem, ale zapedałować 90km to już gorzej. Czuję się jak żółw z „Gdzie jest Nemo?”, łapię mój slow motion, a cały ocean rowerzystów po prostu połyka mnie i wypluwa. Właśnie tu, w Poznaniu, na części rowerowej, wreszcie czuję, że triathlon to sport dla samotników. Skupiam się na tej mojej samotnej walce – wcinam żel na trzecim kilometrze i wiem, że od tego momentu mam to robić co 20 kilometrów. To pomaga mi znieść psychicznie tę samotną jazdę, od „posiłku” do „posiłku” i jakoś to idzie. Przełamuję się nawet i próbuję przejść na lemondkę – skoro jestem na tej prostej całkiem sama – nie zrobię krzywdy nikomu, a nuż ogarnę. I o dziwo, udaje się! 🙂 Wytrzymuję caaaałe 3 kilometry, zaczynają mnie boleć ręce i plecy, bo jestem cała spięta. Daje sobie pozwoleństwo na przejście do górnego chwytu, spoko mała, jesteś dzielna! 🙂 Na drugiej pętli przychodzi moment na kolejny pierwszy raz – przelewam zawartość butelki do bidonu zamocowanego na stałe na lemondce, w trakcie jazdy. Hurra! MYSZczyni normalnie! 🙂 Wreszcie, kiedy już myślę, że chyba pomyliłam się gdzieś na trasie, bo chyba nie może być aż tak PUSTO, doganiam (!!!) jakieś dwie panie, docieramy (oczywiście zachowując przepisowe odstępy) do znaku kierującego do T2. Kończę tę nierówną, ponad trzygodzinną walkę z rowerem. Jestem gotowa do biegu. No, prawie – jeszcze tylko kolejna zabawa z worem i kontemplacja namiotu. Czuję się zdechła i najchętniej zaległabym w tym namiocie, tylko skoro już przemieszałam ramionami Maltę i wysiedziałam te trzy godziny na twardym siodełku, to szkoda by było tak po prostu się poddać, co nie? Zatem zakładam moje pomarańczowe startówki ze zbyt twardym zapiętkiem (zmasakrują mi totalnie lewego achillesa, ale o tym się przekonam dopiero kilka dni później) i próbuję biec…

C.D.N.

Edit: MOJEGO LEWEGO achillesa, czyli PRAWEGO 😛 (Dzięki kochanie za czujność :*)

Strachy na Lachy

A i owszem – zaklinam rzeczywistość tym tytułem, bo w głębi duszy te strachy są całkiem realne – bilans przed Poznaniem średnio ciekawy:

  • do startu tylko 5 dni
  • nie zbiłam wagi, więc w Huuba będę wciskać schaba
  • w BPSie musiałam odpuścić kilka treningów – z powodu zmęczenia i problemów z żołądkiem
  • nie jestem w formie – ostatnio prawie popłakałam się na basenie, tak mi nie szło, ale bez sensu do niecki dolewać, wciągnęłam płetwy i jakoś dokończyłam
  • rower lichy cały czas, więcej trenażera niż szosy (stres), ręka prawa za nic w świecie nie oderwie się od kierownicy – jak poradzę sobie na punktach żywieniowych?
  • nie przetestowałam innego napoju, a żołądek zaczął odmawiać współpracy z Vitargo
  • boli mnie prawe ścięgno Achillesa, od czasu do czasu odzywa się memłon – biegam wolno, w tym temacie czuję się tak, jakbym wróciła do początków i naprawa mnie to smutkiem, czuję się zrezygnowana
  • strasznie się boję – śni mi się znowu ten cholerny rowerek z pomponami, picie wody w Malcie i ból podczas biegania
  • na fejsie pełno zadowolonych mordek, kolejnych życiówek, wzrostu formy, jarania się przedstartowego, jarania się postartowego, a także w trakcie, a ja mam tylko sraczkę i wisielczy nastrój

Byle do weekendu…

W czerwcu w Suszu szosa sucha…

Powiadam Wam, piekło! Suszyło i mdliło! Myślałam, że w Ślesinie słoneczko przygrzało, ale co się w miniony weekend w Suszu działo, to przechodzi mysie pojęcie! Wcale nie zamierzam narzekać, bo przecież ostatecznie do bogatego pakietu startowego (owsianka bezglutenowa (WTF!?), a do jej zalania – płynny nawóz do roślin i mleczko do opalania z filtrem 20), doszło jeszcze darmowe SPA.

Najpierw długa sesja na solarium (zero cienia w okolicach mety), później jakieś 20min w saunie (Myś w piance, w pełnym słońcu, POZA jeziorem), następnie standard – aqua aerobik, chociaż tutaj bardziej aqua kick-boxing – w mysie ryło się zarobiło z nogi od żabkarki 😉 Oczywistym jest, że po wyjściu z wody należy się wySuszyć, a najlepiej i najszybciej się schnie w ruchu, np. na rowerze – w cenie kilkanaście minut na platformie wibracyjnej (czyt. suskim bruku – w sam raz na mysi wałek), oraz posiłek regeneracyjny, czyli łykanie w locie draftujących parówek – serio, nie spodziewałam się takich luksusów przy mojej haniebnej prędkości, a tu taka uczta! Sesję w SPA kończymy roztruchtaniem z podlewaniem – bicze szkockie się udało zaliczyć, generalnie pierwsza byłam w kolejce do każdego węża na trasie (O DZIĘKI WAM DZIELNI SUSCY POLEWACZE!). A trasa biegowa piękna była, wokół jeziora, nawet się momentami jakiś cień trafił. Potem wiadomo – na szyję żelastwo zarzucili, można się było na materacach Jan Niezbędny – Żyj wygodnie! (ehehehe) rozwalić albo stanąć w kolejce po arbuza.

Myś z lewego zadka

A że to nie był jedyny start tego dnia i wcale nie najważniejszy, to trzeba było jeszcze się wylaszczyć – czyt. tyłek i pachy wymoczyć w jeziorze, przebrać się w coś świeżego, wyczesać kudły mysim zgrzebłem, znów zapleść warkoczyk – żeby się jak człowiek prezentować na EuCO Rowerkowych Mistrzostwach Świata 2016.

mysz
Mysz w Rowerkowych Mistrzostwach Świata 2016, fot. ADD Creative Studio Reklamy

I tak w jeden dzień obskoczyłam Mistrzostwa Polski i Mistrzostwa Świata – powiadam Wam, jestem MYSZczynią Triathlonu!

IMG_0721
Medal MYSZczyni

IMG_0723

 

Pierwsze koty za płoty…

Zostałam wreszcie trajtlonistką, przyklepane!

I nic to, że jestem triathlonową Grażynką z Klanu, to naprawdę nic, póki jestem w stanie do tej mety samodzielnie doczłapać w wyznaczonym czasie! We wszystkich dyscyplinach jestem mniej niż średnia, na rowerze kiedyś najprawdopodobniej wyzionę ducha (przez jaki zawał), a nawet – co tu kryć – zamiast wytapiać, z nerwów wcinam po prostu wszystko i puchnę w tempie pompowania bojki ratowniczej – niedługo pewnie zaczniemy remont, chowajcie przede mną płyty karton-gips! Nic to wszystko! Ukończyłam 1/8 IM w Ślesinie (1:25’10”) i 1/4 IM w Starogardzie Gdańskim  (3:02’29”) i jestem z siebie dumna! 🙂  

Cieszę się, że Trenercia tak to mądrze wymyśliła, żebym troszkę postartowała przed tą 1/2 IM w Poznaniu (dystans ów mnie zresztą obecnie przeraża, ale nie o tym…),  bo dzięki temu naprawdę wiele uczę się i o triathlonie, ale i o Mysi w triathlonie, a i poza nim też.

Do tej pory dowiedziałam się na ten przykład, że:

  • pływanie w triathlonie, przy kiepsko przemyślanej trasie, to bardziej boks niż pływanie (Starogard Gd.)
  • całkiem lubię boks, nie tylko oglądać
  • mimo, że jestem Grażynką pływania i tak idzie mi ono najlepiej ze wszystkich dyscyplin (to dla mnie nowość, szczerze liczyłam, że będę lepsza w bieganiu)
  • dużo łatwiej się nawiguje na wielkie boje na zawodach (Ślesin, Starogard Gd.), niż na pięciolitrowy kanister udający boję (Zawiad – treningi)
  • nie lubię czesania wodorostów (Starogard Gd.), ani przechadzek po nich  (to wiedziałam już wcześniej, ale to czesanie… brrr)
  • umiem jednocześnie przebierać rękami do kraula i wyjmować wodorosty zza okularków (Starogard Gd.)
  • przy wychodzeniu z wody – po przejściu z pozycji horyzontalnej do wertykalnej, następuje u mnie coś na kształt stanu przedzawałowego (tętno 196) i mam przeolbrzymią chęć podzielenia się ze światem wcześniej zjedzonym śniadaniem
  • jestem sierotą w T1 i T2 – nigdy nie myślałam, że jestem taką guzdrałą!!!
  • jestem również Januszem zegarka – w Ślesinie udało mi się wyłączyć zegarek po części pływackiej, w Starogardzie – po rowerze
  • nie da się włączyć treningu w Garminie 920XT zębami (testowane na rowerze w Ślesinie)
  • nie da się włączyć treningu w Garminie 920XT nosem (j/w)
  • czasami brak informacji o tym, z jak żałosną średnią prędkością jedziesz i pedaling bez Ninji opieprzającego Cię za zbyt niską kadencję bywają wyzwalające (Ślesin)
  • na rowerze trzeba dużo pić, bo inaczej zdycha się podczas biegu (Ślesin)
  • pić trzeba dużo JADĄC na rowerze, ale już niekoniecznie tuż po zejściu z niego, chyba że się lubi kolkę gigant i przyczajonego pawia (wcześniejsze zakładki)
  • trzeba futrować ile się da na rowerze, żeby mieć później siłę na bieganie (dotyczy pewnie głównie dłuższych dystansów, ale na 1/4 IM też chyba troszkę za mało zjadłam)
  • umiem lewą ręką i paszczą ogarnąć żel na rowerze bez zatrzymywania się (Starogard Gd.) – bosko!
  • można mieć kolkę gigant na biegu również wtedy, gdy nawodnisz się przesadnie wodą z jeziora na etapie pływackim (Starogard Gd.)
  • kiedy podczas etapu biegowego żar się z nieba leje, polewaj się wodą ile wlezie, inaczej możesz zobaczyć smoka w ogródku, tak mniemam
  • dla pierwszoroczniaka, jak mua, tempo biegowe z zawodów biegowych nijak się ma do tempa biegowego po taplaniu i pedałowaniu (zapomnijmy o moim 5’14”/km w 1/2 IM, witaj 6’00”/km – oby chociaż tak!)
  • moja niechęć do lemondki i nieumiejętność oderwania prawej ręki od kierownicy jest bardzo słaba w perspektywie tej 1/2IM
  • #niemaniemoge i w końcu tę kierownicę okiełznam!
  • zawodnicy tri są przemili – kiedy zdychałam przez kolkę w Starogardzie Gd., praktycznie każdy wyprzedzający mnie biegacz pytał, czy aby wszystko ze mną w porządku i pomagał jak mógł – choćby dobrym słowem, dziękuję :*
  • na bieganiu można pocieszać się myślą o basenie w strefie finiszera…
  • można też uprzeć się na jedne konkretne nogi (najlepiej jakieś niezłe) i je gonić – dziękuję pani Dorocie W., za dociągnięcie mnie do mety w Starogardzie Gd.
  • naprawdę nie ma nic piękniejszego niż wskoczenie do basenu rozporowego w strefie finiszera (wreszcie bez wodorostów)
  • w zespole siła! Dzięki Trenerciu, dziękuję koleżankom i kolegom z zespołu Tridea za niesamowite wsparcie, za wszystkie ciepłe myśli i słowa, jesteście boscy :*
  • lubię ten cały trajtlon i będę to robiła dalej, także bójta się!!!
starogard
Z Robertem W. i Kamilem moim kochanym – na mecie w Starogardzie Gdańskim