Celebrowanie małych sukcesów

Znowu była długa przerwa w pisaniu. Trochę chwil zwątpienia, myśli o poddaniu się „bo i tak nic z tego nie będzie”. Niektórzy pomyślą pewnie „e tam, dramatyzuje” i być może będą mieli rację. Prawda jest taka, że teraz, w tej dokładnie chwili, jestem bardzo umiarkowanym optymistą, jeśli chodzi o moją przyszłość sportową. W ostatnim wpisie licznik antybiotyków stał na liczbie 3. W tej chwili, zatrzymał się na liczbie 13. Przez ostatnich kilka miesięcy byłem praktycznie non-stop chory i co chwilę wskakiwał jakiś antybiotyk. Odwiedziłem wielu lekarzy, wszyscy mówili „ma pan pecha” oraz „tak jest, jak dziecko w żłobku”. Pocieszali, że „z czasem przejdzie”. Chociaż bałem się w to wierzyć, żeby nie rozbudzać nadziei, to wychodzi na to, że mogli mieć rację – oby! Od jakiegoś tygodnia w końcu nie boli mnie gardło. Od paru dni przestał lać się katar. Ogólnie, samopoczucie poprawiło się znacząco.

To wszystko sprawiło, że po raz kolejny (nie liczę już który) rozpocząłem powrót do trenowania. I, jak to z powrotami bywa, jest słabo, trudni i ciężko. Oczywiście, mogło być gorzej/trudniej/ciężej/cokolwiek. Podtrzymuję swoją decyzję, że nie planuję na ten rok żadnych startów. Na razie chcę po prostu potrenować. A że bez celu? Celem będzie trening sam w sobie. Ta satysfakcja, gdy forma zacznie wracać. Ta radość, gdy znowu na treningu się upodlę, ale waty i/lub czasy zaczną się zgadzać. Już usłyszałem, że takie podejście spowoduje szybki brak motywacji, ale się z tym nie zgadzam. Zacząłem uprawiać sport z dwóch powodów. Po pierwsze, bo dupa znowu rosła i chciałem coś z tym zrobić. A po drugie, bo chciałem znaleźć swoje ograniczenia i je przełamać. Trzeci powód objawił się już w trakcie uprawiania sportu, sport pomagał mi na głowę (depresję).

Cóż, przez całe to chorowanie dupa znowu urosła (na szczęście nie aż tak, jak kiedyś), wróciły stare ograniczenia. Z głową źle nie jest, bo miałem wsparcie (dzięki Mysiu :*). Do tego wszystkiego Trener ciągle we mnie wierzy – przynajmniej tak twierdzi 😉

Ale, ale. Miało być o celebrowaniu małych sukcesów. Więc pocelebrujmy! Dzisiaj mija tydzień od powrotu do treningu (korekta po sprawdzeniu – 9 dni ciągłego treningu). Przetrenowałem w tym tygodniu całe sześć godzin 😉 Nie narzekam, bo to kwestia zdrowego rozsądku, żeby nie zajechać się od razu. Owszem, muszę na razie schować ambicje do kieszeni, bo ani waty się nie zgadzają, ani czasy na bieganiu, ani nawet tętno przy luźnych treningach. Ale nie zgadzają się tylko na razie. Przy odrobinie cierpliwości i wstrzemięźliwości wszystko wróci do pożądanej normy. Tomek nie raz już pokazał, że potrafi czynić treningowe cuda, więc liczę na to, że uda się i tym razem. Ba, kilogramy też się nie zgadzają, ale to się wytopi, jest czas. Idea jest taka, żeby już nigdy nie wyglądać tak, jak na zdjęciu poniżej.

Now that's a chunky monkey ;)
Now that’s a chunky monkey 😉
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

8 + 1 =