10 kilometrów w Przywidzu

Dzisiaj miałem możliwość po raz pierwszy wystartować w barwach nowego klubu – Endure Team. Start w sumie kameralny, bo to bieg towarzyszący Duathlonowi (w którym udział brałem rok temu). Startowały w nim raczej osoby towarzyszące/kibicujące zawodnikom duathlonu – frekwencja mówi sama za siebie, bieg ukończyło 26 osób 🙂

Dla mnie ten start, jak to opisał Trener, to przetarcie przed Biegiem Europejskim w Gdyni. Z jednej strony przyszedł czas sprawdzić, jak tam pachwina sobie poradzi z trochę większym obciążeniem. Z drugiej, była to okazja pobiec coś mocniej, w odmiennych od samotnego treningu warunkach. Przed startem w głowie miałem mętlik. W sumie ostatnio dobrze się czuję fizycznie, ale czy to przekłada się na moje możliwości? Czy jestem w stanie pobiec mocno? Miałem duże wątpliwości. I to się przełożyło potem na cały bieg.

Trasa nie była łatwa, ze względu na nawierzchnię (miejscami sporo śliskiego błota) i profil (trochę przewyższeń było, w tym jeden raczej hardkorowy podbieg). Na samym starcie zerwałem się jak dziki. Spojrzałem na zegarek, a tam 3’35″/km – szok. Przecież ja się tak nie rozpędzam! Nie utrzymam tego tempa! Padnę! Ale jestem trzeci! Nieważne, jak tak dalej pójdzie, to się spalę, a tego nie chcę. Zwolniłem. Pierwszy kilometr (wg Garmina) przebiegłem w 3’57”. W międzyczasie wyprzedziło mnie 3 zawodników. Takie tempo chciałem utrzymać od końca drugiego do, mniej więcej, szóstego kilometra. Na szóstym kilometrze był mały podbieg, tam spodziewałem się spadku tempa, żeby się oszczędzać. Plan w miarę udało się zrealizować, kolejno 2 km w 4′, 3 km w 4’04”, 4 km w 4’02”, 5 km w 3’56”. Szósty kilometr też poszedł nieźle (4’07”), bo podbieg zaczął się później 😉 Na siódmym kilometrze zaczął się podbieg (zajął 4’19” – 18 metrów pod górę i 15 w dół). Ósmy kilometr to dokończenie podbiegu, nawrotka i zbieg (4’29” – 25 metrów pod górę i 6 w dół). Już na górze, przy nawrotce, zdałem sobie sprawę z tego, że pobiegłem za lekko. Nie sam podbieg, od początku pobiegłem za lekko. Na dziewiątym kilometrze próbowałem się pozbierać i pocisnąć, ale okazało się, że przewyższenia miały inną propozycję. Wyszło 4’16”, 20 metrów w górę i 30 w dół. Najpierw były te w dół, dopiero potem te w górę 😉 Ostatni kilometr to pomieszanie rezygnacji z ambicją. Na początku była rezygnacja, bo przecież już trzeciego miejsca nie będzie. Ale potem stwierdziłem, że to bez sensu, że trzeba dokończyć robotę. Pocisnąłem ciutkę i dziesiąty kilometr przebiegłem 4’07”. Dodatkowe 51 sekund spędziłem na dobiegnięciu do mety (średnie tempo 3’44″/km), która była ~230 metrów dalej, według pomiaru Garmina.

Na mecie ucieszyłem się, że to już koniec. Zostało potruchtać, żeby się schłodzić. Założyłem bluzę, żeby mnie nie przewiało i zacząłem truchtać. Zaskoczyło mnie, jak lekko mi się biegło. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że dałem ciała. Że odpuściłem ten bieg, zanim go zacząłem. Później sprawdziłem średnie tętno – 159 bpm. Toć to nawet nie jest przyzwoite tętno przy starcie na 10 km. Tak ze 165 by było lepiej… 😉 Ale wyszło jak wyszło.

Podstawowy wniosek, uwierzyć trochę w siebie. Ostatnio oddechowo się poprawiło, czas z tego skorzystać. Pachwina nie boli, czyli można spróbować mocniejszych biegów. Tylko muszę pilnować, żeby się na nich nie spinać. Trzeba pilnować luzu i nie bać się biegania poniżej 4’/km. Pozytywne jest to, że jest potencjał na lepsze wyniki i to mnie cieszy 🙂

No i fajny medal do kolekcji!

Medal z Przywidza
Medal z Przywidza

Facebook

Jedna myśl na temat “10 kilometrów w Przywidzu”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *