Anegdoty basenowe

Czasami na basenie, szczególnie gdy są na nim dzieci, mam okazję słyszeć rozmowy, które rozkładają mnie na łopatki. Ciężko wtedy zachować poważną minę i nie gruchnąć śmiechem… Zauważyłem, że nie tylko ja mam takie przypadki, sporo ludzi ma swoje anegdoty basenowe. Dzisiaj chciałem podzielić się dwiema rozmowami, obie z zeszłej środy.

Scenka pierwsza, już po basenie, ale jeszcze w przebieralni. Rozmawiają (T)ata i (S)ynek.
T: Synku, dlaczego nie słuchasz się pani trenerki?
S: Ale kiedy?
T: Wtedy, kiedy powiedziała, że macie pływać. A Ty co robiłeś?
S: Fikołki
T: No właśnie. Jak nie będziesz się słuchał pani, to nie nauczysz się pływać
S: Ale za to będę umiał fikołki!

Scenka druga, też po basenie, w szatni. Tym razem (M)ama i (S)ynek.
M: Fajnie było na basenie?
S: Tak, super!
M: Bardzo się cieszę.
S: Fajnie było! Pływałem, skakałem do wody!
M: To co? Będziesz dwa razy w tygodniu chodził? Raz tutaj, raz w szkole?
S: Tak! Basen jest fajny!
M: Widzisz, mówiłam. Powinieneś słuchać co matka mówi…
S: E tam, ja po prostu mam talent!

Opis na blogu nie oddaje tych emocji, ale dołóżcie do tego, w wyobraźni, dziecięcy entuzjazm i beztroskę… 🙂

Powrót do roboty!

Dzisiaj zapisałem się na przyszłoroczny maraton w Gdańsku. Z lekka się zdziwiłem, bo wybierając go na wiosenny start A, spodziewałem się, że znowu będzie w połowie maja. A tu niespodzianka – będzie 9 kwietnia! W ten sposób straciłem parę tygodni na przygotowania. Będzie więc trochę gimnastyki umysłowej, jak to poskładać, żeby się dobrze przygotować. Ale tak czy owak, oznacza to powrót do roboty! 🙂

I dzisiaj właśnie się zaczęła. Pierwszy trening jakościowy. Natura chyba chciała przetestować moją (i Mysią) wolę, bo akurat jak ruszyliśmy na trening, to zaczęło lać! Nie kropić, nie padać, ale lać! I wiać przy okazji też… Mało brakowało, a przeniósłbym dzisiejszy trening na jutro. Ale stwierdziłem, że to byłby kiepski start. Jak już ruszyliśmy tyłki z domu, to trzeba ten trening zrobić. No i zrobiliśmy! Chociaż nie spodziewając się deszczu nie zakleiłem sutków. Teraz boli… 🙁

Biegło się lekko, zadziwiająco lekko. W końcu prawie już nie czuję zmęczenia po poprzednim sezonie. To dobry prognostyk. Teraz muszę się pilnować, żeby nie przegiąć z ilością treningu. Jako, że trenuję się sam, boję się trochę powtórki z sezonu 2014, kiedy po prostu się przetrenowałem. Faktem jest, że wtedy miałem zaplanowane 6 maratonów w ciągu roku. Do tego przez chwilkę chciałem się porwać na życiówkę na tym dystansie pod koniec roku… Organizm w połowie sezonu powiedział „dosyć!” i dostałem dobrą nauczkę na przyszłość. Teraz „tylko” o tym nie zapomnieć… 😉

Faktem jest, że mam obecnie większą wiedzę i większe doświadczenie. Z góry planuję obciążenia, podobnie z odpoczynkiem. Teraz będzie uwzględniony w planowaniu jako bardzo istotna część treningu. Czy się uda? Zobaczymy. Cel minimum, to poprawienie życiówki w maratonie. Cel maksimum skrystalizuje się po tym, jak wrócę do biegania po prostowaniu przegrody. A tymczasem, jeszcze przed zabiegiem, powrót do roboty… 🙂

Mysz w krainie Podziemnej Pomarańczy – cz.2 ostatnia

Co ja tam wcześniej napisałam, że próbuję biec? Tak właśnie! Otóż… pierwszy kilometr był ZAJEBISTY. Owszem, z namiotu mi się nie chciało wyjść, ale jak już wylazłam na światło dzienne (słońce jeszcze zza chmur spozierało), to nawet jakoś przebierałam tymi nogami. „No, nie będzie wcale tak źle!” – pomyślałam. Ptaszki śpiewały, wiał zefirek (nie produkowałam go na dodatek, więc spoko), minęłam nawet jakiegoś zawodnika i ten rzucił „Chciałbym mieć jeszcze tyle werwy!” Ha! A może nawet uda mi się zejść do tych 5’30”/km i to utrzymać?! – taka mnie kolejna genialna myśl najszła. No to by dopiero było! Byłam Królową Trajlonu!!! Przez całe dwa kilometry 🙂 Potem nagle jakoś tak wszystko dupnęło. Tempo spadało, chociaż byłam przekonana, że zajebiście żwawo przebieram nogami, ale znowu dopadł mnie kisiel i tak w nim brnęłam, a potem… a potem jeszcze te cholerne nudności. Wlokę te dwie dolne kończyny, przebieram szybciej górnymi, żeby tylko podkręcić tempo, a z moich ust dobywa się co i rusz taki dziwny odgłos – mnie się skojarzyło z liniejącym kotem po porannej toalecie, wiecie, że włos się zabłąkał. I o dziwo, nie tylko ja takie odgłosy wydaję, babeczka przede mną też! I tak sobie pocharkujemy ze dwa kilometry – zaczęłam błagać wszechświat o pawia. W tym czasie towarzyszka niedoli wypatrzyła jakiś krzaczek i próbowała poradzić sobie z tym zabłąkanym włosem ręcznie. Nie wiem czy skutecznie, bo bałam się zatrzymać. „Jak się zatrzymasz, to już nie ruszysz tego mysiego zadziska.”- podpowiedział wewnętrzny głosik. Zatem kuśtyk, kuśtyk, chark, chark. Za mną ktoś dzielnie udeptywał asfalt z niską kadencją i wyraźnym trudem. Dobiegło mnie takie ciche błagalne „Rzygnij wreszcie kobieto”. Miałam siłę odsapnąć jedynie – „Zajebiście bym chciała, wiesz”. I mnie ten głos wyminął, bo ileż można, co nie?! Myślałam sobie – za dużo zeżarłam tych żeli i mnie teraz męczy. Wkurzyłam się na maxa, bo jeszcze jeden żel targałam ze sobą – bez SĘSU. Minęłam punkt żywieniowy, wylałam na siebie butelkę wody (kolejną) i zaliczyłam jakiś taki stromy zbieg. I tam, na końcu zbiegu, trzewia przywitały się z przełykiem i poczułam… ŻÓŁĆ. Nie żaden cholerny żel. „Przetrawiłaś kobieto! Wcale się nie przeżarłaś, NIEDOŻARŁAŚ (IMPOSSIBLE)!”. Tylko już jakoś tak nie mogłam patrzeć na ten żel w ręku – niesmak pozostał. Zatem na następnym punkcie żywieniowym postanowiłam wciągnąć pomarańczę. I tak przetaczałam się od punktu żywieniowego, do punktu żywieniowego. Pomarańcza w pysk, butelka wody na łeb. Wreszcie żołądek odpuścił. W głowę wdrukowała się piosenka z któregoś punktu kibiców (Ella Eyre – „If I go”, niezły mózgotrzep) – i tak sobie pod nosem pomrukiwałam refren w kółko, jak zdarta płyta, a potem jeszcze pojawiły się myśli, że bez tego polewania łba wodą, to nie dociągnę do końca. I tak liczyłam te butelki – wyszło mi zajebiście dużo, dziś już nie pamiętam ile. Przez głowę przebiegła myśl o dzieciach w Afryce, które nie mają dostępu do wody pitnej, a ja tu bez sensu zlewam tę mysią łepetynę i nic ciekawego z tego i tak nie będzie, może tyle, że dotrwam. A później nadeszły skurcze nóg. Wytelepało mnie konkretnie i miałam już tego wszystkiego serdecznie dość, ale przecież nie po to dupę sobie obtarłam na tych 90 km roweru, żeby teraz zleźć 8 km przed metą, co nie?! Wykombinowałam, że może jednak przyjmę ten żel (pamiętajcie, żeby papierową metkę/cenę zrywać z żelu przed zawodami, bo zapodany z takimi paprochami zmemłanymi i zapoconymi smakuje jeszcze bardziej gównianie) i że być może powinnam wciągnąć banana na punkcie (a nie przepadam za bananami, zatem musiało mnie nieźle przycisnąć), to jakoś uzupełnię te mikroelementy – chyba zadziałał efekt placebo, bo kurczyło mnie coraz rzadziej, ale sił jakoś niestety nie przybywało. Martwiłam się jeszcze, że na mecie czekają bliscy mi ludzie, a te punkty pomiaru czasu za gęsto ustawione – będą się martwili, że coś się ze mną dzieję, jeśli się nie odpikam na kolejnym pomiarze o jakiejś sensownej godzinie. Dłużyło mi się przeraźliwie i walczyłam ze sobą o każdy kilometr. Ze wstrętem myślałam o tym ostatnim, po kostce brukowej i pod górę, bałam się, że zacznę iść, a tak bardzo chciałam to wszystko PRZEBIEC. Udało się przetruchtać. Przed samą metą wypatrzyłam łyse, wysokie, w zielonej koszulce – moje najukochańsze liczko. Niczego więcej nie potrzebowałam do szczęścia, no może poza prysznicem! Kamil wręczył mi w przelocie (a raczej „przetruchcie”) bukiet słoneczników i taka sponiewierana i ukwiecona wpadłam na metę. Grubo po sześciu godzinach walki, niezbyt zadowolona ze swojego biegu, ale szczęśliwa, że jednak dokończyłam. Głupi był ten pomysł robienia połówki w pierwszym sezonie, ale o tym pewnie jeszcze w kolejnych wpisach.