Kona w tym roku była nie dla mnie…

Tak jak w tytule. Nie było mi dane… pooglądać i pokibicować 😉 Dzisiaj był, w sumie, najważniejszy start sezonu. Chociaż trochę przypadkowy. Nie planowałem startu w Mistrzostwach Polski w Duahtlonie. Gdy jednak okazało się, że są tuż pod nosem, grzechem było nie wystartować. O MP dowiedziałem się w okolicach 10 września i po szybkich ustaleniach z trenerem zapadła decyzja, że jedziem z tym koksem 😉

Było to o tyle szczęśliwe zrządzenie losu, że Tomek zasugerował chwilę wcześniej zmianę techniki biegowej. Była motywacja, żeby nad tym popracować. I przy okazji szansa, żeby może (mooożeeee…) załapać się na jakieś pudło. Dalej to w sumie jak w bajce, czyli: jak pomyśleli, tak zrobili. 😉

Nastąpił okres dosyć intensywnej pracy nad nową techniką, przy okazji pracy nad szybkością, której to (prędkości) mi ewidentnie brakuje. No nie potrafię się rozpędzić, za diabła! Krótkie odcinki, 100 czy 200 metrów, biegam z żałosną prędkością, szczególnie w porównaniu do ludzi, którzy na dłuższe dystanse biegają trochę wolniej ode mnie. Owszem, rozpędzę się na setce do 3’15”-3’20″/km, ale to jest (no, był) maks. Za to jak biegnę trzy setkę, to biegałem ją po… 3’15”-3’20″/km. Po prostu brakło prędkości. Zmieniona technika przyniosła poprawę, na 20″ przyspieszeniach potrafią zacząć się pojawiać tempa z dwójką na przedzie. Czyli coś się ruszyło! Do tego sprawdziany na dystansie 5 kilometrów pokazywały, że jest lepiej. W parkrunie pobiegniętym 12 sierpnia ruszyłem życiówkę, nowy czas to 19’03” (poprawa o 8 sekund). W kolejnym parkrunie, pobiegniętym 7 października, życiówka znowu się ruszyła. Tym razem mocniej, bo czas biegu wyniósł 18’47”. Nowa technika przyswaja się powoli, ale jak widać, działa. Efekt jest taki, że biegam trochę dłuższym krokiem, z nieco niższą kadencją (~10 SPM niższą, czyli ~190 SPM zamiast 200).

Po tym przydługim wstępie dochodzimy do sedna, czyli dzisiejszego duathlonu. Pierwszy raz (świadomie) startowałem w imprezie takiej rangi. Zdarzyło mi się kiedyś biec, w jakimś biegu, który miał rangę MP, ale umówmy się – na pudło nie było wtedy szans. A tym razem, gdzieś tam sobie wkręcałem, że może by się udało wyjąć pudło w kategorii. Jeśli będzie nie za mocno obsadzona 😉 Nie da się ukryć, że dwa tygodnie przed startem przygotowania do duathlonu zeszły, co nieco, na drugi plan. Nastąpiło to ze względu na przybycie Henryka, najsłodszej istoty świata, potomka Moniki i mojego. Wypadło kilka treningów, ale w sumie nic strasznego. Ot, wdrażanie się do roli młodego ojca 😉

Wracając do duathlonu. Byłem przerażony tym, jaka może być pogoda. Ostatnie zakładki kończyły się tym, że byłem przemarznięty i nie miałem już ochoty na nic. Szczególnie ostatnia zakładka, składająca się z biegania na stadionie, roweru po trasie zawodów, a potem kolejnego biegania na stadionie, dała mi się we znaki. Nogi mi tak zmarzły na rowerze, że rozgrzałem się dopiero na schłodzeniu po drugim bieganiu :-O Tymczasem pogoda postanowiła zrobić nam miłą niespodziankę, mimo że dzień nie zaczął się przyjemną pogodą. Mżyło i wiało. W okolicach godziny 10:30 niebo zaczęło się jednak przejaśniać. Potem pojawiło się słońce i zrobiło się nawet przyjemnie! Oczywiście, jak to w tych okolicach, wiało. Ale to już detal. Przed startem zrobiłem standardową rozgrzewkę, tym razem korzystając z dostępności stadionu MOSiR Rumia, po czym oddałem ciuchy do depozytu i podreptałem w okolice startu.

Na starcie stanęło niespełna 90 zawodniczek i zawodników startujących w kategoriach wiekowych. Z niespotykaną u mnie pewnością siebie ustawiłem się w drugiej linii startujących. Przecież dzisiaj to ja mam o pudło powalczyć, nie? Jeszcze mała wpadka ze starterem, który nie odpalił za pierwszym razem i polecieliśmy. Wiedziałem, że na początku ludzi poniesie. I postanowiłem się dać troszkę ponieść. Jakieś 300 metrów leciałem tempem 3’20″/km, po czym spojrzałem ostatni raz na zegarek i pobiegłem. Założenie było takie, żeby biec tempem dyskomfortowym, ale znośnym. W cichości ducha liczyłem, że zbliżę się do życiówki na 5 kilometrów. Jakaż była moja radość, gdy dobiegając do T1 zobaczyłem na zegarze 18’43”! Wypas, zrobiłem życiówkę 😀

T1 to była katastrofa. Nie ogarniam ciągle wskakiwania na rower, no jakoś mi to nie idzie. Chciałem uniknąć gleby, więc stwierdziłem, że potuptam w butach, jak zawsze. Do tego jeszcze zawodnik obok mnie powiesił swój rower tak, że odciął mi dostęp do skrzynki z moimi rzeczami. Zanim poprawiłem jej/jego rower, pozakładałem co miałem założyć i dotuptałem do belki minęła wieczność. Mogłem się równie dobrze zdrzemnąć… Wyprzedziły mnie ze 3, a może i więcej osób. Na rowerze ustawiłem sobie wcześniej małą tarczę z przodu (nigdy wcześniej tego nie zrobiłem), żeby nie było zbyt ciężko ruszyć. A potem okazało się, że nie mogę wrzucić blatu. I tak walcząc z tym blatem (a raczej jego brakiem) kulałem się na rowerze, po drodze sobie przypominając, że nie kliknąłem zegarka na wyjściu z T1. Moje T1 miało ponad 600 metrów =} W końcu udało się ogarnąć ten blat i popedałowałem. Ale nogi nie chciały podawać. Nie wiem dlaczego, ale tak się niestety stało. Wykrzesałem z siebie ledwie 250 watów NP. Toć na treningach jeździłem znacząco więcej. I znacząco szybciej. Nawet przy zakładkach (no, oprócz tej, gdzie przemarzłem). Udało mi się wyprzedzić jedynie ze 3 osoby.

Wykręciłem dwie pętle, 4 razy lekko machając do mojej kochanej rodzinki, która stała przy trasie i zjechałem do T2. Naturalnie, dojechałem do belki, wypiąłem butki i potuptałem, niczym jeż, odstawić rower. Zrzucanie butów i kasku tym razem było trochę szybsze, ale straciłem czas, bo pomyliłem alejki. A przecież podglądałem, gdzie to ma być i takie tam. Ech. I znowu mnie powyprzedzali… No nic, idę na drugi bieg.

Drugi bieg był krótki, ledwie 2,5 kilometra. Założenie było takie, żeby bez żadnych kalkulacji lecieć ile fabryka dała. I być na mecie przed upływem 10 minut. No to lecę, a metry się dłużą. Czuję, że pomalutku zaczyna spadać tempo, więc poprawiam formę – praca rąk, długi krok, oddychanie – i jadę dalej. Biegnę, biegnę, a tu dopiero pierwszy nawrót. Kurde, ile jeszcze?! I sobie obiecuję, nie spojrzę na zegarek. Mam lecieć na czuja. Powrót w okolice mety minął tym razem zaskakująco szybko. No dobra, nawijamy znowu i ostatnia pętla. Ciśnij, kurde! I cisnę i parskam i prycham i stękam i jęczę. I nawet się przemieszczam. Ba, nawet kogoś wyprzedziłem. Nawrotka, jeszcze trochę. Za chwilę będzie zakręt i potem już dobieg do mety. Słyszę doping Kasi i ekipy z Biegamy Razem, ale jestem półprzytomny z wysiłku. Lecę, zostało ze 100 metrów. I kolega, którego wyprzedziłem, leci mocny finisz. A ja nie mam już sił się bronić. No masz ci los. Pogodzony z losem dobiegam do mety. Klik na zegarku i patrzę na czas. Drugi bieg zrobiłem w 9’43”, czyli zgodnie z założeniami!

Sumaryczny czas wyszedł 1 godzina 3 minuty i 19 sekund. Miało być poniżej godziny i 5 minut i wyszło. Czyli nie jest źle. Chociaż ten rower, gdyby nie ten rower… No dobra, nie marudzę. Polazłem się rozbiegać, żeby mieć to z głowy. Wiedziałem, że jak zacznę to odwlekać, to w ogóle nie pójdę. A nauczyłem się już, że jak się rozbiegam, to potem się szybciej/łatwiej regeneruję. Odziałem się w coś cieplejszego i polazłem czekać, aż pojawi się Arek. Dobiegł z miną, która nie sugerowała nagłej śmierci, czy nie było tak źle 😉

Podium MP w Duathlonie AG 35-39
Podium MP w Duathlonie AG 35-39

Wydawało mi się, że na metę dotarłem co najwyżej w połowie stawki. Ale okazało się, że jednak nie. Gdy wywiesili wyniki, to znalazłem swoje nazwisko pod koniec drugiej dziesiątki, na 19 miejscu open. Przy okienku z kategorią wiekową widniała trójka. Na początku byłem mocno zdziwiony nie ogarnąłem. W końcu jednak do mnie dotarło, jestem brązowym medalistą Mistrzostw Polski w Duathlonie, w kategorii wiekowej 35-39 😀 A potem… wywiady, podróże… znaczy, dekoracja, uwieczniona na zdjęciu poniżej 😉
 3

Teraz mogę się chwalić, że jestem medalistą Mistrzostw Polski 😉 Chociaż później, gdy stałem w kolejce z pampersami, zastanawiałem się, jakie to ma znaczenie? Patrzyłem na ludzi dookoła i wiedziałem, że oni nie mają pojęcia, że były jakieś MP niedaleko tegoż sklepu. I pewnie wielu z nich nie wiedziało by, co to duathlon. Potem do mnie doszło, że w sumie, to nawet lepiej. Najważniejsze, że ja wiem. I że ci, którzy są dla mnie ważni też wiedzą. I że się z tego cieszą. Tak jak i ja. Bo gdzieś tam w annałach pojawił się mały zapis, że ten oto mały człowieczek, stanął sobie na podium. Dali mu medal i statuetkę. I jara się jak gwizdek 😀

Medal i statuetka za III miejsce w MP AG w Duathlonie
Medal i statuetka za III miejsce w MP AG w Duathlonie

Mała aktualizacja/korekta co do czasów, ponieważ pojawiły się oficjalne wyniki, i tak:

  • 1 bieg – 18’56” (bó, nie ma życiówki) – 14 czas
  • T1 – 1’11”
  • rower – 32’18” – 20 czas
  • T2 – 1’56”
  • 2 bieg – 8’59” – 7 czas

Trochę się mi te czasy nie spinają, z tym, co pokazywał zegarek i co widziałem na zegarze zawodów. Niemniej, z kronikarskiego obowiązku przytaczam.

Facebook

4 myśli na temat “Kona w tym roku była nie dla mnie…”

  1. Gratuluję Kamil, kolejne pudło. Chce Ci powiedzieć że moje bieganie troszkę wyhamowało przez dziwną przypadłość. Mianowicie po przebiegnięciu kilku km pojawia się ból w kolanie lewej nogi po zewnętrznej stronie. Kończy się to marszem, nie mogę kontynuować biegu. Może coś mi doradzisz w tej kwestii bo się strasznie wkurzyłem. Pozdrawiam serdecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *