Bieg Westerplatte 2018

Wczoraj odbyła się kolejna, pięćdziesiąta szósta, edycja jednego z najstarszych biegów ulicznych w Polsce, Biegu Westerplatte. Nie było tego startu w moim planie, który rozważałem na początku sezonu. Doszło do niego poniekąd przypadkowo. Kolega z Endure Team, Marcin Dybuk, napisał, że planuje złamać 40′ na 10 km w tym biegu. Ja zaoferowałem się jako zając. Dalej już poszło samo, okazało się, że będę zającem dla dwóch Marcinów, którzy toczyli charytatywny pojedynek na rzecz Zosi (https://siepomaga.pl/zosia).

Szyku trzeba zadać!
Szyku trzeba zadać!

Przed startem rozterki miałem dwie. Pierwsza – jak się ubrać. Pogoda się zepsuła, piątkowe bieganie było przy 26 stopniach, a tutaj miało być ich ledwie 10-12 i do tego zimny wiatr. A ja ciągle podziębiony i niedoleczony. Druga rozterka, czy dam radę to tak pobiec, bo sobotni trening był stosunkowo mocny (zakładka bieg-rower-bieg) i nie miałem pewności, czy dam się radę zregenerować. Chociaż Trener nie dał by mi tego treningu, gdyby nie uważał, że nie dam rady po nim pobiec dychy w 40′. Ostatecznie ubrałem się na krótko, dokładając jedynie cienką koszulkę termiczną z długimi rękawami (czyli krótko, ale nie do końca). I czapkę na czerep. Bo wiało, a włosów mało. 😉

Rozgrzewka standardowa, na rozgrzewce zdziwienie – nogi są w całkiem dobrej formie! Jedynie ciut za wcześnie się za tą rozgrzewkę zabrałem, bo potem jeszcze 15 minut stania w strefie startowej. W strefie dołączył do nas Konrad, który zarzekał się wcześniej, że on na 40′ to nie pobiegnie, bo maraton, czy coś tam 😉 O 10:10 wystartowaliśmy. Trochę wiało, więc mówiłem chłopakom, żeby się za mną chowali i leciałem na zegarkowe 3’57″/km. Zegarki GPS mają to do siebie, że super precyzyjne nie są, więc lepiej mieć ciut zapasu. Na piątym kilometrze wyskoczył mi międzyczas 19’40”, czyli średnia 3’56″/km. Jest dobrze! Jestem zdziwiony, bo ten bieg to taki, w sumie, lekki wysiłek. Moja głowa ciągle jeszcze uważa, że prędkości szybsze od 4’/km to duże obciążenie. A ciało już o tym nie wie 😉

Kolejne dwa kilometry, mimo lekkich podbiegów, poszły nieźle. Głowa się zgrzała, więc zdjąłem sobie czapkę. Po ósmym kilometrze Marcin Dybuk zaczął mieć kryzys. Tempo spadło, spiął się w górnych częściach ciała, skrócił krok. No posypało się! Baloniki na 40′ zaczęły się oddalać, tak jak wiara Marcina w sukces. Marcin Hinz nas wyprzedził i też zaczął się oddalać. Poględziłem mu ja, pogadał Paweł i Marcin odbił. Na początku nieśmiało, z czasem się rozpędził, by na ostatnich kilkuset metrach popędzić do mety! Nawet nie próbowałem go gonić, wyglądałem tylko drugiego Marcina, który gdzieś zniknął. Najpierw myślałem, że po prostu jest gdzieś z przodu, ale po dobiegnięciu na metę i rozejrzeniu się, zobaczyłem jak wbiega. Niestety, na końcówce poskładało go i nie udało mu się tych 40′ złamać 🙁

Na mecie dowiedziałem się też, że mojemu bratu Arkowi, udało się poprawić życiówkę o dwie minuty! I to na tydzień przed duathlonem w Gniewinie. Wypas 🙂 Z Marcinem Dybukiem i Arkiem zrobiliśmy sobie jeszcze lekkie rozbieganie i na koniec jeszcze słitfocię 😉

Słitfocia na mecie zawsze spoko! (fot. Marcin Dybuk)
Słitfocia na mecie zawsze spoko! (fot. Marcin Dybuk)

Żałuję, że niestety nie była ze mną moja ekipa wspierająca (Mysia, Henio, Mama), ale pogoda była taka, że szkoda było ryzykować choroby. Tak czy owak czułem ich wsparcie! Nie mogę też przecenić wsparcia, które Monika daje mi poza zawodami. Bez niego nie dałbym rady trenować i się regenerować! Dzięki Mysiu! :*

Biegiem Westerplatte zakończyłem cykl przygotowań do Duathlon Energy w Gniewinie, gdzie rozgrywane będą Mistrzostwa Polski na dystansie standard (10-40-5). Biorąc pod uwagę dzisiejsze samopoczucie (tylko lekkie zmęczenie), to wygląda na to, że forma jest. Jeśli w końcu uda mi się wykurować, to jest szansa na dobry wynik 🙂

Czasami się nie da

Bywają takie dni, że po prostu się nie da. Nie da się z siebie wykrzesać siły, nie da się wykrzesać prędkości. Ale są też takie dni, że pomimo problemów nie da się też zejść z trasy. To był właśnie taki dzień. Zacznijmy jednak od początku.

Zapisaliśmy się z Moniką na sztafetę w Chełmży. Plan prosty, Monika płynie, ja jadę i biegnę. Dystans 1/4, czym zaskoczyliśmy Trenera, bo spodziewał się, że wybierzemy 1/8. Ale nie ma „mientkiej” gry, albo idziemy grubo albo wcale! Nastroje więc były lekko bojowe, ale i niepewne. Monika trochę już nie startowała, więc nie była pewna jak to pójdzie. No i jeszcze kwestia Henia, bo ciężko by nam było robić sztafetę i jednocześnie się nim opiekować 😉 Na szczęście moja Mama przyszła nam z pomocą i przechwyciła Henryka na czas, kiedy ja się rozgrzewałem i Monika płynęła.

Ten wpis miał być dłuższy, z analizą, dlaczego mogło być jak było. Nie mogłem się za niego zabrać, bo mam problemy z zebraniem myśli. No i ogólnie takie dumanie było by bez sensu, bo wyjaśniło się samo. Z piątku na sobotę, przed startem, coś zaczęło mnie drapać w gardle. Z soboty na niedzielę zmieniło się w lekki ból gardła, u Moniki zresztą tak samo. A teraz leżę aktualnie przykryty, z temperaturą oscylującą w okolicach 38 stopni, bólem gardła, kaszlem i KATAREM (uwaga, facet umiera!). I już wiem, dlaczego rower był tak boleśnie słaby (1:13’48” – średnia wg Garmina 36,1 km/h), a bieg był masakrycznym umieraniem przy bardzo rozczarowującym tempie (48’12” – średnia wg Garmina 4’35″/km).

Na początku pierwszej pętli roweru było całkiem dobrze, po nawrotce, gdzieś w połowie drogi powrotnej pierwszej pętli (nadążacie? ;)), poczułem, że mnie odcina. A ten rower to miało być przełamanie dla głowy, miałem pojechać mocno (jak na mnie, czyli 285-300W). I zaczęły się wątpliwości, o co chodzi? Głowa nie daje rady? Nogi? Głowa bardzo chciała, nawet próbowała, ale ciało nie nadążało. To u mnie niezbyt częsta sytuacja. Pod koniec pierwszej pętli poważnie rozważałem zejście z trasy. Ale głowa nie chciała, chciała spróbować pocisnąć, bo może to tylko chwilowy kryzys. Na jakieś 3 minuty się odbiłem od mocowego dna i… zacząłem się czuć, jak bym miał zaraz odpłynąć. Stwierdziłem, że dojadę na tyle ile dam radę i po rowerze kończę tą niezbyt zabawną zabawę.

Dotarłem do T2 i coś mnie podkusiło, żeby jednak spróbować pobiec. Bo przecież po takim słabym rowerze to, z palcem w uchu, powinienem pobiec 10km poniże 40′. O słodka naiwności! Pierwszy kilometr przebiegłem w 4’13”. Kolejne dwa po 4’19”. Czwarty był lekko z górki, to 4’13” – coś lepiej. Kolejny to już jednak 4’21” i mocna decyzja – schodzę. Jednak zauważyłem, że niedaleko przede mną jest Konrad. Postanowiłem, że pobiegnę za nim i jakoś to będzie. I w sumie gdyby nie Konrad, to bym nie dobiegł. No i to, że Mama, Mysia i Heniutek czekali przy mecie. Dobiegłem do mety (tempa na drugiej pętli odpowiednio 4’50”, 4’51”, 4’52”, 4’41”, 4’41”). Na metę weszliśmy razem z Moniką i Heniem, który sobie spał w nosidle. To był najpiękniejszy finisz w moim życiu! Mysiu, dziękuję, że ze mną wystartowałaś :* I dzięki Mamo, za wsparcie i opiekę nad Heniem 🙂

Jak będziemy zdrowi, to podejdziemy do sztafety jeszcze raz, w tej samej konfiguracji. Czas moich dyscyplin był w sumie o 10′ gorszy, niż w Starogardzie Gdańskim, gdzie byłem w słabszej formie (ale zdrowy). Ale nawet wiedząc, to co wiem teraz, wystartowałbym w tym stanie jeszcze raz. Może inaczej bym siły rozłożył, ale wspólna sztafeta z Szanowną Małżonką dała mi tyle radości i motywacji, że warto by było. Jak to mówił Osioł ze Szreka: Uuuuuu! Ja chcę jeszcze raz! 🙂 I chcę pamiątkowe fotki ze wspólnego finiszu, których tym razem nie ogarneliśmy 🙁

No i dzięki dla Konrada, że mnie poholował! Żeśmy nawet pamiątkową fotę strzelili 😉

Konrad i ja
Konrad i ja

Złośliwy karzeł

Czy miewacie czasem takie uczucie, że złośliwy mały karzeł chodzi Wam po głowie i w losowych miejscach wbija gwóźdź, czasem dwa, ewentualnie osiem? Tak się właśnie czuję, gdy przychodzi migrena. Udało mi się ustalić już ponad wszelkie wątpliwości, że migrena pojawia się przy braku snu. Czasem wystarczy, jedna gorsza noc i bum, znowu jest. Tak jest i tym razem, w sobotę rano znowu przyszła…

Musiałem się nauczyć, jak z nią żyć. Chociaż czasami ataki są na tyle mocne, że nie jestem danego dnia w stanie zrobić czegokolwiek, a szczególnie treningu. To się przekłada na to, że niektóre treningi wypadają, niektóre są przesuwane, takie tam. Nie da się ukryć, że gdyby nie wsparcie Moniki, to bym nie dał w tym wszystkim rady. Często mnie wysyła, żebym się położył i spróbował przespać największy ból. Bierze na siebie większość obowiązków, żebym ja nie musiał z bólem głowy ich robić. Uwielbiam moją Żonę za to (i wiele innych rzeczy również) i jestem Jej bardzo wdzięczny! Bez Niej zdecydowanie nie dał bym rady! Dziękuję Mysiu! :* Nie mogę również nie docenić Trenera, który również wykazuje się cierpliwością i kreatywnością. Jakoś ten trening, mimo wszystko, składa do kupy i efekty są 🙂 Dzięki Tomek!

Czasami migrena jest na tyle mało dokuczliwa, że decyduję się robić treningi. Dzisiaj (i wczoraj) były takie dni. Dzisiejszy trening, to była zakładka. Godzina roweru (30′ luźno + 10′ mocno + 10′ mocniej + 10′ bardzo mocno), a potem bieg. Bieg, który mnie zszokował. Ze względu na ból głowy nie bardzo mogłem się nim stresować, więc tu migrena się przydała. Ale nie będę ukrywał, że jak widzę w planie takie tempa, to zawsze pojawia się stres. Struktura biegu była prosta: 10 km biegu po 3’55”-4’05″/km + 1-2 km schłodzenia. Pierwsza myśl, po zejściu z roweru, pobiegnę po 4’15″/km, tyle przynajmniej dam radę. Zaczynam bieg, spinam się jak dziki, żeby chociaż te 4’15″/km osiągnąć i… zegarek pokazuje, że lecę po 3’30″/km. Za szybko :-O No dobra, to trochę odpuszczam, żeby zwolnić i znaleźć komfortowe tempo. Ustabilizowało się na 3’56″/km i tak się trzyma. Fajnie, ale w sumie to biegnę z wiatrem, ciekawe co będzie, jak będę wracał? Po 6 km się przekonałem. Tempo trzymałem to samo, ale tętno poszło w górę 😉 Z wiatrem trzymało się na 152-155, po nawrotce było ponad 160. Ostatecznie cały odcinek przebiegłem w czasie 39’24”, czyli ze średnim tempem 3’56″/km i średnim tętnem 154 bpm.

Treningowo dycha poniżej 40'!
Treningowo dycha poniżej 40′!

Przebiegłem na treningu dychę poniżej czterdziestu minut! I nawet się jakoś mocno nie zmęczyłem. Ba, zrobiłem to po godzinnej jeździe na rowerze! To ciekawe, jak głowa reaguje, na widok czegoś takiego. Ciągle, pomimo tego, że biegam co raz szybciej, tempa szybsze od 4’/km pozostają dla mnie nieoswojone. I tak samo jak zeszłotygodniowe czterysetki biegane po 1’20”-1’22”, są dla mnie abstrakcją. A tu niespodzianka. Mimo ograniczonej ilości treningu i problemów z migrenami, żre. I to dobrze żre. A na koniec takiej zakładki, nawet nie wyglądam na mocno zmęczonego :-O Mina zbolała tylko od pulsowania w głowie 😉

#selfienadowbora ;)
#selfienadowbora 😉

Wyprzedziłem Mistrza Świata – Sztafeta na 1/8 IM w Lidzbarku

Trzeci weekend startowy z rzędu. Start w zawodach cyklu Triathlon Energy. Tym razem dystans krótki, sztafeta Endure Team na 1/8 IM w Lidzbarku. Startowałem z Kariną (pływanie) i Tomkiem (rower), którzy tym startem debiutowali w świecie triathlonowym. I cóż to za debiut! Chociaż pogoda starała się nam uprzykrzyć zabawę. Sobotnie mistrzostwa świata w Cross Kajakach ze względu na bardzo silny wiatr zostały odwołane. W niedzielę wiało trochę mniej, ale dalej stosunkowo mocno.

W sobotę odebraliśmy pakiet startowy i poszliśmy kibicować Guciowi, synowi Kariny i Tomka, który brał udział w Möller’s Energy Kids Run, w kategorii C2 – bieg na 500 metrów. Poszło mu super, zajął 5 miejsce w swojej kategorii! Brawo 🙂

W niedzielę, po śniadaniu, udaliśmy się w okolice startu, gdzie Tomek wstawił rower do strefy zmian, a my kibicowaliśmy wcześniej startującym dystansom 1/2 i 1/4 IM. Pogoda, jak wspomniałem, nie rozpieszczała. Temperatura nie była bardzo niska (~17 °C), ale wiał zimny wiatr, który szybko wyziębiał. Zbliżała się godzina 12, czas startu. Karina wdziała piankę i udała się na start. Widać było napięcie i ogromną chęć walki już od pierwszych metrów, ale taktyka ustalona z Trenerem była inna. Pływacy weszli do wody i punkt 12 nastąpił start. Po 9’48” Karina zakończyła pływanie (pomiar oficjalny, trzeci czas wśród sztafet i 4 pośród wszystkich kobiet dystansu 1/8) i pobiegła do T1, przekazać czipa Tomkowi. Tomek pognał (o ile ktokolwiek dał radę gnać na wybiegu z T1 – hardkor pod górkę ;)) na rower i teraz wszystko w jego nogach! W międzyczasie ja poszedłem się rozgrzać. Tomek wrócił do strefy zmian po 46’42”, dzięki czemu utrzymał trzecią pozycję wśród sztafet. Przechwyciłem czipa i wyruszyłem na trasę biegową.

Bieg jako taki miał być mocny od początku do końca. Po Nocnym Biegu Świętojańskim chciałem zrobić życiówkę na 5 km. Zacząć mocno, a potem jeszcze dołożyć do pieca. Pierwsza dwa kilometry nawet wyszły (odpowiednio 3’44” i 3’42”), ale trzeci, na którym był podbieg (ten sam, który stanowił wybieg z T1), trochę się „zepsuł” – 3’59”. Czwarty kilometr to odrabianie strat (3’33”) i ten moment, właśnie ten, w którym… WYPRZEDZIŁEM MISTRZA ŚWIATA IRONMAN 2017, czyli MKONa! Kronikarska uczciwość nakazuje mi jednak poinformować, że MKON właśnie się roztruchtywał po biegu w ramach sztafety 1/4 IM, więc nawet się ze mną nie ścigał 😉 Tak mnie to jednak podkręciło, że na ostrym zakręcie, który był na mocnym zbiegu, postanowiłem pójść pełnym ogniem. I poszedłem, co było co najmniej głupie, bo bezwładność była duża i się dziwnie wykręciłem. Parę kroków później poczułem, że spina mi plecy z lewej strony i prawie nie mogę oddychać. Misterny plan na przyspieszenie końcówki diabli wzięli. Ostatni kilometr starałem się już tylko nie zwolnić. Pobiegłem go w 3’41” – czyli zwolniłem. Ostatnie 300 metrów przebiegłem w tempie 3’38″/km, czyli ciągle za słabo…

Tak wyglądał mój „uśmiech” na mecie:

"Uśmiech" na mecie - Zdjęcie dzięki uprzejmości Energy Events
„Uśmiech” na mecie – Zdjęcie dzięki uprzejmości Energy Events

Po biegu został niedosyt, bo założony cel nie został osiągnięty. Bieg według oficjalnego pomiaru ukończyłem w 19’31”. Ale, mimo wszystko, okazało się, że udało mi się wyprzedzić jedną sztafetę i zajęliśmy ostatecznie drugie miejsce, z czasem 1:17’32”! No niezły debiut, Karina i Tomek! 🙂

Podium sztafet 1/8 IM w Lidzbarku 2018
Podium sztafet 1/8 IM w Lidzbarku 2018

Serdecznie dziękuję wszystkim z Endure Team za doping na trasie biegowej. I dziękuję Mysi i Heniowi za doping i wsparcie w trakcie kolejnego już wyjazdu. Jesteście niezawodni! :*

Nocne bieganie z atrakcjami

Długo się zastanawiałem, jak zatytułować ten wpis – całą noc! Stwierdziłem, że wybiorę wersję łagodniejsza, bo się okaże, że ktoś coś je, albo coś… Od razu ostrzegam, będzie trochę niesmacznie 😉

Nocny Bieg Świętojański 2018 to bieg na odcinku 10 km odbywający się rokrocznie w Gdyni. Od zeszłego roku jest trasa z premią górską. Profil trasy wygląda jak na obrazku:

Trasa Nocnego Biegu Świętojańskiego (obrazek z gdyniasport.pl)
Trasa Nocnego Biegu Świętojańskiego (obrazek z gdyniasport.pl)

Jak widać, podbieg jest solidny! W zeszłym roku na tej trasie wykręciłem czas 39’30” i uważałem, że jest to wynik wyśrubowany. W ramach przedstartowych konsultacji z trenerem dostałem m.in. taką wiadomość: „Przede wszystkim chciałbym abyś podszedł bez presji na starcie. A jak na trasie poczujesz zew do walki to pójdź za tym. Życzę powodzenia.” Bez presji, taaa…

Ale im więcej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że Tomek ma rację. Warto spróbować podejść do tego startu inaczej. Była ku temu sposobność, gdyż aktualnie czytam książkę (o pływaniu, nota bene), która przedstawia zupełnie inne podejście do robienia różnych rzeczy. Zaleca skupienie się na tu i teraz, na odczuwaniu na bieżąco, nie uciekaniu w myślach gdzieś dalej. Na opisanie książki przyjdzie jeszcze czas, na razie wystarczy powiedzieć, że faktycznie próbowałem się skupić na tym, żeby być w sobie w trakcie biegu. Odczuwać to, co się ze mną dzieje.

Wystartowałem bez większego planu, miało być mocno. Mocniej niż w zeszłym roku. I się zaczęło! Stwierdziłem, zgodnie z rozmową z Trenerem, że nie będę patrzył na zegarek, żeby się skupić na odczuwaniu tempa, a nie spekulacjach jak mi pójdzie i gdzie padnę. 😉 Jak się potem okazało, tempo od początku zrobiło się mocne. Kilometry pod górkę (2 i 3) w 2017 roku zrobiłem odpowiednio w 4’06” i 4’30”. W tym roku było to 3’56” i 4’16”. 24″ „odzyskane” pod górkę :-O Zeszłoroczny czas z całej trasy to 39’30”, tegoroczny 37’36”! Kosmiczna różnica. Całość dystansu zrobiłem średnio o 11″ szybciej per kilometr. Gdy jeszcze uwzględnić to, że od końcówki podbiegu pod Kielecką mnie spięło w górnych partiach brzucha (pomimo nospy… Trenerze, znowu kurde coś!)… Hardkor! No i przez całą trasę myślałem, że puszczę w gacie. Jeśli jeszcze kiedyś wpadnę na pomysł, żeby okołostartowo żywić się humusem, to niech mnie małżonka strzeli w czaszkę! Przepraszam wszystkich, którzy biegli w mojej okolicy! Można powiedzieć, że mój bieg to było jedno wielkie pruknięcie… Lepiej bardziej nie będę tego tematu rozwijał…

I tym optymistycznym… 😉 Dziękuję, nieustająco, za wsparcie mojej rodzince oraz wszystkim Endurakom! No i nieustający szacun do Trenera, że potrafi ogarnąć taki postęp, pomimo wszystkich problemów z regularnością 🙂

I na koniec, dzięki Bałtykowi za cuksy! 😀

Cuksy od Bałtyku! :D
Cuksy od Bałtyku! 😀

A za tydzień pobiegnę w sztafecie w Lidzbarku w ramach cyklu Triathlon Energy. Nie, żeby jakieś ciśnienie, ale powalczymy o życiówkę na 5 km 😉 Mimo, że garmin powiedział, że już w nocy życiówka pękła (17’59”!).

Prawie triathlon, czyli sztafeta na dwa w Starogardzie Gdańskim

Tegoroczny sezon nie był dla mnie zbytnio łaskawy, do tej pory. Najpierw kontuzja uniemożliwiła mi ukończenie półmaratonu w Gdyni. Potem problemy z zębem uniemożliwiły start w Czempiniu. Z treningiem też było różnie, bo migreny i takie tam. No nie było dobrze, no… Jednak pomimo tych wszystkich problemów Trener był w stanie opracować taki trening, że jest postęp, jest forma.

Sprawdzianem tejże formy miał być mój prawie triathlon, czyli sztafeta w Starogardzie Gdańskim w ramach cyklu Triathlon Energy (polecam start, fajnie zrobione imprezy). To kolejny rok z rzędu, kiedy w Starogardzie w sztafecie Endure Team wystawia reprezentację. W zeszłym roku startowaliśmy we trzech (Marek płynął, ja jechałem na rowerze, a Paweł pobiegł zamiatając stawkę ;)) i zajęliśmy pierwsze miejsce. W tym roku startowaliśmy we dwóch (niezawodny Marek płynął, ja jechałem na rowerze i biegłem).

W tym miejscu warto dodać, że zarówno w zeszłym roku, jak i w tym, Marek robił wariant hardcore, czyli: najpierw płynął dla sztafety (950 metrów), a potem startował indywidualnie na 1/8 IM! Szacun ogromny i podziękowania wielkie! 🙂

Przepłynięcie odcinka pływackiego zajęło Markowi 19’16” i był to trzeci czas wśród sztafet. Pierwsza strefa zmian, gdzie przekazywaliśmy sobie czipa, zajęła nam 1’47”. Pokulałem się na rower i przyszedł czas na jazdę. Pierwsze kilkaset metrów to była nawierzchniowa masakra, potem już na nawierzchnię nie można było narzekać.

Sam rower miałem pojechać na 280+ watów, niestety, plan się nie udał. NP z całego odcinka rowerowego wyniósł 276W, jakieś 3,5 W/kg. 20 watów więcej niż w zeszłym roku, ale mniej niż założona moc… Przyczyn było kilka, jedną z nich była chęć uniknięcia draftowania. W szczegóły się wbijał nie będę, ale niektórzy powinni się mocno zastanowić, czy powinni jeździć w zawodach w konwencji bez draftingu. Kolejnym problemem było utrzymanie mocy na odcinkach z górki. Ogólnie, trzeba nad tym popracować, bo ten rower mógł i powinien być mocniejszy. Odcinek rowerowy zajął 1:11’55” i był to drugi czas pośród sztafet. T2 zajęło mi 1’18”. I przyszedł czas na bieg.

Nawrotka na pętli biegowej
Nawrotka na pętli biegowej

Bieg też wyszedł poniżej oczekiwań. Plan był na pierwsze 2 km w okolicach 4’/km i potem przyspieszyć. Wyszło inaczej 😉 Na biegu były dwie pętle, które dosyć solidnie mnie zmęczyły. Mało było odcinków płaskich. Sama trasa była również niedomierzona, na mecie zegarek pokazał 9,96 km, zamiast 10,55. Bieg ukończyłem z czasem 40’42” i był to drugi czas pośród sztafet. Najciekawsze na biegu było samopoczucie. Czułem, że mogę jeszcze ze dwie pętle w tym tempie przebiec, ale za nic nie mogłem zmusić nóg do szybszego biegu. Znowu, trzeba będzie nad tym popracować, żeby bieg był mocniejszy 😉

Sumarycznie, cały dystans zajął nam 2:14’58”, zajęliśmy drugie miejsce i mieliśmy 7’2″ straty do pierwszej sztafety. Drugie miejsce to gorzej, niż w zeszłym roku, ale sumarycznie czas mieliśmy lepszy. Czyli jest progres, tylko konkurencja nie zasypia gruszek w popiele 😉

Podium w Starogardzie Gdańskim
Podium w Starogardzie Gdańskim

Na koniec chciałbym podziękować drużynie wspierającej, czyli mojej Mamie, Monice i Heniowi (który dzielnie zniósł trudy kibicowania!). Oraz gratulacje dla wszystkich z Endure Team, bo wyniki startów były co najmniej zacne, np. Marta wygrała open kobiet w Charzykowych, Tomek wygrał open i złamał 2 godziny na 1/4 w Starogardzie 😀

A teraz czas zrobić kilka (tysięcy) kroków wstecz i zacząć pracę od podstaw nad pływaniem. I może, może! Za rok w Starogardzie sztafeta będzie jednoosobowa? 🙂

Nic już nie musiało, chociaż pewnie mogło.

Tytuł tego wpisu jest odpowiedzią, na mój poprzedni wpis. Zastanawiałem się, co się jeszcze może spieprzyć. I okazało się, że już nic nie musiało się spieprzyć, żebym w Czempiniu nie wystartował. Ten jeden ząb wystarczył. We wtorek okazało się, że zrobił się spory ropień, który trzeba było przeciąć i wyczyścić. Potem ząb został przeleczony kanałowo i miało być lepiej. Lekarz dawał 50% szansy na wystartowanie.

Faktycznie, zrobiło się lepiej. Wczoraj (w czwartek). Szkoda tylko, że nie na tyle, żeby to cokolwiek zmieniło. Dzisiaj (w piątek), miała być podjęta ostateczna decyzja, co do startu. Spróbowałem więc przebiec parę kroków. Zaraz poczułem ból, więc dałem sobie spokój. I z dalszym biegiem i z wyjazdem do Czempinia.

Teraz pozostało się wyleczyć oraz oszacować jakie szkody w organizmie poczyniły antybiotyki. Potem może poszukać jakiegoś innego startu. Szkoda tej formy co jest (była?). A duathlon w Gniewinie dopiero na koniec września, więc trochę daleko. Ze startami tri dalej nie wiadomo co będzie, ze względu na moje pływanie, które ciągle jest w lesie… Może chociaż jakiegoś Parkruna na życiówkę sobie pobiegnę?

Wszystkim startującym w Czempiniu życzę powodzenia! Za parę osób kciuki będę trzymał szczególnie mocno. OZD Braciszku! OZD Trenerze. OZD Enduraki!

Bardzo dziękuję wszystkim za wsparcie! Szczególnie Mysi :*

Na koniec tekst piosenki „Coda” zespołu Riverside, która gra mi teraz w głowie i mnie pociesza. Szczególnie ostatni wers.

Night outside grows white
I lie faceup in my shell
Open my eyes
Don’t feel like falling into blank space

Had allowed that life to drift
For I’ve chosen a different trail
When darkness fades
Don’t feel like falling into blank space

Want to be your light
Illuminate your smiles
Want to be your cure
Bridge between self and us
Want to be your prayer
Wipe the tears from your eyes
When the night returns

I won’t collapse

I’m set to rise

Co się jeszcze może spieprzyć?

W sobotę zawody w Czempiniu. Plan jest taki, żebym wystartował na dystansie długim, czyli 10 km biegu, 60 km rower i potem kolejne 10 km biegu. To mój wiosenny start A i pod niego Trener Tomasz Spaleniak prowadził przygotowania. No właśnie, przygotowania… Jedno co można napisać o tych przygotowaniach, to że Trener musiał się nieźle nagimnastykować, bo nie ułatwiałem.

Żeby nie było, nie sabotowałem umyślnie tych przygotowań. Ot, tak wyszło. Jak bym miał to krótko podsumować, to naście razy wystąpiła migrena, z czego kilka razy tak, że nie byłem w stanie wyjść na trening. Raz posłuszeństwa odmówiły plecy i znowu parę dni i treningów w, hehe, plecy. Problem z nogą, rozwiązany na szczęście przez Macieja Czarnego, też uprzykrzył mocne treningi biegowe i zrobienie życiówki w półmaratonie. No i moja nieszczęsna alergia. Teraz, w okresie gdy pylą moje alergeny zdarza się, że pomimo leków mam problem z oddychaniem na treningach, nie tylko tych mocnych.

Mimo wszystko Tomek modyfikował plan, szukał sposobów, żeby forma była. I wiecie co? Forma jest! Zadania, które myślałem, że są niemożliwe do zrobienia przeze mnie, zostały zrobione. Ba, przy niektórych zakładkach duathlonowych (bieg-rower-bieg) myślałem, że po pierwszym biegu nie będę już w stanie ruszyć ręką czy nogą. A potem robiłem pierwszy bieg, siadałem na rower i dawałem radę. Może nie z jakimś zapasem, bo zazwyczaj obciążenia były tak dobrane, żeby było ambitnie i ciężko, ale żebym dał radę. Jak jest ciężko na treningu, to na zawodach może być jeszcze ciężej!

I szło do przodu, pomimo problemów. Tak mocnego roweru dotąd nie miałem. Tak mocnego biegania również do tej pory nie miałem. Ba, nie miałem nigdy tak mocnego biegania po mocnym rowerze! Poprawiła się moja technika biegowa, poprawiła się siła biegowa i rowerowa. No po prostu jest forma, jest moc!

Ale nie może być tak dobrze, żeby po prostu na luzie podejść do zawodów. Co to, to nie! Coś jeszcze się musiało zepsuć i się, niestety, zepsuło. W piątek wypadło mi wypełnienie z zęba (7 lewa dolna). Pod wieczór ząb zaczął pobolewać, ale w sobotę rano udało się ogarnąć naprawę wypełnienia. Niestety, ból się nasilał. Noc z soboty na niedzielę to była masakra. Chwilami chciałem pójść po kombinerki i pozbyć się problemu. Dla pewności wyrwać ze 3 zęby, jak by nie bolał ten, który podejrzewałem.

W niedzielę rano, mimo wszystko, pojechałem na trening grupowy Endure Team. Zrobiłem tylko połowę (rower+bieg, bez drugiego powtórzenia tego samego), bo na biegu miałem wrażenie, że ktoś mi, przy każdym kroku, młotkiem wali w głowę. Udało mi się umówić wizytę na 19 jeszcze w niedzielę. Szybkie zdjęcie i… okazało się, że lewa dolna 6 sobie zafundowała zmianę okołowierzchołkową. No masakra, to ona tak bolała. Szczegóły otwarcia zęba pominę, ale po godzince ulga była już wielka, ból. Niestety, ząb może być nie do uratowania – decyzja zapadnie we wtorek. Jakakolwiek decyzja nie będzie, to chciałbym jednak w Czempiniu wystartować, pytanie brzmi, czy to się uda? Bo dzisiaj rano wyglądałem tak:

Spuchły
Spuchły

Ech 🙁 Trzymajcie kciuki…

Małe podsumowanie – ONICO Półmaraton Gdynia 2018

Miałem zupełnie inny pomysł na ten wpis. Właściwie inny plan. Życie, niestety, zweryfikowało te plany. Miałem nadzieję pochwalić się nową półmaratońską życiówką, a tutaj… No właśnie, tutaj wypada napisać, że zdarzył mi się pierwszy biegowy DNF. Pierwszy raz zszedłem z trasy, ze względu na kontuzję. Przebiegłem jakieś 2,5 kilometra i ból nogi nakazał mi przerwać bieg. Nie wiem, czy bym dobiegł do mety. Wiem jednak, że nawet jeśli bym to zrobił, to skutki nieodpuszczenia byłyby opłakane. Tym razem zwyciężył rozsądek. A przynajmniej tak sobie to tłumaczę. W głowie frustracja i ból zawiedzionej własnej ambicji.

Szkoda, naprawdę szkoda tego biegu. Chciałem, żeby nowa życiówka zgrabnie podsumowała rok współpracy z Tomkiem, w ramach Endure Team. No cóż, wyszło jak wyszło. Po porannej wizycie u fizjoterapeuty (Maciej Czarny, polecam, potrafi zadać ból ;)) wiem, że dramatu z kontuzją nie będzie. I to jest bardzo pozytywna wiadomość tego poranka! Kolejna, to taka, że być może uda się rozwiązać mój problem z migrenami (które mogą nie być migrenami).

Co do właściwego podsumowania, to będzie krótko. Rok współpracy z Tomkiem. Trzy pudła, jedno w sztafecie triathlonowej, dwa indywidualnie w duathlonie, w tym brązowy medal Mistrzostw Polski. Poprawione życiówki na 5 i 10 kilometrów. Jest też forma na poprawienie życiówki w półmaratonie, ale to się niestety trochę odroczyło. Czuję się mocniejszy w każdej dyscyplinie. Poznałem inną myśl treningową. Zobaczyłem inny sposób trenowania. Zostałem też częścią bardzo fajnego zespołu. Nauczyłem się wiele, zarówno od trenerów (Tomka i Marcina), jak i reszty członków Endure Team. I wiele, mam nadzieję, się jeszcze nauczę.

Nie przedłużając, dziękuję i proszę o więcej! 🙂

Do kobiecego serca?

Dzisiaj Dzień Kobiet. Jak więc lepiej dotrzeć do kobiecego serca, niż przez żołądek? Tak, tak, wiem, wiem. To niby do męskiego serca się tak dociera. Ale przecież kobiety są równe mężczyznom, prawda? A do serca Mysiego przez żołądek można, więc poszedłem na łatwiznę i skorzystałem z utartej ścieżki 😉

Mówią różni eksperci, że w dobrym związku partnerzy zachowują swoją odrębność, ale mają też wspólne pasje. Tak się złożyło, że do naszych pasji zalicza się gotowanie (i jedzenie!) oraz sport (triathlon i takie tam). Często działamy razem, w myśl zasady, że co dwie głowy to nie jedna (i co cztery ręce, to nie dwie, a gdzie kucharek sześć tam… chyba się zapędziłem ;)).

Co ja tutaj chciałem, tak w ogóle… A, no tak. Czas do meritum. W ramach współpracy dzisiejszy posiłek przygotowaliśmy razem. Od jakiegoś czasu jemy zdrowiej, więc chcieliśmy zrobić mały eksperyment. Czy da się zrobić smaczne i w miarę zdrowe burgery? W końcu przy treningu istotne jest uzupełnianie żelaza! Z tego względu postanowiliśmy skorzystać z pomysłu, w którym zasmakowaliśmy w Baranoli (Bura Koza, mniam!) i do burgerów weszły też buraki, ser kozi i sos chrzanowy.

Podział czynności nastąpił według poszczególnych kompetencji. W temacie robienia pieczywa jestem zupełnie zielony, za to Monika potrafi tu zaszaleć. Za to ja, podobnie jak Monika, potrafię obrobić mięcho i złożyć posiłek w całość. Wykoncypowaliśmy więc, że bułki do burgerów zrobi Monika, a ja zajmę się resztą. Jeśli chcecie wiedzieć, co i jak z bułkami – pytajcie Moniki, ja „sięnieznam[tm]”. Jedyne co wiem, to że były pyszne! 🙂

Co do burgerów, tu już łatwiej, tą wiedzą mogę się podzielić – bo ją mam. A nawet jeśli nie, to i tak wyszło smacznie! Wiadomym jest, że w burgerach wielkie znaczenie ma jakie mięso wykorzystamy. No, chyba, że robimy burgery z krewetek czy warzyw strączkowych, to wtedy jednak nie. Tutaj burgery miały być wołowe, więc mięso było z wołu, a konkretniej z rostbefu. Mięso na burgery nie może być zbyt chude, bo inaczej wyjdą raczej twarde, a nie o to przecież chodzi. Czas na konkrety!

Składniki dla 4 osób:

  • Mięso wołowe – u nas ~200g na osobę
  • Bułki (to nie ja!)
  • Sos worcester (do mięsa) – 2 łyżki
  • Sól
  • Pieprz
  • Łyżka oleju słonecznikowego – do smażenia
  • Ser kozi w plastrach
  • Burak
  • Jogurt naturalny – pół małego kubka
  • Chrzan – dwie łyżki
  • Rukola – żeby było zielsko

Na początek wołowina trafiła na godzinkę do zamrażalnika. Jakoś mięso ma lepszą teksturę po zmieleniu, jak się je trochę zmrozi przed mieleniem. W międzyczasie przygotowałem „sos chrzanowy”, czyli dwie łyżki chrzanu tartego wymieszałem z połową małego kubka jogurtu. Pokroiłem buraka, tym razem był to gotowy burak ugotowany. Oprócz pokrojenia wymagał tylko podgrzania na etapie składania. Ser był gotowy w plastrach, więc tylko wyłożyłem go, żeby był pod ręką. Rukola umyta i wysuszona.

Gdy mięso się lekko przemroziło, kroimy je w kawałki, które wejdą do maszynki do mielenia, po czym… Odpalamy maszynkę do mielenia (szok!) i mielimy. Do zmielonego mięsa dodaję 2 łyżki sosu worcester, trochę zmielonego pieprzu (wedle smaku) i zagniatam je przez 45-60 sekund, aż połączy się w wielką kulę. Później kulę rozdzielam na mniejsze kule (~100 g) i formuję burgery. Tutaj warto zaznaczyć, że burgery formuję ręcznie, przy okazji zostawiając trochę grubszy brzeg, trochę chudszy środek. Dlaczego? Wiadomo, że mięso w trakcie smażenia się „zbiega”. Gdybym zrobił płaskie burgery, to „zbiegnięcie się” spowodowałoby powstanie sporego wybrzuszenia na środku, a w konsekwencji problemy w trakcie składania w całość. Formowanie z wgłębieniem na środku powoduje, że po usmażeniu mamy równiutkie kotlety.

Mięso uformowane, czas smażyć (Trenerze, nie bij!) burgery! Na rozgrzaną (porządną) patelnię wlewamy dosłownie łyżkę oleju słonecznikowego, rozprowadzamy go, żeby patelnia pokryła się cieniutką warstwą i wrzucamy mięso. Ja smażę tak, że na każdej stronie mięso spędza 30-45 sekund, po czym jest obracane. Patelnia cały czas na wysokiej temperaturze, ale takiej, żeby mięso się nie paliło. Czas smażenia? Zależy od mięsa, patelni, kuchenki, upodobań – czyli trzeba wyczuć. Po usmażeniu odkładamy kotlety na talerz, na ~2 minutki, żeby mięso odpoczęło. W międzyczasie podgrzały się plastry buraka, bułki zostały przekrojone. Składamy!

Na początek idzie spód bułki, na to rukola, plaster sera koziego, potem kotlet i na to jeszcze plaster sera (bo cienkie są, noooo…), na to jeszcze burak plus sosik chrzanowy i zamykamy bułką. Ostatnie trzy kroki do zobaczenia na zdjęciach poniżej 🙂

Krok przed przedostatniu
Krok przed przedostatniu
Krok przedostatni!
Krok przedostatni!
Burgery!
Burgery!

Etapu wcinania z troski o czytelników nie dokumentowaliśmy 😉

Korzystając z okazji, wszystkim Paniom chciałbym życzyć wszystkiego naj! I samych pyszności 😀