Słodko, słodko?

Po raz kolejny połączę dwie relacje. Jakoś tak nie mam weny na pisanie ostatnio. 😉 Dwie relacje, czyli dwa starty. Forma zwyżkuje, trzeba próbować. Pierwsza relacja, to gdyński Parkrun, pobiegnięty półtorej tygodnia temu. Generalna idea była taka, żeby przepalić nogę przed dyszką w Szemudzie. Pocisnąć na wyższej intensywności. W tym sezonie „coś” mi ciągle wypada i tęskniłem za jakimś normalnym startem, bez komplikacji, zjazdów i innych takich. Drugi start, to wspomniana dyszka w Szemudzie.

Parkrun. Do tej pory pobiegłem jeden, ustanowiłem życiówkę (19’11”) i tyle. Kusiło mnie, żeby pobiec w Rumi, bo blisko, ale Trener „zasugerował” (;)) Gdynię. Plan na bieg był prosty, zacząć mocno, skończyć mocniej. I przy okazji najlepiej zrobić życiówkę. A ideałem było by, gdyby z przodu pojawiło się 18″. Rano pogoda była fajna. Chmurki, wcześniej trochę popadało. Lekki (bardzo) wiatr, dosyć chłodno. No idealnie! Dojechaliśmy z Mysią w okolice Skweru Kościuszki, chwilę się pokręciliśmy (jak zwykle przyjechałem za szybko) i nadszedł czas rozgrzewki. I jednocześnie to był ten czas, kiedy słoneczko postanowiło jednak się pokazać. W ciągu 5 minut wilgotność była bardzo wysoka i już po samej rozgrzewce byłem kompletnie mokry. A rozgrzewka mega intensywna nie była 😉

Stwierdziłem, że nie złamie mnie trochę wilgotności. Plan został taki sam, polecieć mocno. Chwila oczekiwania na starcie i poszli! Pierwszy kilometr mocno (3’51”) – czyli dobrze. Teraz tylko nie spieprzyć i dokończyć, a zostały już tylko 4 kilometry 😉 Na drugim kilometrze złapałem plecy jednego z biegaczy, który trzymał fajne tempo. Trzymałem się go, w międzyczasie piknął drugi kilometr w 3’44”. Bomba! Mój zając niestety osłabł i tempo zaczęło spadać. No to lecę sam, ale jakoś tak ciężej idzie. Trzeci kilometr zrobiony w 3’50”, za wolno, jeśli chcę zejść poniżej 19′! Trzeba pociągnąć mocniej, skupienie na plecach zawodnika będącego sporo przede mną i gonimy. Czuję, że tętno wysokie (jak na mnie), czyli udało się rozkręcić. Kończy się czwarty kilometr i zegarek pokazuje 3’48”, no prawie! Teraz jeszcze pociągnąć ostatni kilometr i meta. I jest jeszcze szansa na osiemnastkę na przedzie 🙂 Biegnę, biegnę, ale coś zaczyna mnie odcinać. Tętno rośnie, ale prędkość nie. Trzymam co się daje i kolejny kilometr w 3’51″… Za wolno. Na mecie czas 19’03”, 8 miejsce. Życiówka, ale delikatnie za wolna… Ale zmusiłem się do wysiłku i coś się odetkało. A na mecie wyglądałem, jak by mnie ktoś potraktował z węża strażackiego 😉

W temacie zmuszania się do wysiłku. Odpocząłem parę minutek na mecie i przyszedł czas na dokończenie treningu. Sam start, to była rozgrzewka. Potem jeszcze było 5 kilometrów w drugim zakresie, ale z tętnem poniżej 160 (poszło po 4’14″/km, gdyby nie ten kaganiec na tętno to… ;)) i 2 kilometry schłodzenia. Dałem radę, bez uszkodzeń, bez strat własnych. No po prostu poszło dobrze. I nawet szybciej, niż się spodziewałem 🙂

Na mecie wyglądałem o tak:

Meta Parkrun (fot. Przemek Dalecki)
Meta Parkrun (fot. Przemek Dalecki)

Drugi bieg, to Kaszubski Bieg Lesoków na 10 kilometrów w Szemudzie. Trasa po kaszubskich góreczkach. Siedem kilometrów asfaltu i trzy po lesie. Bieg o tyle ciekawy, że startował w nim też mój brat. To był sprawdzian, gdzie jesteśmy z przygotowaniami do duathlonu w Ustce. Sprawdzian, który wyszedł całkiem dobrze 🙂 Plan był taki, żeby pobiec całość w pałkę. A potem zobaczyłem profil trasy 😉 Według profilu (https://www.gpsies.com/map.do?fileId=yloytiatqznuepoo) pierwsza połowa trasy była przeważająco pod górkę, druga przeważająco z górki. Podbiegi na prawie całym trzecim oraz od 3,8 do 4,1 kilometra miały być bardzo wymagające. Oto jest szansa na odwet na górkach za Nocny Bieg Świętojański! Standardowo, przyjechaliśmy za szybko (;)), więc po odebraniu pakietu startowego trzeba było się pokręcić i pozamulać, zanim można było zacząć rozgrzewkę. Rozgrzewka standardowa, najpierw trochę biegania w tlenie, potem kilka przyspieszeń na rozruszanie i na koniec chwila truchtu.

Stanęliśmy z Arkiem na starcie, Monika, Mama i Zosia (najmłodsza córka Arka) zostały przy mecie, żeby dopingować na finiszu. Ustawiłem się bardziej z przodu, żeby tym razem nie musieć wyprzedzać tłumów. Jakoś zawsze staję za daleko, zakładając, że zaraz mnie całe stado ludzi będzie musiało wyprzedzać, a nie chcę innym utrudniać… Efekt jest taki, że tracę czas na początku dystansu, bo zostaję za plecami ludzi, którzy jednak biegną wolniej niż ja. I, niestety, znowu tak było, chociaż na szczęście tym razem nie tak bardzo jak zwykle. Zmodyfikowany plan mówił, że na zbiegach ma być szybko, na podbiegach mocno, a od 5 kilometra bieg w pałkę. Pierwszy kilometr w 3’45″/km. W tym kilka sekund stracone na wyprzedzanie. Na drugim kilometrze było ciut więcej podbiegania, ale było też zbieganie, więc wyszedł w 3’54”. Trzeci kilometr miał być hardkorowy, więc postanowiłem podejść rozważnie. Ostatecznie, Garmin pokazał 26 metrów do góry na dystansie kilometra i to wszystko w czasie 4’09”. Masakry nie było, żeby nie powiedzieć, że było za wolno. No ale przecież to nie mogła być już _ta_ górka… Za lekko się biegło! Kolejny kilometr, znowu i ze zbiegiem i z podbiegiem, i już częściowo w lesie, wyszedł w 4’01”. Piąty kilometr wyszedł najwolniej (4’15”), mimo że był relatywnie płaski (16 metrów w górę, 8 w dół). Nawierzchnia nie pomagała. W nocy sporo popadało, było mokro i grząsko. Ciężko się wyprzedzało, jak pomiędzy kałużami była ścieżka tylko na jedną osobę 😉 Gdy zobaczyłem znacznik szóstego kilometra dotarło do mnie, że górki już nie będzie i nie ma się co oszczędzać. Pomimo biegania po drodze leśnej przyspieszyłem i szósty kilometr wyszedł w 4′. Gdy skończył się las, można było pocisnąć. Siódmy kilometr w 3’55”, ósmy w 3’40”. Na dziewiątym kilometrze był podbieg, który na początku dystansu był zbiegiem. Wiedziałem, że pewnie zaboli i zabolał! Gdy go podbiegałem czułem się lekko przykurczony, no ale meta już blisko. Ten kilometr w 4’08”. Na dziesiątym kilometrze najpierw zbieg, potem podbieg i płasko do mety. Niby już nie mogłem, ale cisnąłem. Wbiegłem na metę z czasem 39’22” i wiedziałem, że coś jest nie tak z dystansem, bo coś za szybko ta meta się pojawiła. I faktycznie, Garmin pokazał 9,91 kilometra. Średnie tempo z całego biegu, według zegarka, to 3’58″/km. Czyli na całą dychę wyszło by ~39’40”. Przy tym profilu trasy – super! Owszem, można było ciutkę jeszcze pocisnąć, ale mnie górki zmyliły i się bez sensu oszczędziłem 😉 Zająłem 22 miejsce w open i 7 w kategorii. Nie tak źle 🙂

Na mecie dychy wyglądałem tak:

Już prawie meta w Szemudzie (fot. Zosia Andrusz)
Już prawie meta w Szemudzie (fot. Zosia Andrusz)

Podsumowując oba starty, to były dobre biegi. Dobrze zrobiły na głowę. Coraz lepiej wychodzi mi bieganie na wysokich intensywnościach, przynajmniej na zawodach. Z negatywów, żeby nie było tak zupełnie słodko, pojawiła się kontuzja mięśnia gruszkowatego. Podejrzewam, że przez złą technikę biegania po błocie. Skubany utrudnia siedzenie i leżenie. Jak na razie, dwa dni rolowania, masowania i rozciągania dają pozytywne efekty. Liczę na to, że jutro normalnie pójdę pobiegać. Szczególnie, że Trener wrzucił fajne zadanie 🙂

Na koniec jeszcze, pięknie dziękuję dziewczynom (Monice, Mamie i Zosi) za kibicowanie i wsparcie! Jak zawsze, dodało mocy 🙂