Lębork, Puck, ileż można napsuć? ;)

To pierwszy raz, gdy podsumowanie będzie dotyczyło dwóch startów. Pierwszy, 10 km w Lęborku, miał być przetarciem przed półmaratonem w Pucku. Do Lęborka udaliśmy się w składzie Monika, Mama i ja 🙂 Na rozgrzewce czułem, że coś jest nie tak. Było ciężko, przyspieszenia były wolne, trucht na koniec bardzo mnie zmęczył. Założenia na start były proste, pierwsze 5 km w tempie ~4’/km, a potem bieg w pałkę. Wyszło inaczej. Temperatura dała się trochę we znaki, podobnie jak mały defekt organizmu. Skutek był taki, że pierwsze 5 km było jak założone, a potem było coraz wolniej. Ostatecznie dotarłem na metę w czasie 40’17”. A chciałem co najmniej minutę szybciej. No nic, przetarłem się, potraktowałem ten start jako BC2/3 i powróciłem do treningu.

Bieg w Lęborku był w sobotę, w niedzielę było pływanie OW (dalej tragicznie to idzie) i regeneracyjny rower. W poniedziałek bieg, który zawsze lubiłem. Luźne 1h30′ w tlenie. Wyszło tragicznie. Szczególnie pierwsze 30 minut. Potem już jakoś szło. Wtorkowy rower też tak sobie, podobnie jak środowe bieganie.

Przełom przyszedł w czwartek. Przed bieganiem wziąłem leki i nagle odpaliło. OWBI wskoczyło na standardowe tempo, tętno zaczęło funkcjonować jak trzeba. Pojawiła się nadzieja na sobotę 😉 Piątkowy rozruch biegowy tylko to potwierdził!

Sobota. Pełen werwy pojechałem z ekipą kibiców (Monika, Mama, Zosia) na miejsce. Zjadłem sobie posiłek przedstartowy (standardowy ryż z dodatkami – było go ciut za mało, jak się potem okazało) i poszliśmy trochę pospacerować po Pucku. Koło 14 zjawiliśmy się na stadionie, gdzie był zlokalizowany start (i meta też). Przyjęcie leków, 15 minut przerwy, rozgrzewka i… jest super! Duży luz na początku rozgrzewki, spoko tempa na przyspieszeniach. W głowie pojawiło się, że zapewne dobiegnę w 1h25′ lub szybciej. Plan minimum to przybiec poniżej 1h30′. No bo wolniej to już by było słabo.

Na starcie pojawił się Paweł, też z Endure Team, dla którego ten start był powrotem po roztrenowaniu. Chwilę pogadaliśmy i okazało się, że celujemy w ten sam zakres czasowy. No, Paweł trochę ambitniej 😉 Chociaż nie powiem, chodziła mi po głowie życiówka, z tym, że zdawałem sobie sprawę, że ta trasa będzie dosyć trudna. I nie chodziło mi o kwestię pogody, bo ta w miarę dopisała – wiatr mi powoli przestaje „robić”, bo praktycznie zawsze biegam przy wiejącym dosyć mocnym wietrze. A tych parę momentów, gdzie prażyło słoneczko, było do przeżycia. Największym problemem, dla mnie, była nawierzchnia. Asfalt na sporej części trasy był byle jaki, trochę szutrów, płyty rozmaite. Jedynie odcinek leśny mnie nie martwił, bo po lesie lubię biegać 😉 Ale te wcześniej wymienione kawałki… Dość napisać, że bolą mnie aktualnie stawy skokowe, a to zdarza się rzadko.

Ustaliliśmy z Pawłem strategię, żeby początek pobiec spokojnie, bo miało być pod górę (i było). Tempa od 4’05″/km przez pierwsze 3 km, potem lekko docisnąć, żeby na 10 km być poniżej 40′ (udało się). Z trzymaniem tempa było chwilami ciężko („Ej, znowu za szybko lecimy” ;)), ale ogólnie wyszło. Wg zegarka 10 km zrobiłem w 39’48”. Na sporym zapasie. A przecież w Lęborku, na łatwiejszej trasie (płaskiej) było 40’17”. Byłem poważnie zajarany! I wtedy, ni z tego, ni z owego, spięło mi brzuch. Najpierw z prawej strony, chwilę później całą górną partię mięśni brzucha miałem spiętą. Nie mogłem głęboko oddychać, de facto hiperwentylowałem, oddech bardzo się skrócił 🙁 Paweł poleciał leciutko dalej, a ja wtedy uświadomiłem sobie, że zrobiłem zupełnie głupi błąd, za który teraz przyjdzie mi zapłacić… A wystarczyło pamiętać, żeby połknąć no-spę przed startem. Ech. I tempo z ~4’/km spadło do ~4’12″/km przez kolejne dwa kilometry. Potem spadało dalej. Na 15 i 16 kilometrze były spore podbiegi, ale to nie uzasadniało biegania po 4’40″/km! Na punkcie odżywczym chwilę przed 17 kilometrem podjąłem decyzję, że na chwilę stanę, spokojnie się napiję i obleję wodą, lekko się rozciągnę i dopiero pobiegnę dalej. Pomogło o tyle, że lewa strona brzucha odpuściła i udało mi się ustabilizować tempo na prędkości ~4’20″/km. Czasami próbowałem trochę jeszcze przyspieszyć, ale brzuch od razu zaczynał się znowu spinać po lewej stronie. Odpuściłem więc i biegłem swoje. I tak pozamulałem do mety, do której dotarłem w czasie netto 1:28:51. Czyli plan minimum udało się zrobić. Na dobiegu do mety nie wyglądałem nawet tak źle!

Forma nie taka zła! ;)
Forma nie taka zła! 😉

Na mecie wyłączyłem zegarek i prawie odpłynąłem. Chwilę pochodziłem, ale ostatecznie padłem:

Gleba :)
Gleba 🙂

Po kilku minutach doszedłem do siebie i postanowiliśmy się z Pawłem roztruchtać. Tempo szalone, 7’40″/km 😉 Po roztruchtaniu fotka!

Paweł i ja
Paweł i ja

Wypiłem trochę wody, zjadłem żurek, wyżarłem Monice i Mamie ogórki małosolne i pojechaliśmy do domu. I uznałem, że zasłużyłem, więc zjadłem sobie kawałek serniczka. 😀

Ogólnie bieg uznaję za udany. Pomimo głupiego błędu plan minimum został zrealizowany. Pozytywem jest to, że zidentyfikowałem rozwiązanie (tymczasowe, bo trzeba zrobić diagnostykę i znaleźć rozwiązanie docelowe) swojego defektu (no, jednego z). Trzeba wyciągnąć naukę na przyszłość i nie zapominać o rzeczach ważnych. I byle do kolejnego startu, bo teraz może być tylko lepiej! Trening oddaje, Trener Tomasz doskonale rozplanowuje obciążenia i odpoczynek, więc na jesieni z półmaratonem zmierzę się ponownie. I tym razem celem będzie życiówka! A po drodze jeszcze Duathlon Ustka, na który plan mam ambitny, jeszcze tylko się Trenerowi przyznać… 😉 Jeszcze z rzeczy przyziemnych, wypadałoby wrócić z wagą w okolice 74-75 kilogramów, bo nadbagaż nie pomaga osiągać wyników.