Ten pierwszy raz…

Ten pierwszy raz… Zazwyczaj pamięta się go najdłużej. Wczoraj pierwszy raz startowałem w zawodach, gdzie było coś więcej niż bieganie. Duathlon w Przywidzu, bardzo fajnie zorganizowany przez 3athlete.pl. Starty były na dystansie krótkim (4,5 km bieg + 18 km rower + 2 km bieg) oraz długim (9 km bieg + 28 km + 4,5 km bieg). Monika startowała na dystansie krótkim, a ja startowałem na długim.

Przez kilka dni przed startem z niepokojem obserwowaliśmy prognozę pogody, która twierdziła, że będzie padało. Różne prognozy mówiły, że padać będzie w różnych godzinach, czyli kicha! Jednak w piątek na meteo.pl pokazała się prognoza, która, owszem, twierdziła, że będzie padało, z tym, że dopiero w okolicach godziny 17, czyli już po zawodach. Bomba! Teraz jeszcze tylko gorące modły, żeby to właśnie ta prognoza się sprawdziła 😉

O poranku, w dniu zawodów (sobota, 23.04.2016), zerwałem się przed budzikiem i popędziłem nastawić wodę na ryż, który od jakiegoś czasu stał się moim standardowym śniadaniem przed zawodami. Ryż z bananem, cynamonem i łyżką miodu. Przygotowałem dwie porcje, po czym podałem Monice śniadanie do łóżka 😉 Potem nastąpiło gorączkowe pakowanie, bo po co się spakować dzień wcześniej? Ostatecznie okazało się, że nawet udało się niczego nie zapomnieć. To już był poważny sukces 😉 Zapakowaliśmy siebie i kupę sprzętu do auta i w drogę.

Przed startem czułem kompletny luz. Nie miałem planu, nie miałem nawet pomysłu, jak robić te zawody. Tuż przed startem trenerka zadecydowała, że pierwszą część pobiec mam w okolicach 4’10″/km. No OK, tempo raczej do utrzymania, po czwartkowych interwałach wiedziałem, że zbytnio się nie zmęczę. Rower planowałem po prostu przejechać, bo nigdy wcześniej nie startowałem w żadnych zawodach rowerowych. Co więcej, wiedziałem po analizie profilu trasy oraz z informacji od organizatorów, że trasa do najłatwiejszych nie należy. Ostatni etap biegowy planowałem przebiec na luzie, bez walki o wynik.

W okolicach godziny 10:00 nastąpił start. Na początku biegłem wolno, żeby się nie spalić. Głównym założeniem było utrzymanie spokojnego oddechu przez pierwsze 2-3 km, a potem ewentualnie przyspieszenie, żeby średnie tempo wyszło zgodnie z tym, co przekazała trenerka. Pierwszy kilometr był praktycznie płaski, więc poszedł szybko (4’03″/km). Drugi (4’18″/km), trzeci (4’12″/km), czwarty (4’07″/km) i piąty (4’11″/km) były już bardziej pofałdowane. Na szóstym, płaskim nogi mnie ciut poniosły i na zegarku pojawiło 3’53”. Ostatnie 2,4 km (czyli mniej niż miało być oficjalnie) poszło w miarę równo. Wbiegłem do strefy zmian i pierwszy raz przebierałem się na czas. Czapka pod kask, kask, okulary, rękawiczki, bluza, a jeszcze buty. No dobra, teraz niech ten cholerny rower zejdzie z wieszaka! Udało się! W końcu wychodzę ze strefy zmian, siadam na rower i czas popedałować. T1 zajęło mi 2’37”. Wieczność. Do poprawy.

Odcinek rowerowy zaczynał się od długiego podjazdu. Na odcinku kilometra trzeba było podjechać około 50 metrów. Masakra. I ten odcinek trzeba było zaliczyć trzy razy! Za pierwszym razem pojechałem spokojnie. Za drugim, chciałem za mocno i się bardzo, bardzo zgrzałem. Pod koniec myślałem, że zaliczę wywrotkę, bo zrobiło mi się biało przed oczami. Na szczęście był to już koniec podjazdu. Za trzecim razem jechałem już spokojnie, żeby się znowu nie zgrzać. Odcinek rowerowy według zegarka miał 25,65 km. Pokonanie go zajęło mi 55 minut i 27 sekund.

T2 poszło szybciej, według zegarka 16,1 sekundy. Czas drugi odcinek biegowy. Zaczynam spokojnie, pilnuję tylko kadencji i oddechu. I biegnę swoje. Pierwszy kilometr w tempie 4’11″/km. Nie jest źle! Wyprzedziłem chyba kilka osób, kilka jeszcze przede mną. Drugi kilometr w 4’10”, trzymam tempo, biegnę luźno, kadencja jak trzeba. Trzeci kilometr ciut wolniej, 4’19”. Jeszcze ostatni kilometr (i kawałek) i meta. Pozostało ciut przycisnąć, bo w sumie płasko. Efekt? 3’57”! Ostatnie 600 metrów i meta.

Sumarycznie, według zegarka, wyszło 1:52:54 (jak pojawią się oficjalne wyniki, to zaktualizuję ten wpis). Poniżej dwóch godzin. I dobrze i nie do końca. Biegowo już wiem, że w razie triathlonu dam radę pobiec po rowerze. I myślę, że dałbym radę pobiec po tym rowerze półmaraton poniżej 1 godziny i 30 minut. Istotne będzie odżywianie na rowerze i w trakcie biegu. Ale rower? Tutaj potrzeba wyjeździć kilometry. Dużo kilometrów. Zrobić objętość, która da wytrzymałość, oraz trening siłowy, który pozwoli pojechać szybciej. Czyli odpowiedzią na problem z rowerem jest trenowanie.

W razie triathlonu… Jeżeli tylko uda mi się ogarnąć to pływanie… Wtedy może, MOŻE będzie kolejny „ten pierwszy raz”. Oby.

A tak wyglądałem na mecie (gdzie zapomniałem wyłączyć zegarka :-P). Za zdjęcie dziękuję Robertowi 🙂

Na mecie Duathlonu Przywidz
Na mecie Duathlonu Przywidz

AKTUALIZACJA:
Z oficjalnych wyników wychodzą następujące czasy:

  • Bieg – 34’43”
  • T1 – 2’11”
  • Rower – 55’46”
  • T2 – 1’05”
  • Bieg – 19’08”

Sumarycznie, cały duathlon zajął mi 1:52’53”, co dało mi 31 lokatę. Czasy T1 i T2 słabiutkie, trzeba pomyśleć jak to poprawić, bo co najmniej minutę trzeba z tego urwać. No i ten rower…

Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *