Wytop na chłodno

Tym razem zaskoczyłem sam siebie. Tak jak opisałem w poprzednim swoim wpisie, postanowiłem w trakcie przymusowego odpoczynku zgubić trochę kilogramów. Plan się powiódł, wytop na chłodno idzie całkiem nieźle. Ba, jest już prawie po! Startowałem 11 października z wagą 81 kg, zacząłem od praktycznie całodniowego postu przed zabiegiem. Po powrocie ze szpitala było 80,2 kg. W tej chwili, po zaledwie dwóch tygodniach, jest 75,6 kg. Czyli w sumie 5,4 kg – strasznie szybko! W swojej diecie zmieniłem dwie podstawowe rzeczy, zmniejszyłem ilość jedzenia i włączyłem sałatkę jako (prawie) obowiązkową kolację. Prawie, bo parę razy zdarzyło mi się oszukać i nie zjeść sałatki. Pilnowałem się też, żeby nie jeść zbyt mało. Deficyt kaloryczny miał wynosić maksymalnie 10-15% i tego się trzymałem.

Dlaczego wytop na chłodno? Z dwóch powodów. Po pierwsze, jesień nie rozpieszcza mnie zbytnio wysokimi temperaturami. Po drugie, na wytopie zawsze mi zimno. Marznę przeokrutnie, dłonie i stopy mam lodowate. Duże ilości ciepłych napojów pomagają, ale na krótko. Zalegam więc, póki mogę, pod kołdrą czy kocem, mając na sobie bluzę z kapturem i spodnie dresowe. To chyba jest w tym wszystkim najgorsze! Głodny nie chodzę, bo nie mógłbym być długo głodny. Zaraz zaczyna mnie boleć głowa i mam ochotę rozerwać wszystko dookoła. Robię się zły. Dlatego pilnuję, żeby zdrowo i planowo podjadać sobie jakieś owoce pomiędzy posiłkami (ale też nie za dużo). Co by mnie z domu nie wyrzucili 😉

Teraz wracam powoli do treningów. Dwa razy posiedziałem po 30 minut na trenażerze, pedałując delikatnie i dziwiąc się, jak to fajnie tętno spada, jak oddycha się tylko przez nos 😉 Dzisiaj pójdę pobiegać i zobaczę, jak się będę czuł. W tym tygodniu jeszcze bardzo ostrożnie, bo mnie lekarz nastraszył… To się słucham! Paradoksalnie, powrót do treningów utrudni zrzucenie reszty planowanych kilogramów, bo trudniej jest wyliczyć ilość potrzebnych kalorii. Trochę trzeba będzie polecieć na czuja, słuchając co organizm mówi. A organizm pewnie powie „JEŚĆ, KURDE!” 😉 Ciekawi mnie, jak mi się dzisiaj będzie biegło…

Szkoda tylko, że MKON tak późno zaczął wyzwanie z wytopem (więcej tutaj: http://niemaniemoge.pl/wytop-2017-nowy-magnes-na-lodowke/), bo byłbym już zrobił niezły wynik 😉 A tak trochę wtopa z wytopem, bo zostało mi jakieś 600-700 gram do planowanej wagi startowej, toć MKON nawet sekundy by z życiówki nie musiał urywać.

Wizziulkowa Róża Wiatrów

M: Co dzisiaj na lunch?

K: Nie wiem – coś dobrego, byle dużo!

M: hm…

10 minut później – po głębokim namyśle zakończonym poważnym mysim ślinotokiem…

M: Może fasolka po bretońsku? Ochotę mam.

K: Ooooo! Dobry pomysł!

**********************************************************

4 godziny i 5 huraganów fasolowych później…

(jak w temacie – zasłużyliśmy na rozrysowanie lokalnej róży wiatrów, rozgoniliśmy mgłę nad Witominem)

M: Skoro już tak gazujemy, to może na przekąskę ciacho fasolowe?

K: A masz przepis?

M: W sieci peeeełno, a dzisiaj mi w oko wpadło to u panny Anny…

K: No…. to w końcu białko. Białka nigdy dość!

**********************************************************

1 godzinę i dwa przepisy później – dzisiaj robiłam łapę, jedną, za pomocą ręcznego blendera, ale… było warto!!!

 

FasoLOVE słodkie szaleństwo
FasoLOVE słodkie szaleństwo

M: Takie białko to ja mogę C O D Z I E N N I E!

Panno Anno, Paulino – kocham Was :*

Drugie roztrenowanie

Wyszło tak, że mam drugie roztrenowanie. Kolejnych parę tygodni bez sportu. Jak to Pan Doktor powiedział (i napisał): oszczędzający tryb życia. Teoretycznie do treningu (lekkiego) będę mógł wrócić w sobotę lub niedzielę, pod warunkiem, że lekarz się zgodzi. Jeśli tak będzie, to wypadnie mi w sumie 10 dni treningu. Pierwsze treningi po zabiegu mają być lekkie, czyli jakiś delikatny trenażer, tlenowe bieganie. Basen wypada na 5-6 tygodni. Mając to wszystko na względzie, wiem, że mój plan treningowy pod wiosenny maraton mogę włożyć między bajki. To drugie roztrenowanie nie było planowane, liczyłem, że wypadnie maksymalnie tydzień i wrócę do normalnego reżimu. A tutaj, niestety, jest jak jest. Postanowiłem więc, że nie będę próbował robić tego maratonu na siłę. Pobiegnę go, ale bez spinki na wynik. Po prostu pod koniec przygotowań zobaczę, jaki etap udało mi się osiągnąć przy skróconym cyklu. Jeśli nic nieoczekiwanego nie wyskoczy i sam tego nie zepsuję, to wynik w okolicach 3 godzin i 5 minut powinen być realny. A życiówkę zaplanuję sobie na jesień.

To postanowienie, żeby się wyluzować i nie spinać, przyniosło mi kolejny pomysł. Po powrocie do domu, z ciekawości, stanąłem na wadze. Pokazywała 80 dkg mniej niż dzień wcześniej. Stwierdziłem, że skoro i tak będę leżał przez kilka dni, to mogę przypilnować się z jedzeniem i zacząć skuteczniejszy wytop, niż w trakcie treningu. Łatwiej kontrolować zarówno zapotrzebowanie na kalorie, jak i ilość kalorii przyjmowanych. Staram się pilnować, żeby deficyt nie był większy niż 10% dziennego zapotrzebowania. Pomysł okazał się o tyle skuteczny, że po tygodniu diety jestem prawie 3 kg lżejszy! OK, mam świadomość, że część z tego to woda (mimo, że przyjmuję dużo płynów), ale część to redukcja tłuszczu. Do wagi startowej zostały mi 3-4 kilogramy, zobaczę z redukcją, jak będę się czuł i jakie to będzie miało przełożenie na trening.

Podsumowując, mam drugie roztrenowanie i organizm trochę odpocznie (trochę, bo jednak zabieg pewnie też był jakimś obciążeniem). Jednak plan treningowy się rozsypał i nie ma sensu cisnąć na maksa, żeby próbować nadgonić. Zajadę się i tyle będę z tego miał. Potrenuję więc na spokojnie, zrobie solidną bazę, na tym zbuduję przyszły sezon. Biegowo jakoś to ogarnę, bo mam w tym trochę doświadczenia. Roweru i pływania będę się uczył. To może być ciekawe wyzwanie 🙂 Szczególnie pływanie. Szczególnie w wodach otwartych. Dobrze, że do sezonu na open water jeszcze trochę czasu, to jest szansa na opracowanie jakiejś strategii 🙂

Chwilowa przerwa

Miało być tak pięknie, wszystko treningowo zaplanowane, żeby powalczyć na wiosnę o życiówkę w maratonie, a tu dupa. Konieczna jest chwilowa przerwa. Liczyłem, że może będzie krótka i biegać będę mógł już po tygodniu, ale niestety… 16 dni bez biegania brzmi jak wyrok. Planując trening wyliczyłem, że mogę sobie pozwolić na maksymalnie 5 dni przerwy, więc plany się sypnęły.

Może jednak zacznę od początku. Jak zapewne sporo innych osób, mam (a właściwie miałem – pisząc te słowa jestem już po zabiegu) skrzywioną przegrodę nosową. Nie będę się rozpisywał o ogólnych konsekwencjach tego stanu, wspomnę jedynie o tym, co bolało mnie najbardziej. W moim przypadku skrzywiona przegroda nosowa wiązała się z permanentnymi stanami zapalnymi w nosie i ciągłym katarem. To, w połączeniu z basenem, mocno uprzykrzało mi życie. Na tyle mocno, że pomimo panicznego strachu przed zabiegami w znieczuleniu ogólnym, jednak się zdecydowałem.

Termin zabiegu znałem już od jakiegoś czasu, im bliżej było, tym większy czułem stres. Cały czas czułem wsparcie Moniki i mojej mamy, które pewnie bały się razem ze mną. Wczoraj o 6:15 zjadłem ostatni lekki posiłek, popiłem go szklanką wody i mentalnie przygotowywałem się do zabiegu. I do głodowania też, bo nienawidzę być głodny! O 12 dojechałem do kliniki, zostałem przyjęty na oddział i miałem oczekiwać na swoją kolej. W międzyczasie po raz kolejny porozmawiałem z anestezjologiem, który próbował mnie uspokoić, że „najpierw dostanie pan tableteczkę, która pana wyciszy, potem przyjedzie na salę operacyjną, powiemy sobie dobranoc i obudzi się pan po wszystkim”. Później pojawił się doktor, który miał zabieg wykonać. Również bagatelizował całą sprawę, ale podsunął do podpisania papiery, że w razie śmierci upoważniam żonę do odbioru moich rzeczy… Cudownie. Była godzina 13, dowiedziałem się, że cała zabawa zacznie się koło godziny 16.

W okolicach 15:30 przyszła pani pielęgniarka i podała mi rzeczoną tableteczkę, która miała mnie wyciszyć. Niestety, nie zaobserwowałem żadnego tego typu efektu. Panika nie chciała mnie opuścić i cały czas miałem ochotę powiedzieć, że rezygnuję. Po około 30 minutach zostałem zabrany na salę operacyjną. Tam przypięto mnie do stołu, podano dożylnie leki, po czym dostałem na twarz maseczkę, żebym chwilę pooddychał. To była ostatnia rzecz, która została w mojej świadomości. W następnej chwili byłem już w Kona i brałem udział w Mistrzostwach Świata Ironman! Biegłem już maraton i czułem, że boli mnie wszystko, że mam już dosyć, ale jest tak blisko do mety, że nie mogę się poddać. Wychodziłem na ostatnią prostą, kiedy nagle… obudziłem się i usłyszałem, jak pan doktor mówi do mnie, że już jest po i wszystko poszło dobrze. Dlaczego nie dali mi dokończyć tego cholernego maratonu?! 😉

Później godzinka leżenia w sali pooperacyjnej i transfer do mojej sali. Odkryłem, że opatrunek mam tylko w lewej dziurce, co wydało mi się pozytywne. Do chwili, gdy nie poczułem, że z prawej dziurki coś się wylewa, w całkiem sporej ilości 😛 Panie pielęgniarki przykleiły mi gazik, którego zadaniem było wchłaniać te wydzieliny pomieszane z krwią. Odpoczywałem w pozycji półsiedzącej, bo inaczej zaczynałem się krztusić. Zapowiadała się ciężka noc – i tak niestety była. Sen był rwany, niespokojny. O 6 pobudka, podpięcie kroplówki ze środkiem przeciwbólowym i powrót do niespokojnego drzemania. W okolicach godziny 8 pojawił się kondukt lekarski, który zapytał o samopoczucie i zakomunikował, że o 10 wychodzę do domu. W międzyczasie dostałem jeszcze ketonal, bo ból po zabiegu się nasilił. Chwilę po 9 przyjechała moja Mysia i świat nagle stał się przyjaźniejszy. 🙂 Chwilę pogadaliśmy, po czym przyszła pani pielęgniarka i kazała się zbierać do wyjścia.

Mocno liczę, że po tym zabiegu moje problemy z permanentnym katarem się skończą i, tak jak kilka osób mi mówiło, moje oddychanie nabierze nowej jakości. Bardzo na to liczę! Ta chwilowa przerwa w treningu, chociaż nieplanowana, może mi się przyda. Powrócę do cyklu przygotowawczego do maratonu w Gdańsku, chociaż trochę go skrócę. Nie będę się spinał na życiówkę, po prostu go pobiegnę tak, jak dam radę. Jako opcję zapasową wybrałem maraton w Berlinie. Tym razem, jeśli nie zostanę wylosowany, to spróbuję wkręcić się w inny sposób. Ale chciałbym tam pobiec i wtedy już spełnić swoje biegowe marzenie – przebiec maraton ze średnim tempem co najmniej 3’59″/km. Co z tego będzie? Zobaczymy.

Jutro jadę na zdjęcie opatrunku. W przyszły wtorek kontrola. Ponoć za 10 dni będę mógł usiąść na trenażer, mam nadzieję, że się to potwierdzi… Nigdy perspektywa trenażera nie wydawała się tak fajna! 😉 Ale te 10 dni bez treningów to będzie mordęga, bo od kilku dni zaczęła mi wracać ochota na trenowanie. No i do tego przerwa 4-6 tygodni od basenu 🙁

A na razie jestem wdzięczny Mysi, że się mną opiekuje i lata wokół mnie jak najlepsza pielęgniarka świata! Aż mi głupio ją tak wykorzystywać…