Nic już nie musiało, chociaż pewnie mogło.

Tytuł tego wpisu jest odpowiedzią, na mój poprzedni wpis. Zastanawiałem się, co się jeszcze może spieprzyć. I okazało się, że już nic nie musiało się spieprzyć, żebym w Czempiniu nie wystartował. Ten jeden ząb wystarczył. We wtorek okazało się, że zrobił się spory ropień, który trzeba było przeciąć i wyczyścić. Potem ząb został przeleczony kanałowo i miało być lepiej. Lekarz dawał 50% szansy na wystartowanie.

Faktycznie, zrobiło się lepiej. Wczoraj (w czwartek). Szkoda tylko, że nie na tyle, żeby to cokolwiek zmieniło. Dzisiaj (w piątek), miała być podjęta ostateczna decyzja, co do startu. Spróbowałem więc przebiec parę kroków. Zaraz poczułem ból, więc dałem sobie spokój. I z dalszym biegiem i z wyjazdem do Czempinia.

Teraz pozostało się wyleczyć oraz oszacować jakie szkody w organizmie poczyniły antybiotyki. Potem może poszukać jakiegoś innego startu. Szkoda tej formy co jest (była?). A duathlon w Gniewinie dopiero na koniec września, więc trochę daleko. Ze startami tri dalej nie wiadomo co będzie, ze względu na moje pływanie, które ciągle jest w lesie… Może chociaż jakiegoś Parkruna na życiówkę sobie pobiegnę?

Wszystkim startującym w Czempiniu życzę powodzenia! Za parę osób kciuki będę trzymał szczególnie mocno. OZD Braciszku! OZD Trenerze. OZD Enduraki!

Bardzo dziękuję wszystkim za wsparcie! Szczególnie Mysi :*

Na koniec tekst piosenki „Coda” zespołu Riverside, która gra mi teraz w głowie i mnie pociesza. Szczególnie ostatni wers.

Night outside grows white
I lie faceup in my shell
Open my eyes
Don’t feel like falling into blank space

Had allowed that life to drift
For I’ve chosen a different trail
When darkness fades
Don’t feel like falling into blank space

Want to be your light
Illuminate your smiles
Want to be your cure
Bridge between self and us
Want to be your prayer
Wipe the tears from your eyes
When the night returns

I won’t collapse

I’m set to rise

Małe podsumowanie – ONICO Półmaraton Gdynia 2018

Miałem zupełnie inny pomysł na ten wpis. Właściwie inny plan. Życie, niestety, zweryfikowało te plany. Miałem nadzieję pochwalić się nową półmaratońską życiówką, a tutaj… No właśnie, tutaj wypada napisać, że zdarzył mi się pierwszy biegowy DNF. Pierwszy raz zszedłem z trasy, ze względu na kontuzję. Przebiegłem jakieś 2,5 kilometra i ból nogi nakazał mi przerwać bieg. Nie wiem, czy bym dobiegł do mety. Wiem jednak, że nawet jeśli bym to zrobił, to skutki nieodpuszczenia byłyby opłakane. Tym razem zwyciężył rozsądek. A przynajmniej tak sobie to tłumaczę. W głowie frustracja i ból zawiedzionej własnej ambicji.

Szkoda, naprawdę szkoda tego biegu. Chciałem, żeby nowa życiówka zgrabnie podsumowała rok współpracy z Tomkiem, w ramach Endure Team. No cóż, wyszło jak wyszło. Po porannej wizycie u fizjoterapeuty (Maciej Czarny, polecam, potrafi zadać ból ;)) wiem, że dramatu z kontuzją nie będzie. I to jest bardzo pozytywna wiadomość tego poranka! Kolejna, to taka, że być może uda się rozwiązać mój problem z migrenami (które mogą nie być migrenami).

Co do właściwego podsumowania, to będzie krótko. Rok współpracy z Tomkiem. Trzy pudła, jedno w sztafecie triathlonowej, dwa indywidualnie w duathlonie, w tym brązowy medal Mistrzostw Polski. Poprawione życiówki na 5 i 10 kilometrów. Jest też forma na poprawienie życiówki w półmaratonie, ale to się niestety trochę odroczyło. Czuję się mocniejszy w każdej dyscyplinie. Poznałem inną myśl treningową. Zobaczyłem inny sposób trenowania. Zostałem też częścią bardzo fajnego zespołu. Nauczyłem się wiele, zarówno od trenerów (Tomka i Marcina), jak i reszty członków Endure Team. I wiele, mam nadzieję, się jeszcze nauczę.

Nie przedłużając, dziękuję i proszę o więcej! 🙂

Kilka przepisów w jednym, czyli o udanym związku i BOBKACH MOCY

Jak zapewne udało się Tobie czytelniku zauważyć – a może wcale nie, bo przecież nie wszyscy są tak spostrzegawczy i równie jak ja (czyli co najmniej jak woda w kiblu) bystrzy – sparafrazowałam właśnie tytuł poprzedniego wpisu mojego męża. Wcale nie zrobiłam tego złośliwe! Wręcz przeciwnie – jakby zaśpiewał bardzo lubiany przez niego wykonawca, niejaki Jack Black – „This is a tribute!” (swoją drogą polecam w wolnej chwili sobie posłuchać, nóżka sama chodzi).

Dziś Międzynarodowy Dzień Przytulania i postanowiłam w tym dniu i tym oto wpisem męża mojego uhonorować. Dlaczego? A bo go kocham bardzo i uwielbiam, pewnie również dlatego, że tak dłuuuuugo musiałam na niego czekać! I dlatego jeszcze, że mój mąż obudził we mnie i dzielnie pielęgnuje … tri-potwora 🙂 Tak, tak – nie oszukujmy się, gdyby nie mój ukochany, pewnie nigdy nie wzięłabym się za ten cały trajlon. A zaczęło się tak niewinnie… ale to historia na zupełnie inny wpis 🙂

Muszę się mocno pilnować, bo mam niestety straszliwe zapędy do brnięcia w liczne dygresje i odchodzenia od meritum… no więc o co chodzi z tymi przepisami?

Pierwszy miał być na udany związek 😉

Otóż kiedy wreszcie zebrałam się w sobie i wyszłam na dzisiejszy trening, a jakoś tak mocno mi się nie chciało – no ale tak czasem bywa – nie chce się, a potem człek jest mega zadowolony, że jednak wylazł… a zatem kiedy wreszcie wybiegłam dziś z domu, nie miałam w głowie kolejnych startów, ani Henia-alkoholika, tylko pojawiła się taka myśl, jaki fajny jest ten mój mąż, że właśnie w tej godzinie ogarnia potomka, żebym ja mogła ruszyć te swoje cztery litery. Małżonek mój bowiem w swej mądrości ogarnia, że będąc w związku warto (raptem dwie rzeczy):

Być sobą i pozwolić na to samo swojemu partnerowi.
Mieć swoje pasje, ale też wspierać drugą połowę w dążeniu do samorealizacji.

 

A żeby nie było tak sztywno i moralizatorsko, no i by faktycznie wpis zawierał kilka przepisów, pozwolę sobie opisać w skrócie (ale nie takim aż telegraficznym), moją drogę do pozyskania BOBKÓW MOCY.

Czeko-kulka w kokos-wiórkach, czyli BOBEK MOCY
  1. Wczesnym popołudniem wykoncypuj sobie, że potrzebujesz jakiegoś porannego posiłku przedtreningowego bez wielkiego porannego gotowania.
  2. W trakcie wieczornej drzemki swego prawie 4-miesięcznego syna obczaj lodówkę i spiżarnię. Bądź pełna nadziei, że z lekko przeterminowanej kremówki, cukru, płatków owsianych, orzechów nerkowca, nasion słonecznika i rodzynkUF uzyskasz batony śniadaniowe Nigelli.
  3. Natychmiast podejmij się realizacji zadania – wlej kremówkę do garnuszka, dorzuć cukru na oko i gotuj to wszystko na małym ogniu licząc po cichu, że cukier rozpuści się bez mieszania i wszystko będzie git.
  4. W plastikowej misce wymieszaj wszystkie suche, oczywiście odmierzone również na oko, bo przecież nie masz czasu – dzieć może się obudzić w każdej chwili. Puknij się następnie w łeb i wymień miskę na szklaną, bo przecież ostatecznie będziesz do tego dolewać gorącą kremówkę.
  5. Przemieszaj jednak tę kremówkę z cukrem (warto), zalej suche składniki i mieszaj porządnie do połączenia, ale bez przesady – pamiętaj o dzieciu!
  6. Ooo! Skubany młody się obudził – na jednej nodze wyłóż blachę papierem, uklep w pośpiechu uzyskaną breję i wstaw do zimnego piekarnika. Ciepnij garnek i miski do zlewu, bo młody już zaczyna jękolić, leć po niego!
  7. Z dzieckiem na ręku włącz piekarnik.
  8. Po godzinie piętnaście poproś męża o pokrojenie tego czegoś w blaszce, bo sama masz młodego przy cycu.
  9. Jeśli batony nie wyszły – myśl jak Pollyanna – masz granolę!
  10. Następnego dnia rano wraz z małżonkiem wciągnij pół blachy tego czegoś z jogurtem. Całkiem niezły shit, ale za miENTkie jak na granolę. Kombinuj dalej. Acha! Umyj garnek i miski!
  11. Jak na dziecko lat 80′ poprzedniego stulecia przystało orientujesz się, że z płatków w każdej postaci da się jakoś dojść do CiastkUF owsianych bez pieczenia. No dobra, te są jakieś fikuśne, kto w tamtych czasach widział jakieś masło orzechowe?! Ty spróbuj bez.
  12. Wieczorem, znów w trakcie drzemki syna, podejmij się realizacji powyższego pomysłu – z reszty „tego czegoś” co Ci zostało po śniadaniu. W garnku zagrzej masło, mleko, jeszcze cukru i kakao. W ciepłą masę wciepnij resztkę swojej brei, dorzuć płatków owsianych, bo jednak jest tego ciut za mało.
  13. W nagłym przypływie zdrowego rozsądku poproś swojego męża (wybierającego się akurat do apteki w centrum handlowym), o dokupienie w markecie mleka w proszku i wiórków kokosowych, bo przecież w razie totalnej porażki da się skombinować jakąś hybrydę z blokiem czekoladowym.
  14. Odstaw gorącą masę do ostygnięcia. Zapomnij o niej do rana, w końcu dzieć usypia przy piersi…
  15. Rano znajdziesz w garnku zastygniętą masę – skoro już masz te wiórki kokosowe i mleko w proszku zrealizuj swój ostateczny pomysł w trakcie porannej drzemki młodego.
  16. Podgrzej to coś w garnku z dodatkiem mleka (płynnego), dosyp mleko w proszku i ciut wiórków – resztę wykorzystaj do obtoczenia kulek.
  17. Niech dziecko obudzi się w trakcie tej czynności, a Ty zawołaj do męża: „Przejmij Heńka, bo ja jeszcze kulam to gówno!” i dzięki temu znajdź nazwę dla swojego wynalazku! Tak oto pozyskałaś/eś BOBKI MOCY! Kaloryczne w cholerę, może niekoniecznie super zdrowe, ale jakie dobre!
  18. Brudne gary wciepnij do zmywarki, ogarnij podczas kolejnej drzemki dziecia, albo zdaj się na męża 😉

I pamiętaj!

Zawsze możesz liczyć, że Twoje dziecko rozbuja Twoją kreatywność, zainspiruje do kolejnego wpisu, a nawet pomoże w przygotowaniu go na raty!

W końcu to Twój mały pomocnik!

Heniek, bo 1+1 >= 3!

 

 

 

 

10 kilometrów w Przywidzu

Dzisiaj miałem możliwość po raz pierwszy wystartować w barwach nowego klubu – Endure Team. Start w sumie kameralny, bo to bieg towarzyszący Duathlonowi (w którym udział brałem rok temu). Startowały w nim raczej osoby towarzyszące/kibicujące zawodnikom duathlonu – frekwencja mówi sama za siebie, bieg ukończyło 26 osób 🙂

Dla mnie ten start, jak to opisał Trener, to przetarcie przed Biegiem Europejskim w Gdyni. Z jednej strony przyszedł czas sprawdzić, jak tam pachwina sobie poradzi z trochę większym obciążeniem. Z drugiej, była to okazja pobiec coś mocniej, w odmiennych od samotnego treningu warunkach. Przed startem w głowie miałem mętlik. W sumie ostatnio dobrze się czuję fizycznie, ale czy to przekłada się na moje możliwości? Czy jestem w stanie pobiec mocno? Miałem duże wątpliwości. I to się przełożyło potem na cały bieg.

Trasa nie była łatwa, ze względu na nawierzchnię (miejscami sporo śliskiego błota) i profil (trochę przewyższeń było, w tym jeden raczej hardkorowy podbieg). Na samym starcie zerwałem się jak dziki. Spojrzałem na zegarek, a tam 3’35″/km – szok. Przecież ja się tak nie rozpędzam! Nie utrzymam tego tempa! Padnę! Ale jestem trzeci! Nieważne, jak tak dalej pójdzie, to się spalę, a tego nie chcę. Zwolniłem. Pierwszy kilometr (wg Garmina) przebiegłem w 3’57”. W międzyczasie wyprzedziło mnie 3 zawodników. Takie tempo chciałem utrzymać od końca drugiego do, mniej więcej, szóstego kilometra. Na szóstym kilometrze był mały podbieg, tam spodziewałem się spadku tempa, żeby się oszczędzać. Plan w miarę udało się zrealizować, kolejno 2 km w 4′, 3 km w 4’04”, 4 km w 4’02”, 5 km w 3’56”. Szósty kilometr też poszedł nieźle (4’07”), bo podbieg zaczął się później 😉 Na siódmym kilometrze zaczął się podbieg (zajął 4’19” – 18 metrów pod górę i 15 w dół). Ósmy kilometr to dokończenie podbiegu, nawrotka i zbieg (4’29” – 25 metrów pod górę i 6 w dół). Już na górze, przy nawrotce, zdałem sobie sprawę z tego, że pobiegłem za lekko. Nie sam podbieg, od początku pobiegłem za lekko. Na dziewiątym kilometrze próbowałem się pozbierać i pocisnąć, ale okazało się, że przewyższenia miały inną propozycję. Wyszło 4’16”, 20 metrów w górę i 30 w dół. Najpierw były te w dół, dopiero potem te w górę 😉 Ostatni kilometr to pomieszanie rezygnacji z ambicją. Na początku była rezygnacja, bo przecież już trzeciego miejsca nie będzie. Ale potem stwierdziłem, że to bez sensu, że trzeba dokończyć robotę. Pocisnąłem ciutkę i dziesiąty kilometr przebiegłem 4’07”. Dodatkowe 51 sekund spędziłem na dobiegnięciu do mety (średnie tempo 3’44″/km), która była ~230 metrów dalej, według pomiaru Garmina.

Na mecie ucieszyłem się, że to już koniec. Zostało potruchtać, żeby się schłodzić. Założyłem bluzę, żeby mnie nie przewiało i zacząłem truchtać. Zaskoczyło mnie, jak lekko mi się biegło. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że dałem ciała. Że odpuściłem ten bieg, zanim go zacząłem. Później sprawdziłem średnie tętno – 159 bpm. Toć to nawet nie jest przyzwoite tętno przy starcie na 10 km. Tak ze 165 by było lepiej… 😉 Ale wyszło jak wyszło.

Podstawowy wniosek, uwierzyć trochę w siebie. Ostatnio oddechowo się poprawiło, czas z tego skorzystać. Pachwina nie boli, czyli można spróbować mocniejszych biegów. Tylko muszę pilnować, żeby się na nich nie spinać. Trzeba pilnować luzu i nie bać się biegania poniżej 4’/km. Pozytywne jest to, że jest potencjał na lepsze wyniki i to mnie cieszy 🙂

No i fajny medal do kolekcji!

Medal z Przywidza
Medal z Przywidza

Zmiana planów

Czasami tak jest, że plan trzeba zmienić. Miał być maraton w Gdańsku, ale nie będzie. Zdrowie ważniejsze. Dokuczająca pachwina może nie przetrwać maratonu, a znając siebie, będę chciał dobiec do mety za wszelką cenę. Późniejsza rekonwalescencja może zająć kilkanaście tygodniu, lub dłużej. Tego zdecydowanie nie chcę. Start, z tego względu, odradza mi również mój nowy trener z Endure Team – Tomek Spaleniak. Kto zna świat polskiego triathlonu, ten wie, kim jest Tomek. Wymieniliśmy parę maili, chwilę porozmawialiśmy i, wydaje mi się, że to ma dużą szansę zagrać.

To, w sumie, kolejna zmiana planów. Miałem trenować się sam, ale… jakoś średnio mi to szło. Wrzucałem sobie jednostki, o których wiedziałem, że są za mocne, ale przecież dam radę. Co więcej, robiłem je dokładnie tak, jak je rozpisywałem. A potem zdychałem. To było zupełnie bez sensu. A przecież celem dalej ma być zrobienie chociaż jednego startu w triathlonie.

Tak więc wracam do treningów triathlonowych. Wrócił rower, raz nawet na zewnątrz przegoniłem anyroad’a 😉 Przybywa czasu spędzonego na rowerze, biegam i pływam. Oczywiście, musiał pojawić się problem, czyli przeziębienie. W poniedziałek odpuściłem basen, wyleżałem się w łóżku i próbowałem wyzdrowieć. We wtorek poczułem się na tyle dobrze, że zrobiłem poranny rower. Po rowerze poczułem się jeszcze ciut lepiej, więc pobiegałem. Po bieganiu padłem na twarz… No nie byłem jeszcze zupełnie zdrowy, ale co tam 😉 Na szczęście ten pęd do realizacji treningu nie doprowadził do pogorszenia stanu zdrowia. Dzisiaj jest pierwszy dzień, gdzie czuję, że moc zaczyna wracać!

Teraz pozostaje doprowadzić do porządku sprzęt, pachwinę i głowę. To ostatnie, obawiam się, będzie najtrudniejsze. Ale trzeba pracować na zmiany. Bez pracy nic z tego nie będzie. I w końcu się uda, popłynę tylko po to, żeby móc pojechać na rowerze. A to wszystko po to, żebym mógł skończyć na moim ulubionym bieganiu… Tak sobie o tym myślałem na bieganiu z dzisiejszej zakładki, co zaowocowało tym, że mnie „z lekka” poniosło z tempem 🙂

A z maratonem jeszcze się zmierzę. Cel „Maraton w tempie 3’59″/km” dalej jest na liście!

Anegdoty basenowe

Czasami na basenie, szczególnie gdy są na nim dzieci, mam okazję słyszeć rozmowy, które rozkładają mnie na łopatki. Ciężko wtedy zachować poważną minę i nie gruchnąć śmiechem… Zauważyłem, że nie tylko ja mam takie przypadki, sporo ludzi ma swoje anegdoty basenowe. Dzisiaj chciałem podzielić się dwiema rozmowami, obie z zeszłej środy.

Scenka pierwsza, już po basenie, ale jeszcze w przebieralni. Rozmawiają (T)ata i (S)ynek.
T: Synku, dlaczego nie słuchasz się pani trenerki?
S: Ale kiedy?
T: Wtedy, kiedy powiedziała, że macie pływać. A Ty co robiłeś?
S: Fikołki
T: No właśnie. Jak nie będziesz się słuchał pani, to nie nauczysz się pływać
S: Ale za to będę umiał fikołki!

Scenka druga, też po basenie, w szatni. Tym razem (M)ama i (S)ynek.
M: Fajnie było na basenie?
S: Tak, super!
M: Bardzo się cieszę.
S: Fajnie było! Pływałem, skakałem do wody!
M: To co? Będziesz dwa razy w tygodniu chodził? Raz tutaj, raz w szkole?
S: Tak! Basen jest fajny!
M: Widzisz, mówiłam. Powinieneś słuchać co matka mówi…
S: E tam, ja po prostu mam talent!

Opis na blogu nie oddaje tych emocji, ale dołóżcie do tego, w wyobraźni, dziecięcy entuzjazm i beztroskę… 🙂

Witaj, świecie!

Witaj na witrynie trilozofia.pl. Niedługo nastąpi początek programu.

Na początku zawsze pada pytanie „Ale o co chodzi?”. Chodzi o spisywanie pamiętniczka, dla przyjemności, dla potomności. Tym przecież jest blog, nieprawdaż? W tym miejscu w sieci będziemy (my, czyli Monika i Kamil) wrzucać to, co nam się żywnie spodoba. Najczęściej pewnie wpisy będą dotyczyły tematów okołotriathlonowych. Dlaczego? Bo taka nasza trilozofia 😉

Pomysłów na wpisy jest wiele. Dotyczyć będą (kolejność przypadkowa):

  • treningu triathlonowego
  • diety i żywienia (nie tylko w sporcie)
  • sprzętu
  • techniki (w szerokim tego słowa znaczeniu)
  • naszych postępów, osiągnięć i porażek
  • rzeczy różnych, acz ciekawych 😉

Jeśli zdarzyło Ci się zajrzeć, zostaw po sobie ślad. Jeśli jakiś wpis wydał Ci się szczególnie kontrowersyjny/ciekawy/nudny, daj znać!

Może wydawać się dziwne, że wpis „Witaj świecie” nie jest pierwszy, ale taka to już sytuacja. Jakiś czas temu Monika zaczęła prowadzić bloga w innym miejscu sieci, ale skoro powstało to, to przeniesione zostały tutaj.

To na razie tyle, zapraszamy do lektury!