Pasja?

Znowu długa przerwa! Z treningiem jestem w lesie. Głęboko w lesie. Na tyle głęboko, że o życiówce maratońskiej na wiosnę mogę zapomnieć. W sumie, to dopiero od dwóch tygodniu trenuję. W kończącym się tygodniu można dopiero powiedzieć o regularnym treningu, poprzedni był rozruchowy. Chorowałem, przeprowadzałem się, miałem mnóstwo wymówek, żeby się nie ruszyć. Ale głównie chciałem się wyleczyć do końca, a nie zaleczyć i „jakoś to będzie”. Teraz trzeba trochę bazy zrobić… A według oryginalnego planu, to niedługo miałem ruszać z treningiem szybkościowym. Jakoś się na niego na razie nie czuję 😉 Wychodzi na to, że będzie kolejny maraton dla przyjemności 😀

Dzisiaj sobie pobiegałem. Temperatura średnia -11 stopni – bez tragedii, biegało się przy niższych temperaturach. Dopóki rzęsy się nie sklejają i można mrugać oczami – jest spoko 🙂 Plan zakładał 22 kilometry biegu w tlenie, 11 km „tam” i 11 kilometrów drogi powrotnej. Gdy wyszedłem z domu, to ucieszyłem się, że nie wieje. O naiwności. Po pierwszym kilometrze poczułem wiatr. Raczej z tych zimnych. Pochwaliłem sam siebie za założenie dwóch par rękawiczek. Po trzecim kilometrze chciałem stwierdziłem, że sobie dobiegnę do piątego kilometra i zawrócę. Trudno, trening będzie krótszy, ale przy tym wietrze nie ma co się wychładzać. Dobiegłem do piątego kilometra i pomyślałem sobie, że może jeszcze kawałek, te 200 metrów do skrzyżowania i tam zawrócę. Przy skrzyżowaniu doszedłem do wniosku, że skoro nic nie jedzie, to mogę przebiec przez ulicę i kawałek dalej, żeby jeszcze dokończyć ten kilometr. Potem stwierdziłem, że kawałeczek dalej jest jeszcze całkiem przyjemna nawierzchnia, to potruchtam sobie jeszcze trochę. I tak ze sobą negocjowałem do 11 km. 😀 Wtedy stwierdziłem, że już wystarczy i zawracam. Teraz już nie miałem wyjścia, byłem na zadupiu i żeby wrócić to mogłem biec lub iść. No to pobiegłem, bo tak szybciej, niż iść 😉

Ale w sumie, to tylko tło tego, co chciałem przekazać. Często zdarza mi się słyszeć, że ktoś jest wariatem, bo ma jakieś hobby, które odstaje od „standardów”. Ktoś biega, ktoś pedałuje, ktoś robi coś innego, niezbyt pasującego do ogólnego pojęcia przyjemnego spędzania czasu. I jak dzisiaj sobie biegłem, słonko przyjemnie świeciło, a wiatr niezbyt przyjemnie wiał, to zauważyłem sporą grupę ludzi. Im bliżej byłem, tym lepiej widziałem sprzęt, który ze sobą mieli. Aparaty z teleobiektywami (były przeogromne!), lunety, mocne lornetki – pomyślałem, pewnie oglądają ptaki. Jak już byłem bardzo blisko, to zobaczyłem, że opatuleni byli jak misie 😉 I w mojej głowie urodziła się myśl, że trzeba być mocno zmotywowanym (pasja czy wariactwo? ;)), żeby robić takie rzeczy, w taki mróz. Praktycznie jednocześnie usłyszałem, jak jeden z członków grupy mówi do innych, pokazując na mnie: „ten to musi mieć pasję”. A ja po prostu sobie biegłem, bo miałem plan do wykonania… 😉

To sprawiło, że przez spory kawałek trasy zastanawiałem się nad tym. Doszedłem do wniosku, że ja podziwiałem ich za motywację, bo dla mnie niepojęte było, że można w niedzielny poranek opatulić się jak miś i iść obserwować ptaki. A dla nich niepojęte było, że przy -11 stopniach można iść biegać w obcisłym. Coś, co dla mnie jest tak oczywiste, że aż zęby bolą, dla nich było wyczynem. A coś, co dla mnie było by trudne, dla nich było codziennością. I na tym chyba polega pasja. Wszelkie potencjalne trudności można rozwiązać, bo „gdzie wola, tam sposób”. Niejednokrotnie dokonywałem cudów logistycznych (przynajmniej w moim odczuciu), żeby tylko ogarnąć się z życiem rodzinnym, treningiem i pracą w ciągu jednego dnia. A potem czytałem, np. u MKONa (http://niemaniemoge.pl/ – polecam lekturę!), jak wygląda jego logistyka. Albo Macieja Dowbora (http://totalneporuszenie.pl – również polecam). Moje wnioski były takie, że moja logistyka, przy ich logistyce to tzw. pikuś. Miałem również wniosek taki, że ich zaangażowanie jest o wiele większe niż moje. A dzisiaj dotarło do mnie, że każdy robi co może i co chce. Jedni obserwują ptaki, inni przełamują strach, a jeszcze inni robią wyniki. I dobrze! Niech każdy ma swoją pasję! W końcu wszyscy jesteśmy inni.