Nocny Bieg Świętojański 2017

Nocny Bieg Świętojański 2017 – to miał być ciekawy start. I taki w sumie był. Bieg numer trzy w gdyńskim GPX. Zupełnie inna trasa, z premią górską (mocny podbieg). Start o 23:59, żeby było ciekawiej 😉

Dzień zaczął się od zaplanowanego rozruchu. Ot, w sumie jakieś 30 minut biegania. Ale to bieganie było masakryczne. Pociłem się jak dziki, wręcz się ze mnie lało. Biegało mi się ciężko, zero lekkości w nogach. I to pomimo zluzowania przed startem! To dobry prognostyk przed startem, bo zawsze jak mi się tuż przed startem źle biega, to potem idzie dobrze. Paradoksalnie więc, zły rozruch mnie ucieszył. 😉

W ciągu dnia starałem się jak najwięcej odpoczywać, unikać produktów spożywczych, które mogłyby sprawić problemy, etc. Ogólnie – relaks. No, poza pracą, bo roboty sporo. Ale na szczęście mogłem pracę zakończyć koło 17 i wtedy już zupełny luzik. Na chwilę nawet zalegliśmy z Małżonką, żeby relaks był pełniejszy 🙂 W okolicach 18:30 zacząłem przygotowywać posiłek przedstartowy, czyli standardowy ryż z miodem, bananem i cynamonem. Tylko z ilością chyba przegiąłem ciutek…

21:15 i wyjazd z domu. Spokojny dojazd na parking w okolicach startu/mety i spacerek do biura zawodów, żeby odebrać pakiet. W międzyczasie uświadomiłem sobie, że zapomniałem się „zakleić”. Niestety, jestem delikatnym chłopcem i łatwo zdzieram sutki. Oczywiście, plastra ze sobą nie wziąłem, bo po co? Na szczęście ratownicy medyczni obstawiający imprezę w plaster wyposażeni byli. Chwilę pożartowali, że plaster płatny i takie tam, ale potem plasterek udostępnili. Mina panów, gdy zrozumieli po co mi ten plaster i co sobie zaklejam – bezcenna 🙂 Następnie zrobiliśmy spacerek powrotny do auta, żeby sobie jeszcze posiedzieć i się porelaksować. O 23:20 zacząłem rozgrzewkę, potruchtałem (taaaa „truchcik”, tempo średnie z 3km wyszło ~4’33″/km), parę przebieżek i jeszcze chwilka truchtu w kierunku startu (tu już serio serio bardziej trucht). Chwila rozmowy z Mysią, buziak na szczęście i czas startować!

Moje założenia co do tego biegu krystalizowały się przez cały dzień. Wiedziałem jedno – chcę pobiec mocno. Pozostało zdefiniować, co to jest „mocno” 😉 Stwierdziłem więc, stojąc już na starcie, że pobiegnę na czuja, jak mnie nogi będą niosły. Start! Pierwszy kilometr w 3’45”. Mocno, ale jest dobrze, zarówno oddechowo, jak i fizycznie. Za chwilę miał się zacząć podbieg, ten hardkorowy, z premią górską. Ambitnie chciałem pobiec cały w tempie zbliżonym jak najbardziej do 4’/km. O naiwności! Całość mierzonego podbiegu, według pomiaru oficjalnego, zrobiłem w 6’11”. Najlepszy zrobił go w 4’40” – chyba nie miałem szans 😉 Do tego przegiąłem ten podbieg. Kawałek za połową poczułem, że mnie odcina. Miałem wrażenie, że zwieracze zaczynają puszczać. I jednocześnie czułem, że posiłek przedstartowy wraca na górę. Mocno mi się odbiło i poczułem, że zaraz poleci paw. Chyba faktycznie przegiąłem! Zwolniłem na tyle, żeby sensacje żołądkowe się nie pojawiały i truchtałem w górę. Oba kilometry podbiegu wyszło kolejno w 4’06” (nie tak źle) i 4’32 (tu już zgon) – mierzona premia górska była nieco krótsza. Gdy zaczął się zbieg ul. Małokacką myślałem tylko o jednym – rozluźnić się i pozwolić grawitacji zrobić swoje. Przy okazji „wyprostowałem” parę zakrętów, dzięki czemu skróciłem sobie dystans. Zbieg (kolejne 2 km), co mnie trochę zaskoczyło, zrobiłem szybciej niż zakładane tempo. Miało być po 3’45”, wyszło po 3’42”. Super! I do tego spadło tętno i już nie chciało mi się rzucać pawia 😉 Według oficjalnego pomiaru czasu pierwsze pięć kilometrów przebiegłem 19’45”. Na życiówkę się nie zanosiło.

Druga piątka składała się z trzech kilometrów lekko z górki i dwóch lekko pod górkę. Te z górki chciałem pobiec w tempie poniżej 3’50″/km, niestety mój żołądek miał inny pomysł. Gdy zwiększałem prędkość, wracały nudności. Utrzymywałem więc tempo, przy którym sensacji nie było i jakoś biegłem do przodu. Szósty kilometr w 3’52”, siódmy w 3’51”, a ósmy w 3’48”. Dziewiąty kilometr to powrót do podbiegania i, niestety, skończył mi się prąd. Ledwie 4’06”. A tu wypadałoby zrobić jeszcze mocny finisz… Ostatni, dziesiąty kilometr przebiegłem w 4’02”. Na mecie, zgodnie z tym co napisało mi Gdyńskie Centrum Sportu, pojawiłem się z następującym wynikiem:

Nocny Bieg Swietojanski z PKO Bankiem Polskim, Twoj czas netto 00:39:28, 110 miejsce Open M, 55 miejsce M30, gratulujemy, wiecej na gpx.gdyniasport.pl

Teraz czas na podsumowanie. Bieg był mocny, bardzo mocny. Dałem z siebie dużo i to czuję, szczególnie schodząc ze schodów. Być może mogłem lepiej to rozegrać strategicznie i nie zajechać się pod górkę. Wtedy pewnie nie było by problemów żołądkowych i starczyło by prądu na końcówkę. Ale chciałem pobiec w końcu odważniej, więc tak pobiegłem. Jestem z siebie zadowolony 🙂 Na bardziej płaskiej trasie pewnie urwałbym z tego wyniku 30-40 sekund. To teoria warta sprawdzenia, więc trzeba by poszukać płaskiej dziesiątki, żeby ją zweryfikować 😉 Może w ramach jakiejś sztafety triathlonowej? Do rozważenia! Praca wykonana z Tomkiem procentuje, forma rośnie, mimo przejściowych problemów zdrowotnych. Za tydzień zobaczymy jak forma rowerowa, bo startuję w sztafecie Endure Team na 1/4IM w Starogardzie Gdańskim. Trzeba będzie dorzucić do pieca! 🙂

Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *