Półmaraton Gdynia 2017

Półmaraton Gdynia 2017 już za mną. Znowu wiało, pogoda generalnie mnie nie urzekła. Przed startem standardowo – rozgrzewka, żeby nie wyrwać się do biegu na zimno. Po rozgrzewce miałem dziwnie wysokie tętno… Albo pasek wysechł i przekłamywał, albo coś fizycznie było nie tak. Postanowiłem, tak czy owak, spróbować polecieć poniżej 4’/km. Ustawienie na starcie, ostatnia wymiana słów z moimi najwierniejszymi kibickami i można lecieć 😉

Zmodyfikowana trasa fajna, można było zasuwać. No i na początku wszystko szło fajnie. Pierwsze 4-4.5 km pod lekką górkę, tempo dobre, średnio zgodnie z założeniami. Udało się złapać fajną grupkę, która żwawo, w tempie zbliżonym do moich założeń. I tak sobie lecieliśmy kolejne kilometry. Samopoczucie dobre, kondycyjnie spoko, czuję, że tętno też jeszcze dobre. Tempo do utrzymania do końca biegu, może nawet na końcówce można by coś pocisnąć. Jednak na 12 km poczułem ostry ból w pachwinie – tak jak na wtorkowym treningu. W głowie od razu myśl, że za trzy tygodnie maraton – trzeba minimalizować szkody. W związku z tym zwalniam do prędkości, przy której przestało boleć. I już wiem, że średniego tempa zgodnego z założeniami nie będzie. Teraz zostało jedynie spokojnie dobiec do mety. Drugi podbieg pod Świętojańską już w tempie relaksacyjnym (4’30″/km). Non-stop jestem wyprzedzany, ale pilnuję, żeby nie przyspieszać. To nie czas na wyścigi, ten start jest mniej ważny od maratonu (na którym też ścigania w sumie nie będzie :-P). Po Świętojańskiej skręt w al. Piłsudskiego, a tam, za punktem z wodą, mały chłopiec (7-8 lat?) widząc moją koszulkę (madżentowa niemaniemogę) zaczął krzyczeć „Ogień z dupy!” i „Niemaniemogę!”. Aż się wzruszyłem, z lekka 😉 Zostały niecałe trzy kilometry, które grzecznie przetruchtałem do mety, bez ekscesów i wyrywania do przodu. Byle dobiec.

Półmaraton Gdynia 2017 ukończyłem w godzinę, 27 minut i 6 sekund. Średnie tempo 4’8″/km. W sumie kryterium sukcesu wypełnione, ale jest niedosyt. Nawet nie tyle ze względu na czas, co ze względu na nogę. Teraz trzeba się wyleczyć, żeby za trzy tygodnie przebiec maraton w Gdańsku. Założenia? Wszystko poniżej 3 godzin i 15 minut będzie sukcesem. Plan optimum to czas poniżej 3 godzin i 10 minut. Jeśli było by cokolwiek szybciej, to będzie rewelacja.

A potem? Czas na powrót do treningu tri. Zredukuję objętości biegowe, zwiększę basenowe i powróci mocno zaniedbany rower! Plany startowe? Na razie brak. Zobaczymy, jak to będzie z pływaniem. Chciałbym ukończyć jakiekolwiek zawody. Ale ukończyć na mecie, a nie po raz kolejny w łódce. Niech się zrobi jeszcze cieplej, spróbuję wrócić do wód otwartych i zacząć je znowu oswajać. Na spokojnie, powolutku. Nie spieszy się. A jak już się przełamię, to będzie czas na śrubowanie wyników. Sam jestem ciekawy, jakie wyniki mógłbym robić 🙂

Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *