Zmiana planów

Czasami tak jest, że plan trzeba zmienić. Miał być maraton w Gdańsku, ale nie będzie. Zdrowie ważniejsze. Dokuczająca pachwina może nie przetrwać maratonu, a znając siebie, będę chciał dobiec do mety za wszelką cenę. Późniejsza rekonwalescencja może zająć kilkanaście tygodniu, lub dłużej. Tego zdecydowanie nie chcę. Start, z tego względu, odradza mi również mój nowy trener z Endure Team – Tomek Spaleniak. Kto zna świat polskiego triathlonu, ten wie, kim jest Tomek. Wymieniliśmy parę maili, chwilę porozmawialiśmy i, wydaje mi się, że to ma dużą szansę zagrać.

To, w sumie, kolejna zmiana planów. Miałem trenować się sam, ale… jakoś średnio mi to szło. Wrzucałem sobie jednostki, o których wiedziałem, że są za mocne, ale przecież dam radę. Co więcej, robiłem je dokładnie tak, jak je rozpisywałem. A potem zdychałem. To było zupełnie bez sensu. A przecież celem dalej ma być zrobienie chociaż jednego startu w triathlonie.

Tak więc wracam do treningów triathlonowych. Wrócił rower, raz nawet na zewnątrz przegoniłem anyroad’a 😉 Przybywa czasu spędzonego na rowerze, biegam i pływam. Oczywiście, musiał pojawić się problem, czyli przeziębienie. W poniedziałek odpuściłem basen, wyleżałem się w łóżku i próbowałem wyzdrowieć. We wtorek poczułem się na tyle dobrze, że zrobiłem poranny rower. Po rowerze poczułem się jeszcze ciut lepiej, więc pobiegałem. Po bieganiu padłem na twarz… No nie byłem jeszcze zupełnie zdrowy, ale co tam 😉 Na szczęście ten pęd do realizacji treningu nie doprowadził do pogorszenia stanu zdrowia. Dzisiaj jest pierwszy dzień, gdzie czuję, że moc zaczyna wracać!

Teraz pozostaje doprowadzić do porządku sprzęt, pachwinę i głowę. To ostatnie, obawiam się, będzie najtrudniejsze. Ale trzeba pracować na zmiany. Bez pracy nic z tego nie będzie. I w końcu się uda, popłynę tylko po to, żeby móc pojechać na rowerze. A to wszystko po to, żebym mógł skończyć na moim ulubionym bieganiu… Tak sobie o tym myślałem na bieganiu z dzisiejszej zakładki, co zaowocowało tym, że mnie „z lekka” poniosło z tempem 🙂

A z maratonem jeszcze się zmierzę. Cel „Maraton w tempie 3’59″/km” dalej jest na liście!

Półmaraton Gdynia 2017

Półmaraton Gdynia 2017 już za mną. Znowu wiało, pogoda generalnie mnie nie urzekła. Przed startem standardowo – rozgrzewka, żeby nie wyrwać się do biegu na zimno. Po rozgrzewce miałem dziwnie wysokie tętno… Albo pasek wysechł i przekłamywał, albo coś fizycznie było nie tak. Postanowiłem, tak czy owak, spróbować polecieć poniżej 4’/km. Ustawienie na starcie, ostatnia wymiana słów z moimi najwierniejszymi kibickami i można lecieć 😉

Zmodyfikowana trasa fajna, można było zasuwać. No i na początku wszystko szło fajnie. Pierwsze 4-4.5 km pod lekką górkę, tempo dobre, średnio zgodnie z założeniami. Udało się złapać fajną grupkę, która żwawo, w tempie zbliżonym do moich założeń. I tak sobie lecieliśmy kolejne kilometry. Samopoczucie dobre, kondycyjnie spoko, czuję, że tętno też jeszcze dobre. Tempo do utrzymania do końca biegu, może nawet na końcówce można by coś pocisnąć. Jednak na 12 km poczułem ostry ból w pachwinie – tak jak na wtorkowym treningu. W głowie od razu myśl, że za trzy tygodnie maraton – trzeba minimalizować szkody. W związku z tym zwalniam do prędkości, przy której przestało boleć. I już wiem, że średniego tempa zgodnego z założeniami nie będzie. Teraz zostało jedynie spokojnie dobiec do mety. Drugi podbieg pod Świętojańską już w tempie relaksacyjnym (4’30″/km). Non-stop jestem wyprzedzany, ale pilnuję, żeby nie przyspieszać. To nie czas na wyścigi, ten start jest mniej ważny od maratonu (na którym też ścigania w sumie nie będzie :-P). Po Świętojańskiej skręt w al. Piłsudskiego, a tam, za punktem z wodą, mały chłopiec (7-8 lat?) widząc moją koszulkę (madżentowa niemaniemogę) zaczął krzyczeć „Ogień z dupy!” i „Niemaniemogę!”. Aż się wzruszyłem, z lekka 😉 Zostały niecałe trzy kilometry, które grzecznie przetruchtałem do mety, bez ekscesów i wyrywania do przodu. Byle dobiec.

Półmaraton Gdynia 2017 ukończyłem w godzinę, 27 minut i 6 sekund. Średnie tempo 4’8″/km. W sumie kryterium sukcesu wypełnione, ale jest niedosyt. Nawet nie tyle ze względu na czas, co ze względu na nogę. Teraz trzeba się wyleczyć, żeby za trzy tygodnie przebiec maraton w Gdańsku. Założenia? Wszystko poniżej 3 godzin i 15 minut będzie sukcesem. Plan optimum to czas poniżej 3 godzin i 10 minut. Jeśli było by cokolwiek szybciej, to będzie rewelacja.

A potem? Czas na powrót do treningu tri. Zredukuję objętości biegowe, zwiększę basenowe i powróci mocno zaniedbany rower! Plany startowe? Na razie brak. Zobaczymy, jak to będzie z pływaniem. Chciałbym ukończyć jakiekolwiek zawody. Ale ukończyć na mecie, a nie po raz kolejny w łódce. Niech się zrobi jeszcze cieplej, spróbuję wrócić do wód otwartych i zacząć je znowu oswajać. Na spokojnie, powolutku. Nie spieszy się. A jak już się przełamię, to będzie czas na śrubowanie wyników. Sam jestem ciekawy, jakie wyniki mógłbym robić 🙂

Zdziwienie… jak co roku!

Od kilku tygodni w bieganiu masakra. Nie do końca mogłem złapać to nieuchwytne coś, co wyjaśniłoby co się dzieje. Czułem, że mam podniesione ciśnienie, przewlekły katar, uczucie jak bym był przeziębiony. Profilaktycznie zredukowałem objętości treningowe i nic… zero poprawy. Czyli to nie zmęczenie. Może choroba? Ale tyle czasu? No kurde…

Na basenach znowu zdychanie. Miałem wrażenie, że albo się utopię katarem spływającym po gardle, albo się uduszę. Oddech krótki, ciężko nabrać pełne płuca powietrza. Po basenie katar. Kichanie. Zatkany nos, a przecież od operacji było dużo lepiej! Może chemię zmienili, albo dają jej więcej? A może ogólnie woda bardziej syficzna, czy coś?

Takie same problemy z oddychaniem na bieganiu, szczególnie akcentowym. Fizycznie spoko (z dokładnością do odzywającego się przyczepu przywodziciela), a oddechowo dramat. Zadyszka przy ciut większym obciążeniu. Tętno ciut tylko wyższe i mimo wszystko płaściutkie, tak jak być powinno… A oddechowo zgon. I ten katar ściekający po gardle, wydawanie całej masy dziwnych dźwięków/chrząknięć, przez co piesi czmychają mi z drogi, jak przed demonem jakowymś.

Co się do cholery dzieje?! Przecież przy tej ilości odpoczynku, leków, miodu, cytryny, to powinienem być chodzącym okazem zdrowia…

WTEM! (jak w komiksach ;)) Zaczął się świąd oczu… co się kurde znowu wyprawia?! Iiiiiii… nagle olśnienie! I zdziwienie! Przecież ja mam alergię! Więc to o to chodzi… Szybka obczajka kalendarza pyleń i widzę, że pyli leszczyna. Czyli to (+ brzoza), na co jestem najbardziej uczulony. Do tego dochodzi do mnie też, że przecież moje alergeny pojawiają się już od 3 dekady stycznia. Jak co roku, jestem zdziwiony, że znowu mnie jakaś alergia męczy. Objawy są te same, zawsze. I zawsze jestem zdziwiony. Teraz zastanawiam się, czy sobie nie ustawić przypominacza w kalendarzu na przyszły rok: „Te, gościu, masz alergię, weź piguły bo będziesz się dziwił” 😉 I tak jakoś na początek stycznia bym sobie ustawił pierwszy, drugi z tydzień lub dwa później.

Zapodałem piguły. Jest ciut lepiej, ale zanim się to uspokoi to minie parę dni, albo i tygodni. Teraz zastanawiam się, co będzie jutro? Dzisiaj pada, od razu zrobiło mi się lepiej. Wiatr też pewnie trochę pomógł. Jeśli jutro zapylenie by dało szansę, to będę próbował pobiec poniżej godziny i 30 minut. No i jak by wiatr już sobie darował. Jak bym się złapał znowu na jakąś fajną grupę, to może się doholuję poniżej godziny i 25 minut? 😉 Wszystko ze średnim tempem poniżej 4’15″/km będzie sukcesem.

W sumie, mogło by być tak, jak na nie opisanym tutaj Biegu Urodzinowym w Gdyni. Sukcesem miało być 42′-43′, a wyszło… 39’25” 😀 Wyszło lepiej niż na Biegu Niepodległości, a się tego zdecydowanie nie spodziewałem. Czy dam radę pobiec półmaraton z tempem poniżej 4’/km? Jutro się wszystko wyjaśni 🙂