Mój sezon się skończył…

Niewiele ostatnio piszę. Motywacji brak i do sportu i do pisania. Zdarzyło się kilka bardzo dla mnie nieprzyjemnych rzeczy, których nawet nie chce mi się opisać. Skutek tego wszystkiego jest taki, że mój sezon się skończył przed czasem, skończyło się w sumie kilka rzeczy.

Po pierwsze, skończyły się starty. Nie będę w tym sezonie startował w żadnych zawodach. W sumie, to poza gdyńskim Biegiem Niepodległości, który mam w planie przetruchtać (chcę ostatni medal do kompletu ;)), to nie będę już startował do końca tego roku. Z jednej strony koniec startów to konsekwencja moich problemów z pływaniem w wodach otwartych. Po prostu sobie z tym nie radzę, szukam dalej sposobu, jak to okiełznać. Z drugiej strony, obecnie zawody mi się źle kojarzą. Miałem startować w mrągowskich zawodach, na etapie biegowym sztafety na dystansie 1/4 IM, ale wyszło inaczej. Miałem też inne pomysły na starty nie-tri, żeby gdzieś – gdziekolwiek – wystartować, ale w tej chwili już mi się po prostu nie chce.

Po drugie, skończyła się współpraca z trenerką. Od jakiegoś czasu nad swoim treningiem pracuję tylko z Moniką. Dzięki temu znowu mam motywację, żeby się dokształcać. Czytam sobie książki różnych mądrych ludzi, dotyczące zarówno ogólnej teorii treningu, jak również poszczególnych dyscyplin wchodzących w skład triathlonu. Oglądam też filmy i filmiki, zdjęcia, materiały rozmaite. Wyciągam wnioski, knuję, kombinuję. I myślę, co z tym wszystkim dalej zrobić! Jak to poskładać do kupy, jak planować, jak monitorować postępy, zmęczenie oraz poziom stresu.

Po trzecie, skończyła się moja motywacja do uprawiania sportu. Do roweru czasowego czuję wstręt. Na myśl o tym, że miałbym na niego usiąść, robi mi się słabo. To, na szczęście, stan przejściowy. Doskonale to wiem. Czuję, że jak tylko naprawię przegrodę nosową, to znowu będę chciał trenować. Z tego względu zastanawiam się nad celami sportowymi na przyszły rok. Chodzą mi po głowie rozmaite scenariusze, od zrobienia życiówki w maratonie, po (w końcu!) debiut w triathlonie. Mam jeszcze trochę czasu, żeby nad tym pomyśleć, więc konkretów na razie jeszcze brak.

Po czwarte, skończyło się chodzenie na skróty w pływaniu. Oznacza to pływanie bez pławnych gaci. Chcę ogarnąć to pływanie od podstaw, bez wspomagaczy. Owszem, korzystam ze sprzętu treningowego, ale tylko do tego do czego jest przeznaczony – do treningu. Nawet znajdzie się miejsce na pływanie w pławnych gaciach, ale w konkretnym celu i raczej krócej niż dłużej. Pływanie nadal jest moim demonem, chociaż na basenie już mniej.

Pomimo braku motywacji do uprawiania sportu, dalej go uprawiam, tylko lżej. Czułem się bardzo zmęczony, teraz jest już lepiej. Najczęściej w tej chwili bywam na basenie. Od czasu do czasu coś pobiegam, czy wyjdę na rower (ale nie czasówkę). Sport ma być przyjemnością, relaksem, sposobem na fajne spędzenie czasu.

Pomimo tego, że mój sezon się skończył bez żadnych szczególnych osiągnięć, bez debiutu w triathlonie, to uważam, że nie jest zmarnowany. Wiele się dowiedziałem, o sobie, o innych. O tym jak bardzo paraliżujący może być strach. O tym, jak ciężko jest wygrać z samym sobą, gdy jestem sparaliżowany tym strachem. O tym, że strach się da oswajać – chociaż to trwa, szczególnie w moim przypadku. O tym, że tak czy owak, pójdzie ku lepszemu!

Mysz w Krainie Podziemnej Pomarańczy – cz.1.

Dawno niczego tutaj nie naskrobałam, ale od dłuższego czasu nie mam weny do pisania i nie tylko do tego, bo tak jakoś idzie mi dosłownie WSZYSTKO jak po grudzie. Nawet się nie pochwaliłam ukończeniem tej 1/2 IM w Poznaniu, a czytelnicy się dopytywali, no to sobie pomyślałam, że może jednak cholewcia spróbuję coś opisać… tylko ja nie wiem czy to powód do chwały, ta połówka w moim wykonaniu. Przecież nie liczy się tylko to, że się w ogóle start ukończyło, ale też w jakim stylu, prawda? Owszem, dałam z siebie wszystko w trakcie zawodów, ale stojąc na starcie wiedziałam, że nie jestem w formie i ta świadomość nie dodawała mi skrzydeł. Zimowa oponka to jedno, ale coś niedobrego działo się z mysim łbem, bo coraz trudniej przychodziło mi wyjście na trening – czułam, i w sumie niestety nadal czuję, zmęczenie. Ponoć taki zmęcz to normalny w BPS, ale ja zaczynałam bać się siebie na treningach. Na szosę boję się wychodzić nawet w pełni władz fizycznych i umysłowych (chociaż naprawdę trudno powiedzieć, czy jak na ten rower wsiadam, to nadal pełnię władz zachowuję, śmiem wątpić), a co dopiero w trybie zdechlaczka!? Miałam jakieś zawroty głowy i spadki koncentracji w trakcie treningu, nawet takiego zwyczajnego rozjeżdżenia bez akcentów, więc żeby dodatkowo nie podbijać tętna (i tak wiecznie zbyt wysokiego), ani nie zrobić sobie lub komuś na drodze krzywdy – wybierałam trenażer. Było ciężko, ale przecież niczego innego się nie spodziewałam, tylko… nie myślałam wcześniej, że będzie AŻ TAK ciężko. Zabrakło mi wyobraźni 🙂 Podziwiam i chylę czoła przed wszystkimi, którzy są w stanie wysiedzieć więcej niż 100km tygodniowo na trenażerze – jesteście dla mnie IronManami wszyscy po kolei jak lecicie. I to nie ćwierć czy półżelaznymi, tylko żelaznymi od stóp do głów – w pachwinach, w łepetynach, we wszystkim! Żeby nie było, że mi tylko z rowerem jakoś niespecjalnie szło – bieganie wcale nie wyglądało lepiej. A to łono ciągnęło, a to achilles się odzywał, i generalnie zaczęła się jakaś tempowa mega padaka. Czułam się tak, jakbym biegała zanurzona w kisielu. Jakby mi ktoś baterie podmienił na takie gówniane z bazarku. Jak niewyraźny bąk – taki wiecie, wstydliwy i przyduszony, bo puszczony publicznie. Na basenie to samo – macham tymi łapami, napierdzielam i rozganiam tę wodę niczym Mojżesz – tak mi się przynajmniej wydaje… tyle że faktycznie ledwie sunę i tylko ryczeć się chce. No nic nie szło, nic a nic, totalnie! Nawet cholewcia zdarzyło mi się jakieś treningi odpuścić – a to głowa nie wytrzymała, a to żołądek strajkował, a to już po prostu było do mnie niepodobne i totalnie dla mnie samej niepojęte, bo zwyczajnie mam poczucie misji i lubię odhaczać kolejne sesje treningowe, lubię jak kalendarz na Garminie się robi taki kolorowiutki i pękaty, lubię odrabiać zadanie domowe, no kurde lubię…

No i taka właśnie rozmemłana totalnie stanęłam na starcie w Poznaniu. Pogoda była całkiem dobra, zatem na aurę nie będę zganiać, że mnie jakoś specjalnie przeczołgała – słońce nie naparzało, wiało trochę, no ale niech tam sobie wieje, jakiejś wielkiej fali na Malcie ten wiatr nie zrobił, a na rowerze to w końcu raz w ryj, raz w plecy – samo życie. Ludzie wokół jacyś tacy dziarscy i zajarani startowo, spikera dało się nawet słuchać, nie był przesadnie męczący, no i w tym całym sosie MUA – Jej Pucołowata Myszowatość. Taki nieogarnięty pączek w piance. Zebrałam się wewnętrznie, kuźwa, ciężkie to było – ciut rozumku rozproszone w takiej masie o niskiej gęstości, zatem wyczyn. Start falowy, myślę sobie, przynajmniej pralki nie będzie – no i pewnie by tak właśnie było, gdybym się durna nie ustawiła znowu nie w tej linii co trzeba. Tym razem za blisko startu. A przecież obok mnie wylądował kolega Adam, a on jak ta lala (pławna) zapierdziela, to gdzie Ty tam, pączusiu okrąglusi? Rządek dalej i może byś nie zawadzała szybszym (a jednocześnie nie była narażona na kopnięcia żabciów i ropuszek). A tak – to sami wiecie – jak ząb w dupie. No i kuźwa te cholerne oksy! Wiadomo – takie prawo Murphy’ego – biednemu zawsze woda w oczy (i wiatr, i pot, i insekty)! TYRałam w tym przenośnym naocznym akwarium, nie widziałam totalnie nic i zaliczyłam kilka pocałunków z żółtymi bojkami wyznaczającymi tory dla kajaków, za pierwszym razem nawet przeprosiłam, bo myślałam, że staranowałam człowieka – ratownicy musieli mieć niezły ubaw. I tak płynęęęęęłam i płynęęęęłam, po drugiej boi nawrotowej już prawie żywego ducha wokół nie było, aż zaczęli mnie doganiać z kolejnej fali, to się znowu jakoś tak zagęściło – do dupy. I miałam wrażenie przez te oksy, że ja już kończę, już już – i tak chyba z pięćset plus razy – więc dochodziłam sobie w tej Malcie powolutku, pomrugując – jak ten rosół. Jak mnie po tych prawie 45 minutach (sic! 🙁 ) w końcu wyrzuciło na brzeg, a nikt z Greenpeace nie pofatygował się żeby ratować wieloryba, to poczłapałam – znowu jak ten bąk, bo mi we łbie wirowało – do T1. Najpierw trza ogarnąć worek z rzeczami rowerowymi, przebrać się, później znaleźć swój rower i jazda. Dzień wcześniej obserwowałam moją Anetę, jak próbuje wypatrzeć swojego rumaka w strefie zmian i jak się przy tym biedna zakałapućkała i nabiegała. Chciałam być mądrzejsza i policzyłam sobie, na którym wieszaku worek powiesiłam w jednej i drugiej strefie, na którym stojaku stoi rower. Myślicie, że po nagłej pionizacji z tętnem 196 człek umi policzyć do pięciu? To Wam powiem, Mysz nie umi! Ogarnięcie wora trochę mi zajęło – Kamil pomagał nawigować, jak w takich starych grach telewizyjnych, gdzie gracz wydawał komendy przez telefon – „W lewo Mysiu, w LEWO! MYŚKU, TO DRUGIE LEWO!”. Żeby odróżnić moje lewo od lewa absolutnego muszę czasem uczynić gest pisania, podnoszenia łyżki do ust lub krzyża, tego dnia wystarczyło pisanie. Dobra, znalezione! No to zaiwaniam z tym majdanem do babskiego namiotu! Tak, był oddzielny babski namiot, chociaż jakbym jakieś męskie przyrodzenie w tamtym momencie miała okazję podejrzeć, to przysięgam, żadnych zdrożnych myśli nie miałabym siły mieć! No to kontempluję ten babski namiot i mój wór. Czy ja mogę tu już po prostu zostać, bo się zmęczyłam? Nie no, cholewcia – Kamil krzyczy do mnie, dopinguje (słyszę go w tej całej wrzawie całkiem dobrze, niezłe ma mój narzeczony płucko), znajomi z Tridea kibicują i czekają, kiedy ten kask na łeb wcisnę, a mysie stopy w te kamasze, no to się jednak przebrałam i wylazłam. Rower namierzyłam bez problemu, bo tak fajnie dyndał w pierwszym rzędzie (mały jest, to dynda), złapałam te moje pikne, czarne guerciotti i lecę do belki – ja pierdziu, gdzie ta belka?! Pod górkę? Serio?! W Poznaniu to wiedzą, jak mnie przeczołgać 🙂 Jeszcze ostatni całus przesłany Kamilowi i już szybciorem wpinam się w pedały – taaak, ja, Grażynka roweru, należę do tych kontemplujących belkę. Ujechałam okrągły kilometr, ale coś jest nie tak, hamulec trze o przednie koło. Zatrzymałam się, ogarnęłam temat i poczułam się dumna – Myś umieć walnąć w hamulec, umieć coś odgiąć lub dogiąć. Myś mądra być i nie wywalić się przy wypinaniu! No tyle to ja jeszcze umiem, ale zapedałować 90km to już gorzej. Czuję się jak żółw z „Gdzie jest Nemo?”, łapię mój slow motion, a cały ocean rowerzystów po prostu połyka mnie i wypluwa. Właśnie tu, w Poznaniu, na części rowerowej, wreszcie czuję, że triathlon to sport dla samotników. Skupiam się na tej mojej samotnej walce – wcinam żel na trzecim kilometrze i wiem, że od tego momentu mam to robić co 20 kilometrów. To pomaga mi znieść psychicznie tę samotną jazdę, od „posiłku” do „posiłku” i jakoś to idzie. Przełamuję się nawet i próbuję przejść na lemondkę – skoro jestem na tej prostej całkiem sama – nie zrobię krzywdy nikomu, a nuż ogarnę. I o dziwo, udaje się! 🙂 Wytrzymuję caaaałe 3 kilometry, zaczynają mnie boleć ręce i plecy, bo jestem cała spięta. Daje sobie pozwoleństwo na przejście do górnego chwytu, spoko mała, jesteś dzielna! 🙂 Na drugiej pętli przychodzi moment na kolejny pierwszy raz – przelewam zawartość butelki do bidonu zamocowanego na stałe na lemondce, w trakcie jazdy. Hurra! MYSZczyni normalnie! 🙂 Wreszcie, kiedy już myślę, że chyba pomyliłam się gdzieś na trasie, bo chyba nie może być aż tak PUSTO, doganiam (!!!) jakieś dwie panie, docieramy (oczywiście zachowując przepisowe odstępy) do znaku kierującego do T2. Kończę tę nierówną, ponad trzygodzinną walkę z rowerem. Jestem gotowa do biegu. No, prawie – jeszcze tylko kolejna zabawa z worem i kontemplacja namiotu. Czuję się zdechła i najchętniej zaległabym w tym namiocie, tylko skoro już przemieszałam ramionami Maltę i wysiedziałam te trzy godziny na twardym siodełku, to szkoda by było tak po prostu się poddać, co nie? Zatem zakładam moje pomarańczowe startówki ze zbyt twardym zapiętkiem (zmasakrują mi totalnie lewego achillesa, ale o tym się przekonam dopiero kilka dni później) i próbuję biec…

C.D.N.

Edit: MOJEGO LEWEGO achillesa, czyli PRAWEGO 😛 (Dzięki kochanie za czujność :*)