Sraczka przedstartowa

Sraczka przedstartowa, chyba każda/y to przechodził(a). Bardziej lub mniej, ale to chyba zjawisko powszednie. A jednak, tym razem, mam jej formę szczególną. I nie chodzi tu o problemy gastryczne, bo tych na szczęście brak! Jak pewnie wiecie (choćby stąd) mam „drobny” problem ze startami w triathlonie. Dwa falstarty już popełniłem. I teraz boję się trzeciego…

Jestem zmęczony i sfrustrowany sam sobą, swoim strachem i tym, że sobie nie radzę. Że nie daję rady tego ogarnąć rozumem. Wiem doskonale, że fizycznie jestem zdolny przepłynąć i 10 kilometrów. Pewnie i 20 bym przepłynął. Tylko co z tego, skoro psychicznie nie ogarniam? Jestem mega wytrenowany. Na rowerze zrobiłem postępy, których się po sobie nie spodziewałem (to temat na osobny wpis). W bieganiu też jest dobrze. Ba, pływam coraz lepiej! No tak, ale tylko w basenie…

Dobra, staram się chodzić na dodatkowe treningi openwater, takie spoza mikroplanu. Do tego, choćby dzisiaj, wrzucam sobie dodatkowe baseny. Ten dzisiejszy zrobiłem sam sobie na złość. Wczoraj miałem trening pływacki, do zrobienia na basenie. Jako, że sporo basenów w Trójmieście zaczęło już przerwy technologiczne, to wybór dostępnych miejsc do pływania się zmniejszył. To oznaczało tyle, że musiałem sobie wybrać „mniej komfortowy” basen. Do sopockiego Aquaparku w czasie wakacji szkoda się fatygować. Ilość zawalitorów jest przeogromna, zadań szybkościowych (tak, tak, mam takie) zrobić się nie da. Można za to potrenować przebijanie się w pralce, co w sumie by mi się przydało 😉 Ale zrozumienia u współpływających raczej bym nie znalazł.

Po poniedziałkowej wizycie na basenie (też nadmiarowej) w Centrum Sportowym u Jezuitów wiem, że tam to się można ugotować, bo woda była ciepła jak zupa. Z blisko położonych basenów został basen na Karwinach (głębokość do 1,8 metra – luzik) oraz stresująca mnie Arka (te nieszczęsne 3,2 metra).

W ramach walki ze swoimi strachami polazłem na Arkę. Trening długawy, bo 2500 metrów, więc wejście musi być podwójne, bo w 45 minut się nie wyrobię. Zaczynam rozpływanie i… pierwsza długość w panice. Kurde, znowu?! A przecież było już dobrze! No, w miarę dobrze. No nic, nawracam i lecę dalej, w głowie powtarzam „spokój i oddech, spokój i oddech…”. Druga długość już spokojniej, trzecia takoż. Czwarta idzie całkiem nieźle, ale nagle dostaję z nogi w twarz. Od żabkowicza na torze obok! Kurde, no! Nic to, ogarniam się jakoś i kończę tą długość, ale przez ogarnianie się tempo na niej spadło do 2’58″/100m. Trudno, zdarza się, to tylko rozpływanie. Odbijam się od ściany i płynę dalej, bo to ledwie 75 metrów, a rozpływania ma być 400.

Kolejne długości płynę mrucząc pod wodą „spokój i oddech”, a tu na dziesiątej długości znowu strzał z nogi w twarz! Słowa, które przeszły mi przez głowę, nie nadają się do przytoczenia. Poczułem żądzę mordu. Tym razem, na szczęście, ogarnąłem się szybciej. Płynę dalej, spokojnie i bez przygód, ale teraz już w głowie mam tylko niecenzuralne słowa. Na ostatniej długości tej czterysetki znowu dostaję z nogi w twarz. Szlag mnie trafił, bo pływałem już bardziej środkiem toru, a gość pływał teoretycznie na torze obok! Tym razem dostałem w nos, więc przy ścianie obczajam, czy jest cały. Jest.

W międzyczasie dopłynął żabkarz i zaczyna się przypieprzać do mnie, że mu przeszkadzam… Ręce mi opadły. Nie chcąc wszczynać awantury, powiedziałem mu, żeby się trzymał swojego toru, to mu przeszkadzał nie będę. Chyba wziął to sobie do serca, a może ujrzał żądzę mordu w moich oczach(?), bo więcej spotkań z jego nogą nie miałem. Resztę treningu dopłynąłem bez przygód, ale z duszą na ramieniu. Za każdym razem, gdy przepływałem nad głęboką część basenu, ogarniał mnie strach.

Dlatego dzisiaj, wbrew sobie, znowu polazłem na Arkę. Monika miała do zrobienia trening, więc miałem dobrą wymówkę, żeby pójść z nią. Popływałem, na koniec rozluźniłem się na tyle, że problemu już praktycznie nie było. Czyli się da! I właśnie z tego powodu jutro chcę iść na dodatkowy openwater. A przed startem w Stężycy (już w tą niedzielę!) do wody wejdę odpowiednio wcześniej, żeby się rozpływać i oswoić. Choćby to miało być godzinę przed, trudno. Bardzo, ale to bardzo chcę się w końcu przełamać i ukończyć zawody w sposób regulaminowy, a nie przed czasem…

Ale, ale. Bo tak trochę odpłynąłem od tematu. Sraczka przedstartowa jest u mnie spowodowana przez to nieszczęsne pływanie. Ale również dlatego, że tak wiele osób mi kibicuje. Jestem im za to wdzięczny, ale… mój głupi mózg traktuje to jako dodatkowe ciśnienie. Z jednej strony to wsparcie mi pomaga, a z drugiej paraliżuje, bo nie chcę ich zawieść… Do tego, jest szansa, że będą już stroje w barwach Tridei. No to już po prostu nie wypada zrobić siary, po raz kolejny.

I tu dochodzimy do sedna. Zawsze sporo czytałem. Jak sobie z czymś nie radzę, to czytam jeszcze więcej, szukając sposobu na poradzenie sobie z problemem. Mój mózg potrzebuje materiału do analizy. Potem sobie mogę coś wizualizować, mruczeć mantry i takie tam. Wszystko, byle sobie pomóc. I znalazłem parę ciekawych artykułów, podających parę ciekawych pomysłów na poradzenie sobie z problemem strachu. Pomysłów jest całe mnóstwo, ale do mnie przemówiły trzy, które króciutko opiszę poniżej.

Pierwszy i podstawowy pomysł, przewijający się w wielu artykułach, to metoda małych kroków. Dzień po dniu próbować „popchnąć” się dalej. I w poniedziałek się udało (tak, tak, oprócz basenu zaliczyłem także openwater). Bez przerwy przepłynąłem okrągłe (;)) 1024 metry w jeziorze Zawiad (Bieszkowice). OK, krążyłem nie dalej niż 50 metrów od brzegu, ale mimo wszystko jest postęp. Udało się popływać tam, gdzie nie było już widać dna.

Kolejny pomysł narodził się po lekturze innego artykułu („Preventing the return of fear in humans using reconsolidation update mechanisms” – Daniela Schiller, Marie-H. Monfils, Candace M. Raio, David C. Johnson, Joseph E. LeDoux & Elizabeth A. Phelps – z Nature Styczeń 2010). W tymże artykule pokazany został nieinwazyjny mechanizm eliminacji wspomnień wywołujących strach. Przełożyłem to sobie z naukowego na „moje”, uprościłem i stwierdziłem, że muszę stymulować się bodźcami generującymi strach przed pływaniem w sytuacjach niestresowych. Przykładowo, sam zapach jeziora wzbudza we mnie stres. Po pływaniu w jeziorze moja pianka nim pachnie. Więc wącham piankę i siadam sobie do komputera. Wiem, niezbyt to normalne =} Ale chyba działa! Bo zapach jeziora wywoływał we mnie panikę. A teraz już tylko stres…

Jeszcze inny pomysł, to „zużywanie” adrenaliny zawczasu (nie mogę znaleźć artykułu, w którym to wyczytałem, ale też był z Nature). Jak już wiem, że wejdę pływać do jeziora, to jestem zestresowany. Tętno idzie w górę, dłonie się pocą, przygarbiam się, oddech się spłyca, etc. Pojawiają się wszystkie symptomy stresu. I w takim przypadku, zanim wejdę do wody, powinienem sobie pobiegać ze 20-30 minut, co pozwoli na zużycie adrenaliny we krwi i obniży poziom stresu. To jeszcze muszę przetestować, spróbuję to zrobić w Stężycy. Sraczka przedstartowa też powinna być dzięki temu mniejsza.

Powoli wychodzi na to, że rozgrzewkę przed Stężycą zacznę półtorej godziny przed startem, ale jeśli to ma być sposób na to, żeby się przełamać, to niech i tak będzie! W końcu niezależnie od tego jaki wynik zrobię, to i tak będzie to życiówka 😉 A czasy zacznę kręcić, jak już ogarnę strach na tyle, żeby w normalny sposób kończyć etap pływacki. I wtedy juz sraczka przedstartowa będzie z innego powodu. A może w ogóle jej nie będzie?

W końcu, każdy deszcz się kiedyś kończy, nie? A czasami jest i tęcza, jak wczoraj, gdy Mysia biegała… 😉

Gdy Mysia biega, to na niebie tęcza!
Gdy Mysia biega, to na niebie tęcza!

PS. Ciągle nie wierzę, że się przyznałem do wąchania pianki… 😀 A chcę jeszcze sobie wodę z jeziora w butelce przywieźć, hrhr 😉

W czerwcu w Suszu szosa sucha…

Powiadam Wam, piekło! Suszyło i mdliło! Myślałam, że w Ślesinie słoneczko przygrzało, ale co się w miniony weekend w Suszu działo, to przechodzi mysie pojęcie! Wcale nie zamierzam narzekać, bo przecież ostatecznie do bogatego pakietu startowego (owsianka bezglutenowa (WTF!?), a do jej zalania – płynny nawóz do roślin i mleczko do opalania z filtrem 20), doszło jeszcze darmowe SPA.

Najpierw długa sesja na solarium (zero cienia w okolicach mety), później jakieś 20min w saunie (Myś w piance, w pełnym słońcu, POZA jeziorem), następnie standard – aqua aerobik, chociaż tutaj bardziej aqua kick-boxing – w mysie ryło się zarobiło z nogi od żabkarki 😉 Oczywistym jest, że po wyjściu z wody należy się wySuszyć, a najlepiej i najszybciej się schnie w ruchu, np. na rowerze – w cenie kilkanaście minut na platformie wibracyjnej (czyt. suskim bruku – w sam raz na mysi wałek), oraz posiłek regeneracyjny, czyli łykanie w locie draftujących parówek – serio, nie spodziewałam się takich luksusów przy mojej haniebnej prędkości, a tu taka uczta! Sesję w SPA kończymy roztruchtaniem z podlewaniem – bicze szkockie się udało zaliczyć, generalnie pierwsza byłam w kolejce do każdego węża na trasie (O DZIĘKI WAM DZIELNI SUSCY POLEWACZE!). A trasa biegowa piękna była, wokół jeziora, nawet się momentami jakiś cień trafił. Potem wiadomo – na szyję żelastwo zarzucili, można się było na materacach Jan Niezbędny – Żyj wygodnie! (ehehehe) rozwalić albo stanąć w kolejce po arbuza.

Myś z lewego zadka

A że to nie był jedyny start tego dnia i wcale nie najważniejszy, to trzeba było jeszcze się wylaszczyć – czyt. tyłek i pachy wymoczyć w jeziorze, przebrać się w coś świeżego, wyczesać kudły mysim zgrzebłem, znów zapleść warkoczyk – żeby się jak człowiek prezentować na EuCO Rowerkowych Mistrzostwach Świata 2016.

mysz
Mysz w Rowerkowych Mistrzostwach Świata 2016, fot. ADD Creative Studio Reklamy

I tak w jeden dzień obskoczyłam Mistrzostwa Polski i Mistrzostwa Świata – powiadam Wam, jestem MYSZczynią Triathlonu!

IMG_0721
Medal MYSZczyni

IMG_0723

 

Pierwsze koty za płoty…

Zostałam wreszcie trajtlonistką, przyklepane!

I nic to, że jestem triathlonową Grażynką z Klanu, to naprawdę nic, póki jestem w stanie do tej mety samodzielnie doczłapać w wyznaczonym czasie! We wszystkich dyscyplinach jestem mniej niż średnia, na rowerze kiedyś najprawdopodobniej wyzionę ducha (przez jaki zawał), a nawet – co tu kryć – zamiast wytapiać, z nerwów wcinam po prostu wszystko i puchnę w tempie pompowania bojki ratowniczej – niedługo pewnie zaczniemy remont, chowajcie przede mną płyty karton-gips! Nic to wszystko! Ukończyłam 1/8 IM w Ślesinie (1:25’10”) i 1/4 IM w Starogardzie Gdańskim  (3:02’29”) i jestem z siebie dumna! 🙂  

Cieszę się, że Trenercia tak to mądrze wymyśliła, żebym troszkę postartowała przed tą 1/2 IM w Poznaniu (dystans ów mnie zresztą obecnie przeraża, ale nie o tym…),  bo dzięki temu naprawdę wiele uczę się i o triathlonie, ale i o Mysi w triathlonie, a i poza nim też.

Do tej pory dowiedziałam się na ten przykład, że:

  • pływanie w triathlonie, przy kiepsko przemyślanej trasie, to bardziej boks niż pływanie (Starogard Gd.)
  • całkiem lubię boks, nie tylko oglądać
  • mimo, że jestem Grażynką pływania i tak idzie mi ono najlepiej ze wszystkich dyscyplin (to dla mnie nowość, szczerze liczyłam, że będę lepsza w bieganiu)
  • dużo łatwiej się nawiguje na wielkie boje na zawodach (Ślesin, Starogard Gd.), niż na pięciolitrowy kanister udający boję (Zawiad – treningi)
  • nie lubię czesania wodorostów (Starogard Gd.), ani przechadzek po nich  (to wiedziałam już wcześniej, ale to czesanie… brrr)
  • umiem jednocześnie przebierać rękami do kraula i wyjmować wodorosty zza okularków (Starogard Gd.)
  • przy wychodzeniu z wody – po przejściu z pozycji horyzontalnej do wertykalnej, następuje u mnie coś na kształt stanu przedzawałowego (tętno 196) i mam przeolbrzymią chęć podzielenia się ze światem wcześniej zjedzonym śniadaniem
  • jestem sierotą w T1 i T2 – nigdy nie myślałam, że jestem taką guzdrałą!!!
  • jestem również Januszem zegarka – w Ślesinie udało mi się wyłączyć zegarek po części pływackiej, w Starogardzie – po rowerze
  • nie da się włączyć treningu w Garminie 920XT zębami (testowane na rowerze w Ślesinie)
  • nie da się włączyć treningu w Garminie 920XT nosem (j/w)
  • czasami brak informacji o tym, z jak żałosną średnią prędkością jedziesz i pedaling bez Ninji opieprzającego Cię za zbyt niską kadencję bywają wyzwalające (Ślesin)
  • na rowerze trzeba dużo pić, bo inaczej zdycha się podczas biegu (Ślesin)
  • pić trzeba dużo JADĄC na rowerze, ale już niekoniecznie tuż po zejściu z niego, chyba że się lubi kolkę gigant i przyczajonego pawia (wcześniejsze zakładki)
  • trzeba futrować ile się da na rowerze, żeby mieć później siłę na bieganie (dotyczy pewnie głównie dłuższych dystansów, ale na 1/4 IM też chyba troszkę za mało zjadłam)
  • umiem lewą ręką i paszczą ogarnąć żel na rowerze bez zatrzymywania się (Starogard Gd.) – bosko!
  • można mieć kolkę gigant na biegu również wtedy, gdy nawodnisz się przesadnie wodą z jeziora na etapie pływackim (Starogard Gd.)
  • kiedy podczas etapu biegowego żar się z nieba leje, polewaj się wodą ile wlezie, inaczej możesz zobaczyć smoka w ogródku, tak mniemam
  • dla pierwszoroczniaka, jak mua, tempo biegowe z zawodów biegowych nijak się ma do tempa biegowego po taplaniu i pedałowaniu (zapomnijmy o moim 5’14”/km w 1/2 IM, witaj 6’00”/km – oby chociaż tak!)
  • moja niechęć do lemondki i nieumiejętność oderwania prawej ręki od kierownicy jest bardzo słaba w perspektywie tej 1/2IM
  • #niemaniemoge i w końcu tę kierownicę okiełznam!
  • zawodnicy tri są przemili – kiedy zdychałam przez kolkę w Starogardzie Gd., praktycznie każdy wyprzedzający mnie biegacz pytał, czy aby wszystko ze mną w porządku i pomagał jak mógł – choćby dobrym słowem, dziękuję :*
  • na bieganiu można pocieszać się myślą o basenie w strefie finiszera…
  • można też uprzeć się na jedne konkretne nogi (najlepiej jakieś niezłe) i je gonić – dziękuję pani Dorocie W., za dociągnięcie mnie do mety w Starogardzie Gd.
  • naprawdę nie ma nic piękniejszego niż wskoczenie do basenu rozporowego w strefie finiszera (wreszcie bez wodorostów)
  • w zespole siła! Dzięki Trenerciu, dziękuję koleżankom i kolegom z zespołu Tridea za niesamowite wsparcie, za wszystkie ciepłe myśli i słowa, jesteście boscy :*
  • lubię ten cały trajtlon i będę to robiła dalej, także bójta się!!!
starogard
Z Robertem W. i Kamilem moim kochanym – na mecie w Starogardzie Gdańskim

Dwa falstarty

Długo nic nie pisałem, bo ciężko mi zebrać myśli. Popełniłem dwa falstarty, drugi z nich dzisiaj w Starogardzie. Poprzedni tydzień temu, w Charzykowych. Sparaliżowała mnie panika.

Nie potrafię zbyt wiele napisać, poza tym, co już się pojawiło na blogu. Boję się wody. Panicznie. Te falstarty są tego najlepszymi dowodami. I to, że na Bieszkowicach mam problem z jakimkolwiek pływaniem po głębszej wodzie. Do tej pory miałem nadzieję, że się uda szybko i w miarę bezboleśnie pokonać mój lęk, że będzie rachu ciachu i po strachu. Nie jest.

Nie mam zamiaru pisać, że te dwa falstarty to największe upokorzenia w moim życiu, że nigdy się tak podle nie czułem, tak źle mi jeszcze nie było, etc. Wielokrotnie czułem się o wiele bardziej podle i było mi gorzej. Ale to były inne okoliczności, nigdy nie związane ze sportem.

W Charzykowych wszedłem do kolan i panika dosłownie zamroziła mi ciało. Nie wiem, jakie miałem tętno, bo po prostu nie zdążyłem nawet odpalić zegarka. W Starogardzie Gdańskim odpadłem po jakichś 200 metrach. Panika, skończyłem w łodzi ratowników. Niby do mnie dociera, że warunki były ciężkie, bo wodorosty masakryczne, ale mnie to nie przekonuje. Wcale, zupełnie, ani trochę. Bo co z tego, skoro inni jakoś dopłynęli?

To, że się boję, nie może być żadną taryfą ulgową. Sukcesem będzie dopiero ukończenie całego etapu pływackiego. Ni mniej, ni więcej. A potem jeszcze dokończenie reszty triathlonu. OK, zgadzam się, że mogą po drodze być małe sukcesy, ale sorry, przepłynięcie 200 metrów z 950 do nich nie należy, nie według moich kryteriów. Jak popłynę tam i z powrotem do białej na Bieszkowicach, to uznam za mały sukces. I podejrzewam, że będzie to jeden z tych, które odblokują duży.

Miałem też myśli, żeby to cisnąć w cholerę i się samemu nie stresować. Ale to by było zbyt proste. Poddać jeszcze się mogę. Tylko nie chcę. Te dwa falstarty, obawiam się, nie będą ostatnimi. I w końcu się uda. Bo to nie jest pytanie „czy?”, ale „kiedy?”. Miło by było szybko… Bo moja frustracja tym wszystkim jest przeogromna. Zaczynam mieć objawy chronicznego stresu, odbija się to na moim zdrowiu i formie.

I na koniec jeszcze parę słów podziękowania. Za wsparcie, za miłe słowa, za wszystko. Dla Mamy i Moniki. Dla Arka, który też dobrym słowem czasem rzuci 😉 No i dla całego Tridea Team, szczególnie dla (kolejność płciowo-alfabetyczna): Anety, Kasi, Moniki, Natalii, Oli, Oli, Adama, Adriana, Arka, Maćka, Roberta, Romana, Tomka. Mam nadzieję, że nie pominąłem nikogo… Jeśli tak, to przepraszam i dziękuję. Wasze wsparcie wiele dla mnie znaczy, chociaż jest też wielkim brzemieniem. Bo nie chcę nikogo z Was zawieść, a tak się czuję za każdym razem, kiedy strach wygra. Niezależnie od tego, czy to trening czy zawody.

Mam nadzieję, że kiedyś będę mógł się cieszyć ukończonym triathlonem. A te dwa falstarty zostaną tylko wspomnieniem i przypomnieniem, że nie warto się od razu poddawać.

No i jeszcze na samiućki koniuszek: gratulacje dla Trideowców, którzy pokończyli triathlony dzisiaj i tydzień temu!

Nurki idą!

W sobotę czeka mnie taki totalnie najpierwszy start w triathlonie – na dystansie 1/8IM Garmin Iron Triathlon Ślesin. Tydzień później, na dystansie 28,25km w Marbuk Triathlon Charzykowy, debiutuje Kamil 🙂 Z tego powodu w zeszłym tygodniu w naszych mikroplanach, w kolumnie PŁYWANIE, pojawił się taki fikuśny zapis OPEN WATER, czyli maczanie kupra w jeziorze Zawiad w Bieszkowicach. Witaj przygodo! Trenercia jak ten trening w moje mikro wpisywała, to aż rozlała kawę na laptoka, taka podnieta musiała być najwidoczniej! Teraz to sobie tak myślę, że ta ekscytacja mogła wynikać również z faktu, że Trenercia miała być jedynym ewentualnym ratownikiem dla naszej wesołej gromadki, w tym dwóch totalnych lebiod, czyt. Mysi #flamingprzybrzezny #kaczkaDziwaczka #FUJcozasyfnatymdnie oraz Kamila #glebiejniz180cmUmieram #brodzacyzurawSzczęśliwie (dla nas wszystkich) dołączył również kolega Adrian, który podobnie jak Trenercia ma wykształcone płuco-skrzela. I tym sposobem było po jednym ratowniku na lebiodę i wszyscy mogli odetchnąć z ulgą. Pływanie miało się odbyć (a jakże!) w Boże Ciało (pieprzone ezoteryczne trajtlonisty). Wstaliśmy z Kamilem oczywiście jakoś w okolicach 7 rano – tak nami ta ekscytacja telepała, no i oczywiście w celu konsumpcyjnym, bo śniadanie odpowiednio wcześniej przed treningiem samo się nie zje. Wszamaliśmy jaglankę przygotowaną przez Kamila, a myślowa sraczka przedtreningowa zaczęła się nasilać – zakasałam zatem rękawy i uznałam, że to najlepsza pora na przygotowanie amarantusków, bo oczywistym jest, że niedobory żelaza grożą nie tylko mnie i Kamilowi. I tak połączyłam przyjemne z pożytecznym – z deczka odciążyłam zbolały umysł i ogarnęłam posiłek potreningowy dla pływaków 🙂 Oczywiście przez te moje kulinarne ekscesy o mały włos nie spóźniliśmy się na trening 😉

Punkt 9:30 (no prawie), na leśnym parkingu, zaczęliśmy wdziewać swoje seksi pianeczki – pomysłów na zakładanie było oczywiście mrowie. Pojawił się TriSlide, reklamówki z Biedry, a część obyła się bez dodatkowych pomocy, czyt. wciągała to to na sucho. Opakowani jak świąteczne szynki mogliśmy ruszyć spacerem (w moim przypadku – potoczyć się) w stronę jeziora. Myślałam głównie o tym, że ciepło w tej piance i jakoś tak ciśnie mnie przy szyji. Weszliśmy do wody, która szczęśliwie okazała się dość ciepła. Kiedy zanurzyłam się po pas, przykucnęłam żeby nalać do pianki trochę wody. Okularki zdążyły mi lekko zaparować i kiedy chwilę później podniosłam mysi łeb zobaczyłam, że reszta popłynęła już w stronę pierwszej, zielonej boi – wydawało mi się, że Kamil goni dzielnie Olę i Adriana, więc niewiele myśląc pognałam za nimi. No dobra, „pognałam” zupełnie nie oddaje tego, co tam się działo 😉 Takie moje mysie slow motion – wydawało mi się, że naparzam tymi ręcyma wystarczająco, ale widocznie tylko tak mi się wydawało 🙂 Tuż przy mnie płynęła Kasia, która przejęła się mocno moim piankowo-jeziornym debiutem i uznała, że będzie mnie asekurować, bo ja taka cała „dzielna” dmuchaną bojkę zostawiłam w samochodzie. Takich właśnie kochanych ludzi mamy w teamie! Dopiero po dopłynięciu do drugiej boi dotarło do mnie, że pomyliłam Kamila z Robertem – mój dzielny Łysoń walczył nadal przy brzegu ze swoimi demonami. Zrobiło mi się głupio i przykro, że go tak po prostu zostawiłam i gdy wreszcie udało mi się zygzakiem wrócić do brzegu, zapytałam K. czy mogę jakoś mu pomóc. Kamil odpowiedział jedynie, żebym kontynuowała trening. Z jednej strony chciałam go wesprzeć, tylko zupełnie nie wiedziałam jak – po tej odpowiedzi uznałam, że może woli pobyć sam, z drugiej – miałam swoje do zrobienia. Próbowałam po swojemu ogarnąć te nowe warunki – ten ciasny, czarny kokon, który krępował mi ruchy, to „fuj” dno pod nogami i że jeszcze trzeba płynąć prosto w jakimś kierunku i zmienić pod to technikę pływania. Próbowałam nadążyć za resztą, ale szło jakoś niemrawo, no i ciążyła mi ta myśl, że Kamil został sam przy brzegu. Z pomocą mojemu mężczyźnie przyszedł jednak Adrian i w jego asyście K. dopłynął do pierwszej bojki. Udało nam się odbyć ten pierwszy trening! 🙂 Owszem, może nie w takim stylu, jaki sobie każde z nas wymarzyło, ale niektóre strachy trzeba zjadać po kawałeczku, żeby się nie zadławić. Najcudniejsze w tym wszystkim było wsparcie ludzi z zespołu – miło poczuć, że ktoś troszczy się tak o Twój komfort. Dziękujemy kochani :*

Nie ustajemy w wysiłkach – jeździmy nad jezioro sami lub z Adrianem i powoli odcinamy łeb hydrze…

A gdy idziemy w stronę jeziora, w tych piankach i z bojkami, plażujące dzieciaki krzyczą radośnie: „Nurki idą!„. I dopytują: „Proszę Pani! A po co to pomarańczowe?”… Drogie dzieci – dinks pomarańczowy ratuje nasze głowy 😉

453
Adrian i Kamil w jeziorze Zawiad