Kilka przepisów w jednym, czyli o udanym związku i BOBKACH MOCY

Jak zapewne udało się Tobie czytelniku zauważyć – a może wcale nie, bo przecież nie wszyscy są tak spostrzegawczy i równie jak ja (czyli co najmniej jak woda w kiblu) bystrzy – sparafrazowałam właśnie tytuł poprzedniego wpisu mojego męża. Wcale nie zrobiłam tego złośliwe! Wręcz przeciwnie – jakby zaśpiewał bardzo lubiany przez niego wykonawca, niejaki Jack Black – „This is a tribute!” (swoją drogą polecam w wolnej chwili sobie posłuchać, nóżka sama chodzi).

Dziś Międzynarodowy Dzień Przytulania i postanowiłam w tym dniu i tym oto wpisem męża mojego uhonorować. Dlaczego? A bo go kocham bardzo i uwielbiam, pewnie również dlatego, że tak dłuuuuugo musiałam na niego czekać! I dlatego jeszcze, że mój mąż obudził we mnie i dzielnie pielęgnuje … tri-potwora 🙂 Tak, tak – nie oszukujmy się, gdyby nie mój ukochany, pewnie nigdy nie wzięłabym się za ten cały trajlon. A zaczęło się tak niewinnie… ale to historia na zupełnie inny wpis 🙂

Muszę się mocno pilnować, bo mam niestety straszliwe zapędy do brnięcia w liczne dygresje i odchodzenia od meritum… no więc o co chodzi z tymi przepisami?

Pierwszy miał być na udany związek 😉

Otóż kiedy wreszcie zebrałam się w sobie i wyszłam na dzisiejszy trening, a jakoś tak mocno mi się nie chciało – no ale tak czasem bywa – nie chce się, a potem człek jest mega zadowolony, że jednak wylazł… a zatem kiedy wreszcie wybiegłam dziś z domu, nie miałam w głowie kolejnych startów, ani Henia-alkoholika, tylko pojawiła się taka myśl, jaki fajny jest ten mój mąż, że właśnie w tej godzinie ogarnia potomka, żebym ja mogła ruszyć te swoje cztery litery. Małżonek mój bowiem w swej mądrości ogarnia, że będąc w związku warto (raptem dwie rzeczy):

Być sobą i pozwolić na to samo swojemu partnerowi.
Mieć swoje pasje, ale też wspierać drugą połowę w dążeniu do samorealizacji.

 

A żeby nie było tak sztywno i moralizatorsko, no i by faktycznie wpis zawierał kilka przepisów, pozwolę sobie opisać w skrócie (ale nie takim aż telegraficznym), moją drogę do pozyskania BOBKÓW MOCY.

Czeko-kulka w kokos-wiórkach, czyli BOBEK MOCY
  1. Wczesnym popołudniem wykoncypuj sobie, że potrzebujesz jakiegoś porannego posiłku przedtreningowego bez wielkiego porannego gotowania.
  2. W trakcie wieczornej drzemki swego prawie 4-miesięcznego syna obczaj lodówkę i spiżarnię. Bądź pełna nadziei, że z lekko przeterminowanej kremówki, cukru, płatków owsianych, orzechów nerkowca, nasion słonecznika i rodzynkUF uzyskasz batony śniadaniowe Nigelli.
  3. Natychmiast podejmij się realizacji zadania – wlej kremówkę do garnuszka, dorzuć cukru na oko i gotuj to wszystko na małym ogniu licząc po cichu, że cukier rozpuści się bez mieszania i wszystko będzie git.
  4. W plastikowej misce wymieszaj wszystkie suche, oczywiście odmierzone również na oko, bo przecież nie masz czasu – dzieć może się obudzić w każdej chwili. Puknij się następnie w łeb i wymień miskę na szklaną, bo przecież ostatecznie będziesz do tego dolewać gorącą kremówkę.
  5. Przemieszaj jednak tę kremówkę z cukrem (warto), zalej suche składniki i mieszaj porządnie do połączenia, ale bez przesady – pamiętaj o dzieciu!
  6. Ooo! Skubany młody się obudził – na jednej nodze wyłóż blachę papierem, uklep w pośpiechu uzyskaną breję i wstaw do zimnego piekarnika. Ciepnij garnek i miski do zlewu, bo młody już zaczyna jękolić, leć po niego!
  7. Z dzieckiem na ręku włącz piekarnik.
  8. Po godzinie piętnaście poproś męża o pokrojenie tego czegoś w blaszce, bo sama masz młodego przy cycu.
  9. Jeśli batony nie wyszły – myśl jak Pollyanna – masz granolę!
  10. Następnego dnia rano wraz z małżonkiem wciągnij pół blachy tego czegoś z jogurtem. Całkiem niezły shit, ale za miENTkie jak na granolę. Kombinuj dalej. Acha! Umyj garnek i miski!
  11. Jak na dziecko lat 80′ poprzedniego stulecia przystało orientujesz się, że z płatków w każdej postaci da się jakoś dojść do CiastkUF owsianych bez pieczenia. No dobra, te są jakieś fikuśne, kto w tamtych czasach widział jakieś masło orzechowe?! Ty spróbuj bez.
  12. Wieczorem, znów w trakcie drzemki syna, podejmij się realizacji powyższego pomysłu – z reszty „tego czegoś” co Ci zostało po śniadaniu. W garnku zagrzej masło, mleko, jeszcze cukru i kakao. W ciepłą masę wciepnij resztkę swojej brei, dorzuć płatków owsianych, bo jednak jest tego ciut za mało.
  13. W nagłym przypływie zdrowego rozsądku poproś swojego męża (wybierającego się akurat do apteki w centrum handlowym), o dokupienie w markecie mleka w proszku i wiórków kokosowych, bo przecież w razie totalnej porażki da się skombinować jakąś hybrydę z blokiem czekoladowym.
  14. Odstaw gorącą masę do ostygnięcia. Zapomnij o niej do rana, w końcu dzieć usypia przy piersi…
  15. Rano znajdziesz w garnku zastygniętą masę – skoro już masz te wiórki kokosowe i mleko w proszku zrealizuj swój ostateczny pomysł w trakcie porannej drzemki młodego.
  16. Podgrzej to coś w garnku z dodatkiem mleka (płynnego), dosyp mleko w proszku i ciut wiórków – resztę wykorzystaj do obtoczenia kulek.
  17. Niech dziecko obudzi się w trakcie tej czynności, a Ty zawołaj do męża: „Przejmij Heńka, bo ja jeszcze kulam to gówno!” i dzięki temu znajdź nazwę dla swojego wynalazku! Tak oto pozyskałaś/eś BOBKI MOCY! Kaloryczne w cholerę, może niekoniecznie super zdrowe, ale jakie dobre!
  18. Brudne gary wciepnij do zmywarki, ogarnij podczas kolejnej drzemki dziecia, albo zdaj się na męża 😉

I pamiętaj!

Zawsze możesz liczyć, że Twoje dziecko rozbuja Twoją kreatywność, zainspiruje do kolejnego wpisu, a nawet pomoże w przygotowaniu go na raty!

W końcu to Twój mały pomocnik!

Heniek, bo 1+1 >= 3!

 

 

 

 

Wiele przepisów w jednym, czyli jak ogarnąć smaczny makaron w 10 minut!

Treningowo nie mam nic do powiedzenia. No bo co tu mówić? Że znowu choroba, czy inna migrena i treningi powypadały? Szkoda gadać i tyle. Warto jednak skupić się na temacie wytopu. Ten szedł całkiem nieźle (z 83 kg waga zeszła do 76 kg, brakowało kilograma do wagi docelowej!), ale przypałętała się migrena. W 4 dni waga wzrosła do 81,6 kg :-O Większość tego to woda, ale i tak jest to deprymujące, bo o ile początek łatwo się zrzuca (dzisiaj, czyli kolejne 4 dni później, już jest 78,5 kg), to końcówka zawsze jakoś zejść nie chce.

Z tego względu powinienem znowu większą uwagę zwrócić na to co jem. I zwracam, bo pojawiają się bardzo zdrowe posiłki typu warzywka na parze + jakieś mięsko (indyk, kurczak, ryba). Ale trzeba sobie czasem dogodzić, czyż nie? W końcu o czym człowiek myśli na wytopie, jak nie o jedzeniu!? I to raczej nie wytopowym 😉

Jakiś czas temu zrobiłem fajny makaronik, który od tamtego czasu powtarza się regularnie. Przygotowanie jest proste i szybkie, a smak powala. No jest w tym smaku coś, co sprawia, że mógłbym to jeść prawie codziennie! Mowa o makaronie z własnoręcznie przygotowanym pesto.

Dlaczego przygotowane własnoręcznie, a nie kupne? Świetne pytanie, cieszę się, że je sobie sam zadałem 😉 Z dwóch względów. Po pierwsze, kupne pesto można nabyć najczęściej w postaci klasycznej (zielone, z bazylią) lub czerwonej (z suszonymi pomidorami). Takie pesto często jest masakrycznie tłuste i przez to mdłe. Po drugie, samodzielnie przygotowane może być udziwnione.

Tak właśnie jest w tym przypadku. Ja pesto przygotowuję najczęściej w dwóch wariantach: ze szpinakiem (Mysia uwielbia!) i z jarmużem (ja uwielbiam!). Ale można eksperymentować. Można zrobić pesto z natki pietruszki, czy praktycznie dowolnej innej zieleniny!

Składniki na jedną (1!) porcję (trzeba mnożyć przez liczbę osób!):

  • Parmezan – 15g
  • Orzeszki piniowe – 15g
  • Oliwa z oliwek – 15g
  • Czosnek – ile lubicie, ja daję dwa lub trzy ząbki na głowę
  • Sok z cytryny – zależy od cytryny, zazwyczaj sok z 1/4 cytryny na głowę
  • Jarmuż lub szpinak – ile wlezie do blendera! Tu naprawdę ciężko przesadzić 😉
  • Makaron – adekwatnie do potrzeb 😉

Przygotowanie jest trywialnie proste. Przygotowujemy odpowiednie porcje poszczególnych składników. Wrzucamy parmezan, orzeszki (można je również zastąpić np. pestkami słonecznika), oliwę, czosnek i sok z cytryny do rozdrabniacza (lub blendera, też się nada). Rozdrabniamy aż będzie ładnie rozdrobnione (;)). Następnie porcjami dodajemy i rozdrabniamy zieleninę. Jak już docelowa porcja jest gotowa, to sprawdzamy smak. Pesto ma nam po prostu smakować na surowo. Jeśli nie smakuje, to dodajemy co potrzeba, żeby było lepiej. Nastawiamy wodę na makaron – ostatnimi czasy wcinamy świeży makaron z Lidla, papardelle albo tagliatelle, który gotuje się 3-4 minuty. Wrzucamy makaron i go gotujemy. 2 minuty przed końcem gotowania makaronu na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy z oliwek i wrzucamy pesto. Chodzi o to, żeby doprowadzić do lekkiego roztopienia się parmezanu w pesto (u mnie zajmuje to 30-60 sekund, w zależności od producenta parmezanu). W międzyczasie odcedzamy makaron, po czym wciepujemy go na rozgrzane na patelni pesto. Mieszamy, żeby makaron rzeczonym pesto się pokrył. Przekładamy na talerze/miski i wcinamy!

Może nie wygląda to zbyt zachęcająco na zdjęciu, ale w smaku… niebo w gębie!

Makaron z pesto
Makaron z pesto

Santa Claus is coming to town, czyli FAT-MADKA wraca do gry…

Niespiesznie wciągam fioletowe rajtki w rozmiarze S na lekko spocone pupsko w rozmiarze XL. Nie mam specjalnych majtasów jak Brydzia Dżons, ale jakoś to będzie. Tu wcisnę, tam upchnę, porządnie zwiążę sznurek w talii, żeby nic nie wyskoczyło górą. Wielkopolska sknera mieszkająca we mnie jest szczęśliwa, bo dzięki dodatkowi lycry nie muszę wymieniać całej sportowej garderoby.

Jest 8:30, ale jestem na maksa zmulona. Brakuje mi werwy, bo w nocy Henio zarządził imprezę od 1:30 do prawie 4, ze zmianą cyca w połowie dystansu. Dopinam przyciasny sportowy stanik na chwilowo niesymetrycznym biuście – lewa nieopróżniona, bo od 6:00 graliśmy prawą na leżąco, żeby jeszcze choć trochę pospać – wciągam koszulkę techniczną i bluzę biegową, a w międzyczasie trzy razy sprawdzam ręką miejsce w okolicy mleczarni, przy tym poziomie zmęczenia nie ufam samej sobie, ale za każdym razem znajduję pulsometr na właściwym miejscu. Mogę kontynuować przygotowania do treningu. Schodzę na dół, w przedpokoju zakładam ciut toporne Kalenji, ale w nju balansach bym się pewnie dzisiaj „samozapłodniła”, o czym przekonam się już wkrótce. Z salonu dobiega głos najwspanialszego taty we wsi Kazimierz:

„Osioł robi i-aa, i-aa!”

Oho! Chłopaki dorwali się do poważnej literatury – „Księga dźwięków”, ostatnimi czasy nasz książkowy hit, zaraz po „Najlepszym” 😉

„Nie biorę klucza!” – krzyczę.

Sprawdzam czas na Garminie i jak na Grażynę triathlonu przystało – bez żadnego śniadania, i co gorsza o suchym pysku, za to z pięciominutową obsuwą w stosunku do wczorajszych założeń, wychodzę na bieg – naprawdę nie jest źle. Odstawiam jeszcze kosz na śmieci na swoje miejsce (Panowie z PUKu zwykle zostawiają go na środku podwórka, żeby zaznaczyć swoją obecność) – zyskuję 10 punktów w plebiscycie GOSPODYNI ROKU, nie powiem, przyda się, albowiem azaliż od paru miesięcy totalnie nie ogarniam kuwety. Ahoj przygodo! Mogę ruszać!

Wybieram trening na zegarku i tu pierwszy ZONK – Garmin ustawia typ treningu „Bieg w pomieszczeniu”. Macham na to jednak ręką i szczam sikiem prostym, bo od kiedy Henio jest z nami to serio nie mam czasu na takie pierdoły. Poza tym, co ja tam dzisiaj wyczytam z tego treningu, skoro dopiero wracam do jakiegokolwiek wysiłku po tylu miesiącach przerwy? Co najwyżej Garmin znów podpowie, że regenerować się powinnam w trumnie na katafalku, czyt. jakieś 3 dni. Wsłuchuję się zatem w Sistars, które odpaliłam w spotyfaju na srajfonie (telefon, nieodzowny element wyposażenia treningowego matki), i zaczynam biec.

W głowie powtarzam sobie co mam do zrobienia – 15 minut luźno, 5 x (20” ciut szybciej / 1’40” luz) i 15 minut schłodzenia. Tak zarządził trener, a ja mam najlepszego na świecie, czyli mojego męża, to go będę słuchać! Mocno pilnuję się, żeby już na starcie nie myśleć o duathlonie w Czempiniu, bo wiem, że raciczki oszaleją, tętno poszybuje w kosmos, a i tak nie mam czym szastać. Szczególnie biorąc pod uwagę 13 kg, które mi jeszcze zostało do zrzutu. Nooo… o tym też strach myśleć – specjalnie zgłosiłam się do czelendżu MKONa, żeby te kilogramy pożegnać, ale od tego momentu zeszło ich raptem całe dwa (święta – serniczki, pierniczki, makowce, sałatki jarzynowe, śledziunie, śledziuniuniuniunie kochane).  A skoro już zaczęłam myśleć o wadze, to wróciło do mnie oczywiście to wczorajsze ciasto, co to je z wielkim apetytem spałaszowałam, czując co prawda pewien niesmak do samej siebie, który jednak zupełnie nie utrudnił mi konsumpcji.

JA: Kochanie, w tym chyba nie ma alkoholu, prawda?

KAMIL: Nie, spokojnie możesz zjeść, ja nic nie poczułem, a jestem w tym temacie wyczulony…

No to rzuciłam się jak szczerbaty na suchary… cholera, czy mi się wydaje, czy tam jednak jest coś rozgrzewającego? Temat wkręcił mi się w mózg i świdruje od tej 19:30, kiedy zakończyłam spożycie. To zatem całkowicie naturalne, że o 3 nad ranem, po zmianie cycusia na prawy, wpisuję w google „sowa tort cookie skład” – w opisie jak wół stoi SPIRYTUS. Ku*wa mać! Pieprzona madka roku!

W pierwszych pięciu minutach biegu myślę zatem o Heniu, którego na bank wczoraj wieczorem wpędziłam w alkoholizm. Oczami wyobraźni widzę sklep całodobowy, przed nim dorosłego już i z lekka zużytego Henryka obalającego flaszkę z jakim innym menelem, pardon alkoholikiem. Konsumpcję przerywa im trzeci żul zagajając:

„Te Heniek! Kopsnij szluga!”

Ja pikolę, Mysza rilaks! Zjadłaś jeden mały slajsik, daj se kobito siana!

Na szczęście po kilku minutach biegu nawierzchnia diametralnie się zmienia, co zmusza mnie jednocześnie do zmiany tematu rozważań. Zaczynam się zastanawiać czy w ogóle dam radę zrobić na tej trasie jakiekolwiek przyspieszenia. „Gwiazdy tańczą na lodzie!” -„Janusze i Grażyny triathlonu” special edyszyn. Jedyny plus – wzrost kadencji i poprawa Vertical oscillation 😉 W międzyczasie zauważam, że niestety wróciłam do biegania w stylu Rocky’iego – ciężko stąpam i boksuję rękami na boki. Pocieszam się i usprawiedliwiam sama przed sobą, że to na pewno przez zmianę środka ciężkości – biegnę przecież z nieopróżnionym lewym cyckiem, to musi być to! Dobiegam do asfaltowej ścieżki rowerowej i widzę, że będzie zabawa. Przede mną jakieś dwa dwustumetrowe pasy szarego bez lodu, czyli da się śmigać!

Zaczyna się pierwsze przyspieszenie i kobyle wypada z pyska wędzidło, a przecież miałam polecieć tylko CIUT szybciej!

„Konik robi i-ha ha, i-ha ha!”

Tylko to przyspieszenie to raczej w głowie. W rzeczywistości odwalam ślimaka, który w „Księdze dźwięków” jedynie elegancko macha czułkami. Na końcu odcinka drobię niczym gejsza, bo znów zaczyna się lód – jak dobrze, że Garmin wypikuje zakończenie tego dramatu, a ja wracam do Rocky’ego. Ten schemat powtarza się jeszcze 4 razy – na odcinkach 20” staram się wskoczyć w skórę T-1000 z „Terminatora 2″, w sensie łapki pięknie pracujące równolegle do korpusu w osi góra-dół, wzrok skierowany przed siebie, wydłużony krok… w wyobraźni jestem jak Usain Bolt, w praktyce – jak Usain Bolt z większym lewym cyckiem, w za ciasnych rajtkach i przestrzelonym kolanem. Ledwo zipię w przerwach i na 1’40” znowu wskakuję w skórę Rocky’ego.

Monodram zmierza ku końcowi, zostaje 15 minut schłodzenia – przeżyję je całkiem dzielnie, na oblodzonych odcinkach żeniąc Rocky’ego z gejszą i rozmyślając już tylko o tym, czy Henryk aby nie umiera z głodu.

W oknie witają mnie dwa najukochańsze na świecie męskie oblicza.

Jeszcze tylko prysznic i będziesz mógł się dorwać do jadłodajni, synku!

I oby mleko nie było kwaśne…