Bieg Europejski 2016 – relacja z gorącej Gdyni

Dzisiaj miał miejsce Bieg Europejski 2016 w Gdyni. Krótka relacja mówi tylko tyle, że udało mi się zbliżyć do swojej życiówki na 10 kilometrów. Dzisiejszy czas to 38’39”, a życiówka to 38’38”. Mając na względzie okoliczności tego biegu, uznaję go za udany.

Przy okazji tych okoliczności warto podkreślić, jak istotne jest zachowanie chłodnej głowy i dostosowanie się do panujących warunków. Właśnie tu położyłem ten bieg, za wszelką cenę chciałem sobie udowodnić, że potrafię pobiec pod Świętojańską w tempie 3’45″/km. I wyszło na to, że nie potrafię 😛 Ale po kolei, bieg miał być rozłożony na cztery etapy (2 km + 3 km + 3 km + 2 km). Pierwszy etap miał być po 4’/km, co w miarę się udało zrealizować. Drugi etap miał być w okolicach 3’50″/km i to akurat wyszło bardzo ładnie. Kolejny etap to już 3’45″/km, czyli taki lekki trzeci zakres. O ile szósty kilometr jakoś poszedł (3’48″/km), to siódmy kompletnie położyłem taktycznie. Na odcinku jednego kilometra jest podbieg o wysokości jakichś 15 metrów (Garmin Connect teraz mówi 17, ale ja tam mu nie wierzę ;)). I zamiast zacząć ten kilometr spokojnie, rozłożyć siły, pokonać go kadencją i odpowiednim (rozsądnym) tempem, to próbowałem z nim walczyć. Na siłę pocisnąć te 3’45”. Skończyło się na tym, że parę razy mało co nie zacząłem iść. Ostatecznie tempo spadło do 3’55″/km, a do tego na końcu podbiegu zrobiło mi się biało przed oczami. Skutek był taki, że na ósmym kilometrze nie dałem rady się rozpędzić, musiałem odpocząć i wyszło ledwie 3’52″/km, zamiast 3’45″/km. Jest to o tyle boleśniejsze, że większość ósmego kilometra to zbieg i tempo samo powinno wzrosnąć. Dziewiąty kilometr, z braku sił, był również w 3’52″/km, dopiero na ostatnim ciut (i tylko ciut) przyspieszyłem, do 3’49″/km. I tak dokulałem się do mety.

Co położyło wynik, oprócz mojej głupoty na Świętojańskiej? Brak odpowiedniego nawodnienia w poprzedzających dniach. Na starcie byłem po prostu wyschnięty na wiór. Zanim ruszyłem z domu już chciało mi się pić. Ale nie piłem, bo nie chciałem potem biec z dużą ilością płynów w brzuchu. Poza tym, nawadnianie w dniu startu niewiele by dało. Czyli drugi głupi błąd nowicjusza. A uważam się przecież za w miarę doświadczonego biegacza. Kolejnym problemem, już nie do końca zawinionym przeze mnie, był brak adaptacji do temperatury. Dzisiaj był pierwszy tak gorący dzień w tym roku. A przynajmniej pierwszy tak gorący dzień, w którym trenowałem/startowałem. Mój organizm potrzebuje około 2-3 tygodni, żeby się do wyższych temperatur przystosować. Tutaj nie było na to czasu.

Tak czy owak, jak na wstępie, uważam, że Bieg Europejski 2016 był udany. Może nie bardzo udany, ale udany. Z jednej strony, od dawna nie biegałem z tak wysokim tętnem (średnie 167 – jak na mnie, to Himalaje wysiłku), z drugiej, na końcówce biegu miałem walczyć o jak najwyższy HR max – udało się osiągnąć 176 BPM, czyli wartość niewidziana u mnie od dawna. Ta wysoka średnia mówi mi, że teoria o odwodnieniu jest prawdopodobna. Wnioski na przyszłość? Nie zaniedbywać nawodnienia. Szczególnie, że objętości treningowe rosną, podobnie jak temperatura. Przyda się też trochę pokory, bo zauważyłem, że w głowie mam zakodowane myślenie typu „10 km to nie dystans”. Takie lekcje są konieczne, żeby zgubić trochę pychy!

Jak pojawią się jakieś zdjęcia, na których mnie widać, to coś dodam 😉

Facebook

Jedna myśl na temat “Bieg Europejski 2016 – relacja z gorącej Gdyni”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *