W kinie, w (Lublinie) Koszalinie…

To był zaiste cudowny weekend! Nasze życie biegnie ostatnio bardzo szybkim tempem – trudne sytuacje rodzinne, obowiązki służbowe, treningi… momentami mam ochotę zaśpiewać razem z A.M. Jopek: „Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam”… Czasami tęskno mi do takiego zwykłego leniuchowania – wylegiwania na plaży i bezmyślnego przesypywania piasku z ręki do ręki, zapijania kryminału lemoniadą, zgadywania jaki kształt przybierają obłoki, snucia się w tempie spacerowym ulicami miasta i zaglądania do każdej napotkanej księgarni w celu nabycia kolejnej książki – te ostatnio trafiają głównie na stosik „do przeczytania” i od czasu do czasu omiatam je odkurzaczem. I do takiej prawdziwej randki mi było tęskno… Ostatnio na jakimś śmiesznym portalu wpadły mi w oko zdjęcia par na początku znajomości i po latach. Ja ckliwa baba jestem – oczy tak jakoś same zaszły mgłą, klapki różne się w mózgu pootwierały, wspomnienia napłynęły… Zainspirowały mnie te zdjęcia i w mysim łebku zrodziło się postanowienie, że tak właśnie będziemy sobie z Łysolem moim cudnym upamiętniać nasz wspólny czas. W zeszłym roku, podczas jednego z wypadów do kina, K. wciągnął mnie do fotobudki i machnęliśmy sobie „sweet focie”, postanowiłam zatem zrobić z tego tradycję. W piątek mieliśmy luźniejszy dzień i zaproponowałam wypad na „X-menów”. Uwielbiam filmy z superbohaterami, K. też jakoś specjalnie się przed nimi nie wzbrania i tak jakoś udało nam się sklecić randkę. Przed seansem zdążyliśmy jeszcze zjeść romantyczną kolację w Pizza Hut i wskoczyć na kilka sekund do fotobudki i tak oto właśnie rodzi się tradycja 😉 Piątkowy wieczór był super! Tak miło spędziłam czas z K., że udało mi się zapomnieć na chwilę o sobocie i czekającym mnie dniu konia, choć w moim przypadku to raczej dzień kucyka 🙂 Wszystkie rubryki w mikro (poza siłą) wypełnione! Rano 2700m na basenie, później miałam jeszcze zakładkę – 40km na szosie i 8km biegu, z czego 4km BNP. Biegania bałam się chyba najbardziej, wydawało mi się, że mogę nie uciągnąć zadanego tempa tuż po rowerze, a że mam syndrom prymusa i strasznie nie lubię jak mi coś nie wychodzi… Kiedy mam trudny trening potrafię porządnie odwlec go w czasie – a to trzeba jednak poodkurzać, pozmywać, pranie nastawić, dziecku coś do jedzenia przygotować, no i Ziutek (moja jedyna roślinka – dracena), sam się nie podleje! Oczywiście trening zwykle się udaje, ja potem myślę sobie, że głupia byłam i bez sensu zwlekałam, ale jakoś tak mi to potem z pamięci wypada i przy kolejnym mocnym treningu znów to samo… Tryb Doris! Tego sobotniego treningu nie mogłam jednak jakoś szczególnie opóźniać, bo jeszcze tego samego dnia mieliśmy z Kamilem wyjechać do Koszalina – miał jeszcze tego samego dnia, na spokojnie i bez spiny, odebrać pakiet startowy. Naprawdę potrzebował się wyspać, spróbować w ciągu jednej nocy zregenerować się po ciężkim tygodniu i nabrać sił przed niedzielnym półmaratonem.

Trening poszedł mi o dziwo całkiem przyzwoicie, no – może nawet przedobrzyłam, bo pod moim treningiem biegowym pojawił się wielce wymowny komentarz mojej Trenerci, pozwolę sobie zacytować:

Eeeee…..? – Aleksandra Sypniewska-Lewandowska

I już prędziochem brałam prysznic, pakowałam się (jak to niestety coraz częściej u mnie bywa – na ostatnią chwilę), i mogliśmy wyruszyć. Ahoj, przygodo! Dotarliśmy do hotelu na 20 minut przed zamknięciem biura zawodów i pędem rzuciliśmy się po odbiór pakietu. Oczywiście w trakcie tego szaleńczego marszobiegu udało mi się wyhodować na obu stopach dwa solidne pęcherze, żeby mi się w niedzielę dobrze kibicowało – żebym mogła wypaść autentycznie, dzielić ból i cierpienie razem ze startującymi w tej spiekocie biegaczami! Tego upału to jeszcze wtedy nie byliśmy tak do końca z Kamilem świadomi…

Żeby jeszcze coś wykroić z tej soboty i przy okazji podładować węgle udaliśmy się na romantyczną kolację do okolicznej pizzerii, a w drodze powrotnej, ulegliśmy nastrojowi tamtejszych juwenaliów i zaszliśmy do sklepiku po browary! 😉 Całe cztery bezalkoholowe Leszki 🙂 Po prysznicu przyjęliśmy pozycję horyzontalną – żeby nie było, że jakieś historie 18+ tutaj odchodzą, a ostrzeżenia nie ma – w hotelu czekał na nas pokój typu twin bed 😉 Pozwoliłam nabrzmiewać pęcherzom na stopach i zawiązywać się sadełku (jakbym go jeszcze miała mało), przy akompaniamencie juwenaliów, sącząc zimne bąbelki, obejrzeliśmy grzecznie Miss Agent (love U Sandra!) i poszliśmy spać.

Obudziliśmy się tuż przed 7 rano. Wiadomo – przed zawodami czy treningiem śniadanie trzeba przyjąć z należytym wyprzedzeniem, zatem nie czas na zaleganie w łóżku – swoją drogą niezbyt wygodnym, materace były zbyt miękkie i się mi chłopina nie wyspał – dupa blada z regeneracji! Zeszliśmy na śniadanie, po Kamilu nie było widać jakiegoś specjalnego przedstartowego stresu, żartowaliśmy jeszcze sobie przy TV śniadaniowej, nad lurowatą kawą i bułą z dżemorem – żeby trochę zmotywować mojego mężczynę powtórzyłam jeszcze uwagę, którą rzuciłam po odbiorze pakietu startowego 😉 Otóż przed każdymi zawodami Kamil wygłasza hasło, że chciałby mieć miejsce niższe niż swój numer startowy. Tym razem hasło z jego ust nie padło, bo tak się ciekawie złożyło, że numery startowe nadawano w kolejności alfabetycznej i tym sposobem Kamilowi przypadła DWÓJECZKA 😉 Nie byłabym sobą, gdybym w tym momencie tego hasła nie przypomniała, prawda? 🙂 Zatem Łysolciu mój najdroższy – zajmiesz pierwsze miejsce?! 🙂 Gdybym tylko wiedziała, co nastąpi później… powinnam chyba lotka w tym dniu obstawić, co nie?! 🙂

Zebraliśmy się w końcu i ruszyliśmy na zawody. Ja miałam wreszcie swój dzień odpoczynkowy – w mikro totalna pustka, widocznie Trenercia uznała, że powinnam całą parę puścić w kibicowanie. Zamierzałam wykonać plan w 100%! Zaczęłam oczywiście od próby okiełznania aparatu w moim telefonie, bo przecież co to za kibicowanie bez fotek. Dużo fotografii z moim palcem, filmików ze stopami (jak ten załączony przez Kamila), sporo takich fotek z dupy, co to nie wiadomo kogo miały przedstawiać – Mysia *miszczowski* operator. Nie powiem – pięknie było w tym Koszalinie i mam nadzieję, że to też udało mi się na fotkach uwiecznić 🙂

IMG_0258
Urząd Miasta w Koszalinie
IMG_0252
Podium na rynku w Koszalinie

Kamil nie wyglądał na jakiegoś mocno nastrojonego na bieganie, dodatkowo coś go tam pobolewało, a ja znowu głupio palnęłam, że może to dobrze, bo zwykle jak go coś boli i jest nie tak, to robi życiówki. Taaa… to się właśnie nazywa dobry kibic – totalnie nie narzuca zawodnikowi na garba, nie wywiera presji, cudnie wspiera 🙂 Chłop dość już chyba miał tego mojego gadania i tak się szczęśliwie złożyło, że przyszła akurat pora na rozgrzewkę… Uratowany! 🙂

IMG_0279
Kamil w trakcie rozgrzewki

Ja w tym czasie strzelałam nieudane focie i knułam gdzie stanąć i co robić w trakcie tego kibicowania. No i przechowywałam żel, czyli jednak byłam choć trochę przydatna 🙂 Kamil po rozgrzewce nie był szczególnie zadowolony – tempo nie wróżyło sukcesu. Owszem, obydwoje wiedzieliśmy, że K. nie poprawi w Koszalinie życiówki, bo miał biec na dość dużym zmęczeniu, w najcięższym tygodniu mezocyklu, ale to w końcu zawody i mimo wszystko człowiek chce pobiec co najmniej przyzwoicie. Profil trasy również nie miał tego ułatwić, ani tym bardziej narastający upał… Postanowiłam zamknąć jadaczkę na kłódkę, żeby już nie dorzucać do pieca, bo niestety w takich chwilach denerwuję się razem z nim i przez to gadam co mi ślina na język przyniesie, czyli zwykle nic specjalnie mądrego czy pomocnego. Kamil udał się wreszcie na start honorowy – półmaratończycy po wystrzale potruchtali na miejsce startu właściwego, oddalonego o 1,1km od startu biegu na 10km i jednocześnie punktu z wodą oraz początku pięciokilometrowej pętli, którą biegacze na 10km biegli dwa razy, a półmaratończycy pokonywali czterokrotnie. Czas był mierzony również w punkcie startu półmaratonu, czyli kibice mogli śledzić poczynania zawodników bardzo dokładnie, z międzyczasami po 3.9km i 1.1km.

Taka pętla musiała wybitnie nużyć, ale z drugiej strony po pierwszym okrążeniu dokładnie wiesz, co czeka Cię na kolejnych kilometrach i możesz lepiej rozłożyć siły. No i na 5km odcinku pewnie łatwiej o kibiców 🙂 Przypuszczam, że większość zgromadziła się właśnie na rynku – przy punkcie startu / mecie / punkcie pomiaru czasu / wodopoju, czyli w samym centrum wydarzeń 🙂

Było gorąco i duszno, wiatr wcale nie pomagał – był po prostu zbyt ciepły. Szczerze współczułam biegnącym i sama starałam unikać się słońca. Dzieci znalazły lepszy sposób na schłodzenie i przebiegały pod kurtyną wodną tryskającą z rynkowej fontanny. Zastanawiałam się czy do nich nie dołączyć, chociaż na jedno przebiegnięcie 😉

IMG_0327
Dziecięce sposoby na upał

Biegaczom biegło się ciężko, a kibicom kibicowało dość niemrawo. Jakoś trudno było się zebrać do oklaskiwania, kiedy ludzie biegną w kółko i masz ich przed obliczem co i rusz przez całą godzinę i dłużej. Wiadomo jednak – czekasz na swoich i starasz się ich dopingować jak najlepiej 🙂 Pierwszy raz zobaczyłam Kamila dość szybko, bo po 1.1km, po około 4 minutach. Sprawdziłam tempo i pomyślałam, że jednak dał do pieca. Był w czołówce biegu, ale nie byłam pewna czy jest tego świadomy, bo w końcu półmaratończycy wymieszali się z biegnącymi na 10km. Rzuciłam zatem „Dajesz Łysy, jesteś trzynasty!”, wydawało mi się, że usłyszał. Potem skarciłam się w duchu, że niepotrzebnie wywieram na nim presję i postanowiłam zamilknąć 🙂 Śledziłam kolejne odczyty z punktów pomiarowych – Kamil ciut zwolnił, wiedziałam, że pokonywał podbieg, więc jakoś szczególnie się nie zmartwiłam, tym bardziej, że nie tylko on zwalniał – wyprzedził kolejnego biegacza. Podobny przebieg miało kolejne okrążenie – zwalniali chyba wszyscy, ale jednocześnie Kamilowi udało się wyprzedzić kolejnego półmaratończyka…

Kiedy jednak zobaczyłam go pod koniec tego drugiego okrążenia zaczęłam się martwić – miał nietęgą minę, widać było, że coś jest nie tak. Krzyknęłam czy potrzebuje jakiegoś izotoniku na przedostatniej pętli, nie wiem czy usłyszał – odkrzyknął tylko, że boli go kolano. Widziałam ten ból i było mi przykro, nie wiedziałam jak go wesprzeć. Nie krzyczałam już, że ma naprawdę dobrą pozycję, nie chciałam go dodatowo stresować, nie chciałam też, żeby się forsował.

IMG_0321
Kamil walczący z bólem nogi

Polazłam zatem do marketu i kupiłam izotonik, nerwowo odświeżałam odczyty wyników, żeby ocenić rozmiar zniszczenia, czyt. jak poważne jest to kolano. Kamil nadal zwalniał, ale o dziwo utrzymał pozycję. Ba! Na kolejnym punkcie pomiarowym był już w pierwszej dziesiątce. Byłam jednocześnie podekscytowana i bałam się, bałam się jak diabli o tę nogę. Kiedy kończył 3. okrążenie wyglądał na zmęczonego, nie wziął ode mnie napoju, a mnie pozostało tylko wpatrywać się w te głupie cyferki i czekać na finisz…

Mój zmęczony i dzielny mężczyzna dobiegł ostatecznie na 7. miejscu OPEN, a jak się później okazało, wykrakałam 🙂 Zgarnął pierwsze miejsce w swojej kategorii wiekowej i tym sposobem wypełniła się przepowiednia numeru startowego 😉 Jestem z niego bardzo, bardzo, baaaardzo dumna! Sama pewnie poddałabym się przy tym bólu kolana, a on po prostu dobiegł do końca, na dodatek świetnie finiszując – swojego konkurenta wyprzedził dosłownie na ostatniej prostej!

I tacy dumni i zadowoleni, a niektórzy również bosko zmęczeni, oczekiwaliśmy na uroczyste wręczenie nagród. Na mecie spotkaliśmy jeszcze kolegę z zespołu Tridea – Arka, wraz z rodzinką. Serdecznie ich pozdrawiamy!

IMG_0339
Tridea na mecie! Kamil i Arek z córeczką

Kiedy wreszcie Kamil stanął na podium ręce trzęsły mi się masakrycznie, gula urosła w gardle, a oczy się spociły… cieszyłam się, że mogę tam być i dzielić z nim tę chwilę 🙂

IMG_0356
Kamil na podium

Po powrocie do Gdyni postanowiliśmy jeszcze udać się na basen, tym razem nietreningowo – po prostu żeby odpocząć 🙂 To był cudowny weekend! 🙂

Półmaratonowy wypad do Koszalina

Spędziliśmy z Moniką romantyczny weekend w Koszalinie 😉 Romantyzm wypadu polegał na tym, że w sobotni wieczór za oknami hotelu grały sobie (chyba) juwenalia Politechniki Koszalińskiej, jakieś takie piosenki o wymianie na nowszy model, czy coś 😉 A tak serio, to wypad do Koszalina był w celu sportowym. Konkretnie miałem tam pobiec półmaraton. Jak się okazało, to był pierwszy półmaraton w tym mieście, zorganizowany z okazji 750-lecia Koszalina.

Start wypadł w maksymalnym pod względem obciążenia tygodniu mezocyklu. To oznaczało, że startowałem trochę zmęczony, po całkiem sporym wysiłku treningowym w tym tygodniu. Tak, wiem, to brzmi jak wymówki słabego biegu, pewnie poniekąd tak jest. Wymówek jest zresztą więcej. Pogoda była słabo biegowa. Słońce ostro świeciło, wiał ciepły wiatr, który nie dosyć, że nie chłodził, to najczęściej wiał prosto w twarz na podbiegach. Wymówki, wymówki… 😉 Ogólnie, to marzyłem sobie, że uda się dobiec z czasem poniżej 1 godziny i 25 minut.

Mając na uwadze, że ten start był mocno treningowy, odpuściłem bawienie się w załatwianie mojego standardowego śniadania w hotelu. Zdecydowałem się zjeść to co dadzą i już. No i pochłonąłem parę kanapek z żółtym serem i dżemem, bo jakoś tak nabrałem ochoty na tą kombinację, jak zobaczyłem co jest dostępne w śniadaniowym bufecie. Po śniadaniu spakowaliśmy wszystko do auta, przeparkowaliśmy je bliżej startu/mety biegu i poszliśmy na start. Nastrój był, hm, leniwy, ale ekscytacja przedstartowa była 😉

Stres przedstartowy ;)
Stres przedstartowy 😉

Już po obejrzeniu profilu trasy wiedziałem, że życiówki nie zrobię. Na trasę składały się dobieg (1,1 km) i potem 4 pętle po 5 kilometrów. Niby dużo tych podbiegów nie było, niby nie były jakieś duże, ale i tak potrafiły zmęczyć. Mapkę, wraz z profilem, można obejrzeć poniżej.

Trasa Półmaratonu Koszalin
Trasa Półmaratonu Koszalin

Trenerka zaordynowała 10 minut truchtu jako rozgrzewkę, więc pozyskałem buziaka (zdjęcie poniżej ;)) i poleciałem truchtać. Tempo truchtu nie powalało i nie wróżyło najlepiej. No było gorąco, no! W sumie to obawiałem się, że ten wypad do Koszalina ostatecznie nie będzie miał zbytniego sensu, bo wyniku i tak nie zrobię.

Buziak przedstartowy
Buziak przedstartowy

O godzinie 10 miał miejsce start honorowy, po czym potruchtaliśmy (półmaratończycy) na miejsce startu ostrego. Tu przydałoby się wspomnieć, że na tej samej trasie miały miejsce na raz dwa biegi. Półmaraton oraz Bieg Wenedów (na koszulkach przerobiony na Bieg Wendetów) na dystansie 10 kilometrów. Pierwszy, o 10:05 startował bieg na 10 kilometrów, 3 minuty później, w innym miejscu (1,1 km za miejscem startu dziesiątki). To niestety oznaczało, że w trakcie biegnięcia trzeba było wyprzedzać wolniejszych biegaczy z krótszego dystansu.

Pomny tego, jaka jest pogoda, oraz mając z tyłu głowy profil trasy, zdecydowałem pierwszą pętlę pobiec zachowawczo. Decyzja fajna, szkoda, że słabo szła realizacja 😛 O ile pierwszy kilometr poszedł w miarę z planem (4’04”), to kolejny już był zbyt mocny (3’50”). Na szczęście zauważyłem co się dzieje i trochę zwolniłem. Pierwszy podbieg pobiegłem swobodnie, pilnując tylko kadencji. Perspektywa, że pobiegnę tamtędy jeszcze 3 razy nie wywoływała entuzjazmu 😉 Drugi podbieg, który prowadził do mety, był krótszy i po dosyć długim zbiegu, więc był zdecydowanie łatwiejszy. Po zaliczeniu pierwszej pętli miałem już pewność, że 1 godzina i 25 minut pozostaną w sferze marzeń. Teraz już tylko chciałem zmieścić się w półtorej godziny.

Najważniejszą rzeczy stało się pilnowanie kadencji. Wiedziałem, że jeśli ona będzie dobra, to przebiegnę w zmodyfikowanym czasie. Na samym starcie popełniłem, nie po raz pierwszy zresztą, błąd polegający na ustawieniu się zbyt daleko od początku stawki. Spowodowało to tyle, że od samego początku musiałem wyprzedzać wolniejszych i nie mogłem się podpiąć pod jakąś grupkę biegnącą tempem zbliżonym do mojego. Gdybym to rozegrał inaczej, to pewnie bym się podholował na lepszy czas. A tak, to ciągle wyprzedzałem, bo w międzyczasie dogoniliśmy biegnących dychę. Starałem się po prostu biec swoje, ale konieczność ciągłej zmiany toru biegu nie służyła trzymaniu równego tempa.

Pod koniec drugiego kółka, po zbiegu przed podbiegiem do mety, zaczęło mnie boleć prawe kolano. Monika zauważyła moją zbolałą minę i się zaniepokoiła. Mimo bólu mogłem biec, więc biegłem. Na trzeciej pętli wiedziałem już, że zgrzało mi czaszkę i będzie bolało 😉 Skupiałem się ciągle na kadencji, oddech mi się wyrównał. Miałem też wrażenie, że i tętno się ustabilizowało. Cały czas wyprzedzałem, ale nie miałem pojęcia, które miejsce zajmuję. Dogoniłem i wyprzedziłem dwóch zawodników, który na pewno był przede mną. Cały czas liczyłem, że zmieszczę się w pierwszej dwudziestce!

Na ostatniej pętli ilość ludzi mocno się zmniejszyła, więc zacząłem się orientować, że niedaleko jest dwóch zawodników, których mogę jeszcze dogonić. Jednego z nich, jak się potem okazało, z niższej kategorii wiekowej (18-29) przegoniłem na tym dłuższym/cięższym podbiegu. W zasięgu wzroku był i drugi zawodnik. Pod koniec podbiegu byłem już tuż za nim. Jak się zrobiło płasko, to postanowiłem podciągnąć i wyprzedzić. Udało się! Niestety, na zbiegu, gdy ja się rozluźniałem, kolega przyspieszył i mnie wyprzedził. Na moje szczęście, za chwilę był krótki podbieg, więc znowu przyspieszyłem i to ja ponownie byłem z przodu. W tej konfiguracji dobiegliśmy do ostatniego zbiegu przed metą i ponownie zostałem wyprzedzony. W głowie powiedziałem sobie, że trudno, odpuszczam przecież jedno miejsce różnicy mi nie zrobi… Ale na podbiegu znowu okazałem się szybszy. Moje nogi powiedziały, że będzie mocny finisz. Gdy zrównałem się z nim po raz kolejny, rzuciłem (niby od niechcenia) „ale szybciej to już nie biegniemy, co?”, po czym resztką sił wyrwałem do przodu. Na odcinku jakichś 300 metrów wypracowałem 8 sekund przewagi! Na mecie podziękowałem koledze za walkę. Bieg ukończyłem z czasem netto 1 godzina 27 minut 26 sekund i 40 setnych. Potem jeszcze kilometr truchtu na schłodzenie…

Po schłodzeniu
Po schłodzeniu

Podeszła do mnie Monika, dziwnie uśmiechnięta od ucha do ucha. Zastanawiałem się, o co chodzi. Powiedziała mi, że jestem na siódmym miejscu. Ja zapytałem, czy w kategorii wiekowej. Okazało się, że nie, że w klasyfikacji generalnej! Po małym zamieszaniu wyszło na to, że jestem 5 w kategorii wiekowej, ale regulamin biegu stanowił, że pierwszych sześć osób nagradzanych jest za miejsca w open, a następni są awansowani o odpowiednią ilość miejsc w kategoriach wiekowych. I teraz clou: okazało się, że walczyliśmy o pierwsze miejsce w kategorii wiekowej! A byłem gotowy odpuścić… 😉

Tak czy owak, jest podium! Pierwsze miejsce w kategorii M30! Dalej nie mogę w to uwierzyć, jak wchodziłem na scenę, to prawie się rozpłakałem ze wzruszenia 😉 Teraz mogę powiedzieć, że na najwyższym stopniu podium wyglądam tak:

Jestem zwycięzcą! ;)
Jestem zwycięzcą! 😉

Jeszcze na koniec film z dekoracji, nagrany przez Monikę:

I tak właśnie wypad do Koszalina okazał się bardzo owocny 😀

Mysi rollercoaster

Drodzy Czytacze!

Nie wiem jak Wy, ale ja gdzieś tak od początku kwietnia doświadczam dramatycznego zagięcia czasoprzestrzeni i jestem w totalnym niedoczasie, czyt. w kosmicznej czarnej dupie! 🙂 I pomyśleć, że wiosna w końcu postanowiła zawitać, słońce dłużej świeci, zatem czasu powinno być więcej i na trening, i na wszystko co poza nim, a u mnie co? No dzieje się dużo, ale totalnie nie ogarniam. Mysi rollercoaster zapiernicza i tylko wióry lecą!

Owszem, treningi się dzieją, ale planu w 100% nie wykonuję, w domu – strach palcem po parapecie przejechać, kapcie kleją się do podłóg, ciuchy z brudownika same wychodzą, dziecko (no dobra, gimbuska na ostatnim zakręcie, to już w zasadzie młodzież, prawda?) porządnego obiadu dawno nie uświadczyło – chyba się powinnam zgłosić do Perfekcyjnej Pani Domu po pomoc! W pracy też tak jakoś się ciężko zebrać. Spać mi się chce i jestem jakaś taka wiecznie rozkojarzona. Jak nic jakiś Karny Jeżyk mi się należy. A na samą myśl, że za 3 tygodnie mój pierwszy triathlon ever (sic!), skręcają mi się ze strachu jelitka!

Pocieszam się, że trenuję w miarę uczciwie – exhibit A:

Mysi kwiecień w Garminowym kalendarzu

Pedałuję – exhibit B:

Mysie #selfieNaDowbora po 60 km na szosie

Biegam w cudnych okolicznościach przyrody (dowody poszlakowe – Mysi nie widać, ale okoliczności przyrody i owszem) – exhibit C:

Mysia polana – zbliżenie
Mysia polana w pełnej krasie
Mysi trakt

Co więcej – zakupiłam piankę (niestety wytop totalnie mi nie idzie, zaciesz tylko i wyłącznie z tego, że w ogóle się w tę piankę wbiłam) – exhibit D:

Mysie zimne nóżki w piance

Pływam coś tam nawet (przy wsparciu Trenerci i Specjalnego Pomocnika Trenera) – exhibit E:

Trening pływacki – Arka Gdynia (Trenercia z Juniorem, Robert, Kasia, ja)

Staram się również pamiętać o regeneracji i odpowiednim odżywianiu – mój Łysol kochany przyrządza nam zatem takie apetyczne różne przysmaki (nic dziwnego, że wytop średnio idzie) – exhibit F:

Kulinarne dzieło Kamila

Po drodze testuję się w zawodach i te testy wypadają w moim odczuciu raczej niepomyślnie, ale ponoć mam tendencję do czarnowidztwa. O tym nieszczęsnym duathlonie już pisałam, Bieg Urodzinowy w Gdyni (10km) udało mi się totalnie pokićkać (mimo szczerych chęci poprawienia życiówki) – nie piłam wystarczająco dużo przed samym biegiem, dupa nadal za ciężka, zaczęłam zbyt szybko i spuchłam po pierwszych 4 kilometrach… no żal.pl, udało mi się jedynie nie zepsuć Sztafety Maratońskiej, o której wczoraj pisał Kamil 🙂 Zatem… byle do czerwca i pierwszych startów tri, to może mi to czarnowidztwo przejdzie, bo najtrudniej sobie w głowie poukładać nieznane…

Pozdrowienia,

Mysz

 

No tośmy pobiegali…

Pierwszy raz w życiu brałem udział w sztafecie. Poszliśmy od razu grubo, bo sztafeta była maratońska. Wystartowaliśmy w czwórkę, Monika, Ola, Robert i ja. Kolejno, Robert biegł pierwszą zmianę (~16,5 km), Ola biegła drugą (~8 km), ja trzecią (~10,3 km) i Monika finiszowała (~7,4 km). Pobiegliśmy tak, że zajęliśmy trzecie miejsce w kategorii zespołów mieszanych i piąte w klasyfikacji open. Chyba nikt z nas się nie spodziewał takiego wyniku 😀 A warto podkreślić, że byliśmy pierwszym na mecie zespołem „parytetowym”, czyli takim, który w składzie miał dwie panie i dwóch panów. I zmieściliśmy się na pudle! 🙂

Sztafetę ukończyliśmy z zacnym czasem 3 godziny 2 minuty i 20 sekund! Czyli można rzec, jak w tytule, no tośmy pobiegali… 😉

Pierwszy raz w życiu stanąłem na podium, do tego niespodziewanie. I tak zupełnie się nie spodziewałem, że kiedykolwiek to nastąpi. Nie da się ukryć, że w tym przypadku to zasługa całego zespołu, który pobiegł bardzo, bardzo dobrze. Może trzeba częściej takie sztafety? Bo fajnie się na tym pudle stoi… 😉 I tylko bym wiatru trochę mniej poprosił, jeśli można.

Mały zrzut ekranu, który dostałem od mamy, z transmisji na żywo, pokazujący nas w trakcie rozdania nagród:

Dekoracja sztafet mieszanych
Dekoracja sztafet mieszanych

I jeszcze focie zrobione przez Maćka:

Dekoracja sztafet mieszanych 2
Dekoracja sztafet mieszanych 2

Sztafeta Tridea Team
Sztafeta Tridea Team

Bieg Europejski 2016 – relacja z gorącej Gdyni

Dzisiaj miał miejsce Bieg Europejski 2016 w Gdyni. Krótka relacja mówi tylko tyle, że udało mi się zbliżyć do swojej życiówki na 10 kilometrów. Dzisiejszy czas to 38’39”, a życiówka to 38’38”. Mając na względzie okoliczności tego biegu, uznaję go za udany.

Przy okazji tych okoliczności warto podkreślić, jak istotne jest zachowanie chłodnej głowy i dostosowanie się do panujących warunków. Właśnie tu położyłem ten bieg, za wszelką cenę chciałem sobie udowodnić, że potrafię pobiec pod Świętojańską w tempie 3’45″/km. I wyszło na to, że nie potrafię 😛 Ale po kolei, bieg miał być rozłożony na cztery etapy (2 km + 3 km + 3 km + 2 km). Pierwszy etap miał być po 4’/km, co w miarę się udało zrealizować. Drugi etap miał być w okolicach 3’50″/km i to akurat wyszło bardzo ładnie. Kolejny etap to już 3’45″/km, czyli taki lekki trzeci zakres. O ile szósty kilometr jakoś poszedł (3’48″/km), to siódmy kompletnie położyłem taktycznie. Na odcinku jednego kilometra jest podbieg o wysokości jakichś 15 metrów (Garmin Connect teraz mówi 17, ale ja tam mu nie wierzę ;)). I zamiast zacząć ten kilometr spokojnie, rozłożyć siły, pokonać go kadencją i odpowiednim (rozsądnym) tempem, to próbowałem z nim walczyć. Na siłę pocisnąć te 3’45”. Skończyło się na tym, że parę razy mało co nie zacząłem iść. Ostatecznie tempo spadło do 3’55″/km, a do tego na końcu podbiegu zrobiło mi się biało przed oczami. Skutek był taki, że na ósmym kilometrze nie dałem rady się rozpędzić, musiałem odpocząć i wyszło ledwie 3’52″/km, zamiast 3’45″/km. Jest to o tyle boleśniejsze, że większość ósmego kilometra to zbieg i tempo samo powinno wzrosnąć. Dziewiąty kilometr, z braku sił, był również w 3’52″/km, dopiero na ostatnim ciut (i tylko ciut) przyspieszyłem, do 3’49″/km. I tak dokulałem się do mety.

Co położyło wynik, oprócz mojej głupoty na Świętojańskiej? Brak odpowiedniego nawodnienia w poprzedzających dniach. Na starcie byłem po prostu wyschnięty na wiór. Zanim ruszyłem z domu już chciało mi się pić. Ale nie piłem, bo nie chciałem potem biec z dużą ilością płynów w brzuchu. Poza tym, nawadnianie w dniu startu niewiele by dało. Czyli drugi głupi błąd nowicjusza. A uważam się przecież za w miarę doświadczonego biegacza. Kolejnym problemem, już nie do końca zawinionym przeze mnie, był brak adaptacji do temperatury. Dzisiaj był pierwszy tak gorący dzień w tym roku. A przynajmniej pierwszy tak gorący dzień, w którym trenowałem/startowałem. Mój organizm potrzebuje około 2-3 tygodni, żeby się do wyższych temperatur przystosować. Tutaj nie było na to czasu.

Tak czy owak, jak na wstępie, uważam, że Bieg Europejski 2016 był udany. Może nie bardzo udany, ale udany. Z jednej strony, od dawna nie biegałem z tak wysokim tętnem (średnie 167 – jak na mnie, to Himalaje wysiłku), z drugiej, na końcówce biegu miałem walczyć o jak najwyższy HR max – udało się osiągnąć 176 BPM, czyli wartość niewidziana u mnie od dawna. Ta wysoka średnia mówi mi, że teoria o odwodnieniu jest prawdopodobna. Wnioski na przyszłość? Nie zaniedbywać nawodnienia. Szczególnie, że objętości treningowe rosną, podobnie jak temperatura. Przyda się też trochę pokory, bo zauważyłem, że w głowie mam zakodowane myślenie typu „10 km to nie dystans”. Takie lekcje są konieczne, żeby zgubić trochę pychy!

Jak pojawią się jakieś zdjęcia, na których mnie widać, to coś dodam 😉

Głębokość i pianka

Taki mały szybki wpis w temacie mojego największego problemu treningowego. 😉

Dzisiaj był ten dzień. Trafiłem na basen na Arce. Była i głębokość i pianka. I względny spokój, który objawiał się, w tym przypadku, bardzo umiarkowaną paniką. Popłynąłem, w piance, kraulem na głęboki koniec basenu, tam bez nerwowych ruchów złapałem się ściany. Potem kraulem wróciłem na płytką wodę. Następnie popłynąłem żabką „tam” i żabką wróciłem. Zdecydowałem się na chwilę testów na głębokiej stronie. Jak będzie szło utrzymywanie się na wodzie i takie tam. Dało radę. Gdy patrzyłem na dno zniknął paniczny strach, była już tylko niepewność i delikatna obawa. Podsumowując, pianka dała mi większe poczucie pewności na głębokości. Potem zdjąłem piankę i popływałem sobie kilka razy tam i z powrotem w samych kąpielówkach. Strach był większy, ale w ogóle popłynąłem, więc tragedii nie ma!

Oczywiście, to nie koniec pracy nad tym tematem. Będę musiał spędzić jeszcze mnóstwo czasu w wodzie. I w piance i w pławnych gaciach i w bez wspomagaczy. Im więcej czasu w wodzie, tym powinno być lepiej. Zarówno w głębokiej, jak i w płytkiej. Trenować, trenować, ćwiczyć, praktykować i trenować! Oswajać się ze sprzętem, oswajać się z brakiem sprzętu. Ogarnąć się na tyle, żeby odważyć się i zanurkować do dna na tych 3 metrach, jak i po prostu spróbować utrzymywać na wodzie (też na tych 3 metrach). Oprócz tego trzeba jeszcze popływać w piance, żeby się przyzwyczaić do ograniczeń ruchowych (wyciąganie ręki do przodu jest trochę trudniejsze), jak i wpływu na pozycję (nogi w górze, problem ze zbyt dużą rotacją). Wszystko tak długo, aż i głębokość i pianka nie będą stanowiły problemu. Szczególnie w kombinacji 😉

No i dochodzi do tego jeszcze ogólny trening pływacki. Po pierwsze kraul, gdzie technika kompletnie leży. Po drugie, miło by było nauczyć się pływać innymi stylami. Nawroty też by się przydały. I lepsza pozycja w wodzie. Czy to się w ogóle kiedyś skończy? 😉

Mam nadzieję, że kolejnym odcinkiem tej sagi będzie już relacja z pierwszych zawodów triathlonowych. Czego i sobie i Wam życzę, bo ileż można?! 😉 No może jeszcze skrobnę słowo, jak już w otwartym akwenie spróbuję popływać.

Walka z wodą – epizod kolejny

Walka z wodą trwa. Właściwie to nie z wodą, ale z samym sobą w wodzie. Wczoraj poszedłem na „nielegalny” basen, ale byłem tam nie po to, żeby „pykać długości”, tylko po to, żeby się znowu w wodzie pobawić, dalej z nią oswajać. I pobawiłem się trochę:

  • fikołki w miejscu,
  • fikołki w trakcie płynięcia (z kraula i z żabki),
  • siadanie na dnie (na 1,8 metra!),
  • kładzenie się na dnie twarzą w dół (na 1,8 metra, całe dwa razy ;)),
  • i różne takie zabawy… 😉

I teraz clou wczorajszego basenu: udało mi się rozluźnić na tyle, że byłem w stanie utrzymywać się na powierzchni. Ruchy rwane, chwilami (taaa…) chaotyczne, ale utrzymywałem się na powierzchni, w miejscu, bez żadnego dodatkowego sprzętu (pławnych gaci, czy pianki). Wielu osobom, szczególnie tym pływającym, może wydawać się to śmieszne. Ale jak na mnie – mega postęp! OK, dalej mam w sobie uczucie paniki, gdy tylko wchodzę do wody, ale chyba już ciut mniejsze. Chyba.

I tak właśnie walka z wodą trwa i trwać będzie. Znaczy z samym sobą. 😉 We wtorek będzie epizod kolejny, idę na Arkę! Wezmę piankę i zacznę od oswajania głębokiej wody w piance. Mimo, że do tej pory w wodzie byłem w niej tylko raz, to mam już takie uczucie, że zatonąć w niej będzie ciężko. Utopić się już mniej, aaaleee… nie przewiduję tak dramatycznego scenariusza 🙂

Wraca mi nadzieja, chociaż bardzo, bardzo powoli. Dalej nie wiem, jak zareaguję na piankę. I dalej będę chodził na oswajanie.

No i przydałoby się ogarnąć jeszcze jeden problem, czyli wlewanie się wody do nosa, gdy jestem w wodzie twarzą do góry. Za diabła nie mogę powstrzymać wody przed wlewaniem się! Nawet jak wydmuchuję powietrze, to i tak wystarczy milisekunda braku ciśnienia i po temacie. Nos pełen wody i od razu leje się do gardła. Wtedy panika, paniczne ruchy i wracamy do tematu topienia się… Na razie korzystam z noska, w trakcie zabaw w wodzie. Może ktoś ma jakieś pomysły na ćwiczenia, które mogą pomóc rozwiązać ten problem?

A z tematów bardziej merytorycznych, już niedługo wpis o pracy rąk w bieganiu!