Podsumowania, podsumowania…

Zbliża się koniec roku, zostało pół miesiąca i będzie po 2018. Za chwilę pojawi się w internecie wysyp postów podsumowujących rok i pewnie większość z nich będzie kipiała optymizmem i odniesionymi sukcesami. Cóż, tak to w internecie bywa.

Żeby się w ten trend nie wpisać, to będę biadolił. Mój 2018, w sensie sportowym, był kiepski. Żaden start A (z dwóch) się nie udał. Do Czempinia nie dojechałem, bo ząb. W Gniewinie po 2 km pierwszego biegu moje zawody się skończyły. Z pozostałych startów, tak naprawdę, jeden był ważny. Ten, w którym startowałem w sztafecie z Moniką. I nieważne, że fizycznie nie wyszedł, bo akurat rozkładała mnie choroba (skończyło się antybiotykiem :-/). Ważny był aspekt z kim startowałem. Zrobił bym to jeszcze raz, niezależnie od formy/zdrowia. Po prostu, start z Moniką był dla mnie motywacyjnym strzałem w górę. Wspólny finisz wycisnął ze mnie zarówno łzy, jak i uśmiech. Łzy wzruszenia, żeby nie było. To był najważniejszy start 2018 roku.

A propos motywacji. Od 30 września, kiedy odbyły się zawody w Gniewinie, do dzisiaj, przetrenowałem całe dwa tygodnie. Potem zdarzyły się: zapalenie zatok, migreny, różne infekcje. Generalnie, trzy antybiotyki, masa różnych leków, „dużo odpoczynku”. Byłem prawie 8 kg „do przodu”, na szczęście przestałem wchłaniać kalorie z powietrza i ostało się „tylko” 4 kg nadmiaru. Nie mogłem się wyleczyć, zresztą dalej nie jest w 100% dobrze. A ostatni raz pływałem 13 sierpnia. Motywacyjnie jestem na dnie. Dzisiaj, chyba pierwszy raz odkąd zająłem się sportem w 2012 roku, powiedziałem „nie wiem czy jeszcze mi się chce trenować”.

I bez czarowania, taka właśnie jest prawda, że nie wiem. Usiadłem dzisiaj na trenażer, żeby popedałować chociaż chwilę. Specjalnie zrobiłem to jak najwcześniej rano, żeby uniknąć sytuacji, kiedy pojawią się wygodne wymówki, żeby jednak na rower nie usiąść. Nie wiem jak będzie dalej. Chcę się w nadchodzącym tygodniu rozruszać i poruszać, żeby 25 i 26 grudnia wziąć udział w MKONowej akcji biegowej, w której zbierana będzie kasa na dzieciaki. Nie spodziewam się zbyt dużego wkładu kilometrowego ze swojej strony, ale, jak zawsze, liczył się będzie każdy kilometr, więc dorzucę coś od siebie.

Jeśli chodzi o przyszły rok, to nie nie robię żadnych planów startowych. Nie wykupuję udziału w zawodach, nie stawiam sobie celów. Z jednej strony to kwestia doświadczeń tegorocznych i boję się planować. Z drugiej strony, ciągle nie jestem w 100% zdrowy. Postanowiłem więc, że dam sobie czas, żeby się przekonać, czy jeszcze mi się chce. Głowa mówi, że to przejdzie. „Serce” nie jest takie pewne. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Na razie zapanował bezplan.

Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

53 + = 55