Mysz w Krainie Podziemnej Pomarańczy – cz.1.

Dawno niczego tutaj nie naskrobałam, ale od dłuższego czasu nie mam weny do pisania i nie tylko do tego, bo tak jakoś idzie mi dosłownie WSZYSTKO jak po grudzie. Nawet się nie pochwaliłam ukończeniem tej 1/2 IM w Poznaniu, a czytelnicy się dopytywali, no to sobie pomyślałam, że może jednak cholewcia spróbuję coś opisać… tylko ja nie wiem czy to powód do chwały, ta połówka w moim wykonaniu. Przecież nie liczy się tylko to, że się w ogóle start ukończyło, ale też w jakim stylu, prawda? Owszem, dałam z siebie wszystko w trakcie zawodów, ale stojąc na starcie wiedziałam, że nie jestem w formie i ta świadomość nie dodawała mi skrzydeł. Zimowa oponka to jedno, ale coś niedobrego działo się z mysim łbem, bo coraz trudniej przychodziło mi wyjście na trening – czułam, i w sumie niestety nadal czuję, zmęczenie. Ponoć taki zmęcz to normalny w BPS, ale ja zaczynałam bać się siebie na treningach. Na szosę boję się wychodzić nawet w pełni władz fizycznych i umysłowych (chociaż naprawdę trudno powiedzieć, czy jak na ten rower wsiadam, to nadal pełnię władz zachowuję, śmiem wątpić), a co dopiero w trybie zdechlaczka!? Miałam jakieś zawroty głowy i spadki koncentracji w trakcie treningu, nawet takiego zwyczajnego rozjeżdżenia bez akcentów, więc żeby dodatkowo nie podbijać tętna (i tak wiecznie zbyt wysokiego), ani nie zrobić sobie lub komuś na drodze krzywdy – wybierałam trenażer. Było ciężko, ale przecież niczego innego się nie spodziewałam, tylko… nie myślałam wcześniej, że będzie AŻ TAK ciężko. Zabrakło mi wyobraźni 🙂 Podziwiam i chylę czoła przed wszystkimi, którzy są w stanie wysiedzieć więcej niż 100km tygodniowo na trenażerze – jesteście dla mnie IronManami wszyscy po kolei jak lecicie. I to nie ćwierć czy półżelaznymi, tylko żelaznymi od stóp do głów – w pachwinach, w łepetynach, we wszystkim! Żeby nie było, że mi tylko z rowerem jakoś niespecjalnie szło – bieganie wcale nie wyglądało lepiej. A to łono ciągnęło, a to achilles się odzywał, i generalnie zaczęła się jakaś tempowa mega padaka. Czułam się tak, jakbym biegała zanurzona w kisielu. Jakby mi ktoś baterie podmienił na takie gówniane z bazarku. Jak niewyraźny bąk – taki wiecie, wstydliwy i przyduszony, bo puszczony publicznie. Na basenie to samo – macham tymi łapami, napierdzielam i rozganiam tę wodę niczym Mojżesz – tak mi się przynajmniej wydaje… tyle że faktycznie ledwie sunę i tylko ryczeć się chce. No nic nie szło, nic a nic, totalnie! Nawet cholewcia zdarzyło mi się jakieś treningi odpuścić – a to głowa nie wytrzymała, a to żołądek strajkował, a to już po prostu było do mnie niepodobne i totalnie dla mnie samej niepojęte, bo zwyczajnie mam poczucie misji i lubię odhaczać kolejne sesje treningowe, lubię jak kalendarz na Garminie się robi taki kolorowiutki i pękaty, lubię odrabiać zadanie domowe, no kurde lubię…

No i taka właśnie rozmemłana totalnie stanęłam na starcie w Poznaniu. Pogoda była całkiem dobra, zatem na aurę nie będę zganiać, że mnie jakoś specjalnie przeczołgała – słońce nie naparzało, wiało trochę, no ale niech tam sobie wieje, jakiejś wielkiej fali na Malcie ten wiatr nie zrobił, a na rowerze to w końcu raz w ryj, raz w plecy – samo życie. Ludzie wokół jacyś tacy dziarscy i zajarani startowo, spikera dało się nawet słuchać, nie był przesadnie męczący, no i w tym całym sosie MUA – Jej Pucołowata Myszowatość. Taki nieogarnięty pączek w piance. Zebrałam się wewnętrznie, kuźwa, ciężkie to było – ciut rozumku rozproszone w takiej masie o niskiej gęstości, zatem wyczyn. Start falowy, myślę sobie, przynajmniej pralki nie będzie – no i pewnie by tak właśnie było, gdybym się durna nie ustawiła znowu nie w tej linii co trzeba. Tym razem za blisko startu. A przecież obok mnie wylądował kolega Adam, a on jak ta lala (pławna) zapierdziela, to gdzie Ty tam, pączusiu okrąglusi? Rządek dalej i może byś nie zawadzała szybszym (a jednocześnie nie była narażona na kopnięcia żabciów i ropuszek). A tak – to sami wiecie – jak ząb w dupie. No i kuźwa te cholerne oksy! Wiadomo – takie prawo Murphy’ego – biednemu zawsze woda w oczy (i wiatr, i pot, i insekty)! TYRałam w tym przenośnym naocznym akwarium, nie widziałam totalnie nic i zaliczyłam kilka pocałunków z żółtymi bojkami wyznaczającymi tory dla kajaków, za pierwszym razem nawet przeprosiłam, bo myślałam, że staranowałam człowieka – ratownicy musieli mieć niezły ubaw. I tak płynęęęęęłam i płynęęęęłam, po drugiej boi nawrotowej już prawie żywego ducha wokół nie było, aż zaczęli mnie doganiać z kolejnej fali, to się znowu jakoś tak zagęściło – do dupy. I miałam wrażenie przez te oksy, że ja już kończę, już już – i tak chyba z pięćset plus razy – więc dochodziłam sobie w tej Malcie powolutku, pomrugując – jak ten rosół. Jak mnie po tych prawie 45 minutach (sic! 🙁 ) w końcu wyrzuciło na brzeg, a nikt z Greenpeace nie pofatygował się żeby ratować wieloryba, to poczłapałam – znowu jak ten bąk, bo mi we łbie wirowało – do T1. Najpierw trza ogarnąć worek z rzeczami rowerowymi, przebrać się, później znaleźć swój rower i jazda. Dzień wcześniej obserwowałam moją Anetę, jak próbuje wypatrzeć swojego rumaka w strefie zmian i jak się przy tym biedna zakałapućkała i nabiegała. Chciałam być mądrzejsza i policzyłam sobie, na którym wieszaku worek powiesiłam w jednej i drugiej strefie, na którym stojaku stoi rower. Myślicie, że po nagłej pionizacji z tętnem 196 człek umi policzyć do pięciu? To Wam powiem, Mysz nie umi! Ogarnięcie wora trochę mi zajęło – Kamil pomagał nawigować, jak w takich starych grach telewizyjnych, gdzie gracz wydawał komendy przez telefon – „W lewo Mysiu, w LEWO! MYŚKU, TO DRUGIE LEWO!”. Żeby odróżnić moje lewo od lewa absolutnego muszę czasem uczynić gest pisania, podnoszenia łyżki do ust lub krzyża, tego dnia wystarczyło pisanie. Dobra, znalezione! No to zaiwaniam z tym majdanem do babskiego namiotu! Tak, był oddzielny babski namiot, chociaż jakbym jakieś męskie przyrodzenie w tamtym momencie miała okazję podejrzeć, to przysięgam, żadnych zdrożnych myśli nie miałabym siły mieć! No to kontempluję ten babski namiot i mój wór. Czy ja mogę tu już po prostu zostać, bo się zmęczyłam? Nie no, cholewcia – Kamil krzyczy do mnie, dopinguje (słyszę go w tej całej wrzawie całkiem dobrze, niezłe ma mój narzeczony płucko), znajomi z Tridea kibicują i czekają, kiedy ten kask na łeb wcisnę, a mysie stopy w te kamasze, no to się jednak przebrałam i wylazłam. Rower namierzyłam bez problemu, bo tak fajnie dyndał w pierwszym rzędzie (mały jest, to dynda), złapałam te moje pikne, czarne guerciotti i lecę do belki – ja pierdziu, gdzie ta belka?! Pod górkę? Serio?! W Poznaniu to wiedzą, jak mnie przeczołgać 🙂 Jeszcze ostatni całus przesłany Kamilowi i już szybciorem wpinam się w pedały – taaak, ja, Grażynka roweru, należę do tych kontemplujących belkę. Ujechałam okrągły kilometr, ale coś jest nie tak, hamulec trze o przednie koło. Zatrzymałam się, ogarnęłam temat i poczułam się dumna – Myś umieć walnąć w hamulec, umieć coś odgiąć lub dogiąć. Myś mądra być i nie wywalić się przy wypinaniu! No tyle to ja jeszcze umiem, ale zapedałować 90km to już gorzej. Czuję się jak żółw z „Gdzie jest Nemo?”, łapię mój slow motion, a cały ocean rowerzystów po prostu połyka mnie i wypluwa. Właśnie tu, w Poznaniu, na części rowerowej, wreszcie czuję, że triathlon to sport dla samotników. Skupiam się na tej mojej samotnej walce – wcinam żel na trzecim kilometrze i wiem, że od tego momentu mam to robić co 20 kilometrów. To pomaga mi znieść psychicznie tę samotną jazdę, od „posiłku” do „posiłku” i jakoś to idzie. Przełamuję się nawet i próbuję przejść na lemondkę – skoro jestem na tej prostej całkiem sama – nie zrobię krzywdy nikomu, a nuż ogarnę. I o dziwo, udaje się! 🙂 Wytrzymuję caaaałe 3 kilometry, zaczynają mnie boleć ręce i plecy, bo jestem cała spięta. Daje sobie pozwoleństwo na przejście do górnego chwytu, spoko mała, jesteś dzielna! 🙂 Na drugiej pętli przychodzi moment na kolejny pierwszy raz – przelewam zawartość butelki do bidonu zamocowanego na stałe na lemondce, w trakcie jazdy. Hurra! MYSZczyni normalnie! 🙂 Wreszcie, kiedy już myślę, że chyba pomyliłam się gdzieś na trasie, bo chyba nie może być aż tak PUSTO, doganiam (!!!) jakieś dwie panie, docieramy (oczywiście zachowując przepisowe odstępy) do znaku kierującego do T2. Kończę tę nierówną, ponad trzygodzinną walkę z rowerem. Jestem gotowa do biegu. No, prawie – jeszcze tylko kolejna zabawa z worem i kontemplacja namiotu. Czuję się zdechła i najchętniej zaległabym w tym namiocie, tylko skoro już przemieszałam ramionami Maltę i wysiedziałam te trzy godziny na twardym siodełku, to szkoda by było tak po prostu się poddać, co nie? Zatem zakładam moje pomarańczowe startówki ze zbyt twardym zapiętkiem (zmasakrują mi totalnie lewego achillesa, ale o tym się przekonam dopiero kilka dni później) i próbuję biec…

C.D.N.

Edit: MOJEGO LEWEGO achillesa, czyli PRAWEGO 😛 (Dzięki kochanie za czujność :*)

Facebook

Jedna myśl na temat “Mysz w Krainie Podziemnej Pomarańczy – cz.1.”

  1. Byłaś Mysza z 5 razy dzielniejsza (3×1 + 2xT) na tych zawodach ode mnie 🙂 Nawet przy tętnie 196 trafiłaś do babskiego namiotu, bo ja ze swoim standardowym 167 poleciałam prościuteńko do męskiego! Tak w T1, jak i w T2! O tym, że były jakieś kobitkowe wersje przebieralni dowiedziałam się po zawodach ? Przyzwyczajam się już powoli do tej nieogarniętej wersji samej siebie. Najgorsze (najlepsze?), że coraz lepiej mi z tym ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

− 2 = 1