Kilka przepisów w jednym, czyli o udanym związku i BOBKACH MOCY

Jak zapewne udało się Tobie czytelniku zauważyć – a może wcale nie, bo przecież nie wszyscy są tak spostrzegawczy i równie jak ja (czyli co najmniej jak woda w kiblu) bystrzy – sparafrazowałam właśnie tytuł poprzedniego wpisu mojego męża. Wcale nie zrobiłam tego złośliwe! Wręcz przeciwnie – jakby zaśpiewał bardzo lubiany przez niego wykonawca, niejaki Jack Black – „This is a tribute!” (swoją drogą polecam w wolnej chwili sobie posłuchać, nóżka sama chodzi).

Dziś Międzynarodowy Dzień Przytulania i postanowiłam w tym dniu i tym oto wpisem męża mojego uhonorować. Dlaczego? A bo go kocham bardzo i uwielbiam, pewnie również dlatego, że tak dłuuuuugo musiałam na niego czekać! I dlatego jeszcze, że mój mąż obudził we mnie i dzielnie pielęgnuje … tri-potwora 🙂 Tak, tak – nie oszukujmy się, gdyby nie mój ukochany, pewnie nigdy nie wzięłabym się za ten cały trajlon. A zaczęło się tak niewinnie… ale to historia na zupełnie inny wpis 🙂

Muszę się mocno pilnować, bo mam niestety straszliwe zapędy do brnięcia w liczne dygresje i odchodzenia od meritum… no więc o co chodzi z tymi przepisami?

Pierwszy miał być na udany związek 😉

Otóż kiedy wreszcie zebrałam się w sobie i wyszłam na dzisiejszy trening, a jakoś tak mocno mi się nie chciało – no ale tak czasem bywa – nie chce się, a potem człek jest mega zadowolony, że jednak wylazł… a zatem kiedy wreszcie wybiegłam dziś z domu, nie miałam w głowie kolejnych startów, ani Henia-alkoholika, tylko pojawiła się taka myśl, jaki fajny jest ten mój mąż, że właśnie w tej godzinie ogarnia potomka, żebym ja mogła ruszyć te swoje cztery litery. Małżonek mój bowiem w swej mądrości ogarnia, że będąc w związku warto (raptem dwie rzeczy):

Być sobą i pozwolić na to samo swojemu partnerowi.
Mieć swoje pasje, ale też wspierać drugą połowę w dążeniu do samorealizacji.

 

A żeby nie było tak sztywno i moralizatorsko, no i by faktycznie wpis zawierał kilka przepisów, pozwolę sobie opisać w skrócie (ale nie takim aż telegraficznym), moją drogę do pozyskania BOBKÓW MOCY.

Czeko-kulka w kokos-wiórkach, czyli BOBEK MOCY
  1. Wczesnym popołudniem wykoncypuj sobie, że potrzebujesz jakiegoś porannego posiłku przedtreningowego bez wielkiego porannego gotowania.
  2. W trakcie wieczornej drzemki swego prawie 4-miesięcznego syna obczaj lodówkę i spiżarnię. Bądź pełna nadziei, że z lekko przeterminowanej kremówki, cukru, płatków owsianych, orzechów nerkowca, nasion słonecznika i rodzynkUF uzyskasz batony śniadaniowe Nigelli.
  3. Natychmiast podejmij się realizacji zadania – wlej kremówkę do garnuszka, dorzuć cukru na oko i gotuj to wszystko na małym ogniu licząc po cichu, że cukier rozpuści się bez mieszania i wszystko będzie git.
  4. W plastikowej misce wymieszaj wszystkie suche, oczywiście odmierzone również na oko, bo przecież nie masz czasu – dzieć może się obudzić w każdej chwili. Puknij się następnie w łeb i wymień miskę na szklaną, bo przecież ostatecznie będziesz do tego dolewać gorącą kremówkę.
  5. Przemieszaj jednak tę kremówkę z cukrem (warto), zalej suche składniki i mieszaj porządnie do połączenia, ale bez przesady – pamiętaj o dzieciu!
  6. Ooo! Skubany młody się obudził – na jednej nodze wyłóż blachę papierem, uklep w pośpiechu uzyskaną breję i wstaw do zimnego piekarnika. Ciepnij garnek i miski do zlewu, bo młody już zaczyna jękolić, leć po niego!
  7. Z dzieckiem na ręku włącz piekarnik.
  8. Po godzinie piętnaście poproś męża o pokrojenie tego czegoś w blaszce, bo sama masz młodego przy cycu.
  9. Jeśli batony nie wyszły – myśl jak Pollyanna – masz granolę!
  10. Następnego dnia rano wraz z małżonkiem wciągnij pół blachy tego czegoś z jogurtem. Całkiem niezły shit, ale za miENTkie jak na granolę. Kombinuj dalej. Acha! Umyj garnek i miski!
  11. Jak na dziecko lat 80′ poprzedniego stulecia przystało orientujesz się, że z płatków w każdej postaci da się jakoś dojść do CiastkUF owsianych bez pieczenia. No dobra, te są jakieś fikuśne, kto w tamtych czasach widział jakieś masło orzechowe?! Ty spróbuj bez.
  12. Wieczorem, znów w trakcie drzemki syna, podejmij się realizacji powyższego pomysłu – z reszty „tego czegoś” co Ci zostało po śniadaniu. W garnku zagrzej masło, mleko, jeszcze cukru i kakao. W ciepłą masę wciepnij resztkę swojej brei, dorzuć płatków owsianych, bo jednak jest tego ciut za mało.
  13. W nagłym przypływie zdrowego rozsądku poproś swojego męża (wybierającego się akurat do apteki w centrum handlowym), o dokupienie w markecie mleka w proszku i wiórków kokosowych, bo przecież w razie totalnej porażki da się skombinować jakąś hybrydę z blokiem czekoladowym.
  14. Odstaw gorącą masę do ostygnięcia. Zapomnij o niej do rana, w końcu dzieć usypia przy piersi…
  15. Rano znajdziesz w garnku zastygniętą masę – skoro już masz te wiórki kokosowe i mleko w proszku zrealizuj swój ostateczny pomysł w trakcie porannej drzemki młodego.
  16. Podgrzej to coś w garnku z dodatkiem mleka (płynnego), dosyp mleko w proszku i ciut wiórków – resztę wykorzystaj do obtoczenia kulek.
  17. Niech dziecko obudzi się w trakcie tej czynności, a Ty zawołaj do męża: „Przejmij Heńka, bo ja jeszcze kulam to gówno!” i dzięki temu znajdź nazwę dla swojego wynalazku! Tak oto pozyskałaś/eś BOBKI MOCY! Kaloryczne w cholerę, może niekoniecznie super zdrowe, ale jakie dobre!
  18. Brudne gary wciepnij do zmywarki, ogarnij podczas kolejnej drzemki dziecia, albo zdaj się na męża 😉

I pamiętaj!

Zawsze możesz liczyć, że Twoje dziecko rozbuja Twoją kreatywność, zainspiruje do kolejnego wpisu, a nawet pomoże w przygotowaniu go na raty!

W końcu to Twój mały pomocnik!

Heniek, bo 1+1 >= 3!

 

 

 

 

Santa Claus is coming to town, czyli FAT-MADKA wraca do gry…

Niespiesznie wciągam fioletowe rajtki w rozmiarze S na lekko spocone pupsko w rozmiarze XL. Nie mam specjalnych majtasów jak Brydzia Dżons, ale jakoś to będzie. Tu wcisnę, tam upchnę, porządnie zwiążę sznurek w talii, żeby nic nie wyskoczyło górą. Wielkopolska sknera mieszkająca we mnie jest szczęśliwa, bo dzięki dodatkowi lycry nie muszę wymieniać całej sportowej garderoby.

Jest 8:30, ale jestem na maksa zmulona. Brakuje mi werwy, bo w nocy Henio zarządził imprezę od 1:30 do prawie 4, ze zmianą cyca w połowie dystansu. Dopinam przyciasny sportowy stanik na chwilowo niesymetrycznym biuście – lewa nieopróżniona, bo od 6:00 graliśmy prawą na leżąco, żeby jeszcze choć trochę pospać – wciągam koszulkę techniczną i bluzę biegową, a w międzyczasie trzy razy sprawdzam ręką miejsce w okolicy mleczarni, przy tym poziomie zmęczenia nie ufam samej sobie, ale za każdym razem znajduję pulsometr na właściwym miejscu. Mogę kontynuować przygotowania do treningu. Schodzę na dół, w przedpokoju zakładam ciut toporne Kalenji, ale w nju balansach bym się pewnie dzisiaj „samozapłodniła”, o czym przekonam się już wkrótce. Z salonu dobiega głos najwspanialszego taty we wsi Kazimierz:

„Osioł robi i-aa, i-aa!”

Oho! Chłopaki dorwali się do poważnej literatury – „Księga dźwięków”, ostatnimi czasy nasz książkowy hit, zaraz po „Najlepszym” 😉

„Nie biorę klucza!” – krzyczę.

Sprawdzam czas na Garminie i jak na Grażynę triathlonu przystało – bez żadnego śniadania, i co gorsza o suchym pysku, za to z pięciominutową obsuwą w stosunku do wczorajszych założeń, wychodzę na bieg – naprawdę nie jest źle. Odstawiam jeszcze kosz na śmieci na swoje miejsce (Panowie z PUKu zwykle zostawiają go na środku podwórka, żeby zaznaczyć swoją obecność) – zyskuję 10 punktów w plebiscycie GOSPODYNI ROKU, nie powiem, przyda się, albowiem azaliż od paru miesięcy totalnie nie ogarniam kuwety. Ahoj przygodo! Mogę ruszać!

Wybieram trening na zegarku i tu pierwszy ZONK – Garmin ustawia typ treningu „Bieg w pomieszczeniu”. Macham na to jednak ręką i szczam sikiem prostym, bo od kiedy Henio jest z nami to serio nie mam czasu na takie pierdoły. Poza tym, co ja tam dzisiaj wyczytam z tego treningu, skoro dopiero wracam do jakiegokolwiek wysiłku po tylu miesiącach przerwy? Co najwyżej Garmin znów podpowie, że regenerować się powinnam w trumnie na katafalku, czyt. jakieś 3 dni. Wsłuchuję się zatem w Sistars, które odpaliłam w spotyfaju na srajfonie (telefon, nieodzowny element wyposażenia treningowego matki), i zaczynam biec.

W głowie powtarzam sobie co mam do zrobienia – 15 minut luźno, 5 x (20” ciut szybciej / 1’40” luz) i 15 minut schłodzenia. Tak zarządził trener, a ja mam najlepszego na świecie, czyli mojego męża, to go będę słuchać! Mocno pilnuję się, żeby już na starcie nie myśleć o duathlonie w Czempiniu, bo wiem, że raciczki oszaleją, tętno poszybuje w kosmos, a i tak nie mam czym szastać. Szczególnie biorąc pod uwagę 13 kg, które mi jeszcze zostało do zrzutu. Nooo… o tym też strach myśleć – specjalnie zgłosiłam się do czelendżu MKONa, żeby te kilogramy pożegnać, ale od tego momentu zeszło ich raptem całe dwa (święta – serniczki, pierniczki, makowce, sałatki jarzynowe, śledziunie, śledziuniuniuniunie kochane).  A skoro już zaczęłam myśleć o wadze, to wróciło do mnie oczywiście to wczorajsze ciasto, co to je z wielkim apetytem spałaszowałam, czując co prawda pewien niesmak do samej siebie, który jednak zupełnie nie utrudnił mi konsumpcji.

JA: Kochanie, w tym chyba nie ma alkoholu, prawda?

KAMIL: Nie, spokojnie możesz zjeść, ja nic nie poczułem, a jestem w tym temacie wyczulony…

No to rzuciłam się jak szczerbaty na suchary… cholera, czy mi się wydaje, czy tam jednak jest coś rozgrzewającego? Temat wkręcił mi się w mózg i świdruje od tej 19:30, kiedy zakończyłam spożycie. To zatem całkowicie naturalne, że o 3 nad ranem, po zmianie cycusia na prawy, wpisuję w google „sowa tort cookie skład” – w opisie jak wół stoi SPIRYTUS. Ku*wa mać! Pieprzona madka roku!

W pierwszych pięciu minutach biegu myślę zatem o Heniu, którego na bank wczoraj wieczorem wpędziłam w alkoholizm. Oczami wyobraźni widzę sklep całodobowy, przed nim dorosłego już i z lekka zużytego Henryka obalającego flaszkę z jakim innym menelem, pardon alkoholikiem. Konsumpcję przerywa im trzeci żul zagajając:

„Te Heniek! Kopsnij szluga!”

Ja pikolę, Mysza rilaks! Zjadłaś jeden mały slajsik, daj se kobito siana!

Na szczęście po kilku minutach biegu nawierzchnia diametralnie się zmienia, co zmusza mnie jednocześnie do zmiany tematu rozważań. Zaczynam się zastanawiać czy w ogóle dam radę zrobić na tej trasie jakiekolwiek przyspieszenia. „Gwiazdy tańczą na lodzie!” -„Janusze i Grażyny triathlonu” special edyszyn. Jedyny plus – wzrost kadencji i poprawa Vertical oscillation 😉 W międzyczasie zauważam, że niestety wróciłam do biegania w stylu Rocky’iego – ciężko stąpam i boksuję rękami na boki. Pocieszam się i usprawiedliwiam sama przed sobą, że to na pewno przez zmianę środka ciężkości – biegnę przecież z nieopróżnionym lewym cyckiem, to musi być to! Dobiegam do asfaltowej ścieżki rowerowej i widzę, że będzie zabawa. Przede mną jakieś dwa dwustumetrowe pasy szarego bez lodu, czyli da się śmigać!

Zaczyna się pierwsze przyspieszenie i kobyle wypada z pyska wędzidło, a przecież miałam polecieć tylko CIUT szybciej!

„Konik robi i-ha ha, i-ha ha!”

Tylko to przyspieszenie to raczej w głowie. W rzeczywistości odwalam ślimaka, który w „Księdze dźwięków” jedynie elegancko macha czułkami. Na końcu odcinka drobię niczym gejsza, bo znów zaczyna się lód – jak dobrze, że Garmin wypikuje zakończenie tego dramatu, a ja wracam do Rocky’ego. Ten schemat powtarza się jeszcze 4 razy – na odcinkach 20” staram się wskoczyć w skórę T-1000 z „Terminatora 2″, w sensie łapki pięknie pracujące równolegle do korpusu w osi góra-dół, wzrok skierowany przed siebie, wydłużony krok… w wyobraźni jestem jak Usain Bolt, w praktyce – jak Usain Bolt z większym lewym cyckiem, w za ciasnych rajtkach i przestrzelonym kolanem. Ledwo zipię w przerwach i na 1’40” znowu wskakuję w skórę Rocky’ego.

Monodram zmierza ku końcowi, zostaje 15 minut schłodzenia – przeżyję je całkiem dzielnie, na oblodzonych odcinkach żeniąc Rocky’ego z gejszą i rozmyślając już tylko o tym, czy Henryk aby nie umiera z głodu.

W oknie witają mnie dwa najukochańsze na świecie męskie oblicza.

Jeszcze tylko prysznic i będziesz mógł się dorwać do jadłodajni, synku!

I oby mleko nie było kwaśne…

 

 

 

 

 

 

 

Wizziulkowa Róża Wiatrów

M: Co dzisiaj na lunch?

K: Nie wiem – coś dobrego, byle dużo!

M: hm…

10 minut później – po głębokim namyśle zakończonym poważnym mysim ślinotokiem…

M: Może fasolka po bretońsku? Ochotę mam.

K: Ooooo! Dobry pomysł!

**********************************************************

4 godziny i 5 huraganów fasolowych później…

(jak w temacie – zasłużyliśmy na rozrysowanie lokalnej róży wiatrów, rozgoniliśmy mgłę nad Witominem)

M: Skoro już tak gazujemy, to może na przekąskę ciacho fasolowe?

K: A masz przepis?

M: W sieci peeeełno, a dzisiaj mi w oko wpadło to u panny Anny…

K: No…. to w końcu białko. Białka nigdy dość!

**********************************************************

1 godzinę i dwa przepisy później – dzisiaj robiłam łapę, jedną, za pomocą ręcznego blendera, ale… było warto!!!

 

FasoLOVE słodkie szaleństwo
FasoLOVE słodkie szaleństwo

M: Takie białko to ja mogę C O D Z I E N N I E!

Panno Anno, Paulino – kocham Was :*

Mysz w krainie Podziemnej Pomarańczy – cz.2 ostatnia

Co ja tam wcześniej napisałam, że próbuję biec? Tak właśnie! Otóż… pierwszy kilometr był ZAJEBISTY. Owszem, z namiotu mi się nie chciało wyjść, ale jak już wylazłam na światło dzienne (słońce jeszcze zza chmur spozierało), to nawet jakoś przebierałam tymi nogami. „No, nie będzie wcale tak źle!” – pomyślałam. Ptaszki śpiewały, wiał zefirek (nie produkowałam go na dodatek, więc spoko), minęłam nawet jakiegoś zawodnika i ten rzucił „Chciałbym mieć jeszcze tyle werwy!” Ha! A może nawet uda mi się zejść do tych 5’30”/km i to utrzymać?! – taka mnie kolejna genialna myśl najszła. No to by dopiero było! Byłam Królową Trajlonu!!! Przez całe dwa kilometry 🙂 Potem nagle jakoś tak wszystko dupnęło. Tempo spadało, chociaż byłam przekonana, że zajebiście żwawo przebieram nogami, ale znowu dopadł mnie kisiel i tak w nim brnęłam, a potem… a potem jeszcze te cholerne nudności. Wlokę te dwie dolne kończyny, przebieram szybciej górnymi, żeby tylko podkręcić tempo, a z moich ust dobywa się co i rusz taki dziwny odgłos – mnie się skojarzyło z liniejącym kotem po porannej toalecie, wiecie, że włos się zabłąkał. I o dziwo, nie tylko ja takie odgłosy wydaję, babeczka przede mną też! I tak sobie pocharkujemy ze dwa kilometry – zaczęłam błagać wszechświat o pawia. W tym czasie towarzyszka niedoli wypatrzyła jakiś krzaczek i próbowała poradzić sobie z tym zabłąkanym włosem ręcznie. Nie wiem czy skutecznie, bo bałam się zatrzymać. „Jak się zatrzymasz, to już nie ruszysz tego mysiego zadziska.”- podpowiedział wewnętrzny głosik. Zatem kuśtyk, kuśtyk, chark, chark. Za mną ktoś dzielnie udeptywał asfalt z niską kadencją i wyraźnym trudem. Dobiegło mnie takie ciche błagalne „Rzygnij wreszcie kobieto”. Miałam siłę odsapnąć jedynie – „Zajebiście bym chciała, wiesz”. I mnie ten głos wyminął, bo ileż można, co nie?! Myślałam sobie – za dużo zeżarłam tych żeli i mnie teraz męczy. Wkurzyłam się na maxa, bo jeszcze jeden żel targałam ze sobą – bez SĘSU. Minęłam punkt żywieniowy, wylałam na siebie butelkę wody (kolejną) i zaliczyłam jakiś taki stromy zbieg. I tam, na końcu zbiegu, trzewia przywitały się z przełykiem i poczułam… ŻÓŁĆ. Nie żaden cholerny żel. „Przetrawiłaś kobieto! Wcale się nie przeżarłaś, NIEDOŻARŁAŚ (IMPOSSIBLE)!”. Tylko już jakoś tak nie mogłam patrzeć na ten żel w ręku – niesmak pozostał. Zatem na następnym punkcie żywieniowym postanowiłam wciągnąć pomarańczę. I tak przetaczałam się od punktu żywieniowego, do punktu żywieniowego. Pomarańcza w pysk, butelka wody na łeb. Wreszcie żołądek odpuścił. W głowę wdrukowała się piosenka z któregoś punktu kibiców (Ella Eyre – „If I go”, niezły mózgotrzep) – i tak sobie pod nosem pomrukiwałam refren w kółko, jak zdarta płyta, a potem jeszcze pojawiły się myśli, że bez tego polewania łba wodą, to nie dociągnę do końca. I tak liczyłam te butelki – wyszło mi zajebiście dużo, dziś już nie pamiętam ile. Przez głowę przebiegła myśl o dzieciach w Afryce, które nie mają dostępu do wody pitnej, a ja tu bez sensu zlewam tę mysią łepetynę i nic ciekawego z tego i tak nie będzie, może tyle, że dotrwam. A później nadeszły skurcze nóg. Wytelepało mnie konkretnie i miałam już tego wszystkiego serdecznie dość, ale przecież nie po to dupę sobie obtarłam na tych 90 km roweru, żeby teraz zleźć 8 km przed metą, co nie?! Wykombinowałam, że może jednak przyjmę ten żel (pamiętajcie, żeby papierową metkę/cenę zrywać z żelu przed zawodami, bo zapodany z takimi paprochami zmemłanymi i zapoconymi smakuje jeszcze bardziej gównianie) i że być może powinnam wciągnąć banana na punkcie (a nie przepadam za bananami, zatem musiało mnie nieźle przycisnąć), to jakoś uzupełnię te mikroelementy – chyba zadziałał efekt placebo, bo kurczyło mnie coraz rzadziej, ale sił jakoś niestety nie przybywało. Martwiłam się jeszcze, że na mecie czekają bliscy mi ludzie, a te punkty pomiaru czasu za gęsto ustawione – będą się martwili, że coś się ze mną dzieję, jeśli się nie odpikam na kolejnym pomiarze o jakiejś sensownej godzinie. Dłużyło mi się przeraźliwie i walczyłam ze sobą o każdy kilometr. Ze wstrętem myślałam o tym ostatnim, po kostce brukowej i pod górę, bałam się, że zacznę iść, a tak bardzo chciałam to wszystko PRZEBIEC. Udało się przetruchtać. Przed samą metą wypatrzyłam łyse, wysokie, w zielonej koszulce – moje najukochańsze liczko. Niczego więcej nie potrzebowałam do szczęścia, no może poza prysznicem! Kamil wręczył mi w przelocie (a raczej „przetruchcie”) bukiet słoneczników i taka sponiewierana i ukwiecona wpadłam na metę. Grubo po sześciu godzinach walki, niezbyt zadowolona ze swojego biegu, ale szczęśliwa, że jednak dokończyłam. Głupi był ten pomysł robienia połówki w pierwszym sezonie, ale o tym pewnie jeszcze w kolejnych wpisach.

Mysz w Krainie Podziemnej Pomarańczy – cz.1.

Dawno niczego tutaj nie naskrobałam, ale od dłuższego czasu nie mam weny do pisania i nie tylko do tego, bo tak jakoś idzie mi dosłownie WSZYSTKO jak po grudzie. Nawet się nie pochwaliłam ukończeniem tej 1/2 IM w Poznaniu, a czytelnicy się dopytywali, no to sobie pomyślałam, że może jednak cholewcia spróbuję coś opisać… tylko ja nie wiem czy to powód do chwały, ta połówka w moim wykonaniu. Przecież nie liczy się tylko to, że się w ogóle start ukończyło, ale też w jakim stylu, prawda? Owszem, dałam z siebie wszystko w trakcie zawodów, ale stojąc na starcie wiedziałam, że nie jestem w formie i ta świadomość nie dodawała mi skrzydeł. Zimowa oponka to jedno, ale coś niedobrego działo się z mysim łbem, bo coraz trudniej przychodziło mi wyjście na trening – czułam, i w sumie niestety nadal czuję, zmęczenie. Ponoć taki zmęcz to normalny w BPS, ale ja zaczynałam bać się siebie na treningach. Na szosę boję się wychodzić nawet w pełni władz fizycznych i umysłowych (chociaż naprawdę trudno powiedzieć, czy jak na ten rower wsiadam, to nadal pełnię władz zachowuję, śmiem wątpić), a co dopiero w trybie zdechlaczka!? Miałam jakieś zawroty głowy i spadki koncentracji w trakcie treningu, nawet takiego zwyczajnego rozjeżdżenia bez akcentów, więc żeby dodatkowo nie podbijać tętna (i tak wiecznie zbyt wysokiego), ani nie zrobić sobie lub komuś na drodze krzywdy – wybierałam trenażer. Było ciężko, ale przecież niczego innego się nie spodziewałam, tylko… nie myślałam wcześniej, że będzie AŻ TAK ciężko. Zabrakło mi wyobraźni 🙂 Podziwiam i chylę czoła przed wszystkimi, którzy są w stanie wysiedzieć więcej niż 100km tygodniowo na trenażerze – jesteście dla mnie IronManami wszyscy po kolei jak lecicie. I to nie ćwierć czy półżelaznymi, tylko żelaznymi od stóp do głów – w pachwinach, w łepetynach, we wszystkim! Żeby nie było, że mi tylko z rowerem jakoś niespecjalnie szło – bieganie wcale nie wyglądało lepiej. A to łono ciągnęło, a to achilles się odzywał, i generalnie zaczęła się jakaś tempowa mega padaka. Czułam się tak, jakbym biegała zanurzona w kisielu. Jakby mi ktoś baterie podmienił na takie gówniane z bazarku. Jak niewyraźny bąk – taki wiecie, wstydliwy i przyduszony, bo puszczony publicznie. Na basenie to samo – macham tymi łapami, napierdzielam i rozganiam tę wodę niczym Mojżesz – tak mi się przynajmniej wydaje… tyle że faktycznie ledwie sunę i tylko ryczeć się chce. No nic nie szło, nic a nic, totalnie! Nawet cholewcia zdarzyło mi się jakieś treningi odpuścić – a to głowa nie wytrzymała, a to żołądek strajkował, a to już po prostu było do mnie niepodobne i totalnie dla mnie samej niepojęte, bo zwyczajnie mam poczucie misji i lubię odhaczać kolejne sesje treningowe, lubię jak kalendarz na Garminie się robi taki kolorowiutki i pękaty, lubię odrabiać zadanie domowe, no kurde lubię…

No i taka właśnie rozmemłana totalnie stanęłam na starcie w Poznaniu. Pogoda była całkiem dobra, zatem na aurę nie będę zganiać, że mnie jakoś specjalnie przeczołgała – słońce nie naparzało, wiało trochę, no ale niech tam sobie wieje, jakiejś wielkiej fali na Malcie ten wiatr nie zrobił, a na rowerze to w końcu raz w ryj, raz w plecy – samo życie. Ludzie wokół jacyś tacy dziarscy i zajarani startowo, spikera dało się nawet słuchać, nie był przesadnie męczący, no i w tym całym sosie MUA – Jej Pucołowata Myszowatość. Taki nieogarnięty pączek w piance. Zebrałam się wewnętrznie, kuźwa, ciężkie to było – ciut rozumku rozproszone w takiej masie o niskiej gęstości, zatem wyczyn. Start falowy, myślę sobie, przynajmniej pralki nie będzie – no i pewnie by tak właśnie było, gdybym się durna nie ustawiła znowu nie w tej linii co trzeba. Tym razem za blisko startu. A przecież obok mnie wylądował kolega Adam, a on jak ta lala (pławna) zapierdziela, to gdzie Ty tam, pączusiu okrąglusi? Rządek dalej i może byś nie zawadzała szybszym (a jednocześnie nie była narażona na kopnięcia żabciów i ropuszek). A tak – to sami wiecie – jak ząb w dupie. No i kuźwa te cholerne oksy! Wiadomo – takie prawo Murphy’ego – biednemu zawsze woda w oczy (i wiatr, i pot, i insekty)! TYRałam w tym przenośnym naocznym akwarium, nie widziałam totalnie nic i zaliczyłam kilka pocałunków z żółtymi bojkami wyznaczającymi tory dla kajaków, za pierwszym razem nawet przeprosiłam, bo myślałam, że staranowałam człowieka – ratownicy musieli mieć niezły ubaw. I tak płynęęęęęłam i płynęęęęłam, po drugiej boi nawrotowej już prawie żywego ducha wokół nie było, aż zaczęli mnie doganiać z kolejnej fali, to się znowu jakoś tak zagęściło – do dupy. I miałam wrażenie przez te oksy, że ja już kończę, już już – i tak chyba z pięćset plus razy – więc dochodziłam sobie w tej Malcie powolutku, pomrugując – jak ten rosół. Jak mnie po tych prawie 45 minutach (sic! 🙁 ) w końcu wyrzuciło na brzeg, a nikt z Greenpeace nie pofatygował się żeby ratować wieloryba, to poczłapałam – znowu jak ten bąk, bo mi we łbie wirowało – do T1. Najpierw trza ogarnąć worek z rzeczami rowerowymi, przebrać się, później znaleźć swój rower i jazda. Dzień wcześniej obserwowałam moją Anetę, jak próbuje wypatrzeć swojego rumaka w strefie zmian i jak się przy tym biedna zakałapućkała i nabiegała. Chciałam być mądrzejsza i policzyłam sobie, na którym wieszaku worek powiesiłam w jednej i drugiej strefie, na którym stojaku stoi rower. Myślicie, że po nagłej pionizacji z tętnem 196 człek umi policzyć do pięciu? To Wam powiem, Mysz nie umi! Ogarnięcie wora trochę mi zajęło – Kamil pomagał nawigować, jak w takich starych grach telewizyjnych, gdzie gracz wydawał komendy przez telefon – „W lewo Mysiu, w LEWO! MYŚKU, TO DRUGIE LEWO!”. Żeby odróżnić moje lewo od lewa absolutnego muszę czasem uczynić gest pisania, podnoszenia łyżki do ust lub krzyża, tego dnia wystarczyło pisanie. Dobra, znalezione! No to zaiwaniam z tym majdanem do babskiego namiotu! Tak, był oddzielny babski namiot, chociaż jakbym jakieś męskie przyrodzenie w tamtym momencie miała okazję podejrzeć, to przysięgam, żadnych zdrożnych myśli nie miałabym siły mieć! No to kontempluję ten babski namiot i mój wór. Czy ja mogę tu już po prostu zostać, bo się zmęczyłam? Nie no, cholewcia – Kamil krzyczy do mnie, dopinguje (słyszę go w tej całej wrzawie całkiem dobrze, niezłe ma mój narzeczony płucko), znajomi z Tridea kibicują i czekają, kiedy ten kask na łeb wcisnę, a mysie stopy w te kamasze, no to się jednak przebrałam i wylazłam. Rower namierzyłam bez problemu, bo tak fajnie dyndał w pierwszym rzędzie (mały jest, to dynda), złapałam te moje pikne, czarne guerciotti i lecę do belki – ja pierdziu, gdzie ta belka?! Pod górkę? Serio?! W Poznaniu to wiedzą, jak mnie przeczołgać 🙂 Jeszcze ostatni całus przesłany Kamilowi i już szybciorem wpinam się w pedały – taaak, ja, Grażynka roweru, należę do tych kontemplujących belkę. Ujechałam okrągły kilometr, ale coś jest nie tak, hamulec trze o przednie koło. Zatrzymałam się, ogarnęłam temat i poczułam się dumna – Myś umieć walnąć w hamulec, umieć coś odgiąć lub dogiąć. Myś mądra być i nie wywalić się przy wypinaniu! No tyle to ja jeszcze umiem, ale zapedałować 90km to już gorzej. Czuję się jak żółw z „Gdzie jest Nemo?”, łapię mój slow motion, a cały ocean rowerzystów po prostu połyka mnie i wypluwa. Właśnie tu, w Poznaniu, na części rowerowej, wreszcie czuję, że triathlon to sport dla samotników. Skupiam się na tej mojej samotnej walce – wcinam żel na trzecim kilometrze i wiem, że od tego momentu mam to robić co 20 kilometrów. To pomaga mi znieść psychicznie tę samotną jazdę, od „posiłku” do „posiłku” i jakoś to idzie. Przełamuję się nawet i próbuję przejść na lemondkę – skoro jestem na tej prostej całkiem sama – nie zrobię krzywdy nikomu, a nuż ogarnę. I o dziwo, udaje się! 🙂 Wytrzymuję caaaałe 3 kilometry, zaczynają mnie boleć ręce i plecy, bo jestem cała spięta. Daje sobie pozwoleństwo na przejście do górnego chwytu, spoko mała, jesteś dzielna! 🙂 Na drugiej pętli przychodzi moment na kolejny pierwszy raz – przelewam zawartość butelki do bidonu zamocowanego na stałe na lemondce, w trakcie jazdy. Hurra! MYSZczyni normalnie! 🙂 Wreszcie, kiedy już myślę, że chyba pomyliłam się gdzieś na trasie, bo chyba nie może być aż tak PUSTO, doganiam (!!!) jakieś dwie panie, docieramy (oczywiście zachowując przepisowe odstępy) do znaku kierującego do T2. Kończę tę nierówną, ponad trzygodzinną walkę z rowerem. Jestem gotowa do biegu. No, prawie – jeszcze tylko kolejna zabawa z worem i kontemplacja namiotu. Czuję się zdechła i najchętniej zaległabym w tym namiocie, tylko skoro już przemieszałam ramionami Maltę i wysiedziałam te trzy godziny na twardym siodełku, to szkoda by było tak po prostu się poddać, co nie? Zatem zakładam moje pomarańczowe startówki ze zbyt twardym zapiętkiem (zmasakrują mi totalnie lewego achillesa, ale o tym się przekonam dopiero kilka dni później) i próbuję biec…

C.D.N.

Edit: MOJEGO LEWEGO achillesa, czyli PRAWEGO 😛 (Dzięki kochanie za czujność :*)

Strachy na Lachy

A i owszem – zaklinam rzeczywistość tym tytułem, bo w głębi duszy te strachy są całkiem realne – bilans przed Poznaniem średnio ciekawy:

  • do startu tylko 5 dni
  • nie zbiłam wagi, więc w Huuba będę wciskać schaba
  • w BPSie musiałam odpuścić kilka treningów – z powodu zmęczenia i problemów z żołądkiem
  • nie jestem w formie – ostatnio prawie popłakałam się na basenie, tak mi nie szło, ale bez sensu do niecki dolewać, wciągnęłam płetwy i jakoś dokończyłam
  • rower lichy cały czas, więcej trenażera niż szosy (stres), ręka prawa za nic w świecie nie oderwie się od kierownicy – jak poradzę sobie na punktach żywieniowych?
  • nie przetestowałam innego napoju, a żołądek zaczął odmawiać współpracy z Vitargo
  • boli mnie prawe ścięgno Achillesa, od czasu do czasu odzywa się memłon – biegam wolno, w tym temacie czuję się tak, jakbym wróciła do początków i naprawa mnie to smutkiem, czuję się zrezygnowana
  • strasznie się boję – śni mi się znowu ten cholerny rowerek z pomponami, picie wody w Malcie i ból podczas biegania
  • na fejsie pełno zadowolonych mordek, kolejnych życiówek, wzrostu formy, jarania się przedstartowego, jarania się postartowego, a także w trakcie, a ja mam tylko sraczkę i wisielczy nastrój

Byle do weekendu…

W czerwcu w Suszu szosa sucha…

Powiadam Wam, piekło! Suszyło i mdliło! Myślałam, że w Ślesinie słoneczko przygrzało, ale co się w miniony weekend w Suszu działo, to przechodzi mysie pojęcie! Wcale nie zamierzam narzekać, bo przecież ostatecznie do bogatego pakietu startowego (owsianka bezglutenowa (WTF!?), a do jej zalania – płynny nawóz do roślin i mleczko do opalania z filtrem 20), doszło jeszcze darmowe SPA.

Najpierw długa sesja na solarium (zero cienia w okolicach mety), później jakieś 20min w saunie (Myś w piance, w pełnym słońcu, POZA jeziorem), następnie standard – aqua aerobik, chociaż tutaj bardziej aqua kick-boxing – w mysie ryło się zarobiło z nogi od żabkarki 😉 Oczywistym jest, że po wyjściu z wody należy się wySuszyć, a najlepiej i najszybciej się schnie w ruchu, np. na rowerze – w cenie kilkanaście minut na platformie wibracyjnej (czyt. suskim bruku – w sam raz na mysi wałek), oraz posiłek regeneracyjny, czyli łykanie w locie draftujących parówek – serio, nie spodziewałam się takich luksusów przy mojej haniebnej prędkości, a tu taka uczta! Sesję w SPA kończymy roztruchtaniem z podlewaniem – bicze szkockie się udało zaliczyć, generalnie pierwsza byłam w kolejce do każdego węża na trasie (O DZIĘKI WAM DZIELNI SUSCY POLEWACZE!). A trasa biegowa piękna była, wokół jeziora, nawet się momentami jakiś cień trafił. Potem wiadomo – na szyję żelastwo zarzucili, można się było na materacach Jan Niezbędny – Żyj wygodnie! (ehehehe) rozwalić albo stanąć w kolejce po arbuza.

Myś z lewego zadka

A że to nie był jedyny start tego dnia i wcale nie najważniejszy, to trzeba było jeszcze się wylaszczyć – czyt. tyłek i pachy wymoczyć w jeziorze, przebrać się w coś świeżego, wyczesać kudły mysim zgrzebłem, znów zapleść warkoczyk – żeby się jak człowiek prezentować na EuCO Rowerkowych Mistrzostwach Świata 2016.

mysz
Mysz w Rowerkowych Mistrzostwach Świata 2016, fot. ADD Creative Studio Reklamy

I tak w jeden dzień obskoczyłam Mistrzostwa Polski i Mistrzostwa Świata – powiadam Wam, jestem MYSZczynią Triathlonu!

IMG_0721
Medal MYSZczyni

IMG_0723

 

Pierwsze koty za płoty…

Zostałam wreszcie trajtlonistką, przyklepane!

I nic to, że jestem triathlonową Grażynką z Klanu, to naprawdę nic, póki jestem w stanie do tej mety samodzielnie doczłapać w wyznaczonym czasie! We wszystkich dyscyplinach jestem mniej niż średnia, na rowerze kiedyś najprawdopodobniej wyzionę ducha (przez jaki zawał), a nawet – co tu kryć – zamiast wytapiać, z nerwów wcinam po prostu wszystko i puchnę w tempie pompowania bojki ratowniczej – niedługo pewnie zaczniemy remont, chowajcie przede mną płyty karton-gips! Nic to wszystko! Ukończyłam 1/8 IM w Ślesinie (1:25’10”) i 1/4 IM w Starogardzie Gdańskim  (3:02’29”) i jestem z siebie dumna! 🙂  

Cieszę się, że Trenercia tak to mądrze wymyśliła, żebym troszkę postartowała przed tą 1/2 IM w Poznaniu (dystans ów mnie zresztą obecnie przeraża, ale nie o tym…),  bo dzięki temu naprawdę wiele uczę się i o triathlonie, ale i o Mysi w triathlonie, a i poza nim też.

Do tej pory dowiedziałam się na ten przykład, że:

  • pływanie w triathlonie, przy kiepsko przemyślanej trasie, to bardziej boks niż pływanie (Starogard Gd.)
  • całkiem lubię boks, nie tylko oglądać
  • mimo, że jestem Grażynką pływania i tak idzie mi ono najlepiej ze wszystkich dyscyplin (to dla mnie nowość, szczerze liczyłam, że będę lepsza w bieganiu)
  • dużo łatwiej się nawiguje na wielkie boje na zawodach (Ślesin, Starogard Gd.), niż na pięciolitrowy kanister udający boję (Zawiad – treningi)
  • nie lubię czesania wodorostów (Starogard Gd.), ani przechadzek po nich  (to wiedziałam już wcześniej, ale to czesanie… brrr)
  • umiem jednocześnie przebierać rękami do kraula i wyjmować wodorosty zza okularków (Starogard Gd.)
  • przy wychodzeniu z wody – po przejściu z pozycji horyzontalnej do wertykalnej, następuje u mnie coś na kształt stanu przedzawałowego (tętno 196) i mam przeolbrzymią chęć podzielenia się ze światem wcześniej zjedzonym śniadaniem
  • jestem sierotą w T1 i T2 – nigdy nie myślałam, że jestem taką guzdrałą!!!
  • jestem również Januszem zegarka – w Ślesinie udało mi się wyłączyć zegarek po części pływackiej, w Starogardzie – po rowerze
  • nie da się włączyć treningu w Garminie 920XT zębami (testowane na rowerze w Ślesinie)
  • nie da się włączyć treningu w Garminie 920XT nosem (j/w)
  • czasami brak informacji o tym, z jak żałosną średnią prędkością jedziesz i pedaling bez Ninji opieprzającego Cię za zbyt niską kadencję bywają wyzwalające (Ślesin)
  • na rowerze trzeba dużo pić, bo inaczej zdycha się podczas biegu (Ślesin)
  • pić trzeba dużo JADĄC na rowerze, ale już niekoniecznie tuż po zejściu z niego, chyba że się lubi kolkę gigant i przyczajonego pawia (wcześniejsze zakładki)
  • trzeba futrować ile się da na rowerze, żeby mieć później siłę na bieganie (dotyczy pewnie głównie dłuższych dystansów, ale na 1/4 IM też chyba troszkę za mało zjadłam)
  • umiem lewą ręką i paszczą ogarnąć żel na rowerze bez zatrzymywania się (Starogard Gd.) – bosko!
  • można mieć kolkę gigant na biegu również wtedy, gdy nawodnisz się przesadnie wodą z jeziora na etapie pływackim (Starogard Gd.)
  • kiedy podczas etapu biegowego żar się z nieba leje, polewaj się wodą ile wlezie, inaczej możesz zobaczyć smoka w ogródku, tak mniemam
  • dla pierwszoroczniaka, jak mua, tempo biegowe z zawodów biegowych nijak się ma do tempa biegowego po taplaniu i pedałowaniu (zapomnijmy o moim 5’14”/km w 1/2 IM, witaj 6’00”/km – oby chociaż tak!)
  • moja niechęć do lemondki i nieumiejętność oderwania prawej ręki od kierownicy jest bardzo słaba w perspektywie tej 1/2IM
  • #niemaniemoge i w końcu tę kierownicę okiełznam!
  • zawodnicy tri są przemili – kiedy zdychałam przez kolkę w Starogardzie Gd., praktycznie każdy wyprzedzający mnie biegacz pytał, czy aby wszystko ze mną w porządku i pomagał jak mógł – choćby dobrym słowem, dziękuję :*
  • na bieganiu można pocieszać się myślą o basenie w strefie finiszera…
  • można też uprzeć się na jedne konkretne nogi (najlepiej jakieś niezłe) i je gonić – dziękuję pani Dorocie W., za dociągnięcie mnie do mety w Starogardzie Gd.
  • naprawdę nie ma nic piękniejszego niż wskoczenie do basenu rozporowego w strefie finiszera (wreszcie bez wodorostów)
  • w zespole siła! Dzięki Trenerciu, dziękuję koleżankom i kolegom z zespołu Tridea za niesamowite wsparcie, za wszystkie ciepłe myśli i słowa, jesteście boscy :*
  • lubię ten cały trajtlon i będę to robiła dalej, także bójta się!!!
starogard
Z Robertem W. i Kamilem moim kochanym – na mecie w Starogardzie Gdańskim