Wizziulki w wersji galowej, czyli warto pomagać :)

Wizziulki Gala TRIViva Najpiękniejsi 2016

Czołem Czytacze!

Właśnie dotarły do nas gadżety od MKONa – oczywiście wszyscy wiedzą o kim mowa i po co te gadżety, a jak nie wiedzą, to odsyłam do źródła:

Gadżety MKONa

Jako szyja tego związku zarządziłam, że jutro odziani w te oto stroje galowe będziemy kibicować dzielnym Paniom biorącym udział w jutrzejszym Biegu Kobiet w Gdyni. Kolor bluz pasuje idealnie do idei biegu 🙂

Powodzenia dziewczyny!

PS. Kamil tak się przejął, że z tej okazji właśnie depiluje nogi…

Rower, pianka, rymowanka ;)

Dokładnie tak! To taki post z d*py, bo i takie się przecież mogą zdarzyć, prawda? 🙂 Szykuję się właśnie mentalnie do dzisiejszego samotnego wyjeżdżenia rowerowego i z nerwów bierze mnie głupawka. Zaczęła mi się tak zwana „sraczka myślowa”. W głowie gdzieś tam pojawiła się myśl, że udało mi się zamówić wreszcie piankę – skoro pierwszy start 5 czerwca, to już by wypadało, prawda? W międzyczasie dotarło do mojej mózgownicy, że mam piankę tej samej firmy, co lekko przyciasne ostatnio tri spodenki, w które właśnie pakuję się na rower. I taka myśl-łącznik w związku z tym się przypałętała – tą pianką, spodenkami i moją zimową oponką, że wymyśliłam hasło (mocno pseudoreklamowe) dla firmy, która owe cuda wyprodukowała. Wątpię czy przytulą, ale się podzielę.

Wariant dla Mysiowatych – czyt. puchnących, zamiast wytapiających:

Wciągnij huuba na schaba! lub Oblecz swego schaba w huuba!

I wariant dla chudzinek (pozdrowienia dla Anety :)):

Wciągnij schaba, później huuba!

I jeszcze się z Wami podzielę fotką motywacyjną, którą zrobiłam w pracy. Ktoś fajnie wymyślił, żeby rozpropagować wśród korpoczłowieków chodzenie schodami zamiast korzystania z windy i mamy teraz fajosko pooklejane schody:

Bardzo mnie się to podoba…

IMG_0143

No i oczywiście dokładnie na wysokości mojego 10. piętra umieścili to (PRZYPADEK?! WĄTPIĘ):

IMG_0148

No… to się może powinnam ogarniać przed tym rowerem…

Pozdro,

Mysz

Placuszki potreningowe

IMG_0151

Kamil kazał mi opublikować przepis – ja tam wolałabym pozostać przy smażeniu i wcinaniu, ale jak mężczyzna mówi publikuj, to cóż mogę innego zrobić? 🙂

Taka się leniwa do tego zrobiłam po jedzeniu, że nawet mi się nie chciało tabelki w WordPressie produkować, tylko walnęłam screenshota z Excela – żenada, wiem, ale tak sobie dałam w kość wczorajszym treningiem i doprawiłam dzisiejszym, że nic tylko paść na pysk i chrapać.

W każdym razie po treningu zjeść coś trzeba i po szybkim przeglądzie lodówki padło na placuszki, z angielska zwane pancakesami, a po mojemu to takie po prostu placki-pankracki na winie, czyli co się nawinie do placków.

Jak się okazało, nawinęło się nawet całkiem szczęśliwie, gdyż praaaawie wstrzeliliśmy się w złotą proporcję posiłku potreningowego, a mianowicie 4 (węglowodany) : 1 (białko)

Wybaczcie mi proszę, bo ja to wszystko robię na oko, więc całkiem możliwe, że proporcje w tabelce nie do końca trafione – jeśli ciasto okaże się za gęste, można dolać trochę mleka, wody lub jogurtu naturalnego. Jeśli zbyt rzadkie – dosypać mąki.

No to jedziemy – wspomniana wcześniej tabelka (jak to kliknieta, to się otworzy duża tabelka w nowej stronie – to dla tych gorzej widzących):

Placuszki potreningowe
Placuszki potreningowe

Przepis prosty jak konstrukcja cepa:

Banany rozgnieść widelcem, jajka rozbić i roztrzepać (można tym samym widelcem – opcja dla leniwych), wymieszać w misce pierwszych 6 składników (czyli bez jabłek prażonych i jogurtu – sosu), oczywiście tym samym widelcem 🙂 Ja sobie pokomplikowałam sprawę i rozłożyłam to do dwóch miseczek, żeby błonnik gryczany dodać tylko do jednej i usmażyć placuszki ciemne i jasne. Żeby to było takie fikuśne i w ogóle. Błonnik gryczany u nas zastępuje z powodzeniem kakao, na które źle reaguje Kamil, ale można go pominąć (błonnik, nie Kamila ;)), lub użyć kakao właśnie czy karobu 🙂 Mąkę miałam orkiszową (luksusowe dobro i sofistikejtyd takie), ale można użyć równie dobrze pszennej razowej czy tam innej, która się akurat nawinie.

Na rozgrzaną suchą patelnię (żeby było fit), nakładamy ciasto w ilości 1-2 łyżek na placuszek. Smażymy na średnim ogniu aż na wierzchu pojawią się bąbelki powietrza – to znak, że placuszek możemy przełożyć na drugą stronę i smażyć jeszcze chwilę 🙂

Na talerz nakładamy stosik placuszków i polewamy jogurtem naturalnym (jeśli komuś jeszcze za mało białka może ten jogurt zmieszać z odżywką białkową, a co – my nie bronimy), na to ciapniemy sobie prażone jabłko albo świeże owoce.

Porcji nikomu wyliczać nie będziemy – zależnie od potrzeb. Nam się udało wykroić z tego 5 porcji po 3 spore placki. Jedna taka porcja to jak łatwo wyliczyć około 200 kcal. Kamil pochłonął prawie 2 takie 🙂

Smacznego!

PS. Ha! Na zdjęciu ewidentnie widać, że „sosu” nie żałowałam, ale to tylko więcej białka… 🙂

PS2. Błonnik gryczany kupiłam jakiś czas temu w Rossmannie, przy okazji uzupełniania zapasów amarantusa. Można kupić gryczany lub gryczano-kakaowy, który zawiera 75% łuski gryczanej, 15% kakao i 15% dzikiej róży. Tu link do gryczanegotu do gryczano-kakaowego, całkiem smaczne.

Mysz Miejska w duathlonie

Kamil opisał już wrażenia ze swojego pierwszego razu… w duathlonie 😉 I słusznie! Ma się chłopak czym pochwalić, bo jak na debiut spisał się wyśmienicie! Szczerze? Totalnie nie rozumiem dlaczego on na ten rower narzeka, bo tempo miał bardzo przyzwoite jak na tę trasę. Strefa zmian, to co innego, taaak! W strefie zmian faktycznie przyślimaczył 🙂 Założenie kasku to mu jeszcze jakoś poszło, ale powiem Wam, że przy reszcie ciuchów to czasu natraciiiiił, o matko jedyna! Ja wtedy jeszcze robiłam za kibica (dystans krótki miał się rozpocząć po zamknięciu dystansu długiego – limit 3h), widząc te jego zmagania już prawie włosy z głowy rwałam i w myślach tylko popędzałam – „Szybciej, żesz kurczę pieczone! Motyla noga, stracisz nadwyżkę z biegania! Szybciej tę kurtkę!”.

Noooo… taka mądra byłam oczywiście tylko do momentu, gdy sama do tej strefy zmian wpadłam i zaczęłam rękawiczki przekładać z ręki do ręki – zamiast zwyczajnie na łapy wcisnąć – najwidoczniej na pierwszym bieganiu zapasy glikogenu mi z mózgu wyżarło. Mówię Wam, koszmar ta strefa zmian! Doświadczeni to rach-ciach wszystko ubrane i już w pełnym rynsztunku popylają z tym rowerem na bosaka albo w tych butach z blokami. Przyznam szczerze, że ja to ledwo ogarnęłam ten zielony dywan, bo na obcasach to zdarzało mi się biegać, nawet niekoniecznie w pełni sił witalnych i władz umysłowych (czyt. na lekkim rauszu), ale jednak – ja pierdzielę – ten obcas to zwykle był pod piętą! No nic to, trzeba będzie to faktycznie wszystko ćwiczyć w domu na sucho – i ten dywan iście celebrycki, i te przymiarki jak w sieciówce przed studniówką, no nie ma zmiłuj!

Co ja miałam tam tegez, bo znowu się zakałapućkałam w dygresję?!… Otóż… no Kamil ma się czym pochwalić, a ja… ja się zmieściłam w limicie 🙂 Bieganie poszło mi przyzwoicie i to chyba tyle dobrego. Rower to niestety około 18 km mojej duathlonowej porażki 🙁 49 (!!!) minut bezmyślnej walki z pedałem przy ewidentnym niedotlenieniu mózgu lub tym wcześniej sugerowanym niedoborze glikogenu w rzeczonym organie. To co ja tam nawyczyniałam, a raczej czego nie zrobiłam, to przechodzi ludzkie pojęcie! Kadencja jak u rozładowanego króliczka Energizera, oddech jakby mi kto respirator odłączył, pysk czerwony, wzrok obłędny…

Dowód rzeczowy A:

Mysz na rowerze
Mysz na rowerze

Jak to w punkt określiła moja siostra – nie wyglądam tu na przesadnie szczęśliwą. I ma niestety rację, bo było ciężko. I to dosłownie 🙁 Ciążą mi dodatkowe kilogramy, które zdążyłam nabyć zimą i w ostatnich tygodniach – ten rower tak mnie stresuje, że pochłaniam wszystko co leży w zasięgu moich rąk niczym świetnie działający odkurzacz.

Najwyższy czas zmienić oponę na letnią… dowód rzeczowy B:

Mysz z dodatkową zimową oponą
Mysz z dodatkową zimową oponą

Oczywiście dodatkowa oponka to nie jest jedyny powód tego słabego roweru. Bardzo liczyłam, że startowa spina wymusi u mnie pełną mobilizację, taką jak widziałam u Kamila czy innych kolegów z zespołu Tridea, biorących udział w zawodach. Miałam cichą nadzieję, że nogi już się przyzwyczaiły do kadencji w okolicach 90 rpm, że właśnie taką utrzymam. Mój Ninja popiskiwał, że coś jest nie tegez z tym kręceniem, a ja go nie posłuchałam 🙁 Jestem naprawdę zła na siebie o ten start, bo bezlitośnie obnażył wszelkie moje braki – tego się nie da nadrobić samą głową, tu trzeba po prostu umieć! A żeby umieć, to swoje trzeba wyjeździć – nie ma zmiłuj!

Nic to jednak! Jakem Mysz, nie poddam się i będę dalej walczyć na trenażerze i na szosie, żeby móc wystartować w tym roku w Poznaniu i nie walnąć DNFa.

3mta kciuki i stej tjund!

PS1. Bardzo dziękuję wszystkim znajomym za słowa otuchy, Trenercię przepraszam, że jej marudziłam, że ją serce trenerskie przeze mnie bolało, co złego to nie Mysz…

PS2. A propos Trenerci… Ola pozamiatała na tych zawodach na dystansie długim i równo skroiła wiele zgrabnych kolarskich tyłeczków 😉 Oto moja Trenercia na rowerze, full profeska, co nie?

Trenercia
Trenercia na rumaku
Trenercia na celebryckim dywanie
Trenercia na celebryckim dywanie

PS3. No i jeszcze muszę tutaj wstawić fotkę mojego Kamila, bo jestem z niego dumna przeogromnie!

Kamil na dywanie
Kamil na dywanie

Mysi występ popisowy:

Kolejny pierwszy raz – epizod drugi – nowa nadzieja!

Dzisiaj opiszę swój kolejny pierwszy raz. Ostatnio ich sporo 😉 Znowu będzie o pływaniu. W sumie to sam mam dosyć tego tematu, najchętniej bym o nim zapomniał. Problem tylko w tym, że jeżeli nie ogarnę pływania, to nie ma mowy o jakimkolwiek starcie tri. I wtedy, w moim przypadku, zostanie tylko lozofia.pl, co – musicie przyznać – nie wygląda najlepiej…

Nieszczęsne jest to moje pływanie. Boję się wody i nie boję się tego przyznać. Po to w sumie bawię się w sporty rozmaite (aktualnie trzy, dacie wiarę? ;)), żeby odnajdować i przełamywać swoje własne ograniczenia. I przy okazji dobrze się przy tym bawić. Strachów mam wiele, będę się je starał, z czasem, oswajać po kolei. Na razie na tapecie jest ten obecnie najistotniejszy.

Większość ludzi, gdy słyszą o moim problemie, mówią mi: spróbuj popływać w piance, daje wyporność, poczujesz się pewniej, w piance to się w ogóle nie można utopić!

No dobra, tylko ja mam do tego topienia się talent! Już dwoje trenerów powiedziało mi, że nie widzieli żeby ktoś tak skutecznie się spinał w wodzie jak ja. Niezależnie od tego, czy mam nogi zmęczone, czy nie, są twarde jak głaz. To wszystko wynika z paniki, którą odczuwam za każdym razem, gdy jestem w wodzie.

Ale, ale, kolejny pierwszy raz. Dzisiaj przetestowałem nabytą w tripower.pl piankę. To był trzeci raz jak założyłem piankę, ale pierwszy raz w okolicach wody. Przed wejściem do basenu nerwy drżały jak dzikie. Właściwie, to cały się trząsłem. Z jednej strony ze strachu, że będzie do kitu i przy okazji się utopię. Z drugiej, w nadziei, że jednak będzie dobrze i może jednak będzie szansa na to pływanie w głębszych zbiornikach wodnych. Większość artykułów i wpisów na forach, opisujących co się czuje, gdy pływa się w dobrze dobranej piance, zaczyna od tego, że jest ciasno. I ta ciasnota przekłada się na trudności w oddychaniu i poruszaniu się. I faktycznie, było ciasno i z oddychaniem było delikatnie trudniej. Na szczęście trafiłem na artykuł na swimsmooth.com, gdzie załączony jest filmik pokazujący, jak prawidłowo nałożyć i ponaciągać na sobie piankę, żeby jak najmniej krępowała ruchy. I faktycznie, mimo że zakładałem piankę sam, to udało mi się ponaciągać ją tak, żeby mi jakoś znacząco nie przeszkadzała.

Rzeczona pianka wygląda tak:

Pianka Huub Aerious II 3:5
Pianka Huub Aerious II 3:5

Mam zdjęcie, jak jestem w niej, ale nie wygląda to korzystnie, więc się tutaj nie pojawi 😛

Wybiła 7:00, więc przyszedł czas na wejście do wody. Gdy wszedłem do basenu to pierwsza myśl była: kurde, to mnie zaraz wypchnie w całości na powierzchnię… Zaraz potem refleksja: ej, to znaczy, że to faktycznie daje większą wyporność! No dobra, czas zobaczyć, jak się zachowuje ciało ubrane w neoprenowe wdzianko. Na początek (bo stres) zwykłe odbicie od ściany i leżenie na wodzie. Jest spoko, nogi strasznie uciekają do góry. W sumie dobrze. No to odbicie w drugą stronę i test „stabilności” – kilka ruchów do kraula. Luzik! Czas zrobić pierwszą setkę 😉 Odbicie od ściany i… jakoś tak szybko idzie. Na bank szybciej, niż bez pianki. Faktycznie, ludzie mówili i pisali, że taki będzie efekt. Luźna pierwsza setka i czas 1:55/100m. Ponad 20s szybciej niż bez pianki, miło 🙂

Czas sprawdzić kwestię najistotniejszą, czy ja w tym mimo wszystko nie będę tonął? Bo niby wypycha, niby super, ale na głębokim może być inaczej. No to siup, płynę na głębokie. Dopłynąłem i jak zwykle dosyć rozpaczliwie złapałem się ściany. Potestujmy tą wyporność. Odpycham się lekko od ściany, w pozycji pionowej, po czym próbuję zatonąć z płucami pełnymi powietrza. Nie idzie! Bez pianki mogę iść pod wodę jak chcę, teraz nie! Bomba! Kolejny test, to wypuszczenie powietrza i próba pójścia pod wodę. Częściowo się udaje, wystaje mi czoło i czubek głowy. Ale nie idę na dno, choćby nie wiem co! Mam problem z dotknięciem dna, a tu ledwie 180 cm głębokości 🙂

Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy, to: muszę iść w tym na Arkę! Z dwóch względów. Po pierwsze, tam jest 3,2 metra po głębokiej stronie. Po drugie, woda jest tam chłodniejsza. To o tyle ważne, że w Kosakowie po kilkunastu długościach w piance i odrobinie ruchu w trakcie zabaw, zacząłem się gotować. Nie zgrzałem się, ale dosłownie ugotowałem. Przy okazji, jak się robiło zbyt gorąco, to korzystałem ze sztuczki opisywanej przez kilka osób, czyli odchylałem lekko kołnierz i wpuszczałem trochę chłodniejszej wody. Ponoć działa to również w drugą stronę, czyli gdy jest szczególnie zimno, to wpuszczamy zimną wodę, którą ogrzewa nasze ciało i potem jest nam cieplej – jak dobrze pójdzie, to przetestuję to kiedyś w wodach otwartych 🙂 Oprócz zgrzania pojawił się jeszcze jeden problem, otarcia. Mam na szyi pieprzyki, które będę musiał zaklejać plastrami, inaczej pianka zrobi z nich jesień średniowiecza. Poza tymi kwestiami, na razie brak innych wad!

Ciekawe, czy uda mi się w tym tygodniu znaleźć chwilę, żeby na Arkę skoczyć… Oczekujcie wpisu „Kolejny pierwszy raz – epizod trzeci” 😉

Ten pierwszy raz…

Ten pierwszy raz… Zazwyczaj pamięta się go najdłużej. Wczoraj pierwszy raz startowałem w zawodach, gdzie było coś więcej niż bieganie. Duathlon w Przywidzu, bardzo fajnie zorganizowany przez 3athlete.pl. Starty były na dystansie krótkim (4,5 km bieg + 18 km rower + 2 km bieg) oraz długim (9 km bieg + 28 km + 4,5 km bieg). Monika startowała na dystansie krótkim, a ja startowałem na długim.

Przez kilka dni przed startem z niepokojem obserwowaliśmy prognozę pogody, która twierdziła, że będzie padało. Różne prognozy mówiły, że padać będzie w różnych godzinach, czyli kicha! Jednak w piątek na meteo.pl pokazała się prognoza, która, owszem, twierdziła, że będzie padało, z tym, że dopiero w okolicach godziny 17, czyli już po zawodach. Bomba! Teraz jeszcze tylko gorące modły, żeby to właśnie ta prognoza się sprawdziła 😉

O poranku, w dniu zawodów (sobota, 23.04.2016), zerwałem się przed budzikiem i popędziłem nastawić wodę na ryż, który od jakiegoś czasu stał się moim standardowym śniadaniem przed zawodami. Ryż z bananem, cynamonem i łyżką miodu. Przygotowałem dwie porcje, po czym podałem Monice śniadanie do łóżka 😉 Potem nastąpiło gorączkowe pakowanie, bo po co się spakować dzień wcześniej? Ostatecznie okazało się, że nawet udało się niczego nie zapomnieć. To już był poważny sukces 😉 Zapakowaliśmy siebie i kupę sprzętu do auta i w drogę.

Przed startem czułem kompletny luz. Nie miałem planu, nie miałem nawet pomysłu, jak robić te zawody. Tuż przed startem trenerka zadecydowała, że pierwszą część pobiec mam w okolicach 4’10″/km. No OK, tempo raczej do utrzymania, po czwartkowych interwałach wiedziałem, że zbytnio się nie zmęczę. Rower planowałem po prostu przejechać, bo nigdy wcześniej nie startowałem w żadnych zawodach rowerowych. Co więcej, wiedziałem po analizie profilu trasy oraz z informacji od organizatorów, że trasa do najłatwiejszych nie należy. Ostatni etap biegowy planowałem przebiec na luzie, bez walki o wynik.

W okolicach godziny 10:00 nastąpił start. Na początku biegłem wolno, żeby się nie spalić. Głównym założeniem było utrzymanie spokojnego oddechu przez pierwsze 2-3 km, a potem ewentualnie przyspieszenie, żeby średnie tempo wyszło zgodnie z tym, co przekazała trenerka. Pierwszy kilometr był praktycznie płaski, więc poszedł szybko (4’03″/km). Drugi (4’18″/km), trzeci (4’12″/km), czwarty (4’07″/km) i piąty (4’11″/km) były już bardziej pofałdowane. Na szóstym, płaskim nogi mnie ciut poniosły i na zegarku pojawiło 3’53”. Ostatnie 2,4 km (czyli mniej niż miało być oficjalnie) poszło w miarę równo. Wbiegłem do strefy zmian i pierwszy raz przebierałem się na czas. Czapka pod kask, kask, okulary, rękawiczki, bluza, a jeszcze buty. No dobra, teraz niech ten cholerny rower zejdzie z wieszaka! Udało się! W końcu wychodzę ze strefy zmian, siadam na rower i czas popedałować. T1 zajęło mi 2’37”. Wieczność. Do poprawy.

Odcinek rowerowy zaczynał się od długiego podjazdu. Na odcinku kilometra trzeba było podjechać około 50 metrów. Masakra. I ten odcinek trzeba było zaliczyć trzy razy! Za pierwszym razem pojechałem spokojnie. Za drugim, chciałem za mocno i się bardzo, bardzo zgrzałem. Pod koniec myślałem, że zaliczę wywrotkę, bo zrobiło mi się biało przed oczami. Na szczęście był to już koniec podjazdu. Za trzecim razem jechałem już spokojnie, żeby się znowu nie zgrzać. Odcinek rowerowy według zegarka miał 25,65 km. Pokonanie go zajęło mi 55 minut i 27 sekund.

T2 poszło szybciej, według zegarka 16,1 sekundy. Czas drugi odcinek biegowy. Zaczynam spokojnie, pilnuję tylko kadencji i oddechu. I biegnę swoje. Pierwszy kilometr w tempie 4’11″/km. Nie jest źle! Wyprzedziłem chyba kilka osób, kilka jeszcze przede mną. Drugi kilometr w 4’10”, trzymam tempo, biegnę luźno, kadencja jak trzeba. Trzeci kilometr ciut wolniej, 4’19”. Jeszcze ostatni kilometr (i kawałek) i meta. Pozostało ciut przycisnąć, bo w sumie płasko. Efekt? 3’57”! Ostatnie 600 metrów i meta.

Sumarycznie, według zegarka, wyszło 1:52:54 (jak pojawią się oficjalne wyniki, to zaktualizuję ten wpis). Poniżej dwóch godzin. I dobrze i nie do końca. Biegowo już wiem, że w razie triathlonu dam radę pobiec po rowerze. I myślę, że dałbym radę pobiec po tym rowerze półmaraton poniżej 1 godziny i 30 minut. Istotne będzie odżywianie na rowerze i w trakcie biegu. Ale rower? Tutaj potrzeba wyjeździć kilometry. Dużo kilometrów. Zrobić objętość, która da wytrzymałość, oraz trening siłowy, który pozwoli pojechać szybciej. Czyli odpowiedzią na problem z rowerem jest trenowanie.

W razie triathlonu… Jeżeli tylko uda mi się ogarnąć to pływanie… Wtedy może, MOŻE będzie kolejny „ten pierwszy raz”. Oby.

A tak wyglądałem na mecie (gdzie zapomniałem wyłączyć zegarka :-P). Za zdjęcie dziękuję Robertowi 🙂

Na mecie Duathlonu Przywidz
Na mecie Duathlonu Przywidz

AKTUALIZACJA:
Z oficjalnych wyników wychodzą następujące czasy:

  • Bieg – 34’43”
  • T1 – 2’11”
  • Rower – 55’46”
  • T2 – 1’05”
  • Bieg – 19’08”

Sumarycznie, cały duathlon zajął mi 1:52’53”, co dało mi 31 lokatę. Czasy T1 i T2 słabiutkie, trzeba pomyśleć jak to poprawić, bo co najmniej minutę trzeba z tego urwać. No i ten rower…

Nie cierpię… :)

Oto Myś po odbyciu kilku treningów szosowych:

322225237-GrouchySmurf_t620

Tak, Myś Maruda w pełnej krasie! Może powinnam sobie zmienić imię, w końcu też na M i inicjały zostanę te same? 🙂

Zdaję sobie sprawę, że takie stwierdzenie wymykające się spod moich palców wygląda co najmniej absurdalnie – ledwo zaczęłam jeździć, wcześniej też nie byłam jakimś rowerowym wymiataczem ekwilibrystą (umiałam otrzeć gila z nosa, całkiem jak teraz), a już narzekam!

Na rowerze dojeżdżałam okazjonalnie do pracy i niestety jeszcze rzadziej jeździłam na krótkie wycieczki rowerowe. W takich sytuacjach nie irytowały mnie tak bardzo wąskie i ostre zakręty, przewężenia, konieczność omijania wiat autobusowych czy innych występków i wyrostków albo przejeżdżanie co i rusz z jednej strony jezdni na drugą. Kiedy jednak usiłuję zrobić trening rowerowy wszelkie takie „drobne niedogodności” zaczynają wkurzać. Ciekawa jestem czy osoby projektujące ścieżki rowerowe w Polsce w ogóle poruszają się rowerem? Ja po przejechaniu się taką ścieżką raptem 3 razy mam jej serdecznie dość, zatem szczerze wątpię 🙂

Jest jeszcze jedna taka drobniuteńka sprawa… kultura osób korzystających z tych ścieżek też pozostawia w moim odczuciu troszkę do życzenia. Mam świadomość, że miejskie ścieżki rowerowe mają głównie przeznaczenie rekreacyjne, że są często współdzielone z pieszymi i obowiązuje na nich znaczne ograniczenie prędkości – jednak to nadal nie deptak w kurorcie 🙂 Ba! Nawet pieszych na chodniku (czy rzeczonym deptaku w kurorcie), obowiązują przepisy o ruchu drogowym – o zdrowym rozsądku i szczątkowym myśleniu nie wspominając. Jako pieszy / biegacz / rowerzysta / pasażer samochodu mam niestety takie obserwacje, że nawet owce prowadzone na wypas zachowują większy porządek i są bardziej przewidywalne na drodze, niż spora część homo sapiens, bo tak serio-serio i naprawdę szczerze, nie ogarniam takich sytuacji:

  • Rodzice z trójką małych dzieci na rowerkach – dzieciaki puszczone 400 metrów przed rodzicami, jadą od lewej do prawej – jak się uda, na dokładkę w towarzystwie ślicznego, rosłego szczeniaka, spuszczonego ze smyczy i bardzo chętnego do zabawy…
  • Para na rowerze jadąca KONIECZNIE obok siebie, z prędkością nie przekraczającą 12 km/h – prawie wężykiem, bo to przecież rekreacja-konwersacja… i nie będzie ich jakiś debil w obcisłych galotach (!!!) pouczał,  że nawet rekreacyjnie, to się jednak jeździ jeden za drugim prawą stroną…
  • j/w tylko w konfiguracji mama z dorastającym synem – świetny przykład wychowawczy swoją drogą…
  • Tato, który MUSI iść tą ścieżką rowerową obok całkiem samodzielnie poruszającej się na rowerze córki – bo przecież, gdyby zrobił całe trzy kroki w bok i szedł chodnikiem, to by nie zdążył podtrzymać przy upadku, a może na tę odległość nie da się już konwersować?
  • Dwie rolkarki, które rozstawiły na środku ścieżki rowerowej słupki do slalomu, i z ogromną radochą klapią pupskami na tę ścieżkę… ja wiem, że ścieżek dla rolkarzy to już w ogóle na lekarstwo, ale czy w takim celu nie można pójść na jakiś plac, pusty parking, boisko lub skate park? Nawet jakaś ślepa uliczka byłaby lepsza…
  • ROZMOWA KONTROLOWANA. Na transport nie czeka się pod wiatą autobusową, tylko konwersuje się przez komórkę koniecznie na ścieżce przebiegającej za tą wiatą, bo przecież w środku, to ktoś jednak może podsłuchać!
  • Siatki z Lidla też łatwiej targać idąc po czerwonym. Szary chodnik metr obok nie prowadzi tak dobrze do celu.

I tak by niestety można mnożyć, a ja to jednak jestem Myś Maruda – lepiej już skończę tę żółć wylewać i zacznę się mĘtalnie przygotowywać do jutrzejszego duathlonu…

3mta kciuki, bo to sytuacja win-win! Jak ujadę – pewnie przestanę narzekać. Jak nie ogarnę – nie będzie już komu narzekać 🙂

Anatomia strachu – głęboka woda

Głęboka woda i mój strach. Jak to rozłożyć, jaka jest anatomia strachu? Jak wytłumaczyć komuś, co czuję, gdy mam pływać w głębokiej wodzie? Jak racjonalnie uzasadnić, że na płytkiej części potrafię pływać, a na głębokiej mnie paraliżuje? Jak pokazać, że świadoma część mózgu wie, że da się radę popłynąć, a podświadoma spina mięśnie, włącza tryb paniki i powoduje pójście na dno? Jak można umożliwić komuś zrozumienie mojego strachu, skoro nigdy czegoś takiego nie czuł? I jak wytłumaczyć, że ciągle jeszcze nie potrafię się przełamać, że świadomość przegrywa ze zwierzęcym strachem?

Anatomia strachu. No jak rozłożyć cały ten strach na czynniki pierwsze? Logiczna strona mózgu wie, że potrafię się dostać na drugą stronę basenu, bez problemu. Na płytszym basenie potrafię przepłynąć ciągiem kilka kilometrów. Ale jednocześnie ta logiczna część mózgu wie, że nie potrafię się na tej wodzie utrzymać w miejscu. A nie potrafię się na niej utrzymać, bo się spinam. Spinam się na tyle mocno, że idę na dno. Wszystkie ruchy stają się paniczne, gwałtowne. Nawet, gdy głębokość jest relatywnie niewielka, na przykład 1.8 metra. Czyli woda ledwie mnie zakrywa. Wystarczy opaść na dno i się od niego odbić, żeby być znowu na powierzchni. A jednak nici z rozluźnienia.

Ten strach, w kontekście nadchodzących startów, przeraża mnie podwójnie. No bo starty wybrane, opłacone i co? Jak niby mam wleźć do tej wody i przepłynąć odcinek pływacki? Bo rower i bieganie to zrobię. Ale pływanie? Do tego jeszcze w pralce? Jak ja sobie nie radzę w basenie? Żeby było tak łatwo zdroworozsądkowo samemu siebie przekonać, że przecież można. Logicznie mam to w sumie rozłożone na czynniki pierwsze, ale… anatomia strachu, dobre sobie! Wiem czego się boję! Boję się siebie w wodzie. Nie wody, nie głębokiej wody, a właśnie samego siebie w wodzie. Bo to ja sam sobie mogę w tej wodzie zrobić krzywdę. Wodzie jest kompletnie obojętne, co w niej wyczyniam i nie stanowi zagrożenia. To ja, ja jestem tym zagrożeniem. Bo nie mam kontroli, tu leży problem. Nie potrafię się utrzymać na miejscu w wodzie. To trzeba ogarnąć!

Szukam więc sposobu na samego siebie. Z jednej strony od trzech tygodni biorę dodatkowe lekcje, które skupiają się na tym, żebym przestał panikować w wodzie, z drugiej wiem, że to za mało. I trener od uspokajania też to powiedział. Zasugerował (znaczy, powiedział wprost, ale tak ładniej brzmi), żebym chodził sobie na płytki basen i po prostu bawił się w wodzie. Oswajał z nią. Nauczył, że sama w sobie nie jest zagrożeniem, że jestem w stanie to ogarnąć. Ale nie mam wtedy pływać dodatkowych długości, bo to nie ma być trening pływacki. Mam uczyć się, przez zabawę, jak moje ciało zachowuje się w wodzie. Robić fikołki, nurkować, siadać i kłaść się na dnie, kłaść się na wodzie, obracać wzdłuż długiej osi. Mam robić wszystko, żeby poczuć się swobodnie. No i muszę się nauczyć, jak blokować nos, żeby mi się nie wlewała woda. Mam ten problem (kolejny!), że nie potrafię zablokować nosa jak jestem pod wodą twarzą do góry. Nawet jak kucnę na dnie i podniosę głowę, żeby spojrzeć w stronę powierzchni, to od razu mam zalane zatoki i gardło…

Oprócz tego (sugestia Oli) zanabyliśmy dla mnie piankę pływacką (w tripower.pl, u Maćka Żywka – polecam!). Trzeba będzie potestować, może doda mi pływalności i tak jak moje pławne gacie, pozwoli mi się przełamać? Czas pokaże. Żeby coś się zmieniło, coś się musi zmienić. Dlatego nie wolno spocząć na laurach. Kto chce, szuka rozwiązania, kto nie chce, szuka wymówki. Jak widać, ja szukam rozwiązania. Chociaż, nie ukrywam, jestem sfrustrowany i zdemotywowany przez te problemy. I to się przekłada na pozostałe treningi. Całe szczęście, mam wielkie wsparcie Moniki… Ona nie pozwoli mi odpuścić!

Ale, żeby nie było tak zupełnie czarnowidząco – wczoraj na basenie udało mi się zrobić coś, czego sam bym się po sobie nie spodziewał. Najpierw Sławek namówił mnie na robienie fikołków na płytkiej części basenu (z zatyczką na nosie). Do przodu jakoś szło, ale on wymyślił fikołki do tyłu! Pierwszych kilka prób było, hm, dzikich i nieudanych. Ale w końcu wyszło! A potem… Płynąłem kraulem (dalej z zatyczką na nosie), robiłem 2 cykle rąk, po czym robiłem fikołka (do przodu) i płynąłem dalej. OK, synchronizacji w tym było niewiele, paniki dużo. Jednak zrobiłem coś nowego, przełamałem się! I płynąłem wtedy w kierunku głębokiej wody (no dobra, 1.8 metra to nie jest jakaś bardzo głęboka woda)!

A wypadałoby jeszcze nad techniką popracować, bo w pływaniu regres i prędkości coraz niższe.

Trzymajcie za mnie kciuki, bo problem jest poważny… Ale liczę na to, że za jakiś czas (najlepiej krótki!) sam będę zdziwiony, że miałem ten problem…

Choroba – powrót po chorobie

Choroba. Nienawidzę chorować. Nie tylko ze względu na straty, jakie choroba poczyniła w moim organizmie (o czym za chwilę). Nienawidzę chorować ze względu na to, że nie mogę sam ze sobą wytrzymać. Robię się marudny, wszystko mnie drażni, ciężko mi się myśli. Najbardziej drażnię w sumie sam siebie, bo (znowu) nienawidzę, gdy jestem marudny. I mam wrażenie, że jestem tylko ciężarem dla wszystkich wokoło.

Choroba. Niby trwała tylko tydzień, ale zniszczenia poczyniła konkretne. Pierwsze nieśmiałe próby jazdy na trenażerze były słabiutkie. Za pierwszym razem wytrzymałem 40 minut. Za drugim już tylko 30. Tempo słabe, tętno bardzo wysokie. Tragedia. A po każdym rowerze, zgodnie z zaleceniem Trenerki, robiłem siłę. Core stability to była masakra, każdego dnia. Brzuszki i grzbiety jeszcze jakoś szły. Ale byłem ogólnie obolały po nich. A leżałem tylko tydzień!

W sobotę, w ramach lekkiego powrotu do treningu, wybrałem się z Moniką na zakładkę. Na rowerze jeszcze jakoś dawałem radę, ale na biegu miałem już dosyć. Skończyły mi się siły. Mimo, że było to tylko 8 kilometrów. Na rowerze tętno szalało, na biegu, na szczęście, już nie. Wczoraj znowu był rower, 2 godziny na siodle. Boli tyłek, ale tętno się trochę poprawiło. Co ciekawe, i Monika i ja, mieliśmy niższe tętno na rowerze niż w sobotę. A jechaliśmy szybciej i do tego wiał mocniejszy wiatr. U Moniki to pewnie odpuścił trochę stres, ale u mnie? Może to taki lekki sygnał, że nie jest aż tak źle po tej chorobie? Czas pokaże…

Ten tydzień będzie lekki, żeby w miarę spokojnie powrócić do reżimu treningowego. Z jednej strony, jest to dla mnie źródło frustracji. Mikroplan wygląda tak… pusto. Wygląda tak, jak bym był w trakcie roztrenowania. Jeden trening dziennie, tylko jeden. To ciekawe, że się tak szybko przyzwyczaiłem do większych obciążeń i teraz mi bez nich dziwnie. Zobaczymy, jak będzie szedł ten tydzień, ale mam wrażenie, że szybko będzie mi za mało. Przynajmniej w głowie. A czy ciało da radę? Myślę, że da. Lepiej lub gorzej, ale da. Szczególnie, że w głowie siedzi, że chcę trenować. Ba, w głowie siedzi, że potrzebuję trenować! Jak będzie dobrze szło, to może uda mi się wynegocjować z Trenerką zakładkę w weekend? Chociaż malutką… 😉

Uprzejmie donoszę…

Ja tak tylko na momencik, bo pragnę donieść, że przeżyłam wczorajszy dwugodzinny trening szosowy 🙂 Nie odwodniłam się – Kamil zamontował mi na powrót aerobidon, więc mogłam się napić bez uszczerbku na zdrowiu (oczy również całe i na miejscu). I nawet udało mi się samodzielnie nos wytrzeć kilka razy lewą górną kończyną! 🙂 Co więcej dzięki temu wyszłam na kulturalną cyklistkę, gdyż kolarz jadący z naprzeciwka uznał to za pozdrowienie i odmachał (i to było bardzo sympatyczne, bardzo!) 🙂 Co prawda prawa ręka nadal nie chce się pożegnać z kierownicą, ale może do sezonu się nauczy. Trening najgorzej zniosły oczywiście moje 4 litery, ale te też się muszą przyzwyczaić, trudno!

Ociupinkę uspokojona – Mysz