Bieg Urodzinowy Gdyni 2018

Bieg Urodzinowy 2018. Tak, dzisiaj będzie na gorąco i krótko. Tydzień zaczął się od niezłego zjazdu formy. Po niedzielnym Ważnym Treningu, w poniedziałek na rowerze była siła. A we wtorek był zgon 😉 Zrobiłem rozbieganie, gdzie na końcówce mogłem, za zgodą Trenera, pocisnąć co nieco. To i pocisnąłem, pomimo uczucia bardzo ciężkich nóg i kiepskiej nawierzchni, dałem radę. I na tym się skończyło. W środę było tak źle, że wybrałem się jedynie na basen, zadania na rowerze nawet nie próbowałem robić. Nastrój psychiczny przed startem był kiepski.

W czwartek bardzo luźna tlenowa zakładka weszła, ale z niechęcią. Przełamanie przyszło w piątek. Przeżyłem basen (30x50m) i coś drgnęło. Popołudniowy rower poszedł już całkiem dobrze. Sobotni rozruch… początkowe przyspieszenia to był dramat. Ale ostatnie 3 już było nieźle.

Przed startem jeszcze zbiorowe zdjęcie Endure Team!
Przed startem jeszcze zbiorowe zdjęcie Endure Team!

Stoję więc na starcie, po rozgrzewce, która zbytnio mnie nie pocieszyła, i tak sobie rozkminiam. Że początek z górki, dopiero od połowy dystansu będzie coś pod górę. Że najwyżej pobiegnę luźno i przybiegnę po 42 minutach i już. Na szczęście czas na rozkminy się skończył i trzeba było biec. Na pierwszym kilometrze miałem wrażenie, że przy tym tempie (3’48″/km) to ja padnę na twarz po maksymalnie trzech kilometrach. Szczęśliwie, po chwili to uczucie przeszło i po prostu zacząłem biec, ciesząc się tym, że jest z górki. Pierwsze 5 km wyszło w 18’38” (3’44″/km). Potem laba się skończyła i trzeba było popracować. Na 7 kilometrze coś mnie spięło w plecach (znowu, kurde, coś!) i tempo zdechło bardziej niż miało. Przez chwilę pojawiła się myśl, żeby do mety dospacerować… Ale nie było takiej opcji! Walcząc ze swoją niemocą starałem się nie zwalniać, po prostu dobiec. W końcu na mecie czekała moja grupa wsparcia (Mysia, Henio i moja Mama).

Radość, że meta już blisko ;)
Radość, że meta już blisko 😉

I… uwaga… dobiegłem 😉 W czasie netto 38’29” (3’51″/km). Przed startem brałbym ten czas w ciemno. Wyszło bardzo fajnie (poza tym bolesnym spięciem), co dobrze wróży przed kolejnymi startami (półmaraton w Gdyni, duathlon w Czempiniu). Co ciekawe, po dobiegnięciu do mety, chwilę pospacerowałem rozmawiając z Trenerem i plecy odpuściły. Jak poszedłem się roztruchtać, to miałem uczucie, że znowu wszystko jest w porządku i mógłbym dalej mocno pobiec. Czyli coś tam z formy jest. Wystarczy (taaa, he he, „wystarczy”) się nie stresować i pójdzie 😉

Kolejny medal do kolekcji 🙂

Taki ładny medal! :)
Taki ładny medal! 🙂

Przy okazji, na koniec, gratulacje życiówek dla Enduraków, bo sypnęło nimi (życiówkami) zacnie! 🙂

Zmierzyć się z bestią? Ale masz jakieś wsparcie?

Nie lubię bieżni mechanicznej. Parę razy próbowałem się nią polubić, kiedy zeszłą zimą powietrze w Warszawie dawało się gryźć 😉 Niestety, nie wyszło. Źle mi się na bieżni biega, skracam krok, po jakimś czasie biegu zaczynam się zataczać. Nienaturalne to dla mnie i tyle. Co dziwne, to trenażer lubię. Często wolę treningi jakościowe cisnąć na trenażerze, bo można dokładniej się cyferek trzymać (ach to OCD… ;)). Tak się jednak złożyło, że zamiast jechać gdzieś daleko na nieośnieżony odcinek do biegania, zdecydowałem się zrobić Trening (tak, przez wielkie „T”!) na bieżni.

Trening, o którym mowa, przerażał mnie bardzo już od kilku dni. Wynikało to z tego, że pierwsze podejście do niego miałem w zeszłym tygodniu i poległem przeokrutnie. Może najpierw napiszę, co to w ogóle była za jednostka 🙂 Prosty trening, 2x(6×2’@LT p. 1′)p. 5′. Czyli dwa razy po sześć dwuminutowych powtórzeń w tempie progowym. Między dwuminutówkami minuta przerwy, między obiema szóstkami pięć minut przerwy. Proste, łatwe, nieprzyjemne 😉

Cóż więc się stało w zeszłym tygodniu? Wyszedłem na trening, nastawiony bojowo, bo przecież nie takie rzeczy się biegało (no dobra, takich akurat nie – nie te tempa), więc co to dla mnie? Na początku rozgrzewka, parę przebieżek na rozruszanie kopytek i zaczynamy zadanie. Pierwsza dwuminutówka (cudne słowo!) poszła spoko, ciut nawet za szybko. Druga, trzecia też. Po czwartej… normalnie stan przedzawałowy! Biało przed oczami, błędnik sfiksował i prawie się wywaliłem. Przestraszyłem się i odpuściłem. Do domu poszedłem spacerkiem, nie byłem w stanie zacząć truchtać. Następnego dnia, u laryngologa, okazało się, że to wskutek infekcji zatok i to w sumie normalnie. Niestety, dostałem szlaban na basen i bieganie. Został jedynie trenażer… Na koniec tygodnia, mogę to śmiało napisać, był niezły ból tyłka 😛

Wracając do biegania i bieżni. I Treningu! W piątek, wraz z Trenerem, zgodnie ustaliliśmy, że czuję się na tyle dobrze, że mogę w sobotę się trochę rozbiegać, a w niedzielę robimy podejście numer dwa do Treningu. Przed sobotnim bieganiem byłem jeszcze z Mysią i Heniem na spacerze i trochę mi kuper zmarzł. Stwierdziłem więc, że skoro i tak rozważam zrobienie Treningu na bieżni, to może pójdę się z wrogiem zapoznać, żebym sobie nie zafundował jakichś niespodzianek na Tym Ważnym Treningu. I to był bardzo dobry pomysł. Bardzo. Czy wiecie, że bieżnie mają bardzo czuły hamulec bezpieczeństwa? Lekkie smyrnięcie ręcznikiem i sru, bieżnia stoi… :-O Zdarzyło mi się to dwa razy w ciągu pięciu minut! A niby coś tam technicznie ogarniam… 😉 To była cenna lekcja, dzięki niej ogarnąłem gdzie ręcznik powiesić, żeby nie smyrać hamulca bezpieczeństwa. No i dzięki temu, że w rozbieganiu były przebieżki, to ogarnąłem jak szybko zmieniać prędkość. Nie, wcale nie robi się tego przyciskiem „+” koło znaczka prędkości, jak mi się wydawało. Robi się to wpisując cyferki i klikając „ptaszka”. Któż by pomyślał, nie? 😉

Trochę podbudowany stwierdziłem – ogarnę ten Trening i na bieżni! Wstanę sobie wcześniej, pojadę potrenować, wrócę i będzie super. Henio musiał mnie usłyszeć, bo w nocy dał czadu. Oj dał. Efekt taki, że owszem, wstałem wcześniej (szósta rano), ubrałem się, zszedłem na dół z myślą o śniadaniu i… rzuciło się na mnie łóżko w gabinecie 😉 Chwilę przed ósmą Mysia zeszła z Heniem na dół, więc zwlokłem się do nich. Jak Monika mnie zobaczyła, to od razu było: „idź na górę spać, bo masz Ten Ważny Trening do zrobienia”. Polazłem, i zasnąłem. Pospałem do dziesiątej i obudziłem się z samopoczuciem psa zmielonego razem z budą. Ma sa kra.

Zszedłem na dół, Monika zdecydowanie podkreśliła, że mam zjeść śniadanie, bo idę przecież na Ten Ważny Trening. A mi w głowie już chodziło pisanie do Trenera, że może jednak jutro czy coś. Ale wiara Moniki w to, że przecież to ogarnę, że mimo niewyspania i tak mam formę, była tak wielka, że sam w to uwierzyłem. Wciągnąłem michę musli z jogurtem (węgle, przed treningiem dużo węgli!) i stwierdziłem, że o dwunastej ruszam na walkę z Bestią. W Mysich oczach widziałem zarówno tą głęboką wiarę, jak i odrobinę zmartwienia, że jestem niewyspany. Stwierdziłem więc, że pogram Heniowi na gitarze i pewnie poczuję się lepiej. Zacząłem grać, razem z Moniką chwilę pośpiewaliśmy, synek się wkręcił i cieszył się jak dziki. Ale tylko na żywsze utwory. Wszystko w skalach molowych było nie do przyjęcia 😉

Wybiła dwunasta. Zabrałem spakowany wcześniej plecak, wydałem po buziaku Monice i Heniowi i ruszyłem do siłowni. Wychodząc z domu wątpliwości wróciły. I tak się biłem z myślami jadąc całe pięć minut. Gdy wszedłem na siłownię, to przypomniałem sobie spojrzenie Moniki i wiedziałem, że trudno, najwyżej tym razem padnę. Ale się nie poddam!

Teraz można by napisać, że gdy wszedłem na bieżnię rozpoczął się bój, zaczęła się walka… Ale tak nie było. Wlazłem na bieżnię, odpaliłem i biegnę rozgrzewkę. Kurde, coś za lekko się biegnie! Sprawdzam, ale nie, prędkość taka jaka ma być. Zrobiłem przebieżki, żeby się przed zadaniem głównym rozgrzać i dalej luz. No to myślę, że będzie dobrze. I było. Tak naprawdę, jak by było 3x6x2 to też bym dzisiaj ogarnął. Chyba Mysia musi częściej przejmować kontrolę i mną dyrygować, to wtedy życiówki się będą sypały jak z rękawa 😉 Wszystkim życzę takiego wsparcia, jakie mam u siebie!

A teraz czas na pożywną grochówkę, też od Mysi! Jutro na basenie będzie napęd pneumatyczny 😀