Lekko pikantny makaron z kurczakiem i warzywami

Chyba mnie pogoda załatwiła. Mam na myśli ten armagedon po Biegu Niepodległości. Rozchorowałem się, straciłem głos i jakoś się, cholera, nie mogę wyleczyć. Siedzę grzecznie w domu, podczas gdy miałem pływać i nadrabiać braki na basenie. A tu taka sytuacja. Zostało mi jedynie pocieszać się jedzeniem… No właśnie, jedzenie. Moja waga w tej chwili, to jakiś dramat. Przez tydzień ponad 2 kg w górę! A tutaj w głowie już nowy sezon i to, że miałem wrócić do wagi startowej (okolice 74-75 kg). Żeby już tak sobie zupełnie wyrzutów nie robić, postanowiłem, że dzisiaj będzie coś zdrowszego, mniej kalorycznego i takie tam.

Dla sportowca wytrzymałościowego makarony są dobrym znajomym. I słusznie, bo mają sporo zalet. Przynajmniej dopóki nie są rozgotowane 😉 Ale nie o tym miałem. Jest jesień, słońca niezbyt wiele, pogoda przygnębia. Trzeba dostarczać sobie witamin. A te lubią siedzieć w warzywach! Stąd pomysł na dzisiejszy obiad.

Składniki na 4 porcje:

  • Makaron razowy (u nas penne)
  • Dwie średnie piersi z kurczaka
  • Jedna czerwona papryka
  • Dwie żółte papryki
  • Jedna cebula
  • Kilka pomidorków
  • Dwie łyżki koncentratu pomidorowego
  • Dwie łyżki oliwy z wytłoczyn z oliwek
  • Pół łyżeczki pieprzu cayenne
  • Dwie łyżeczki czosnku granulowanego
  • Łyżeczka tymianku
  • Sól (do smaku)
  • Natka pietruszki (do podania)

Papryki myjemy i kroimy w paski. Cebulę kroimy w piórka. Piersi kurczaka kroimy w niedużą kostkę (tak ~1 cm). Kurczaka wrzucamy do miski, wlewamy jedną łyżkę oliwy, dodajemy przyprawy (pieprz cayenne, czosnek granulowany, tymianek, szczyptę soli) i mieszamy, aby mięso pokryło się przyprawami. Odstawiamy na parę minut (można dłużej, jak ktoś lubi sobie pomarynować ;)). Przygotowujemy patelnię, rozgrzewamy ją dosyć mocno i wlewamy drugą łyżkę oliwy (w zależności od patelni, może być potrzebne więcej oliwy). Porcjami dodajemy kurczaka, żeby temperatura patelni nie spadła zbyt mocno i smażymy aż się mięso usmaży. Lekko obniżamy temperaturę, po czym dodajemy cebulę, znowu smażymy, tym razem aż cebula zmięknie, po czym dodajemy paprykę i… smażymy aż trochę zmięknie 😉 Wrzucamy dwie łyżki koncentratu pomidorowego, wlewamy ze dwie, trzy łyżki wody, mieszamy i jeszcze trochę smażymy, ale już na małym ogniu. Warto w tym momencie spróbować, czy nie potrzeba np. soli lub czy sos jest wystarczająco pikantny. W międzyczasie gotujemy wodę na makaron, solimy ją i wrzucamy suchy makaron. Gotujemy makaron al dente, bo taki jest najlepszy. Gdy makaron się gotuje, do kurczaka dodajemy pokrojone w ćwiartki pomidorki i smażymy jeszcze chwilkę. Chodzi o to, żeby pomidorki się nie rozpadły.

Na koniec odcedzamy makaron, wrzucamy na miski/talerze, nakładamy na to sos. Posypujemy odrobiną natki pietruszki i jemy! Efekt końcowy może wyglądać jakoś tak (wiem, wiem, muszę popracować nad prezentacją):

Lekko pikantny makaron z kurczakiem i warzywami
Lekko pikantny makaron z kurczakiem i warzywami

Smacznego!

Bieg Niepodległości 2017

Ostatnim startem tego sezonu miał być (i był) Bieg Niepodległości w Gdyni, ostatni bieg w cyklu Grand Prix Gdyni w biegach ulicznych. Tym razem trasa biegu była klasyczna, taka jak choćby w zeszłym roku. To trasa, którą znam jak własną kieszeń, którą w sumie lubię. Moim największym wyzwaniem zazwyczaj jest ulica Świętojańska. Podbieg, niby nieduży, ale długi. Potrafi zmęczyć. Przekonałem się o tym niejednokrotnie, choćby w trakcie jednego z Biegów Europejskich, kiedy Świętojańska mnie ugotowała 🙂

Plan był prosty, zaatakować życiówkę, złapać ją, rzucić na glebę i się po niej przebiec 😉 Czyli każdy wynik poniżej 38’38” był zadowalający. No ale przecież nie może być tak prosto, nie? Tak fajnie się w parkrunach biegało, tak fajnie poszło bieganie na MP w duathlonie… To wymyśliłem sobie, że chciałbym pobiec poniżej 38 minut. Celem max było średnie tempo 3’45″/km, czyli na mecie 37’30”.

Nadzieję rozbudzał też fakt, że przez ostatnich kilka dni pogoda nie dawała powodów do narzekania. Nawet zbyt mocno nie wiało, a przynajmniej nie na tyle, żeby się tymi podmuchami zbytnio przejmować. Pogoda miała jednak inne plany, się wzięła i zepsuła. 🙁 Pocieszające było to, że plecy trochę mniej bolały, nogi miały luz i ochotę zasuwać. Ogólnie było całkiem dobrze, czułem się mocny! W głowie tkwiło, że cel 37’xx” jest realny. Przecież to tylko dwa razy dłuższy dystans niż 5 km, co w tym trudnego? 🙂

Trzy godziny przed biegiem zjadłem standardowy posiłek (ryż), chwilę pokręciłem się po domu i stwierdziłem, że czas jechać. Dużą zagwozdką był dla mnie dobór stroju. Temperatura jako taka (termometr pokazywał 3 stopnie) nie stanowiła problemu. Problemem był zimny wiatr. Ostatecznie zdecydowałem, że założę koszulkę termoaktywną z długim rękawem, na to koszulka biegowa i do tego spodenki triathlonowe kończące się na udzie (Huub Core – polecam).

Przed rozgrzewką zebraliśmy się w ramach Endure Team na grupowe zdjęcie (bezwstydnie ukradzione z profilu Ironfactory.pl na FB ;)). Chyba widać, że było zimno 😉

Reprezentacja Endure Team
Reprezentacja Endure Team

Na rozgrzewkę ubrałem się jak człowiek-worek, żeby mnie nie przewiewało i nie wychładzało. W trakcie rozgrzewki doszedłem do wniosku, że jeśli pogoda się nie pogorszy, to strój powinien dać radę. Po rozgrzewce poszedłem na start i żeby się nie wychłodzić zacząłem łazić w kółko po strefie startowej, podobnie jak całkiem spora grupa zawodników 😉

O godzinie 15 wystartowaliśmy, grupa czerwona (elita, czasy poniżej 35′) i żółta (moja, 35′-39’59”). Kolejne startowały z odstępem czasowym. Założenie było takie, żeby pobiec płaskie kilometry równo, a na podbiegach kombinować, na wyczucie. Pierwszy kilometr biegłem lekko niepewny tego, jakie tempo będzie „delikatnie niekomfortowe”. I wyszedł trochę za wolno (3’44”, wg zegarka), można było te kilka sekund szybciej. Na drugim kilometrze był delikatny podbieg, więc tempo pod kontrolą, ale ostatecznie wyszedł szybciej niż pierwszy (3’43”). Trzeci kilometr, ul. Polska, był wietrzny. Na szczęście biegło trochę grupek i można się było schować. Wyszło znowu wolniej (3’45”) niż miało. Wrrr. No to na czwartym nie ma odpuszczania! Nie odpuściłem, na podbiegu się spiąłem i… jak mnie szarpnęło w plecach, w odcinku lędźwiowym, to pierwsza myśl była „zejdź z trasy, bo sobie zrobisz krzywdę”. Kurde, a tak było dobrze… No nic, pomyślałem, że dobiegnę do Świętojańskiej i najwyżej stamtąd zejdę z trasy, będzie bliżej do mety i depozytów. Czwarty kilometr zajął 3’50”. Biegło się jakoś sztywno, jak by mi ktoś drugi kręgosłup zrobił z kija. Mimo wszystko, piąty kilometr pobiegłem szybciej (4’43”) i pierwsza piątka pękła w 18’49” (wg oficjalnego pomiaru). Czyli nie ma masakry, ciągle jest szansa na wynik poniżej 38″! Tylko te plecy… Stwierdziłem, że zobaczę jak pójdzie szósty kilometr i najwyżej faktycznie zejdę. Zdziwiłem się trochę, bo nie spodziewałem się, że szósty kilometr zrobię w 3’35” :-O Czyli jestem sztywny, boli, ale tempo mogę trzymać. Czyli czas na Świętojańską! Jeśli dobrze pamiętam, to nie udało mi się do tej pory pobiec jej w tempie poniżej 4’/km. Nie udało, do dzisiaj – średnie tempo 3’57″/km. Szału nie ma, ale jest poniżej 4′! Ze Świętojańskiej za wiele nie pamiętam, poza myślą „oddychaj na dwa, bez hiperwentylacji”. I jakoś poszło. Ósmy kilometr (al. Piłsudskiego), w dużej mierze z górki, pyknął w 3’41”. No to teraz już meta blisko. Jak wiatr nie przeszkodzi, to jest szansa zrealizować cel! Dziewiąty i dziesiąty kilometr były w okolicach 3’45″/km, na finiszu coś tam przyspieszyłem. Ostatecznie na mecie byłem po 37’52”, według zegarka. Później ten czas potwierdził też SMS od organizatora.

Co się potem porobiło z pogodą, to ciężko opisać. Serdecznie współczułem tym, którzy jeszcze biegli. Zdążyłem się przebrać i pogoda oszalała. Uciekałem czym prędzej. Do auta dobiegłem (no dobra, dotruchtałem) mokry i przemarznięty. Miałem 3 warstwy na nogach, 4 na górze i było mi mega zimno. Śnieg, deszcz, wiatr… Brrr!

Sam bieg wyszedł lepiej niż się spodziewałem. Gdy zabolało mnie w plecach miałem wizję albo zejścia z trasy, albo dotoczenia się do mety powyżej 40′. Z ciekawostek, średnie tętno było relatywnie niskie, 163 bpm. Z jeszcze większych ciekawostek, obniżenie kadencji okazało się trwałe, pobiegłem ze średnią kadencją wynoszącą 190 spm, a zazwyczaj na zawodach biegałem z kadencją ponad 200. Zmiana techniki pracy rąk oraz długości kroku, nad którą pracowaliśmy z Tomkiem od 22 września, okazała się być dobrą zmianą. Biegam znacząco szybciej, na niższej kadencji. Średnie tętno spadło. W półtorej miesiąca postęp prędkościowy – kosmiczny! Dzięki Trenerze, proszę o jeszcze 🙂

Numer i medal z Biegu Niepodległości 2017
Numer i medal z Biegu Niepodległości 2017

Makaron z cieciorką i czarną fasolą.

Dzisiaj wykonuję swego rodzaju powrót do przeszłości. Kiedyś zdarzało mi się, w miarę regularnie, wrzucać różne przepisy na innego bloga. Z tyłu głowy mam, że kiedyś do tego wrócę, ale na razie jakoś nie mogę się za to zabrać. Z drugiej strony, zawsze chciałem wrzucać na Trilozofię przepisy, które są szybkie, łatwe i całkiem znośne dla sportowca.

Biorąc pod uwagę fakt, że dzisiaj mam dzień regeneracji, postanowiłem zrobić do jedzenia coś fajnego. Początkowy pomysł był na rybę z pieca podaną na makaronie pełnoziarnistym z czosnkiem i cukinią. Jednakowoż, jak już się miałem zabrać za gotowanie, stwierdziłem, że nie chce mi się bawić z rybą. Postanowiłem zrobić coś innego, tytułowy makaron z cieciorką i czarną fasolą. Inspiracją był przepis znaleziony w sieci, na makaron z samą cieciorką. Jednak znaleziona w szufladzie z przyprawami słodka wędzona papryka skojarzyła mi się z czarną fasolą. Mając na względzie, że puszka tejże znajdowała się w spiżarni, grzechem było nie zrobić tego makaronu po swojemu 😉

Jeszcze dwa zdania, dlaczego przepis jest „znośny dla sportowca”. Makaron pełnoziarnisty jest zródłem dobrych węgli. Cieciorka i fasola są źródłami białka. No dobra, trzecie zdanie jeszcze: i to jest smaczne 😛

Składniki na cztery porcje:

  • Makaron pełnoziarnisty (zależnie od potrzeb, ja liczyłem 80g suchego dla siebie i po 40g dla dziewczyn)
  • 5 ząbków czosnku
  • 1 puszka cieciorki
  • 1 puszka czarnej fasoli
  • 1 puszka krojonych pomidorów
  • Słodka wędzona papryka
  • Pieprz czarny
  • Rozmaryn suszony
  • Sól
  • Oliwa z wytłoczyn z oliwek (do smażenia)
  • Odrobina natki pietruszki (do podania)

Sam przepis jest prosty do bólu. Cieciorkę i fasolę osączamy (osobno). Ząbki czosnku obieramy i kroimy w cienkie plasterki. Puszkę z pomidorami otwieramy i mamy pod ręką. Nastawiamy wodę na makaron, żeby się zagotowała. Na patelni mocno rozgrzewamy 2-3 łyżki oliwy. Wrzucamy pokrojony czosnek i smażymy, aż bardzo delikatnie zacznie się rumienić, wtedy jak najprędzej dorzucamy krojone pomidory i mieszamy. Dodajemy łyżeczkę rozmarynu, trochę wędzonej papryki (wedle upodobań, ale najlepiej nie za dużo) doprawiamy solą i pieprzem, mieszamy i chwilę (45-60 sekund) smażymy.

W międzyczasie woda na makaron powinna być już wrząca, więc dodajemy soli i wrzucamy makaron. Od razu podkreślam, że makaron najlepiej smakuje „al dente”, a nie jako rozgotowana paćka 😉

Do smażącego się sosu dodajemy cieciorkę i smażymy ze dwie minutki, po czym dodajemy czarną fasolę. Zmniejszamy grzanie i czekamy aż sos się odrobinę zredukuje.

W kolejnym międzyczasie makaron powinien się już ugotować. Odlewamy go i dodajemy do zredukowanego sosu. Mieszamy, żeby makaron dobrze pokrył się sosem i podajemy. Przed podaniem można dodać trochę natki pietruszki. Efekt końcowy może wyglądać tak:

Makaron z cieciorką i czarną fasolą
Makaron z cieciorką i czarną fasolą

Kona w tym roku była nie dla mnie…

Tak jak w tytule. Nie było mi dane… pooglądać i pokibicować 😉 Dzisiaj był, w sumie, najważniejszy start sezonu. Chociaż trochę przypadkowy. Nie planowałem startu w Mistrzostwach Polski w Duahtlonie. Gdy jednak okazało się, że są tuż pod nosem, grzechem było nie wystartować. O MP dowiedziałem się w okolicach 10 września i po szybkich ustaleniach z trenerem zapadła decyzja, że jedziem z tym koksem 😉

Było to o tyle szczęśliwe zrządzenie losu, że Tomek zasugerował chwilę wcześniej zmianę techniki biegowej. Była motywacja, żeby nad tym popracować. I przy okazji szansa, żeby może (mooożeeee…) załapać się na jakieś pudło. Dalej to w sumie jak w bajce, czyli: jak pomyśleli, tak zrobili. 😉

Nastąpił okres dosyć intensywnej pracy nad nową techniką, przy okazji pracy nad szybkością, której to (prędkości) mi ewidentnie brakuje. No nie potrafię się rozpędzić, za diabła! Krótkie odcinki, 100 czy 200 metrów, biegam z żałosną prędkością, szczególnie w porównaniu do ludzi, którzy na dłuższe dystanse biegają trochę wolniej ode mnie. Owszem, rozpędzę się na setce do 3’15”-3’20″/km, ale to jest (no, był) maks. Za to jak biegnę trzy setkę, to biegałem ją po… 3’15”-3’20″/km. Po prostu brakło prędkości. Zmieniona technika przyniosła poprawę, na 20″ przyspieszeniach potrafią zacząć się pojawiać tempa z dwójką na przedzie. Czyli coś się ruszyło! Do tego sprawdziany na dystansie 5 kilometrów pokazywały, że jest lepiej. W parkrunie pobiegniętym 12 sierpnia ruszyłem życiówkę, nowy czas to 19’03” (poprawa o 8 sekund). W kolejnym parkrunie, pobiegniętym 7 października, życiówka znowu się ruszyła. Tym razem mocniej, bo czas biegu wyniósł 18’47”. Nowa technika przyswaja się powoli, ale jak widać, działa. Efekt jest taki, że biegam trochę dłuższym krokiem, z nieco niższą kadencją (~10 SPM niższą, czyli ~190 SPM zamiast 200).

Po tym przydługim wstępie dochodzimy do sedna, czyli dzisiejszego duathlonu. Pierwszy raz (świadomie) startowałem w imprezie takiej rangi. Zdarzyło mi się kiedyś biec, w jakimś biegu, który miał rangę MP, ale umówmy się – na pudło nie było wtedy szans. A tym razem, gdzieś tam sobie wkręcałem, że może by się udało wyjąć pudło w kategorii. Jeśli będzie nie za mocno obsadzona 😉 Nie da się ukryć, że dwa tygodnie przed startem przygotowania do duathlonu zeszły, co nieco, na drugi plan. Nastąpiło to ze względu na przybycie Henryka, najsłodszej istoty świata, potomka Moniki i mojego. Wypadło kilka treningów, ale w sumie nic strasznego. Ot, wdrażanie się do roli młodego ojca 😉

Wracając do duathlonu. Byłem przerażony tym, jaka może być pogoda. Ostatnie zakładki kończyły się tym, że byłem przemarznięty i nie miałem już ochoty na nic. Szczególnie ostatnia zakładka, składająca się z biegania na stadionie, roweru po trasie zawodów, a potem kolejnego biegania na stadionie, dała mi się we znaki. Nogi mi tak zmarzły na rowerze, że rozgrzałem się dopiero na schłodzeniu po drugim bieganiu :-O Tymczasem pogoda postanowiła zrobić nam miłą niespodziankę, mimo że dzień nie zaczął się przyjemną pogodą. Mżyło i wiało. W okolicach godziny 10:30 niebo zaczęło się jednak przejaśniać. Potem pojawiło się słońce i zrobiło się nawet przyjemnie! Oczywiście, jak to w tych okolicach, wiało. Ale to już detal. Przed startem zrobiłem standardową rozgrzewkę, tym razem korzystając z dostępności stadionu MOSiR Rumia, po czym oddałem ciuchy do depozytu i podreptałem w okolice startu.

Na starcie stanęło niespełna 90 zawodniczek i zawodników startujących w kategoriach wiekowych. Z niespotykaną u mnie pewnością siebie ustawiłem się w drugiej linii startujących. Przecież dzisiaj to ja mam o pudło powalczyć, nie? Jeszcze mała wpadka ze starterem, który nie odpalił za pierwszym razem i polecieliśmy. Wiedziałem, że na początku ludzi poniesie. I postanowiłem się dać troszkę ponieść. Jakieś 300 metrów leciałem tempem 3’20″/km, po czym spojrzałem ostatni raz na zegarek i pobiegłem. Założenie było takie, żeby biec tempem dyskomfortowym, ale znośnym. W cichości ducha liczyłem, że zbliżę się do życiówki na 5 kilometrów. Jakaż była moja radość, gdy dobiegając do T1 zobaczyłem na zegarze 18’43”! Wypas, zrobiłem życiówkę 😀

T1 to była katastrofa. Nie ogarniam ciągle wskakiwania na rower, no jakoś mi to nie idzie. Chciałem uniknąć gleby, więc stwierdziłem, że potuptam w butach, jak zawsze. Do tego jeszcze zawodnik obok mnie powiesił swój rower tak, że odciął mi dostęp do skrzynki z moimi rzeczami. Zanim poprawiłem jej/jego rower, pozakładałem co miałem założyć i dotuptałem do belki minęła wieczność. Mogłem się równie dobrze zdrzemnąć… Wyprzedziły mnie ze 3, a może i więcej osób. Na rowerze ustawiłem sobie wcześniej małą tarczę z przodu (nigdy wcześniej tego nie zrobiłem), żeby nie było zbyt ciężko ruszyć. A potem okazało się, że nie mogę wrzucić blatu. I tak walcząc z tym blatem (a raczej jego brakiem) kulałem się na rowerze, po drodze sobie przypominając, że nie kliknąłem zegarka na wyjściu z T1. Moje T1 miało ponad 600 metrów =} W końcu udało się ogarnąć ten blat i popedałowałem. Ale nogi nie chciały podawać. Nie wiem dlaczego, ale tak się niestety stało. Wykrzesałem z siebie ledwie 250 watów NP. Toć na treningach jeździłem znacząco więcej. I znacząco szybciej. Nawet przy zakładkach (no, oprócz tej, gdzie przemarzłem). Udało mi się wyprzedzić jedynie ze 3 osoby.

Wykręciłem dwie pętle, 4 razy lekko machając do mojej kochanej rodzinki, która stała przy trasie i zjechałem do T2. Naturalnie, dojechałem do belki, wypiąłem butki i potuptałem, niczym jeż, odstawić rower. Zrzucanie butów i kasku tym razem było trochę szybsze, ale straciłem czas, bo pomyliłem alejki. A przecież podglądałem, gdzie to ma być i takie tam. Ech. I znowu mnie powyprzedzali… No nic, idę na drugi bieg.

Drugi bieg był krótki, ledwie 2,5 kilometra. Założenie było takie, żeby bez żadnych kalkulacji lecieć ile fabryka dała. I być na mecie przed upływem 10 minut. No to lecę, a metry się dłużą. Czuję, że pomalutku zaczyna spadać tempo, więc poprawiam formę – praca rąk, długi krok, oddychanie – i jadę dalej. Biegnę, biegnę, a tu dopiero pierwszy nawrót. Kurde, ile jeszcze?! I sobie obiecuję, nie spojrzę na zegarek. Mam lecieć na czuja. Powrót w okolice mety minął tym razem zaskakująco szybko. No dobra, nawijamy znowu i ostatnia pętla. Ciśnij, kurde! I cisnę i parskam i prycham i stękam i jęczę. I nawet się przemieszczam. Ba, nawet kogoś wyprzedziłem. Nawrotka, jeszcze trochę. Za chwilę będzie zakręt i potem już dobieg do mety. Słyszę doping Kasi i ekipy z Biegamy Razem, ale jestem półprzytomny z wysiłku. Lecę, zostało ze 100 metrów. I kolega, którego wyprzedziłem, leci mocny finisz. A ja nie mam już sił się bronić. No masz ci los. Pogodzony z losem dobiegam do mety. Klik na zegarku i patrzę na czas. Drugi bieg zrobiłem w 9’43”, czyli zgodnie z założeniami!

Sumaryczny czas wyszedł 1 godzina 3 minuty i 19 sekund. Miało być poniżej godziny i 5 minut i wyszło. Czyli nie jest źle. Chociaż ten rower, gdyby nie ten rower… No dobra, nie marudzę. Polazłem się rozbiegać, żeby mieć to z głowy. Wiedziałem, że jak zacznę to odwlekać, to w ogóle nie pójdę. A nauczyłem się już, że jak się rozbiegam, to potem się szybciej/łatwiej regeneruję. Odziałem się w coś cieplejszego i polazłem czekać, aż pojawi się Arek. Dobiegł z miną, która nie sugerowała nagłej śmierci, czy nie było tak źle 😉

Podium MP w Duathlonie AG 35-39
Podium MP w Duathlonie AG 35-39

Wydawało mi się, że na metę dotarłem co najwyżej w połowie stawki. Ale okazało się, że jednak nie. Gdy wywiesili wyniki, to znalazłem swoje nazwisko pod koniec drugiej dziesiątki, na 19 miejscu open. Przy okienku z kategorią wiekową widniała trójka. Na początku byłem mocno zdziwiony nie ogarnąłem. W końcu jednak do mnie dotarło, jestem brązowym medalistą Mistrzostw Polski w Duathlonie, w kategorii wiekowej 35-39 😀 A potem… wywiady, podróże… znaczy, dekoracja, uwieczniona na zdjęciu poniżej 😉
 3

Teraz mogę się chwalić, że jestem medalistą Mistrzostw Polski 😉 Chociaż później, gdy stałem w kolejce z pampersami, zastanawiałem się, jakie to ma znaczenie? Patrzyłem na ludzi dookoła i wiedziałem, że oni nie mają pojęcia, że były jakieś MP niedaleko tegoż sklepu. I pewnie wielu z nich nie wiedziało by, co to duathlon. Potem do mnie doszło, że w sumie, to nawet lepiej. Najważniejsze, że ja wiem. I że ci, którzy są dla mnie ważni też wiedzą. I że się z tego cieszą. Tak jak i ja. Bo gdzieś tam w annałach pojawił się mały zapis, że ten oto mały człowieczek, stanął sobie na podium. Dali mu medal i statuetkę. I jara się jak gwizdek 😀

Medal i statuetka za III miejsce w MP AG w Duathlonie
Medal i statuetka za III miejsce w MP AG w Duathlonie

Mała aktualizacja/korekta co do czasów, ponieważ pojawiły się oficjalne wyniki, i tak:

  • 1 bieg – 18’56” (bó, nie ma życiówki) – 14 czas
  • T1 – 1’11”
  • rower – 32’18” – 20 czas
  • T2 – 1’56”
  • 2 bieg – 8’59” – 7 czas

Trochę się mi te czasy nie spinają, z tym, co pokazywał zegarek i co widziałem na zegarze zawodów. Niemniej, z kronikarskiego obowiązku przytaczam.

Duathlon Ustka 2017

Gdy tylko pojawiła się informacja, że organizowany będzie Duathlon Energy w Ustce od razu się nim zainteresowałem. Moje pływanie w wodach otwartych jest tam, gdzie było. Głęboko w lesie. W związku z tym, z przyczyn otwartowodnych, Duathlon w Ustce został moim startem A. Jedyny start w multisporcie w tym roku. Musiało być mocno. I nie da się ukryć, że mocno było. Mocno obsadzona była ekipa Endure Team. Mocno obsadzona była ekipa kibicująca (Monika z Heniutkiem inside, Mama). No i mocno obsadzona reprezentacja Andruszów (Arek i ja) 🙂 W takich okolicznościach nie zostało mi nic innego, jak zrobić porządny wynik.

O wynikach ekipy Endure Team wypadałoby napisać osobny wpis, bo koleżanka i koledzy zdominowali tabele wyników! Gratulacje dla wszystkich! A wpis w konkretnych wynikach zapewne popełnią Trenerzy, więc nie będę się wcinał w kompetencje 😉 Nie da się ukryć, że jako Endure Team byliśmy świetnie widoczni, nie tylko za sprawą wyników, ale też nowych strojów startowych. Stroje są fajne, zarówno pod względem wzorów, ale i wygody!

Startowałem na dystansie długim, który teoretycznie miał składać się z 10 kilometrów biegu, 40 kilometrów na rowerze i na dokładkę jeszcze 5 kilometrów biegu. Teoretycznie miał. Ale o tym za chwilę. Logistyka wyprawy do Ustki była skomplikowana, bo Heniek już teoretycznie jest „na wylocie” i trzeba było się na tą okoliczność zabezpieczyć. Wyprawka do szpitala, fotelik, takie tam. Oprócz tego nasze rzeczy (Mamy, Moniki i moje). I rower. Internetowy dostawca dał ciała i w ostatniej chwili napisał, że nie zdąży wysłać łap do bagażnika dachowego. Przez to w czwartek szukałem, gdzie w Trójmieście mogę je znaleźć. Na szczęście się udało! 🙂

Do Ustki pojechaliśmy dzień przed zawodami, żeby na spokojnie wszystko ogarnąć, wyspać się przed startem, etc. Pierwszy raz zabrałem ze sobą śniadanie w pudełku, żeby nie ryzykować tego co dają w hotelu. I to był dobry pomysł! Pojadłem jak trzeba i potem nie było żadnych problemów żołądkowych, podobnie z zapasem energii – było jej dosyć 🙂

Zakładka, zrobiona tydzień wcześniej, utwierdziła mnie w przekonaniu, że obmyślony plan na start jest dobry. Plan był prosty i ambitny, pierwszy bieg w tempie poniżej 4’/km. Rower na pierwszej pętli na ~240-250 watów, na drugiej na ~260-270 watów. Drugi bieg też poniżej 4’/km, a najlepiej na życiówkę na 5 kilometrów, czyli w tempie poniżej 3’48″/km. 😉 Rzeczywistość trochę te plany zweryfikowała.

Start nastąpił o godzinie 11. Pierwsze metry i czuję, że mnie ponosi. Szybki rzut oka na zegarek, tempo 3’35″/km, tego się nie da na razie utrzymać 😉 Strategicznie zwolniłem do założonego tempa i poleciałem jak należy. Na początku była spora grupka i zastanawiałem się, ile osób jest przede mną. W pewnym momencie zauważyłem, że ktoś biegnie z naprzeciwka – strój nie pozostawiał wątpliwości, to był Tomek Spaleniak. Znowu pierwszy 😉 Za Tomkiem widziałem kolejną osobę. Chwileczkę później jeszcze jeden zawodnik. No to pudło w open chyba się nie uda 😉 Dosyć blisko mnie było jeszcze trzech zawodników. I nikogo więcej! Byłem siódmy :-O W głowie siedziała jedna myśl: biegnij swoje, to jeszcze nie czas na ciśnięcie. Szczególnie, że to był dopiero trzeci kilometr… Konsekwentnie biegłem swoje. Na podbiegach skupienie na formie i pracy rąk i jakoś szło. Pierwsza pętla, a Garmin pokazuje tempo 3’58″/km. Dobrze, brawo ja! Teraz wystarczy tego nie zepsuć 😉 I się udało. Gdzieś po drodze wyprzedziłem jednego zawodnika, na jednym z podbiegów.

Druga pętla pierwszego biegu
Druga pętla pierwszego biegu

A propos, podbiegi. Przewyższenia według wysokości były śmieszne. Ale „konstrukcja” tych podbiegów była, hm, wymagająca. Już wtedy zdałem sobie sprawę, że życiówka na drugim biegu będzie trudna 😉 Jednak nie ma co uprzedzać faktów. Na razie dokończyłem drugą pętlę, w dobrym zdrowiu, niezbyt zmęczony. Średnie tempo 3’58″/km, zgodnie z założeniami. Czas 38’26”, szósty czas pierwszego biegu! Dystans wyszedł ciut krótszy niż planowane 10 kilometrów, ale jakoś mi to nie przeszkadzało 😉 Strefa zmian o wiele lepiej niż rok wcześniej w Przywidzu, więc nie będę narzekał. Wybiegam na rower. No właśnie, wybiegam, ale w butach rowerowych. Nie ogarnąłem wskakiwania na rower, to zamulam. Do poprawy!

Wybieg z T1
Wybieg z T1

Sam rower był pasmem zaskoczeń. Nawierzchnia była trudna. Najpierw sporo bruku, potem kiepskiej jakości asfalt, potem jeszcze ciutkę bruku. I w końcu fajny asfalt! Na początku asfaltu chciałem przycisnąć, szarpnąłem się i coś mnie zaczęło boleć w plecach. Bolało już do końca zawodów. Niestety, asfaltowe szczęście nie trwało długo, bo po jakimś kilometrze, czy może dwóch, okazało się, że trasa prowadzi na ścieżkę rowerową. Brukowaną, wąską, pokręconą i z piaszczystymi śladami po kałużach. Jako, że moja technika jazdy jest taka sobie (delikatnie określając), tempo nie było zbyt imponujące. Ścieżka się skończyła, chwila trochę lepszej nawierzchni i znowu kostka. Grrr, no jak tu pędzić?! Potem lewy zakręt (90 stopni), znowu trochę średniego asfaltu i wjazd do lasu. Tutaj mokry asfalt, ale tragedii nie ma to cisnę. Nagle zakręt! Cholera, mokro, przed chwilą trochę mi się koło poślizgnęło, więc zwalniam. Wychodzę z zakrętu, zaczynam cisnąć, a tu niespodzianka – nawrotka! Moment, moment, przecież to jakieś 5 kilometrów za szybko! Masakra. Trudno, trzeba jechać dalej i tyle. Powrót prawie tą samą trasą, zjazd ze ścieżki, na ten fajny asfalt, przez „kładkę” nad trawnikiem. Znowu prędkość poleciała, wrrrr! Potem znowu bruk, kiepski asfalt i nawrotka. Druga pętla bez większych zmian, ciut odważniej pojechałem. Nawet kogoś zdublowałem. 🙂 Czas roweru 53’47”, mimo mojego niezadowolenia, okazało się, że to piąty czas zawodów :-O

Koniec roweru jest już bliski!
Koniec roweru jest już bliski!

Zsiadłem z roweru i… znowu potuptałem w butach rowerowych. Bo wiecie, schodzenia z roweru też nie potrenowałem. Może to dlatego, że jestem niestabilny (na rowerze :-P) i się boję? 😉 Tak czy owak, do poprawy. Zadowolony byłem z odżywiania w trakcie . Na pierwszym biegu nie jadłem nic (zgodnie z planem), przed startem jedynie Bossmana podarowanego mi przez Konrada. Posłużył dobrze 😉 Na rowerze spożywałem moje węgle o smaku malinowym. Ze skrobi ziemniaczanej… 😀 Smak malinowego ziemniaka mnie kiedyś odrzucał, ale się przyzwyczaiłem do niego. No i najważniejsze, nie rozsadza mi po nim wnętrzności, tak jak po vitargo. Plan był taki, żeby na rowerze wypić cały bidon, ale gdy okazało się, że trasa rowerowa jest krótsza, to stwierdziłem, że nie ma co w siebie wlewać na siłę. I to była dobra decyzja, bo po wyjściu na drugi bieg nic nie chlupotało i nie wracało 🙂

Zaczynam drugie bieganie
Zaczynam drugie bieganie

No właśnie, drugi bieg. Plan był, żeby zrobić z tego BNP wedle sił. Pierwszy kilometr miał być 4’15”-4’10”, wyszedł w 4’10”. Supcio 🙂 Na drugim kilometrze był podbieg. Krótki, ale wredny. Jakieś 14 metrów w górę na odcinku 100 metrów i zaraz analogiczny zbieg. Potem 200 metrów do nawrotki i znowu ta kombinacja podbieg/zbieg. Masakra, miałem wrażenie, że na podbiegach się zatrzymuję… No i drugi kilometr wyszedł w 4’12”. Niedobrze, ale było do przewidzenia. Trzeci kilometr, pomimo podbiegu pod schody i nawrotki wyszedł w 4’05”. No jest progres! Za to czwarty kilometr mi dołożył… 4’21”! Ostatni w tempie 4’/km to było wszystko na co mnie było stać. Wyszło nienajgorzej, bo to był znowu szósty czas zawodów na biegu.

I do mety :)
I do mety 🙂

Ostatecznie, skończyłem na szóstej pozycji w open i na drugim miejscu w kategorii wiekowej. Czas sumaryczny 1 godzina 55 minut i 19 sekund.

Podium :D
Podium 😀
Drugie miejsce w kategorii wiekowej
Drugie miejsce w kategorii wiekowej

Podsumowując, zawody uznaję za udane. Zarówno osobiście, jak i zespołowo. No i, co najistotniejsze, rodzinnie. Startował przecież też mój brat Arek. Ciutkę mu pomogłem w przygotowaniach 🙂 Kibicowały nam Monika i Mama, których wsparcie było czuć na całej trasie. I miejscami też słychać i widać 😉

Mocny finisz Arka
Mocny finisz Arka

Słodko, słodko?

Po raz kolejny połączę dwie relacje. Jakoś tak nie mam weny na pisanie ostatnio. 😉 Dwie relacje, czyli dwa starty. Forma zwyżkuje, trzeba próbować. Pierwsza relacja, to gdyński Parkrun, pobiegnięty półtorej tygodnia temu. Generalna idea była taka, żeby przepalić nogę przed dyszką w Szemudzie. Pocisnąć na wyższej intensywności. W tym sezonie „coś” mi ciągle wypada i tęskniłem za jakimś normalnym startem, bez komplikacji, zjazdów i innych takich. Drugi start, to wspomniana dyszka w Szemudzie.

Parkrun. Do tej pory pobiegłem jeden, ustanowiłem życiówkę (19’11”) i tyle. Kusiło mnie, żeby pobiec w Rumi, bo blisko, ale Trener „zasugerował” (;)) Gdynię. Plan na bieg był prosty, zacząć mocno, skończyć mocniej. I przy okazji najlepiej zrobić życiówkę. A ideałem było by, gdyby z przodu pojawiło się 18″. Rano pogoda była fajna. Chmurki, wcześniej trochę popadało. Lekki (bardzo) wiatr, dosyć chłodno. No idealnie! Dojechaliśmy z Mysią w okolice Skweru Kościuszki, chwilę się pokręciliśmy (jak zwykle przyjechałem za szybko) i nadszedł czas rozgrzewki. I jednocześnie to był ten czas, kiedy słoneczko postanowiło jednak się pokazać. W ciągu 5 minut wilgotność była bardzo wysoka i już po samej rozgrzewce byłem kompletnie mokry. A rozgrzewka mega intensywna nie była 😉

Stwierdziłem, że nie złamie mnie trochę wilgotności. Plan został taki sam, polecieć mocno. Chwila oczekiwania na starcie i poszli! Pierwszy kilometr mocno (3’51”) – czyli dobrze. Teraz tylko nie spieprzyć i dokończyć, a zostały już tylko 4 kilometry 😉 Na drugim kilometrze złapałem plecy jednego z biegaczy, który trzymał fajne tempo. Trzymałem się go, w międzyczasie piknął drugi kilometr w 3’44”. Bomba! Mój zając niestety osłabł i tempo zaczęło spadać. No to lecę sam, ale jakoś tak ciężej idzie. Trzeci kilometr zrobiony w 3’50”, za wolno, jeśli chcę zejść poniżej 19′! Trzeba pociągnąć mocniej, skupienie na plecach zawodnika będącego sporo przede mną i gonimy. Czuję, że tętno wysokie (jak na mnie), czyli udało się rozkręcić. Kończy się czwarty kilometr i zegarek pokazuje 3’48”, no prawie! Teraz jeszcze pociągnąć ostatni kilometr i meta. I jest jeszcze szansa na osiemnastkę na przedzie 🙂 Biegnę, biegnę, ale coś zaczyna mnie odcinać. Tętno rośnie, ale prędkość nie. Trzymam co się daje i kolejny kilometr w 3’51″… Za wolno. Na mecie czas 19’03”, 8 miejsce. Życiówka, ale delikatnie za wolna… Ale zmusiłem się do wysiłku i coś się odetkało. A na mecie wyglądałem, jak by mnie ktoś potraktował z węża strażackiego 😉

W temacie zmuszania się do wysiłku. Odpocząłem parę minutek na mecie i przyszedł czas na dokończenie treningu. Sam start, to była rozgrzewka. Potem jeszcze było 5 kilometrów w drugim zakresie, ale z tętnem poniżej 160 (poszło po 4’14″/km, gdyby nie ten kaganiec na tętno to… ;)) i 2 kilometry schłodzenia. Dałem radę, bez uszkodzeń, bez strat własnych. No po prostu poszło dobrze. I nawet szybciej, niż się spodziewałem 🙂

Na mecie wyglądałem o tak:

Meta Parkrun (fot. Przemek Dalecki)
Meta Parkrun (fot. Przemek Dalecki)

Drugi bieg, to Kaszubski Bieg Lesoków na 10 kilometrów w Szemudzie. Trasa po kaszubskich góreczkach. Siedem kilometrów asfaltu i trzy po lesie. Bieg o tyle ciekawy, że startował w nim też mój brat. To był sprawdzian, gdzie jesteśmy z przygotowaniami do duathlonu w Ustce. Sprawdzian, który wyszedł całkiem dobrze 🙂 Plan był taki, żeby pobiec całość w pałkę. A potem zobaczyłem profil trasy 😉 Według profilu (https://www.gpsies.com/map.do?fileId=yloytiatqznuepoo) pierwsza połowa trasy była przeważająco pod górkę, druga przeważająco z górki. Podbiegi na prawie całym trzecim oraz od 3,8 do 4,1 kilometra miały być bardzo wymagające. Oto jest szansa na odwet na górkach za Nocny Bieg Świętojański! Standardowo, przyjechaliśmy za szybko (;)), więc po odebraniu pakietu startowego trzeba było się pokręcić i pozamulać, zanim można było zacząć rozgrzewkę. Rozgrzewka standardowa, najpierw trochę biegania w tlenie, potem kilka przyspieszeń na rozruszanie i na koniec chwila truchtu.

Stanęliśmy z Arkiem na starcie, Monika, Mama i Zosia (najmłodsza córka Arka) zostały przy mecie, żeby dopingować na finiszu. Ustawiłem się bardziej z przodu, żeby tym razem nie musieć wyprzedzać tłumów. Jakoś zawsze staję za daleko, zakładając, że zaraz mnie całe stado ludzi będzie musiało wyprzedzać, a nie chcę innym utrudniać… Efekt jest taki, że tracę czas na początku dystansu, bo zostaję za plecami ludzi, którzy jednak biegną wolniej niż ja. I, niestety, znowu tak było, chociaż na szczęście tym razem nie tak bardzo jak zwykle. Zmodyfikowany plan mówił, że na zbiegach ma być szybko, na podbiegach mocno, a od 5 kilometra bieg w pałkę. Pierwszy kilometr w 3’45″/km. W tym kilka sekund stracone na wyprzedzanie. Na drugim kilometrze było ciut więcej podbiegania, ale było też zbieganie, więc wyszedł w 3’54”. Trzeci kilometr miał być hardkorowy, więc postanowiłem podejść rozważnie. Ostatecznie, Garmin pokazał 26 metrów do góry na dystansie kilometra i to wszystko w czasie 4’09”. Masakry nie było, żeby nie powiedzieć, że było za wolno. No ale przecież to nie mogła być już _ta_ górka… Za lekko się biegło! Kolejny kilometr, znowu i ze zbiegiem i z podbiegiem, i już częściowo w lesie, wyszedł w 4’01”. Piąty kilometr wyszedł najwolniej (4’15”), mimo że był relatywnie płaski (16 metrów w górę, 8 w dół). Nawierzchnia nie pomagała. W nocy sporo popadało, było mokro i grząsko. Ciężko się wyprzedzało, jak pomiędzy kałużami była ścieżka tylko na jedną osobę 😉 Gdy zobaczyłem znacznik szóstego kilometra dotarło do mnie, że górki już nie będzie i nie ma się co oszczędzać. Pomimo biegania po drodze leśnej przyspieszyłem i szósty kilometr wyszedł w 4′. Gdy skończył się las, można było pocisnąć. Siódmy kilometr w 3’55”, ósmy w 3’40”. Na dziewiątym kilometrze był podbieg, który na początku dystansu był zbiegiem. Wiedziałem, że pewnie zaboli i zabolał! Gdy go podbiegałem czułem się lekko przykurczony, no ale meta już blisko. Ten kilometr w 4’08”. Na dziesiątym kilometrze najpierw zbieg, potem podbieg i płasko do mety. Niby już nie mogłem, ale cisnąłem. Wbiegłem na metę z czasem 39’22” i wiedziałem, że coś jest nie tak z dystansem, bo coś za szybko ta meta się pojawiła. I faktycznie, Garmin pokazał 9,91 kilometra. Średnie tempo z całego biegu, według zegarka, to 3’58″/km. Czyli na całą dychę wyszło by ~39’40”. Przy tym profilu trasy – super! Owszem, można było ciutkę jeszcze pocisnąć, ale mnie górki zmyliły i się bez sensu oszczędziłem 😉 Zająłem 22 miejsce w open i 7 w kategorii. Nie tak źle 🙂

Na mecie dychy wyglądałem tak:

Już prawie meta w Szemudzie (fot. Zosia Andrusz)
Już prawie meta w Szemudzie (fot. Zosia Andrusz)

Podsumowując oba starty, to były dobre biegi. Dobrze zrobiły na głowę. Coraz lepiej wychodzi mi bieganie na wysokich intensywnościach, przynajmniej na zawodach. Z negatywów, żeby nie było tak zupełnie słodko, pojawiła się kontuzja mięśnia gruszkowatego. Podejrzewam, że przez złą technikę biegania po błocie. Skubany utrudnia siedzenie i leżenie. Jak na razie, dwa dni rolowania, masowania i rozciągania dają pozytywne efekty. Liczę na to, że jutro normalnie pójdę pobiegać. Szczególnie, że Trener wrzucił fajne zadanie 🙂

Na koniec jeszcze, pięknie dziękuję dziewczynom (Monice, Mamie i Zosi) za kibicowanie i wsparcie! Jak zawsze, dodało mocy 🙂

Lębork, Puck, ileż można napsuć? ;)

To pierwszy raz, gdy podsumowanie będzie dotyczyło dwóch startów. Pierwszy, 10 km w Lęborku, miał być przetarciem przed półmaratonem w Pucku. Do Lęborka udaliśmy się w składzie Monika, Mama i ja 🙂 Na rozgrzewce czułem, że coś jest nie tak. Było ciężko, przyspieszenia były wolne, trucht na koniec bardzo mnie zmęczył. Założenia na start były proste, pierwsze 5 km w tempie ~4’/km, a potem bieg w pałkę. Wyszło inaczej. Temperatura dała się trochę we znaki, podobnie jak mały defekt organizmu. Skutek był taki, że pierwsze 5 km było jak założone, a potem było coraz wolniej. Ostatecznie dotarłem na metę w czasie 40’17”. A chciałem co najmniej minutę szybciej. No nic, przetarłem się, potraktowałem ten start jako BC2/3 i powróciłem do treningu.

Bieg w Lęborku był w sobotę, w niedzielę było pływanie OW (dalej tragicznie to idzie) i regeneracyjny rower. W poniedziałek bieg, który zawsze lubiłem. Luźne 1h30′ w tlenie. Wyszło tragicznie. Szczególnie pierwsze 30 minut. Potem już jakoś szło. Wtorkowy rower też tak sobie, podobnie jak środowe bieganie.

Przełom przyszedł w czwartek. Przed bieganiem wziąłem leki i nagle odpaliło. OWBI wskoczyło na standardowe tempo, tętno zaczęło funkcjonować jak trzeba. Pojawiła się nadzieja na sobotę 😉 Piątkowy rozruch biegowy tylko to potwierdził!

Sobota. Pełen werwy pojechałem z ekipą kibiców (Monika, Mama, Zosia) na miejsce. Zjadłem sobie posiłek przedstartowy (standardowy ryż z dodatkami – było go ciut za mało, jak się potem okazało) i poszliśmy trochę pospacerować po Pucku. Koło 14 zjawiliśmy się na stadionie, gdzie był zlokalizowany start (i meta też). Przyjęcie leków, 15 minut przerwy, rozgrzewka i… jest super! Duży luz na początku rozgrzewki, spoko tempa na przyspieszeniach. W głowie pojawiło się, że zapewne dobiegnę w 1h25′ lub szybciej. Plan minimum to przybiec poniżej 1h30′. No bo wolniej to już by było słabo.

Na starcie pojawił się Paweł, też z Endure Team, dla którego ten start był powrotem po roztrenowaniu. Chwilę pogadaliśmy i okazało się, że celujemy w ten sam zakres czasowy. No, Paweł trochę ambitniej 😉 Chociaż nie powiem, chodziła mi po głowie życiówka, z tym, że zdawałem sobie sprawę, że ta trasa będzie dosyć trudna. I nie chodziło mi o kwestię pogody, bo ta w miarę dopisała – wiatr mi powoli przestaje „robić”, bo praktycznie zawsze biegam przy wiejącym dosyć mocnym wietrze. A tych parę momentów, gdzie prażyło słoneczko, było do przeżycia. Największym problemem, dla mnie, była nawierzchnia. Asfalt na sporej części trasy był byle jaki, trochę szutrów, płyty rozmaite. Jedynie odcinek leśny mnie nie martwił, bo po lesie lubię biegać 😉 Ale te wcześniej wymienione kawałki… Dość napisać, że bolą mnie aktualnie stawy skokowe, a to zdarza się rzadko.

Ustaliliśmy z Pawłem strategię, żeby początek pobiec spokojnie, bo miało być pod górę (i było). Tempa od 4’05″/km przez pierwsze 3 km, potem lekko docisnąć, żeby na 10 km być poniżej 40′ (udało się). Z trzymaniem tempa było chwilami ciężko („Ej, znowu za szybko lecimy” ;)), ale ogólnie wyszło. Wg zegarka 10 km zrobiłem w 39’48”. Na sporym zapasie. A przecież w Lęborku, na łatwiejszej trasie (płaskiej) było 40’17”. Byłem poważnie zajarany! I wtedy, ni z tego, ni z owego, spięło mi brzuch. Najpierw z prawej strony, chwilę później całą górną partię mięśni brzucha miałem spiętą. Nie mogłem głęboko oddychać, de facto hiperwentylowałem, oddech bardzo się skrócił 🙁 Paweł poleciał leciutko dalej, a ja wtedy uświadomiłem sobie, że zrobiłem zupełnie głupi błąd, za który teraz przyjdzie mi zapłacić… A wystarczyło pamiętać, żeby połknąć no-spę przed startem. Ech. I tempo z ~4’/km spadło do ~4’12″/km przez kolejne dwa kilometry. Potem spadało dalej. Na 15 i 16 kilometrze były spore podbiegi, ale to nie uzasadniało biegania po 4’40″/km! Na punkcie odżywczym chwilę przed 17 kilometrem podjąłem decyzję, że na chwilę stanę, spokojnie się napiję i obleję wodą, lekko się rozciągnę i dopiero pobiegnę dalej. Pomogło o tyle, że lewa strona brzucha odpuściła i udało mi się ustabilizować tempo na prędkości ~4’20″/km. Czasami próbowałem trochę jeszcze przyspieszyć, ale brzuch od razu zaczynał się znowu spinać po lewej stronie. Odpuściłem więc i biegłem swoje. I tak pozamulałem do mety, do której dotarłem w czasie netto 1:28:51. Czyli plan minimum udało się zrobić. Na dobiegu do mety nie wyglądałem nawet tak źle!

Forma nie taka zła! ;)
Forma nie taka zła! 😉

Na mecie wyłączyłem zegarek i prawie odpłynąłem. Chwilę pochodziłem, ale ostatecznie padłem:

Gleba :)
Gleba 🙂

Po kilku minutach doszedłem do siebie i postanowiliśmy się z Pawłem roztruchtać. Tempo szalone, 7’40″/km 😉 Po roztruchtaniu fotka!

Paweł i ja
Paweł i ja

Wypiłem trochę wody, zjadłem żurek, wyżarłem Monice i Mamie ogórki małosolne i pojechaliśmy do domu. I uznałem, że zasłużyłem, więc zjadłem sobie kawałek serniczka. 😀

Ogólnie bieg uznaję za udany. Pomimo głupiego błędu plan minimum został zrealizowany. Pozytywem jest to, że zidentyfikowałem rozwiązanie (tymczasowe, bo trzeba zrobić diagnostykę i znaleźć rozwiązanie docelowe) swojego defektu (no, jednego z). Trzeba wyciągnąć naukę na przyszłość i nie zapominać o rzeczach ważnych. I byle do kolejnego startu, bo teraz może być tylko lepiej! Trening oddaje, Trener Tomasz doskonale rozplanowuje obciążenia i odpoczynek, więc na jesieni z półmaratonem zmierzę się ponownie. I tym razem celem będzie życiówka! A po drodze jeszcze Duathlon Ustka, na który plan mam ambitny, jeszcze tylko się Trenerowi przyznać… 😉 Jeszcze z rzeczy przyziemnych, wypadałoby wrócić z wagą w okolice 74-75 kilogramów, bo nadbagaż nie pomaga osiągać wyników.

Sztafeta triathlonowa w Starogardzie Gdańskim 2017

Ubiegły tydzień nie był dobry. W poniedziałek na bieganiu wiał taki wiatr, że mnie przewiało 😉 Efekt? Już po bieganiu zaczęło mnie pobolewać gardło. We wtorek rano gardło po prostu już bolało. W sumie zwykła sprawa, przeziębiłem się, teraz tylko tego nie pogorszyć. Zdecydowałem, że lekutki akcencik rowerowy zrobię na trenażerze. Nie lubię trenażera, ale jeszcze bardziej nie lubię chorować. A jeszcze bardziej nie lubię nie móc wystartować w zawodach, na które jestem zapisany. A odpuszczenie sztafety i zostawienie kolegów z brakiem jest po prostu niedopuszczalne. Zacząłem się więc kurować.

W środę było tak źle, że odpuściłem oba treningi (poranny basen i popołudniowy akcent rowerowy). Czwartkowa siła biegowa, na którą bardzo czekałem (pierwszy raz miała być dłuższa!), też przeszła mi koło nosa. W piątek, zamiast na basen poszedłem do lekarza. Diagnoza – zapalenie gardła. Wiadro leków do połknięcia i stwierdzenie, że „w niedzielę powinien być pan gotowy”. No dobra, to grzecznie do domu. Jedyne przerwy w wypoczynku były na lekkie pedałowanie na trenażerze w piątek i sobotę. Treningów i tak nie nadrobię (i nie należy nadrabiać, nie tędy droga), więc skupiam się na zdrowieniu.

Czas na trenażerze spędzam, oprócz oglądania filmów, na rozmyślaniu odnośnie strategii na niedzielny start. Start to sztafeta na dystansie 1/4 IM. Marek płynie, ja pedałuję, Paweł biegnie. W głowie podstawowa myśl, nie dać ciała. A danie ciała mogło objawić się na kilka sposobów. Dwa główne? Pierwszy, spalenie się na starcie i zamulanie przez resztę trasy. Drugi, pojechanie za słabo i dojechanie do mety ze sporą rezerwą. Utrudnieniem w tej sytuacji była choroba. Nie było możliwości, żebym jej nie odczuł. Po długich przemyśleniach wymyśliłem!

Strategia/plan na rower w sztafecie 1/4IM, przy założeniu czasu pomiędzy 1 godziną i 15-20 minut:
1. Rozgrzać się przed startem (biegowo)
2. Po odebraniu czipa od Marka pobiec na belkę, wsiąść na rower, nie zaliczyć gleby i nie zrobić nic głupiego przy wsiadaniu (wskakiwanie, etc. – nie ćwiczone, to nie ma co ćwiczyć na zawodach).
3. Pierwsze 10 minut pojechać z tętnem poniżej 130 bpm. W teorii da to 5km.
4. Kolejne 10 km pojechać z tętnem poniżej 140 bpm.
5. Kolejne 10 km pojechać z tętnem poniżej 150 bpm.
6. Kolejne 20 km pojechać w pałkę.
7. Dojechać do mety nie tracąc zbyt wielu pozycji po drodze.

Plany… Fajna rzecz. W tym przypadku plan sprawdził się tak, jak to napisał Lee Child w książce „61 hours”:

Plans go to hell as soon as the first shot is fired. – Jack Reacher

Ale po kolei! Rower w strefie, ja rozgrzany, Marek już płynie. Czekam niecierpliwie, którzy będziemy po etapie pływackim. Przybiega pierwszy pływak ze sztafet i pierwszy rower znika ze strefy. No dobra, cierpliwości, Marek zaraz będzie. I faktycznie! Jest! Drugi pływak pośród sztafet! Czad. Ręce mi się trzęsą, gdy odbieram czipa i zakładam go na swoją nogę. Szybkie sprawdzenie, czy trzyma się dobrze, przybicie piątki i truchtam na blokach w kierunku belki. W głowie powtarzam punkt 2 z planu. Udało się, odpaliłem zegarek i wsiadłem na rower. Ruszam…

Czas na punkt trzeci z planu opisanego wyżej. Patrzę na aktualne tętno i… zaczynam się śmiać. Ledwie wsiadłem na rower, a tętno już prawie 150 🙂 Od razu przypomniał mi się powyższy cytat Reachera. Dobre, dobre! No nic, zostało zmodyfikować plan. Na początku chciałem znaleźć kogoś, kto będzie jechał tempem takim, że będę mógł mieć ją/go z przodu (ale bez draftowania) i mieć jako punkt odniesienia. Szybko jednak okazało się, że nic z tego. Tu ktoś mnie łyknął na zjeździe tylko po to, by pod najbliższy podjazd zamulać. No to zmieniamy plan. Wracamy do tętna, ale z małą modyfikacją: pierwsze 25 km przejechać z tętnem poniżej 150 bpm, a potem plan jak wcześniej. Czyli pomijam punkty 3, 4 i przechodzę do punktu piątego.

Wytrzymałem do 20 kilometra i poczułem, że mogę przyspieszyć ciut wcześniej, że mam dosyć sił, że nie przestrzelę. Trochę docisnąłem, wyprzedziłem kilka osób. Na 25 kilometrze stwierdziłem, że czas przejść do punktu 6. Zacząłem mocniej pracować naciskając na pedały. Chwilami nachodziło mnie zwątpienie, że może jadę za mocno i zaraz spuchnę, ale potem poprawiałem pozycję na rowerze i mówiłem sobie w głowie „a takiego!”. I cisnąłem dalej 🙂 Do mety etapu rowerowego dotarłem w 1 godzinę, 13 minut i 9 sekund. Czyli lepiej, niż było zakładane, zanim zachorowałem! Zacnie!

Przekazałem czipa Pawłowi, który wyrwał jak wystrzelony z rakiety. A ja zacząłem wracać do rzeczywistości. Co teraz ze sobą zrobić? Chwilę pokręciłem się przy rowerze, wziąłem bidon z wodą. Poszedłem do płotu pogadać chwilę z Moniką. Doszedłem do wniosku, że nic po mnie w strefie zmian, więc zostawiłem buty wpięte w pedały, kask na rowerze i poszedłem kibicować, z Moniką oraz rodziną Pawła, na trasę biegową. Zajarany byłem jak gwizdek! Na nawrotce pętli biegowej okazało się, że Paweł ma jakieś 10-15 sekund straty do jedynej sztafety, która przybyła przed nami. Czyli nie dałem się żadnej innej sztafecie wyprzedzić, wstydu nie ma 😉 Co więcej, tempo Pawła wskazywało, że najwyższy stopień podium jest nasz! Naprawdę, musiał by się zdarzyć cud, żeby ktoś nas wyprzedził. 🙂 Ostatecznie mieliśmy drugi czas pływania, drugi czas rower i pierwszy czas biegu pośród sztafet.

W międzyczasie okazało się, że nasi Trenerzy też sobie dobrze radzą („też” ;)). Tomek był na prowadzeniu w generalce. Marcin bardzo blisko za Tomkiem. Ostatecznie wyszło tak, że Tomek wygrał kategorię Open, Marcin drugi w kategorii M3. A my pierwsi pośród sztafet 🙂

Tak wyglądał Paweł, gdy wbiegał na metę:

Paweł wbiega na metę!
Paweł wbiega na metę!

A tak wyglądaliśmy w trakcie dekoracji:

Dekoracja sztafet 1/4 IM Starogard Gdański 2017
Dekoracja sztafet 1/4 IM Starogard Gdański 2017

Radość była wielka 🙂

Podsumowując, ten start zaliczam do udanych. Po pierwsze, zaprocentowała zmiana pozycji, którą zasugerowali trenerzy w trakcie Endure Camp Gniewino. Przesunąłem się do przodu i jeździ mi się lepiej. Po drugie, nie do pominięcia jest aspekt zmiany techniki pedałowania, co również wyszło na obozie w Gniewinie. Te dwie zmiany przełożyły się na brak bólu siedzenia w trakcie jazdy 😉 Wcześniej po około 30 minutach ból zaczynał być bardzo dokuczliwy, a po godzinie był już nie do zniesienia. Trzecia rzecz, to zmiana rodzaju treningu. Tomek zupełnie inaczej układa trening rowerowy, który, jak widać, działa na mnie bardzo dobrze. Po czwarte, sam zaskoczyłem siebie (Trenera przy okazji) tym, jaką moc byłem w stanie wygenerować i to pomimo choroby! Wyszło 261 watów mocy znormalizowanej (3.2W/kg). Takiej mocy nie spodziewałem się po sobie nawet wtedy, gdybym był zdrowy.

Kolejnym aspektem tych zawodów jest to, że dodatkowo pobudzony został mój wielki głód startu w triathlonie. Po zejściu z roweru czułem, że był bym w stanie przebiec jeszcze te 10,5 km ze średnim tempem co najmniej w granicach 4’20”-4’30″/km. To też skutek zmiany pozycji. Nogi były zmęczone, ale czułem, że mogą biec. A przecież dałem z siebie dużo! Tylko jeszcze to pływanie… 🙂

No właśnie, pływanie. Jedynym minusem tego startu jest to, że się znowu rozłożyłem. Nie jest zupełnie źle, ale straciłem głos, stan gardła się pogorszył, pojawiła się gorączka. Cóż, oznacza to tyle, że na razie ani w basenie ani w wodach otwartych się nie znajdę. A to niedobrze, bo powinienem w wodzie zamieszkać, żeby się z nią polubić. Uważam jednak, że plusy tego startu przewyższają wszystkie minusy. Wodę jeszcze nadrobimy! 🙂

Na koniec najważniejsze. Dziękuję Szanownej Małżonce mej za wsparcie i dzielne znoszenie tego, co jej zgotowałem i przed startem i w trakcie i po. Bez niej nie dał bym rady. Ta wiara we mnie naprawdę czyni cuda. 🙂 Podziękowania też dla Trenerów i kolegów ze sztafety. Musimy to powtórzyć! Ale może minus chorowanie 😉

Nocny Bieg Świętojański 2017

Nocny Bieg Świętojański 2017 – to miał być ciekawy start. I taki w sumie był. Bieg numer trzy w gdyńskim GPX. Zupełnie inna trasa, z premią górską (mocny podbieg). Start o 23:59, żeby było ciekawiej 😉

Dzień zaczął się od zaplanowanego rozruchu. Ot, w sumie jakieś 30 minut biegania. Ale to bieganie było masakryczne. Pociłem się jak dziki, wręcz się ze mnie lało. Biegało mi się ciężko, zero lekkości w nogach. I to pomimo zluzowania przed startem! To dobry prognostyk przed startem, bo zawsze jak mi się tuż przed startem źle biega, to potem idzie dobrze. Paradoksalnie więc, zły rozruch mnie ucieszył. 😉

W ciągu dnia starałem się jak najwięcej odpoczywać, unikać produktów spożywczych, które mogłyby sprawić problemy, etc. Ogólnie – relaks. No, poza pracą, bo roboty sporo. Ale na szczęście mogłem pracę zakończyć koło 17 i wtedy już zupełny luzik. Na chwilę nawet zalegliśmy z Małżonką, żeby relaks był pełniejszy 🙂 W okolicach 18:30 zacząłem przygotowywać posiłek przedstartowy, czyli standardowy ryż z miodem, bananem i cynamonem. Tylko z ilością chyba przegiąłem ciutek…

21:15 i wyjazd z domu. Spokojny dojazd na parking w okolicach startu/mety i spacerek do biura zawodów, żeby odebrać pakiet. W międzyczasie uświadomiłem sobie, że zapomniałem się „zakleić”. Niestety, jestem delikatnym chłopcem i łatwo zdzieram sutki. Oczywiście, plastra ze sobą nie wziąłem, bo po co? Na szczęście ratownicy medyczni obstawiający imprezę w plaster wyposażeni byli. Chwilę pożartowali, że plaster płatny i takie tam, ale potem plasterek udostępnili. Mina panów, gdy zrozumieli po co mi ten plaster i co sobie zaklejam – bezcenna 🙂 Następnie zrobiliśmy spacerek powrotny do auta, żeby sobie jeszcze posiedzieć i się porelaksować. O 23:20 zacząłem rozgrzewkę, potruchtałem (taaaa „truchcik”, tempo średnie z 3km wyszło ~4’33″/km), parę przebieżek i jeszcze chwilka truchtu w kierunku startu (tu już serio serio bardziej trucht). Chwila rozmowy z Mysią, buziak na szczęście i czas startować!

Moje założenia co do tego biegu krystalizowały się przez cały dzień. Wiedziałem jedno – chcę pobiec mocno. Pozostało zdefiniować, co to jest „mocno” 😉 Stwierdziłem więc, stojąc już na starcie, że pobiegnę na czuja, jak mnie nogi będą niosły. Start! Pierwszy kilometr w 3’45”. Mocno, ale jest dobrze, zarówno oddechowo, jak i fizycznie. Za chwilę miał się zacząć podbieg, ten hardkorowy, z premią górską. Ambitnie chciałem pobiec cały w tempie zbliżonym jak najbardziej do 4’/km. O naiwności! Całość mierzonego podbiegu, według pomiaru oficjalnego, zrobiłem w 6’11”. Najlepszy zrobił go w 4’40” – chyba nie miałem szans 😉 Do tego przegiąłem ten podbieg. Kawałek za połową poczułem, że mnie odcina. Miałem wrażenie, że zwieracze zaczynają puszczać. I jednocześnie czułem, że posiłek przedstartowy wraca na górę. Mocno mi się odbiło i poczułem, że zaraz poleci paw. Chyba faktycznie przegiąłem! Zwolniłem na tyle, żeby sensacje żołądkowe się nie pojawiały i truchtałem w górę. Oba kilometry podbiegu wyszło kolejno w 4’06” (nie tak źle) i 4’32 (tu już zgon) – mierzona premia górska była nieco krótsza. Gdy zaczął się zbieg ul. Małokacką myślałem tylko o jednym – rozluźnić się i pozwolić grawitacji zrobić swoje. Przy okazji „wyprostowałem” parę zakrętów, dzięki czemu skróciłem sobie dystans. Zbieg (kolejne 2 km), co mnie trochę zaskoczyło, zrobiłem szybciej niż zakładane tempo. Miało być po 3’45”, wyszło po 3’42”. Super! I do tego spadło tętno i już nie chciało mi się rzucać pawia 😉 Według oficjalnego pomiaru czasu pierwsze pięć kilometrów przebiegłem 19’45”. Na życiówkę się nie zanosiło.

Druga piątka składała się z trzech kilometrów lekko z górki i dwóch lekko pod górkę. Te z górki chciałem pobiec w tempie poniżej 3’50″/km, niestety mój żołądek miał inny pomysł. Gdy zwiększałem prędkość, wracały nudności. Utrzymywałem więc tempo, przy którym sensacji nie było i jakoś biegłem do przodu. Szósty kilometr w 3’52”, siódmy w 3’51”, a ósmy w 3’48”. Dziewiąty kilometr to powrót do podbiegania i, niestety, skończył mi się prąd. Ledwie 4’06”. A tu wypadałoby zrobić jeszcze mocny finisz… Ostatni, dziesiąty kilometr przebiegłem w 4’02”. Na mecie, zgodnie z tym co napisało mi Gdyńskie Centrum Sportu, pojawiłem się z następującym wynikiem:

Nocny Bieg Swietojanski z PKO Bankiem Polskim, Twoj czas netto 00:39:28, 110 miejsce Open M, 55 miejsce M30, gratulujemy, wiecej na gpx.gdyniasport.pl

Teraz czas na podsumowanie. Bieg był mocny, bardzo mocny. Dałem z siebie dużo i to czuję, szczególnie schodząc ze schodów. Być może mogłem lepiej to rozegrać strategicznie i nie zajechać się pod górkę. Wtedy pewnie nie było by problemów żołądkowych i starczyło by prądu na końcówkę. Ale chciałem pobiec w końcu odważniej, więc tak pobiegłem. Jestem z siebie zadowolony 🙂 Na bardziej płaskiej trasie pewnie urwałbym z tego wyniku 30-40 sekund. To teoria warta sprawdzenia, więc trzeba by poszukać płaskiej dziesiątki, żeby ją zweryfikować 😉 Może w ramach jakiejś sztafety triathlonowej? Do rozważenia! Praca wykonana z Tomkiem procentuje, forma rośnie, mimo przejściowych problemów zdrowotnych. Za tydzień zobaczymy jak forma rowerowa, bo startuję w sztafecie Endure Team na 1/4IM w Starogardzie Gdańskim. Trzeba będzie dorzucić do pieca! 🙂

Bieg Europejski 2017 w Gdyni

Bieg Europejski 2017 – relacja na gorąco 😉 Ten bieg mnie stresował. Od dwóch dni chodzę jak na szpilkach, jestem nie do życia. Z jednej strony zmartwienie, że kontuzja, która się ujawniła na obozie, może się odnowić w trakcie biegu. Z drugiej strony, miałem spore oczekiwania wobec tego biegu. Chciałem zejść poniżej 39 minut, nawet uwzględniając nową trasę. No i jeszcze Trener na dzień przed startem dołożył się do ciśnienia… 😉 Tak czy owak, napięcie zostało zbudowane. Dzisiaj z rana nawet nie miałem ochoty nic jeść – nerwy? 😉 Zjadłem owsianki na wodzie z łyżką miodu i uznałem, że wystarczy. W końcu to tylko bieg na 10 kilometrów, a nie maraton! 10 kilometrów to ja na głodnego, przed śniadaniem, zaraz po przebudzeniu i takie tam. A tu kurde stres jak przed pierwszym startem w życiu :-O

Pojechaliśmy na miejsce, chwilę połaziliśmy, złapaliśmy się z kolegami z Endure Teamu na wspólne zdjęcie – mało nas się złapało. Może nie tylko ja zestresowany byłem? Rzeczone zdjęcie:

Atmosfera gorąca, ale wiatr nie ;)
Atmosfera gorąca, ale wiatr nie 😉

Po zdjęciu rozgrzewka. Na rozgrzewce olśnienie – jest moc! Czyli może być dobrze! Te 39 minut są spokojnie w zasięgu! Rozgrzałem się solidnie, rozważyłem wizytę w toalecie, ale stwierdziłem, że nie ma potrzeby. Potruchtałem na start. Tam czekała na mnie Szanowna Małżonka, po chwili dołączyła też moja Mama 🙂 Mój najwierniejszy klub kibica 🙂 W tych warunkach to już w ogóle musiało się udać! Samopoczucie nagle wystrzeliło jeszcze wyżej. Do startu została minuta, czas skupić się na zadaniu.

Krótkie odliczanie i nastąpił start. Wyciągnąłem nauczkę ze startu w Przywidzu – nie miałem zamiaru dać się przestraszyć prędkości i odpuszczać na początku. Pierwszy kilometr jeszcze niepewnie, ale nie odpuszczam! Wyszło 3’49”, czyli tak jak Trener chciał, poniżej 3’50/km 😉 Drugi i trzeci podobnie, 3’48″/km – jest dobrze! I, co ważniejsze, jest luz w nogach, czyli można napierać. Czwarty kilometr w 3’50”, no rewelacja! Mentalnie nastawiłem się, że jeszcze kilometr spokoju (bo płasko) i jedziem pod górkę! Początek piątek kilometra to delikatne podciągnięcie tempa i… przepraszam za słownictwo, ale wszystko się zesrało. Spięło mi całą lewą stronę korpusu. Odcięło mi oddech… Piąty kilometr w 3’59”. Szósty, leciutko pod górę, w 4 minuty. Czuję, że biegnę prawie na bezdechu, nie mogę się rozluźnić. A tu akurat Świętojańska do góry… Tempo spada, a miałem je trzymać. Wyszło w 4’08”. Jest coraz gorzej, spięcie coraz większe. Kolejny, ósmy już kilometr, w 4’10”. Cały czas jestem wyprzedzany, coraz bardziej jestem zły. Nie tak miało być. Teraz miałem znowu przyspieszać, żeby wrócić w okolice 3’50″/km, a tutaj problem. Jest siła, żeby biec, ale oddychać nie jestem w stanie. Na dziewiątym kilometrze zszedłem do 3’59”, ale to był już maks tego, co mogłem zrobić. Ostatni kilometr w 4’02” i meta…

Dobiegłem i z tego jestem zadowolony. Dobiegłem poniżej 40 minut, więc to też dobrze. Ale przecież nie o to chodziło w tym biegu. Miało być minutę szybciej, a wyszło, zgodnie z wiadomością od organizatora, tak:

Bieg Europejski z PKO Bankiem Polskim, Twoj czas netto 00:39:47, 156 miejsce Open M, 70 miejsce M30, gratulujemy, wiecej na gpx.gdyniasport.pl

Masakra. Z jednej strony jestem zły i nieusatysfakcjonowany, ale… Z drugiej strony, czuję moc, w mięśniach był ogromny zapas. Rzut oka na wykres tętna i lekki szok. Średnie tętno 158… toć to ledwie mocniejszy drugi zakres. Tętno maksymalne 163, czyli się po prostu nie rozkręciłem. W sumie, to nic dziwnego, jak się nie może oddychać. Garminowy training effect to „szalone” 3.4, czyli niższe niż na mocnych treningach. Zalecany czas odpoczynku, to wg zegarka całe 22 godziny, ponownie zdecydowanie mniej niż po mocnych treningach.

Wniosek, a jakże, być musi! W poniedziałek spróbuję ogarnąć wizytę u fizjoterapeuty. Trzeba coś z tymi mięśniami zrobić. Trzeba w końcu to ogarnąć, żeby machnąć życióweczkę na 10 kilometrów. Bo to już jest męczące. I może jakiś Parkrun po drodze, żeby życiówkę na 5 kilometrów też poprawić.

Podsumowując, Bieg Europejski 2017 w Gdyni uznaję za jednocześnie udany i nieudany. Nieudany, z powodów oczywistych. Udany, bo trening przynosi efekty. Trener daje czadu, łącząc trening pływacki, rowerowy i biegowy w taki sposób, że we wszystkich trzech dyscyplinach jest spory progres. Teraz zostaje się ogarnąć „sprzętowo” i zacząć robić wyniki! 🙂 Teraz jeszcze trzeba przywrócić umiejętność biegania po górkach i możemy łamać 40 minut na Nocnym Biegu Świętojańskim, gdzie trasa będzie miała, hm, ciekawy podbieg 😉