Mysz w krainie Podziemnej Pomarańczy – cz.2 ostatnia

Co ja tam wcześniej napisałam, że próbuję biec? Tak właśnie! Otóż… pierwszy kilometr był ZAJEBISTY. Owszem, z namiotu mi się nie chciało wyjść, ale jak już wylazłam na światło dzienne (słońce jeszcze zza chmur spozierało), to nawet jakoś przebierałam tymi nogami. „No, nie będzie wcale tak źle!” – pomyślałam. Ptaszki śpiewały, wiał zefirek (nie produkowałam go na dodatek, więc spoko), minęłam nawet jakiegoś zawodnika i ten rzucił „Chciałbym mieć jeszcze tyle werwy!” Ha! A może nawet uda mi się zejść do tych 5’30”/km i to utrzymać?! – taka mnie kolejna genialna myśl najszła. No to by dopiero było! Byłam Królową Trajlonu!!! Przez całe dwa kilometry 🙂 Potem nagle jakoś tak wszystko dupnęło. Tempo spadało, chociaż byłam przekonana, że zajebiście żwawo przebieram nogami, ale znowu dopadł mnie kisiel i tak w nim brnęłam, a potem… a potem jeszcze te cholerne nudności. Wlokę te dwie dolne kończyny, przebieram szybciej górnymi, żeby tylko podkręcić tempo, a z moich ust dobywa się co i rusz taki dziwny odgłos – mnie się skojarzyło z liniejącym kotem po porannej toalecie, wiecie, że włos się zabłąkał. I o dziwo, nie tylko ja takie odgłosy wydaję, babeczka przede mną też! I tak sobie pocharkujemy ze dwa kilometry – zaczęłam błagać wszechświat o pawia. W tym czasie towarzyszka niedoli wypatrzyła jakiś krzaczek i próbowała poradzić sobie z tym zabłąkanym włosem ręcznie. Nie wiem czy skutecznie, bo bałam się zatrzymać. „Jak się zatrzymasz, to już nie ruszysz tego mysiego zadziska.”- podpowiedział wewnętrzny głosik. Zatem kuśtyk, kuśtyk, chark, chark. Za mną ktoś dzielnie udeptywał asfalt z niską kadencją i wyraźnym trudem. Dobiegło mnie takie ciche błagalne „Rzygnij wreszcie kobieto”. Miałam siłę odsapnąć jedynie – „Zajebiście bym chciała, wiesz”. I mnie ten głos wyminął, bo ileż można, co nie?! Myślałam sobie – za dużo zeżarłam tych żeli i mnie teraz męczy. Wkurzyłam się na maxa, bo jeszcze jeden żel targałam ze sobą – bez SĘSU. Minęłam punkt żywieniowy, wylałam na siebie butelkę wody (kolejną) i zaliczyłam jakiś taki stromy zbieg. I tam, na końcu zbiegu, trzewia przywitały się z przełykiem i poczułam… ŻÓŁĆ. Nie żaden cholerny żel. „Przetrawiłaś kobieto! Wcale się nie przeżarłaś, NIEDOŻARŁAŚ (IMPOSSIBLE)!”. Tylko już jakoś tak nie mogłam patrzeć na ten żel w ręku – niesmak pozostał. Zatem na następnym punkcie żywieniowym postanowiłam wciągnąć pomarańczę. I tak przetaczałam się od punktu żywieniowego, do punktu żywieniowego. Pomarańcza w pysk, butelka wody na łeb. Wreszcie żołądek odpuścił. W głowę wdrukowała się piosenka z któregoś punktu kibiców (Ella Eyre – „If I go”, niezły mózgotrzep) – i tak sobie pod nosem pomrukiwałam refren w kółko, jak zdarta płyta, a potem jeszcze pojawiły się myśli, że bez tego polewania łba wodą, to nie dociągnę do końca. I tak liczyłam te butelki – wyszło mi zajebiście dużo, dziś już nie pamiętam ile. Przez głowę przebiegła myśl o dzieciach w Afryce, które nie mają dostępu do wody pitnej, a ja tu bez sensu zlewam tę mysią łepetynę i nic ciekawego z tego i tak nie będzie, może tyle, że dotrwam. A później nadeszły skurcze nóg. Wytelepało mnie konkretnie i miałam już tego wszystkiego serdecznie dość, ale przecież nie po to dupę sobie obtarłam na tych 90 km roweru, żeby teraz zleźć 8 km przed metą, co nie?! Wykombinowałam, że może jednak przyjmę ten żel (pamiętajcie, żeby papierową metkę/cenę zrywać z żelu przed zawodami, bo zapodany z takimi paprochami zmemłanymi i zapoconymi smakuje jeszcze bardziej gównianie) i że być może powinnam wciągnąć banana na punkcie (a nie przepadam za bananami, zatem musiało mnie nieźle przycisnąć), to jakoś uzupełnię te mikroelementy – chyba zadziałał efekt placebo, bo kurczyło mnie coraz rzadziej, ale sił jakoś niestety nie przybywało. Martwiłam się jeszcze, że na mecie czekają bliscy mi ludzie, a te punkty pomiaru czasu za gęsto ustawione – będą się martwili, że coś się ze mną dzieję, jeśli się nie odpikam na kolejnym pomiarze o jakiejś sensownej godzinie. Dłużyło mi się przeraźliwie i walczyłam ze sobą o każdy kilometr. Ze wstrętem myślałam o tym ostatnim, po kostce brukowej i pod górę, bałam się, że zacznę iść, a tak bardzo chciałam to wszystko PRZEBIEC. Udało się przetruchtać. Przed samą metą wypatrzyłam łyse, wysokie, w zielonej koszulce – moje najukochańsze liczko. Niczego więcej nie potrzebowałam do szczęścia, no może poza prysznicem! Kamil wręczył mi w przelocie (a raczej „przetruchcie”) bukiet słoneczników i taka sponiewierana i ukwiecona wpadłam na metę. Grubo po sześciu godzinach walki, niezbyt zadowolona ze swojego biegu, ale szczęśliwa, że jednak dokończyłam. Głupi był ten pomysł robienia połówki w pierwszym sezonie, ale o tym pewnie jeszcze w kolejnych wpisach.

Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

− 5 = 5