Santa Claus is coming to town, czyli FAT-MADKA wraca do gry…

Niespiesznie wciągam fioletowe rajtki w rozmiarze S na lekko spocone pupsko w rozmiarze XL. Nie mam specjalnych majtasów jak Brydzia Dżons, ale jakoś to będzie. Tu wcisnę, tam upchnę, porządnie zwiążę sznurek w talii, żeby nic nie wyskoczyło górą. Wielkopolska sknera mieszkająca we mnie jest szczęśliwa, bo dzięki dodatkowi lycry nie muszę wymieniać całej sportowej garderoby.

Jest 8:30, ale jestem na maksa zmulona. Brakuje mi werwy, bo w nocy Henio zarządził imprezę od 1:30 do prawie 4, ze zmianą cyca w połowie dystansu. Dopinam przyciasny sportowy stanik na chwilowo niesymetrycznym biuście – lewa nieopróżniona, bo od 6:00 graliśmy prawą na leżąco, żeby jeszcze choć trochę pospać – wciągam koszulkę techniczną i bluzę biegową, a w międzyczasie trzy razy sprawdzam ręką miejsce w okolicy mleczarni, przy tym poziomie zmęczenia nie ufam samej sobie, ale za każdym razem znajduję pulsometr na właściwym miejscu. Mogę kontynuować przygotowania do treningu. Schodzę na dół, w przedpokoju zakładam ciut toporne Kalenji, ale w nju balansach bym się pewnie dzisiaj „samozapłodniła”, o czym przekonam się już wkrótce. Z salonu dobiega głos najwspanialszego taty we wsi Kazimierz:

„Osioł robi i-aa, i-aa!”

Oho! Chłopaki dorwali się do poważnej literatury – „Księga dźwięków”, ostatnimi czasy nasz książkowy hit, zaraz po „Najlepszym” 😉

„Nie biorę klucza!” – krzyczę.

Sprawdzam czas na Garminie i jak na Grażynę triathlonu przystało – bez żadnego śniadania, i co gorsza o suchym pysku, za to z pięciominutową obsuwą w stosunku do wczorajszych założeń, wychodzę na bieg – naprawdę nie jest źle. Odstawiam jeszcze kosz na śmieci na swoje miejsce (Panowie z PUKu zwykle zostawiają go na środku podwórka, żeby zaznaczyć swoją obecność) – zyskuję 10 punktów w plebiscycie GOSPODYNI ROKU, nie powiem, przyda się, albowiem azaliż od paru miesięcy totalnie nie ogarniam kuwety. Ahoj przygodo! Mogę ruszać!

Wybieram trening na zegarku i tu pierwszy ZONK – Garmin ustawia typ treningu „Bieg w pomieszczeniu”. Macham na to jednak ręką i szczam sikiem prostym, bo od kiedy Henio jest z nami to serio nie mam czasu na takie pierdoły. Poza tym, co ja tam dzisiaj wyczytam z tego treningu, skoro dopiero wracam do jakiegokolwiek wysiłku po tylu miesiącach przerwy? Co najwyżej Garmin znów podpowie, że regenerować się powinnam w trumnie na katafalku, czyt. jakieś 3 dni. Wsłuchuję się zatem w Sistars, które odpaliłam w spotyfaju na srajfonie (telefon, nieodzowny element wyposażenia treningowego matki), i zaczynam biec.

W głowie powtarzam sobie co mam do zrobienia – 15 minut luźno, 5 x (20” ciut szybciej / 1’40” luz) i 15 minut schłodzenia. Tak zarządził trener, a ja mam najlepszego na świecie, czyli mojego męża, to go będę słuchać! Mocno pilnuję się, żeby już na starcie nie myśleć o duathlonie w Czempiniu, bo wiem, że raciczki oszaleją, tętno poszybuje w kosmos, a i tak nie mam czym szastać. Szczególnie biorąc pod uwagę 13 kg, które mi jeszcze zostało do zrzutu. Nooo… o tym też strach myśleć – specjalnie zgłosiłam się do czelendżu MKONa, żeby te kilogramy pożegnać, ale od tego momentu zeszło ich raptem całe dwa (święta – serniczki, pierniczki, makowce, sałatki jarzynowe, śledziunie, śledziuniuniuniunie kochane).  A skoro już zaczęłam myśleć o wadze, to wróciło do mnie oczywiście to wczorajsze ciasto, co to je z wielkim apetytem spałaszowałam, czując co prawda pewien niesmak do samej siebie, który jednak zupełnie nie utrudnił mi konsumpcji.

JA: Kochanie, w tym chyba nie ma alkoholu, prawda?

KAMIL: Nie, spokojnie możesz zjeść, ja nic nie poczułem, a jestem w tym temacie wyczulony…

No to rzuciłam się jak szczerbaty na suchary… cholera, czy mi się wydaje, czy tam jednak jest coś rozgrzewającego? Temat wkręcił mi się w mózg i świdruje od tej 19:30, kiedy zakończyłam spożycie. To zatem całkowicie naturalne, że o 3 nad ranem, po zmianie cycusia na prawy, wpisuję w google „sowa tort cookie skład” – w opisie jak wół stoi SPIRYTUS. Ku*wa mać! Pieprzona madka roku!

W pierwszych pięciu minutach biegu myślę zatem o Heniu, którego na bank wczoraj wieczorem wpędziłam w alkoholizm. Oczami wyobraźni widzę sklep całodobowy, przed nim dorosłego już i z lekka zużytego Henryka obalającego flaszkę z jakim innym menelem, pardon alkoholikiem. Konsumpcję przerywa im trzeci żul zagajając:

„Te Heniek! Kopsnij szluga!”

Ja pikolę, Mysza rilaks! Zjadłaś jeden mały slajsik, daj se kobito siana!

Na szczęście po kilku minutach biegu nawierzchnia diametralnie się zmienia, co zmusza mnie jednocześnie do zmiany tematu rozważań. Zaczynam się zastanawiać czy w ogóle dam radę zrobić na tej trasie jakiekolwiek przyspieszenia. „Gwiazdy tańczą na lodzie!” -„Janusze i Grażyny triathlonu” special edyszyn. Jedyny plus – wzrost kadencji i poprawa Vertical oscillation 😉 W międzyczasie zauważam, że niestety wróciłam do biegania w stylu Rocky’iego – ciężko stąpam i boksuję rękami na boki. Pocieszam się i usprawiedliwiam sama przed sobą, że to na pewno przez zmianę środka ciężkości – biegnę przecież z nieopróżnionym lewym cyckiem, to musi być to! Dobiegam do asfaltowej ścieżki rowerowej i widzę, że będzie zabawa. Przede mną jakieś dwa dwustumetrowe pasy szarego bez lodu, czyli da się śmigać!

Zaczyna się pierwsze przyspieszenie i kobyle wypada z pyska wędzidło, a przecież miałam polecieć tylko CIUT szybciej!

„Konik robi i-ha ha, i-ha ha!”

Tylko to przyspieszenie to raczej w głowie. W rzeczywistości odwalam ślimaka, który w „Księdze dźwięków” jedynie elegancko macha czułkami. Na końcu odcinka drobię niczym gejsza, bo znów zaczyna się lód – jak dobrze, że Garmin wypikuje zakończenie tego dramatu, a ja wracam do Rocky’ego. Ten schemat powtarza się jeszcze 4 razy – na odcinkach 20” staram się wskoczyć w skórę T-1000 z „Terminatora 2″, w sensie łapki pięknie pracujące równolegle do korpusu w osi góra-dół, wzrok skierowany przed siebie, wydłużony krok… w wyobraźni jestem jak Usain Bolt, w praktyce – jak Usain Bolt z większym lewym cyckiem, w za ciasnych rajtkach i przestrzelonym kolanem. Ledwo zipię w przerwach i na 1’40” znowu wskakuję w skórę Rocky’ego.

Monodram zmierza ku końcowi, zostaje 15 minut schłodzenia – przeżyję je całkiem dzielnie, na oblodzonych odcinkach żeniąc Rocky’ego z gejszą i rozmyślając już tylko o tym, czy Henryk aby nie umiera z głodu.

W oknie witają mnie dwa najukochańsze na świecie męskie oblicza.

Jeszcze tylko prysznic i będziesz mógł się dorwać do jadłodajni, synku!

I oby mleko nie było kwaśne…

 

 

 

 

 

 

 

Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *