Czasami się nie da

Bywają takie dni, że po prostu się nie da. Nie da się z siebie wykrzesać siły, nie da się wykrzesać prędkości. Ale są też takie dni, że pomimo problemów nie da się też zejść z trasy. To był właśnie taki dzień. Zacznijmy jednak od początku.

Zapisaliśmy się z Moniką na sztafetę w Chełmży. Plan prosty, Monika płynie, ja jadę i biegnę. Dystans 1/4, czym zaskoczyliśmy Trenera, bo spodziewał się, że wybierzemy 1/8. Ale nie ma „mientkiej” gry, albo idziemy grubo albo wcale! Nastroje więc były lekko bojowe, ale i niepewne. Monika trochę już nie startowała, więc nie była pewna jak to pójdzie. No i jeszcze kwestia Henia, bo ciężko by nam było robić sztafetę i jednocześnie się nim opiekować 😉 Na szczęście moja Mama przyszła nam z pomocą i przechwyciła Henryka na czas, kiedy ja się rozgrzewałem i Monika płynęła.

Ten wpis miał być dłuższy, z analizą, dlaczego mogło być jak było. Nie mogłem się za niego zabrać, bo mam problemy z zebraniem myśli. No i ogólnie takie dumanie było by bez sensu, bo wyjaśniło się samo. Z piątku na sobotę, przed startem, coś zaczęło mnie drapać w gardle. Z soboty na niedzielę zmieniło się w lekki ból gardła, u Moniki zresztą tak samo. A teraz leżę aktualnie przykryty, z temperaturą oscylującą w okolicach 38 stopni, bólem gardła, kaszlem i KATAREM (uwaga, facet umiera!). I już wiem, dlaczego rower był tak boleśnie słaby (1:13’48” – średnia wg Garmina 36,1 km/h), a bieg był masakrycznym umieraniem przy bardzo rozczarowującym tempie (48’12” – średnia wg Garmina 4’35″/km).

Na początku pierwszej pętli roweru było całkiem dobrze, po nawrotce, gdzieś w połowie drogi powrotnej pierwszej pętli (nadążacie? ;)), poczułem, że mnie odcina. A ten rower to miało być przełamanie dla głowy, miałem pojechać mocno (jak na mnie, czyli 285-300W). I zaczęły się wątpliwości, o co chodzi? Głowa nie daje rady? Nogi? Głowa bardzo chciała, nawet próbowała, ale ciało nie nadążało. To u mnie niezbyt częsta sytuacja. Pod koniec pierwszej pętli poważnie rozważałem zejście z trasy. Ale głowa nie chciała, chciała spróbować pocisnąć, bo może to tylko chwilowy kryzys. Na jakieś 3 minuty się odbiłem od mocowego dna i… zacząłem się czuć, jak bym miał zaraz odpłynąć. Stwierdziłem, że dojadę na tyle ile dam radę i po rowerze kończę tą niezbyt zabawną zabawę.

Dotarłem do T2 i coś mnie podkusiło, żeby jednak spróbować pobiec. Bo przecież po takim słabym rowerze to, z palcem w uchu, powinienem pobiec 10km poniże 40′. O słodka naiwności! Pierwszy kilometr przebiegłem w 4’13”. Kolejne dwa po 4’19”. Czwarty był lekko z górki, to 4’13” – coś lepiej. Kolejny to już jednak 4’21” i mocna decyzja – schodzę. Jednak zauważyłem, że niedaleko przede mną jest Konrad. Postanowiłem, że pobiegnę za nim i jakoś to będzie. I w sumie gdyby nie Konrad, to bym nie dobiegł. No i to, że Mama, Mysia i Heniutek czekali przy mecie. Dobiegłem do mety (tempa na drugiej pętli odpowiednio 4’50”, 4’51”, 4’52”, 4’41”, 4’41”). Na metę weszliśmy razem z Moniką i Heniem, który sobie spał w nosidle. To był najpiękniejszy finisz w moim życiu! Mysiu, dziękuję, że ze mną wystartowałaś :* I dzięki Mamo, za wsparcie i opiekę nad Heniem 🙂

Jak będziemy zdrowi, to podejdziemy do sztafety jeszcze raz, w tej samej konfiguracji. Czas moich dyscyplin był w sumie o 10′ gorszy, niż w Starogardzie Gdańskim, gdzie byłem w słabszej formie (ale zdrowy). Ale nawet wiedząc, to co wiem teraz, wystartowałbym w tym stanie jeszcze raz. Może inaczej bym siły rozłożył, ale wspólna sztafeta z Szanowną Małżonką dała mi tyle radości i motywacji, że warto by było. Jak to mówił Osioł ze Szreka: Uuuuuu! Ja chcę jeszcze raz! 🙂 I chcę pamiątkowe fotki ze wspólnego finiszu, których tym razem nie ogarneliśmy 🙁

No i dzięki dla Konrada, że mnie poholował! Żeśmy nawet pamiątkową fotę strzelili 😉

Konrad i ja
Konrad i ja

Złośliwy karzeł

Czy miewacie czasem takie uczucie, że złośliwy mały karzeł chodzi Wam po głowie i w losowych miejscach wbija gwóźdź, czasem dwa, ewentualnie osiem? Tak się właśnie czuję, gdy przychodzi migrena. Udało mi się ustalić już ponad wszelkie wątpliwości, że migrena pojawia się przy braku snu. Czasem wystarczy, jedna gorsza noc i bum, znowu jest. Tak jest i tym razem, w sobotę rano znowu przyszła…

Musiałem się nauczyć, jak z nią żyć. Chociaż czasami ataki są na tyle mocne, że nie jestem danego dnia w stanie zrobić czegokolwiek, a szczególnie treningu. To się przekłada na to, że niektóre treningi wypadają, niektóre są przesuwane, takie tam. Nie da się ukryć, że gdyby nie wsparcie Moniki, to bym nie dał w tym wszystkim rady. Często mnie wysyła, żebym się położył i spróbował przespać największy ból. Bierze na siebie większość obowiązków, żebym ja nie musiał z bólem głowy ich robić. Uwielbiam moją Żonę za to (i wiele innych rzeczy również) i jestem Jej bardzo wdzięczny! Bez Niej zdecydowanie nie dał bym rady! Dziękuję Mysiu! :* Nie mogę również nie docenić Trenera, który również wykazuje się cierpliwością i kreatywnością. Jakoś ten trening, mimo wszystko, składa do kupy i efekty są 🙂 Dzięki Tomek!

Czasami migrena jest na tyle mało dokuczliwa, że decyduję się robić treningi. Dzisiaj (i wczoraj) były takie dni. Dzisiejszy trening, to była zakładka. Godzina roweru (30′ luźno + 10′ mocno + 10′ mocniej + 10′ bardzo mocno), a potem bieg. Bieg, który mnie zszokował. Ze względu na ból głowy nie bardzo mogłem się nim stresować, więc tu migrena się przydała. Ale nie będę ukrywał, że jak widzę w planie takie tempa, to zawsze pojawia się stres. Struktura biegu była prosta: 10 km biegu po 3’55”-4’05″/km + 1-2 km schłodzenia. Pierwsza myśl, po zejściu z roweru, pobiegnę po 4’15″/km, tyle przynajmniej dam radę. Zaczynam bieg, spinam się jak dziki, żeby chociaż te 4’15″/km osiągnąć i… zegarek pokazuje, że lecę po 3’30″/km. Za szybko :-O No dobra, to trochę odpuszczam, żeby zwolnić i znaleźć komfortowe tempo. Ustabilizowało się na 3’56″/km i tak się trzyma. Fajnie, ale w sumie to biegnę z wiatrem, ciekawe co będzie, jak będę wracał? Po 6 km się przekonałem. Tempo trzymałem to samo, ale tętno poszło w górę 😉 Z wiatrem trzymało się na 152-155, po nawrotce było ponad 160. Ostatecznie cały odcinek przebiegłem w czasie 39’24”, czyli ze średnim tempem 3’56″/km i średnim tętnem 154 bpm.

Treningowo dycha poniżej 40'!
Treningowo dycha poniżej 40′!

Przebiegłem na treningu dychę poniżej czterdziestu minut! I nawet się jakoś mocno nie zmęczyłem. Ba, zrobiłem to po godzinnej jeździe na rowerze! To ciekawe, jak głowa reaguje, na widok czegoś takiego. Ciągle, pomimo tego, że biegam co raz szybciej, tempa szybsze od 4’/km pozostają dla mnie nieoswojone. I tak samo jak zeszłotygodniowe czterysetki biegane po 1’20”-1’22”, są dla mnie abstrakcją. A tu niespodzianka. Mimo ograniczonej ilości treningu i problemów z migrenami, żre. I to dobrze żre. A na koniec takiej zakładki, nawet nie wyglądam na mocno zmęczonego :-O Mina zbolała tylko od pulsowania w głowie 😉

#selfienadowbora ;)
#selfienadowbora 😉