Gdy emocje już opadną…

Dużo „cholerstwa” w poprzednim poście. Przespałam się z tematem i dzisiaj już trochę bardziej optymistyczne nastawienie. Tym bardziej, że przeczytałam trochę zwierzeń na sieci i nie jestem jedyną, która się za pierwszym razem wyglebiła aż miło 😉

Trenercia moja też mnie mailowo pocieszyła, że tak średnio 7 do 10 gleb na początku i za szybko się poddałam – widocznie ze względu na wiek jestem bardziej tchórzliwa, gdybym zaczynała 10 – 15 lat temu też bym pewnie miała fantazję ułańską i mniej zahamowań 🙂

W każdym razie Kamil ogarnął już zamówienie nowej kierownicy (ten to szybki jest i troskliwy) – poczekamy, pożyjemy, zobaczymy… bójcie się wszyscy parkujący pod marketami w Trójmieście! Jeszcze nie wiem który wybiorę do nauki, zatem wszyscy się bójcie – i Ci kupujący w Lidlu, i ci w Biedronce, i Ci w Tesco…

Pokrzepiona Mysz

PS. Szukam czegoś na kształt kombinezonu Michelin na rower…

Pierwsze koty… pospadały pod płoty…

Mój pierwszy trening rowerowy na dworze oficjalnie mogę uznać za kaszanę roku. Gdyby któremuś z sąsiadów przyszło do głowy nagrać mnie podczas pierwszych prób ogarnięcia pedałów SPD na parkingu pod blokiem, to już dziś wieczorem królowałabym na youtube. Oczywiście w filmikach typu ‚FailArmy’, żeby nie było. Zdążyłam zaliczyć taką ładną glebę na kolanko i teraz relaksuję się na łóżku z kolankiem wysmarowanym Altacetem 🙁

Po tym pierwszym upadku głupio mi już było przed sąsiadami i Kamil zaproponował, że przespacerujemy się do ścieżki rowerowej i tam mogę sobie poćwiczyć. Wyobraźcie sobie taką parkę odstawioną na sportowo jak dwóch stróży w Boże Ciało, z rowerami tri targanymi ponad kilometr do ścieżki rowerowej. Minęło nas co najmniej 10 rowerzystów w tym czasie. Sporo kierowców też pewnie miało ubaw, tym bardziej widząc moją minę straceńca i zgarbione plecy. Szłam równie chętnie jak na naukę jazdy autem (do tej pory nie mam prawka, bo się po prostu boję jeździć jak cholera). Jednak szłam dalej, bo w końcu jak się teraz nie nauczę, to kiedy? I na dodatek wiem, że jazda na rowerze na dworze jest pierdyliard miliardów razy przyjemniejsza niż ten cholerny trenażer – po prostu to mój pierwszy rower tego typu i z tym cholernym SPD.

Na ścieżce rowerowej też musieliśmy stanowić malowniczy widok, bo Kamil próbował mi pomóc ogarnąć to ruszanie z miejsca i wpinanie się w drugi pedał. Obrał metodę stosowaną powszechnie do nauki jazdy na dwóch kółkach… jednak co innego, gdy tatuś biegnie podtrzymując rower kilkulatka, a co innego gdy facet w butach z wpiętymi blokami biegnie asekurując 35 letnią babę na rowerze tri.

Jak już mi święty i przecierpliwy K. przetłumaczył, że nie muszę panicznie i na siłę szukać drugą nogą wpięcia, tylko mogę chwilę popedałować zwyczajnie opierając stopę o pedał, i jak już to cholerne ruszanie zaczęło mi jakoś tam iść… ujechałam kawałek i zauważyłam, że w sumie to nie panuję nad tym cholernym rowerem, bo kierownica jest tak nisko, że zbyt ciężko się na niej opieram i mi non stop ucieka z boku na bok. Kamil orzekł, że to najwidoczniej dla mnie zbyt agresywna pozycja i że spróbujemy wymienić kierownicę.

Załamana wróciłam piechotą do domu, pokornie wpięłam rower w trenżer i przepedałowałam grzecznie półtorej godziny zazdroszcząc Kamilowi trenigu na dworze. Wiosenne słońce mogłam podziwiać jedynie przez okno 🙁

Mysia z żelaza

Zastanawialiście się kiedyś skąd zawody IRONMAN wzięły swoją nazwę? Dopóki sama nie zaczęłam trenować, Ironman kojarzył mi się głównie z bohaterem komiksów 🙂 Uwielbiam MARVEL heroes– w dzieciństwie oglądałam wszelkie dostępne kreskówki, a na stare lata doczekałam się również amerykańskich produkcji filmowych – przystojny, inteligentny, cyniczny i dowcipny Tony Stark w wersji RDJ bardzo przypadł mi do gustu… 🙂 Coś mi się jednak wydaje, że komandor John Collins wygłaszając sławetne „Whoever finishes first, we’ll call the Ironman.” nie myślał o Tonym Starku 🙂

Za Cambridge Dictionary:

iron man – a ​person of great physical strength and the ability to continue doing something difficult for a long time

czyli, że ironman to taki człek, co może ciężko i długo. Tylko dlaczego akurat żelazo? 🙂 Nadmiar żelaza w organizmie może szkodzić, na co świetnym przykładem jest choćby wspomniany wcześniej Tony Stark. Superbohater żyje dzięki magnetycznej płytce utrzymującej odłamki szrapnela z daleka od jego serca (z góry przepraszam fanów, to wielki skrót myś(l)owy :)). Jednak w przypadku trenujących triathlon częstszym problemem jest niedobór tego pierwiastka we krwi, szczególnie wśród kobiet… Z czego to wynika?

Wiele triatlonistek i duatlonistek nadmiernie ogranicza ilość spożywanych pokarmów. Zawodniczki często przyjmują nawet mniej niż 2000 kalorii dziennie, gdy tymczasem ich zapotrzebowanie może sięgać 3000. Takie ograniczenie pożywienia może przekładać się na zmniejszoną podaż składników odżywczych. Na przykład, skoro wiemy, że standardowa dieta amerykańska zakłada spożywanie średnio około pięciu miligramów żelaza na każde 1000 kalorii, możemy wnioskować, że większość triatlonistek i duatlonistek spożywa około 10 miligramów żelaza dziennie. A tymczasem potrzebne jest im około 15 miligramów dziennie.

Co gorsza, diety wegetariańskie – preferowane przez wiele zawodniczek – są jeszcze uboższe w przyswajalne żelazo niż diety mięsne. Poziom żelaza w organizmie obniżają dodatkowo treningi i miesiączki. W tych warunkach wystąpienie niedoboru żelaza lub anemii jest bardzo prawdopodobne. Dr Owen Anderson, wydawca „Running Research News”, szacuje, że niedobór żelaza występuje u 30 procent kobiet czynnie uprawiających sport. Problem skutkuje szybkim męczeniem się i słabą wytrzymałością. Z jednego z badań przeprowadzanych wśród uczennic szkół średnich wynikła nawet korelacja niskiego poziomu żelaza i wzrostu liczby kontuzji przy bieganiu.

Joe Friel „TRIATLON biblia treningu”

Zaczęłam biegać w kwietniu 2015, pierwsze badanie krwi zrobiłam dopiero na początku współpracy z moją trenerką Olą, tzn. we wrześniu 2015. Wówczas ferrytynę miałam na całkiem przyzwoitym poziomie, tj. 39,2 ng/ml, przy czym norma dla kobiet wynosi 10-200 ng/ml. Kolejne badanie w listopadzie wykazało spadek do 30,1 ng/ml, ale był to nadal dość przyzwoity wynik, więc nie martwiłyśmy się jakoś szczególnie. Kiedy teraz próbuję sobie przypomnieć, jak się to wszystko potoczyło, to.. już w styczniu czułam się ciut zmęczona, ale jakoś nie przyszło mi do głowy ponownie się przebadać. Myślałam, że to bieganie po śniegu mnie tak drenuje albo może przeziębienie i alergia. Niezła ironia losu, prawda? Marzy mi się zostanie kobietą z żelaza (w tym roku choć half), a się z niego wypstrykałam. Badanie z marca pokazało, że mam tej ferrytyny zaledwie 10,9 ng/ml. Nie jestem wegetarianką i nie ograniczam się przesadnie kalorycznie, w moim przypadku zatem problem stanowi raczej jakość spożywanego jedzenia, nie liczba kalorii. I co teraz? Ano, ratujemy mnie. Co to oznacza w praktyce? Zmiany w diecie i niestety… ograniczenia w treningu 🙁

Co z tym jedzeniem?

Żywność bogata w żelazo obejmuje czerwone mięso, podroby, drób (ciemne partie), ryby, warzywa strączkowe, produkty pełnoziarniste, warzywa o ciemnozielonych liściach, jajka, produkty wzbogacane i suszone owoce [lista poniżej]. Żelazo wchłania się skuteczniej, kiedy jest w formie żelazawej (tak jak w źródłach zwierzęcych). Absorpcja form żelazowych, czyli ze źródeł roślinnych, jest mniej skuteczna, poprawia się wszakże w obecności witaminy C bądź innych kwasów owocowych, korzystnie zatem łączyć produkty zawierające ten minerał z bogatymi w witaminę C owocami, warzywami lub sokiem.

Anita Bean „Żywienie w sporcie. Kompletny przewodnik”

Zawartość żelaza w wybranych produktach:

Wątroba cielęca  (100g) 12,2 mg
Otręby (płatki) Miseczka (50g) 10,0 mg
Suszone morele 5 (200g) 7,0 mg
Czerwona soczewica (gotowana) 4 łyżki (150-160g) 4,0 mg
Suszone śliwki 10 (110g) 3,0 mg
Fasola w sosie pomidorowym 1 mała puszka (200g) 2,9 mg
Ciecierzyca (gotowana) 4 łyżki (140g) 2,8 mg
Filet z chudej wołowiny (z grilla) Średni (100-120g) 2,4 mg
Chleb razowy 2 średnie kromki (80g) 2,0 mg
Bułka razowa 1 (50g) 1,8 mg
Orzechy nerkowca 30 (30g) 1,8 mg
Orzechy włoskie 12 połówek (40-50g) 1,2 mg
Jajka 1 sztuka (50g) 1,2 mg
Brokuły 2 różyczki (90g) 1,0 mg
Ciemne mięso drobiowe  2 plastry 0,8 mg

Wcinam zatem kaszankę, wątróbkę drobiową (wieprzowa ponoć lepsza, ale mam problem z zakupem w okolicznych sklepach). Zdecydowanie przyjemniej spożywa mi się jednak to żelazo w hamburgerach (ach ta Bura Koza w Baranoli, mniam, mniam), jaglance, pestkach dyni i… amarantuskach 🙂 Sama sobie wypiekam, bo te dostępne w sklepach są drogie i moim skromnym zdaniem mniej smaczne. Poza tym do swoich mogę dorzucić właśnie suszone morele, rodzynki czy błonnik gryczany i wtedy już w ogóle czad 🙂 Inspirowałam się przepisem z tej strony.

Mysie amarantuski

I tylko szkoda, że nie mogę tych ciasteczek popić moją ukochaną kawą z mlekiem czy herbatą.

Also, if you are taking iron supplementation, taking iron with vitamin C will enhance absorption; however, avoid taking iron supplements with calcium or milk, as these may interfere with the iron absorption.

USA Triathlon – „The Woman’s Guide To Triathlon”

Coffee and the tannins in tea (regular and decaffeinated) block the absorption of iron and zinc from foods, so drink these beverages between meals, not with them.

Suzanne Girard Eberle – „Endurance Sports Nutrition”

 

 

Ból tyłka ;)

Jak sugeruje tytuł wpisu, z lekka ocenzurowany, dzisiaj będzie o bólu. Bólu pewnej istotnej części ciała, szczególnie w kontekście roweru. Mój rower wyposażony jest w siodełko triathlonowe ISM Adamo Prologue. Generalnie siodełka tej firmy zbierają dobre opinie, w szczególności za to, że są wygodne i tytułowy tyłek nie boli. Chociaż, tak naprawdę, to nie tyłek boli – ale dla uproszczenia załóżmy, że jednak tak 😉

Od jakiegoś czasu coraz bardziej doskwierał mi ból po jeździe na rowerze. W tematach rowerowych jestem kompletnym lajkonikiem, więc starałem się słuchać, co mówią i radzą inni. Na samym początku była mowa, że trzeba się przyzwyczaić. Po trzech miesiącach było coraz gorzej. Czyli się raczej nie przyzwyczaję. Później mówiono mi, że jeśli mnie boli, to znaczy że pielucha za cienka. No to nabywałem spodenki z coraz grubszymi pieluchami. I bolało coraz bardziej. Do tego pojawiały się otarcia na udach. Czyli nie tędy droga! Inni mówili, że to może być złe ustawienie siodełka. No to kombinowałem. Zmieniałem wysokość – nie pomogło. Zmieniałem kąt nachylenia siodełka (ponoć widok mnie mierzącego kąt nachylenia siodełka bezcenny ;)) – nie pomogło. Zrobiłem ponowny fitting całego roweru, bo niby kąty ogólnie mogły być nie takie – nie pomogło. Rower ustawiłem sobie tak, że generalnie jest mi na nim wygodnie, ale na rzeczony ból to niestety nie pomogło.

W końcu, będąc raczej dociekliwą istotą, postanowiłem poczytać co i jak. Przeglądanie polskich for nie przyniosło żadnych konkretnych odkryć. Szczególnie, że większość porad dotyczyło rowerów i siodełek typowo szosowych. Pozycja na rowerze szosowym różni się znacząco od tej, na rowerze triathlonowym. Przez tą inną pozycję inaczej siedzi się na siodełku, siedzi się bardziej na nosie siodełka. Do tego moje siodełko ma krótszy nos, niż typowe siodełko szosowe oraz nos jest „rozdwojony”, przez co punkty podparcia są inne. Siedzi się na nim bardziej na kościach, niż na tkankach miękkich.

Skoro przeszukiwanie polskiej części internetu nie przyniosło rezultatów, to zacząłem szukać w języku obcym 😉 I szybko okazało się, że dla rowerów i siodełek triathlonowych teoria jest zupełnie inna! Wkładka ma być jak najcieńsza! No dobra, skoro ma być cienka, to potestujmy. Na początek przestałem używać spodenek z grubą wkładką żelową i założyłem stare spodenki sportowe z cieńszą, ale dosyć szeroką wkładką. Kurde, jest jakby lepiej! No dobra, ale na forach piszą, że najlepiej kupić spodenki z wkładką triathlonową, która jest węższa i jeszcze cieńsza. W związku z tym zacząłem poszukiwania takich spodenek. Znalazłem sporo dobrych opinii o spodenkach Huub Core (w tym jedną MKon’a, która mnie przekonała ;)) i postanowiłem je nabyć.

Spodenki mają cieniutką i wąziutką wkładkę. Jak na nią popatrzyłem, to stałem się sceptyczny. Mimo wszystko, skoro kupiłem, to trzeba potestować! Dzisiaj miał miejsce pierwszy test. I to nie byle jaki, bo trening był dosyć ciężki. 10 minut rozgrzewki, a potem 6 setów po 10 minut, z rosnącym czasem jazdy w drugim zakresie. Większość czasu w pozycji aero. Bardziej skupiłem się na treningu niż „odczuwaniu”, ale po piątym secie ze zdumieniem odkryłem, że prawie mnie nie boli! Na koniec treningu, czyli całe 10 minut później, było bardzo dobrze. Zazwyczaj po godzinie jazdy miałem dosyć, ze względu na ból. Dzisiaj tego nie było. Wygląda na to, że teoria się sprawdziła, czyli jak siodełko triathlonowe, to wkładka ma być wąska i cienka. Teraz trzeba tylko jeszcze zobaczyć, czy się przyzwyczaję i w ogóle przestanie boleć 😉

Na koniec jeszcze chciałem podzielić się pewną refleksją. Zazwyczaj staram się unikać reklamowania konkretnych miejsc, w których robię zakupy. Ale tym razem odejdę od tej polityki i pochwalę sklep internetowy tripower.pl 🙂 Często, jak robię zakupy, to dostaję jakieś gratisowe wkładki, katalogi, czasem pocztówkę z wizerunkiem właściciela 😉 A tym razem dostałem ręcznie wypisaną kartkę, której zdjęcie znajdziecie poniżej. Jako podejrzliwa bestia, specjalnie sprawdziłem, czy to nie jest wydruk, czy to aby na pewno jest ręcznie napisane. Jeżeli to wydruk, to bardzo dobrze zrobiony. 😉

Podziękowania od Macieja Żywka
Podziękowania od Macieja Żywka

Zrobiło mi się bardzo miło, to bardzo fajny akcent, który zachęcił mnie do kolejnych zakupów w tym sklepie (i to już za chwilę, spodenki dla Moniki i koszulka do kompletu dla mnie ;)). Zdaję sobie sprawę z tego, że zapewne każdy kupujący dostaje taką kartkę, ale mimo wszystko odbieram to indywidualnie. Jako wyraz życzliwości sprzedającego. I bardzo mi się to podoba 😀 Niniejszym pozdrawiam Macieja Żywka i jeszcze raz polecam zakupy w tripower.pl 😉 Jako zadowolony powracający klient nawet nie myślę o kombinowaniu z jakimikolwiek rabatami, z przyjemnością zapłacę pełną cenę 🙂 I jeszcze te pyszne „Jelly Beans”… Ech! 😀

Też się muszę pochwalić…

bo jak się nie pochwalę to pęknę!!! 😉 Wiem, że Kamil już pisał o swoim sukcesie w I. PZU Gdynia Półmaratonie, ale ja też muszę, ja też! Może jednak zacznę jakoś tak na okrągło, żeby się nie wypstrykać ze wszystkiego na starcie – wpis nie może mieć tylko 3. linii długości, to by przecież zakrawało na jaki tweet czy fejs, co nie?

Azaliż, albowiem, ekhem, ekhem… wstaliśmy w tę sobotę rano z nastrojem totalnie niesprzyjającym bieganiu, no bo nadal gil z nosa i w ogóle (to w ogóle to w następnym wpisie rozwinę). Kamil ledwo ślepka przetarł, wyturlał się z łóżka i zaczął naparzać garnkami w kuchni, żeby przygotować dla nas śniadanie mistrzów. Ryż biały gotowany, miód, banany i cynamon – wiadomo: węgiel, węgiel i jeszcze trochę węgla, dobrej jakości paliwa biegowego, dla mojego mysiego diesla (bez turbo). Ja w tym czasie nakryłam mysi łeb kołdrą i próbowałam jeszcze chwilę podrzemać – jak się okazało całkiem skutecznie, bo obudziło mnie dopiero zatroskane spojrzenie mego lubego, posłane znad parującej miski ryżu… śniadanie do łóżka!!! Jakby to powiedział Kung Fu Panda – AWSOME!

Skonsumowaliśmy ten ryż w milczeniu (przy ryżu ciężko elegancko konwersować, grozi popluciem), a potem to już niestety trzeba się było spakować do plecaczka, ubrać i spadać na autobus, bo jeszcze a nuż zamkną depozyty. Przed półmaratonem Trenercia nie zalecała jakiegoś wielkiego grzania, po prostu 5-6 minut biegania i troszkę baaaaardzo delikatnego rozciągania (dlaczego nie powinno się PORZĄDNIE rozciągać przed bieganiem to tu pewnie kiedyś Kamil napisze). I jakoś tak nagle trzeba się było ustawić w swojej strefie startowej. Kamila nie widziałam od rozgrzewki, bo on przeszedł na drugą stronę skweru (mocy), do tych naprawdę biegających, a nie tych takich bardziej joggerów, jak ja. Mogłam go tylko szukać tęsknym wzrokiem przez kratę oddzielającą startujących ze stref B od reszty świata i tych ze stref A – trochę się przez to poczułam na starcie jak w zoo, śmieszne to nawet było. Jeszcze coś tam próbowałam cyknąć moim szpiegowskim aparatem (padaka totalna, ale nie o tym…), oderwać myśli od tego mojego biegania, żeby się nie stresować bez sensu. Nie było mi jednak dane, bo nagle przed oczami wyrosły mi baloniki na 1:40′, a sporo za mną ustawili się pacemakerzy na 1:45′! Myślę sobie – ki grzyb?! Co ja, rybka Doris, wpisałam podczas rejestracji, że wylądowałam w takiej strefie?! Pijana byłam (bardzo mało prawdopodobne) ?! Palec mi się omsknął (bardziej prawdopodobne) ?! Zaczęłam wypytywać ludzi stojących obok mnie, na jaki czas ta strefa, żeby w razie czego przejść dalej, aż wreszcie mnie jakiś uprzejmy młody człowiek oświecił, że w zgłoszeniu był czas na dyszkę. Przeprowadziłam kilka skomplikowanych operacji matematycznych, co w stresie i pod presją czasu przychodzi mi z trudem. No tak, myślę sobie, jakby tę moją dyszkę przemnożyć razy dwa i ciut dodać, to może by i kto uwierzył, że dam radę w około 1:45′, aż mnie to rozbawiło i jakoś tak się rozluźniłam 🙂 Pomysł Trenerci był dla mnie tylko ociupinkę mniej niedorzeczny (około 1:52”) – ja i 5’20” przez całe 21km?! Dobry żart! 🙂 W głowie jakieś licho leniwe podpowiadało, że dobrze będzie nawet jeśli urwę tylko minutę z tego październikowego czasu, no maksymalnie 3… może uczepię się panów na 1:55”… i wtedy właśnie wystartowaliśmy…

Zaczęłam biec na luzie, bez wielkiej presji i bez ustawionego tempa w moim Ninja-Garminie. Ostatecznie uznałam, że w nosie mam wszelkie baloniki, nawet ich nie szukam i biegnę swoje. Wokół mnie co jakiś czas rozlegały się zegarkowe sygnały „zwolnij” (na tym etapie to jeszcze w tę stronę), a ja biegłam szczęśliwa i spokojna jak dzika świnka, że żadnego tempa sobie nie narzuciłam. Za jakiś czas zerknęłam na zegarek i zdziwiłam się dość mocno, że biegnę nawet poniżej tych 5’20” min/km. Myślę sobie, Mysza, poskrom fantazję, bo jak nic pękniesz za kilka kilometrów i Cię będą z trasy zbierać. Troszkę wyhamował mnie podbieg Aleją Zwycięstwa, ale okazał się mniej straszny do wykonania, niż to się wydawało kilka chwil wcześniej, gdy obserwowaliśmy pokonujących ten odcinek, szybszych biegaczy, sami zbiegając jak na skrzydłach drugą stroną ulicy. Ktoś całkiem błyskotliwie skomentował wówczas, że tak cudny zbieg ma swoją cenę 🙂 Przypuszczam, że wielu z nas pomyślało wtedy o czekającej nas jeszcze Świętojańskiej… Biegłam dalej równo, owszem oddychałam ciężko, ale to przecież całkiem normalne na zawodach, kiedy wychodzisz poza swoją strefę komfortu. Na rondzie przy Stryjskiej wypatrzyłam dużo szybszego (jak zwykle) Kamila i mogłam jeszcze krzyknąć do niego kilka słów pokrzepienia. Biegłam uśmiechnięta, miałam dość siły, żeby oklaskami dziękować kibicom za doping – swoją drogą z biegu na bieg Gdynianie kibicują coraz lepiej i w coraz większym gronie, co jest niesamowicie sympatyczne! Wiem, że tego typu imprezy mają również ogromne grono przeciwników, wkurzonych utrudnieniami w ruchu, ale staram się tego typu komentarzy nie czytać i się nie przejmować dodatkowo. Dla mnie takie zawody to celebracja aktywności i zdrowszego trybu życia i każda taka akcja niezmiernie mnie w związku z tym cieszy 🙂 I tak jakoś całkiem niepostrzeżenie udało mi się pokonać pierwszych dziesięć kilometrów. Tym razem nie towarzyszył mi Kamil i sama musiałam się zatroszczyć o odżywianie i nawadnianie. Napoczęłam swój żel, mimo, że jeszcze nie czułam głodu czy braku energii. Wiadomo jednak, że jeśli do takiej sytuacji dojdzie, to na dożywienie jest tak naprawdę za późno. Piłam też kilka łyków wody na każdym punkcie rozstawionym na trasie, poza tym ostatnim, na zbiegu aleją Piłsudskiego, bo jakoś tak szkoda mi już było wyhamowywać, a czułam, że to już tylko jakieś 3 km i że tyle wytrzymam. Zmęczenie w nogach poczułam po Świętojańskiej, ale wtedy już wiedziałam, że ukończę bieg choćbym się nawet miała do mety doczołgać lub doturlać 🙂 Na zegar na mecie patrzyłam z ogromnym niedowierzaniem, ale i szalenie szczęśliwa, że udało mi się zwojować aż tyle 🙂 Wkrótce dołączył do mnie Kamil i mogliśmy wzajemnie podziwiać swoje czasy netto – jego kosmiczne 1:22’35” i moje dużo skromniejsze, ale równie wiele dla mnie znaczące 1:50’45”. Nadal jestem w szoku, że udało mi się nawet poprawić przewidywania Trenerci i pobiec całość w tempie 5’14”. Z październikowego wyniku urwałam ponad 8 minut! Dla mnie totalny kosmos! Mam taką bardzo cichą nadzieję, że uda mi się takie tempo utrzymać w tegorocznym starcie A, czyli  1/2 IM w Poznaniu. Byłabym wniebowzięta! 🙂

Widzę, że nieźle się rozpisałam to może chociaż dorzucę jakie dowody zbrodni 🙂 Oto dowody padaki totalnej mojego ostatniego porąbanego pomysłu, czyt. kamerki szpiegowskiej – chciałam mieć coś bardzo małego na bieganie, bo osobiście nie przepadam za taszczeniem telefonu.

Oto Kamil przed półmaratonem:

Kamiluchno przed biegiem…

Ciężko w tym usrojstwie obczaić, co dokładnie uda Ci się sfotografować – jak widać Kamilowi ucięło to co dla biegacza najważniejsze, czyli stopy 🙂 No i rozwala mnie autodatowanie – ni cholery nie wiem jak to zmienić, ale zdjęcie zdecydowanie nie jest tak wiekowe 🙂 No i jak się później okazało, zamiast zdjęć udało mi się nagrać kilka filmików – cała ja 🙂

A tu moje kroki popełnione tego dnia przed biegiem (miałam jeszcze strzelić fotę po, żeby udowodnić, że drobię jak gejsza, ale oczywiście mi nie wyszło):

Mysie kroki (celowo w liczbie mnogiej…)

I na koniec jeszcze dowody pozyskane z innych źródeł, że w ogóle ten półmaraton pobiegliśmy:

 

Kamil…
I jeszcze raz Kamil…
I Mysz 🙂

Oscylacja pionowa w bieganiu

Czy zastanawiacie się czasami, w trakcie treningu lub zawodów, ile energii marnujecie na zbędne ruchy? Albo na kierowanie ruchu nie tam gdzie potrzeba? W tym wpisie chciałbym wziąć na warsztat, zgodnie z tytułem wpisu, oscylację pionową w bieganiu. O co w ogóle chodzi? Chodzi o ruch pionowy, który towarzyszy nam na każdym kroku biegowym 😉 Zwróćcie uwagę na to, o ile zmienia się odległość oczu od ziemi. Jesteście w stanie to oszacować sami? Pewnie będzie ciężko, mi było.

Oscylację można zmierzyć na kilka sposobów, dla mnie najpopularniejsze są obecnie dwa, t.j. wideoanaliza oraz pomiar przez zegarek treningowy. O ile wideoanaliza siłą rzeczy dokonywana jest „po fakcie” biegania, to zegarek wspierający pomiar oscylacji pionowej (ang. vertical oscillation) daje możliwość podglądania tego parametru na bieżąco.

Rozważając wpływ oscylacji pionowej na efektywność biegu trzeba mieć na względzie kilka elementów. Po pierwsze, siła (i energia) zużywana na ruch w pionie. Po drugie, wpływ na krok biegowy oraz obciążenia stawów i mięśni. Po trzecie, wpływ na czas styku z gruntem i przełożenie na kadencję. Siła zużywana na wywołanie ruchu w pionie mogła by zostać zaoszczędzona, gdyby ruch pionowy był mniejszy – to oczywiste. Być może na krótkich dystansach nie ma to większego znaczenia, ale na dystansach dłuższych (10 km i więcej) to już ma znaczenie. Zakładając, dla uproszczenia, że zużywamy 0,001% naszych zapasów energii na zbędny ruch w górę na każdym kroku, a długość kroku wynosi dokładnie 1 metr, to przy dystansie 100 metrów mamy 0,01% naszych zapasów energii. Przy dystansie 10 km to już 1% zapasów. Przy maratonie to już 4% energii. Przy dystansach ultra… strach liczyć 😉

Wpływ na krok biegowy oraz obciążenia stawów i mięśni to drugi aspekt, na który warto zwrócić uwagę. Jeżeli ruch idzie niepotrzebnie w górę, zamiast do przodu, to siłą rzeczy krok biegowy stanie się krótszy i mniej efektywny.
Do tego, spadając z większej wysokości zużyjemy więcej energii na amortyzację. Jeżeli jeszcze lądujecie na pięcie, to zwiększycie dodatkowo efekt hamowania na każdym kroku. Mnóstwo energii ucieka. Czas styku z gruntem i kadencja to trzeci element, który cierpi poprzez niepotrzebnie powiększoną oscylację pionową. Kiedy ruch skierowany jest do przodu, to możemy biec płynniej, z większą kadencją.

No dobrze, ponarzekałem sobie jaka ta pionowa oscylacja niedobra. Teraz czas na pokazanie, jak można coś z tym zrobić. Ja nad tym pracuję w taki sposób, że pilnuję trzech rzeczy:
1. sylwetka ma być „zgięta” (pochylona) „w kostkach”
2. ruch ma wychodzić z bioder
3. ruch ma być do przodu

Ciężko opisać słowami, co trzeba zrobić żeby poprawnie zrealizować powyższe trzy punkty, ale spróbuję 😉 Zgięcie w kostkach pewnie wiadomo jak zrobić. Najlepiej stanąć w luźnej pozycji i po prostu pochylić się do przodu w kostkach. Środek ciężkości ma być przesunięty do przodu, na przednią część stóp. Ma się pojawić uczucie, że jeśli przesunie się go trochę bardziej, to trzeba będzie zrobić krok, żeby nie upaść na twarz. 😉 Scott Jurek w swojej książce „Biegnij i jedz” opisał to jako ułatwianie sobie ruchu do przodu. Pochylenie powoduje, że nie trzeba wkładać zbyt wiele siły w inicjowanie ruchu do przodu. Wychodzenie z bioder – tu ruch ma być taki, jakby mieć pas zapięty dookoła bioder i ktoś by ciągnął linką wymuszając ruch. To chyba najlepszy sposób opisania tego. Trzeci element jest najtrudniejszy (dla mnie), bo to połączenie wyprostu nogi zakrocznej w kolanie z ruchem stopy dającym odbicie. Generalnie chodzi o to, żeby ruch był skierowany do przodu, a nie skosem do góry.

Jeśli się kiedyś nauczę rysować, to popełnię rysunki, które będą uzupełnieniem tego posta. Albo jakieś filmy nakręcę, jak będzie cieplej. A na razie – użyjcie wyobraźni 😉

Sukcesów kilka

Chwilę nie pisałem, poniekąd z braku czasu. To zawsze dobra wymówka 😉 W ostatnich dwóch tygodniach odniosłem dwa spektakularne sukcesy. Pierwszy z nich jest mało związany ze sportem, ale pokazuje co można uzyskać ciężką i mądrą pracą. Otóż, udało obronić mi się pracę magisterską i ukończyć studia z oceną celującą. 😀 Sukcesem jest zarówno ocena, jak i sam fakt, że ukończyłem te studia! I to studia, które nie należały do łatwych. Skutek jest taki, że poważnie zastanawiam się nad swoją przyszłością zawodową. Czas pokaże, jakie będą rezultaty tego zastanawiania 😉

Drugi sukces, bardziej niespodziewany, to dzisiejszy I PZU Gdynia Półmaraton. A konkretnie, czas w jakim go ukończyłem. Po Biegu Urodzinowym Gdyni zakładałem, że dam radę przebiec ten półmaraton ze średnim tempem w okolicach 4’00″/km. No, 3’59″/km, tak optymistycznie zakładając. Żeby zmieścić się ciutek poniżej 1 godziny i 25 minut. A tutaj niespodzianka. Ale po kolei. Przed biegiem zjadłem standardowe, ostatnimi czasy, śniadanie mające dać mi siłę na bieg. Pomysł podpatrzony w książce redaktora Łukasza Grassa „Trzy mądre małpy” (polecam lekturę, lub audiobooka czytanego przez p. Bartłomieja Topę – idealne do słuchania w trakcie biegania :)). Śniadanie składało się z białego ryżu wymieszanego z miodem i cynamonem oraz wkrojonym do tego bananem. Zjedzone 3 godziny przed startem daje naprawdę niezłego kopa energetycznego, a nie obciąża żołądka i nie daje uczucia ciężkości. Polecam przetestować! Samopoczucie przed biegiem było takie sobie. W głowie kołatały się myśli, że dzisiaj to nie bardzo czuję się na robienie rekordów. W sumie uczucie zbliżone do tego, które miałem przez maratonem, w którym złamałem 3 godziny. No, minus ból brzucha, którego tym razem na szczęście nie było. W okolice startu dotarliśmy około 9:15, udaliśmy się w kierunku depozytów narzekając co nieco na zimny wiatr, który skutecznie wydmuchiwał cały zapał do biegania. To w ogóle był dziwny start, bo nic mnie nie bolało, nie miałem żadnej kontuzji czy dolegliwości. Może poza katarem, którego coś nie mogę się pozbyć. Czyli fizycznie było super. Psychicznie ciut gorzej i nastawiłem się, że może być ciężko zrobić założony wynik. Co w sumie nie było takie złe, bo zeszła presja na wynik 😉

Punktualnie o 10:00 nastąpił start. Pierwsze metry wyrwałem, żeby spróbować się rozpędzić do tych upragnionych 3’59/km. Po chwili ze zdziwieniem zauważyłem, że biegnę 3’47″/km. Za szybko! Szczególnie, że pierwsze 6 kilometrów było w dużej mierze pod górę. Z tyłu głowy kołatała się myśl, żeby nie przegiąć. Że to jest półmaraton, a nie dycha, więc potrzeba jednak trochę więcej energii, żeby to przebiec i nie można od razu lecieć na całość. I tak sobie ostrożnie biegłem przez pierwsze 10 kilometrów. W międzyczasie, w okolicach 7 kilometra, podpiąłem się pod całkiem fajnie biegnącą grupę, w której biegł m.in. Maciek Lewandowski (pozdrowienia i gratulacje wyniku! ;)). Tak pokulaliśmy się do 12 kilometra, gdzie Maciek dał czadu i wyrwał do przodu. Miał moc w nogach! Ja biegłem swoim tempem, bojąc się drugiego podbiegu pod Świętojańską. Na szczęście, nie był tak straszny, jak miał być… Oba kilometry zrobiłem poniżej 4’00″/km! No a dalej to już w sumie z górki było, więc 19 kilometr był 3’46”. Czad! Ostatnie dwa kilometry wyszły równo po 3’54”. Na mecie zameldowałem się po 1 godzinie 22 minutach i 35 sekundach. Poprawiłem życiówkę, zrobioną zresztą w trakcie maratonu, o jakieś 6 minut! Szok, po prostu szok! Nie tego się spodziewałem. A potem zegarek wyświetlił informację, że również i życiówkę na 10 kilometrów poprawiłem. Według zegarka było to 38’38”, a według oficjalnego pomiaru czasu pierwsze 10 kilometrów przebiegłem w… 37’50”, czyli o minutę i 21 sekund szybciej niż w trakcie Biegu Urodzinowego! Mając na uwadze, że trasa półmaratonu miała atest PZLA pozwoliłem sobie założyć, że czas z oficjalnego pomiaru był prawidłowy 😉

Można powiedzieć, że jestem bardzo ukontentowany. Oba sukcesy cieszą, bo pokazują mi, że regularna praca nad jakimkolwiek tematem przynosi oczekiwane efekty. Albo nawet lepsze niż oczekiwane 🙂

Nasz pierwszy Parkrun

W ramach przygotowań do zbliżającego się wielkimi krokami półmaratonu Trenercia wysłała nas na Parkrun. W swej ogromnej przenikliwości poczyniła ona słuszne założenie, że pewne prędkości rozwijam jedynie podczas biegów zorganizowanych, bo z natury leniwa ze mnie bestyja i na dodatek nie lubię sobie zadawać bólu. Mysi ryjek boleśnie wykrzywił się w tej sekundzie, gdy tylko oko zarejestrowało tempo zadane przez Trenercię w mikro – mysie turbo miało zostać uruchomione na poziomie 5min/km (pierwsze 2 km), później zejść do 4’50”min/km (kolejny kilometr), a następnie do tak zwanego tempa „ile fabryka dała”. Mysia fabryka wiele jeszcze nie naprodukowała, a czwórka z przodu to dla mnie ogromny wyczyn, zatem popłoch ścisnął me mysie serce. Ból sprawiało mi nawet tworzenie Workout’u w Garminie, a co dopiero myśleć o jego realizacji. Pocieszał mnie jedynie fakt, że poniżej 5min/km muszę wytrzymać TYLKO przez 3 km. Powtarzałam to sobie jak mantrę ledwo otworzyłam w sobotę mysie ślepię.

Oczywiście totalnie inaczej przedstawiała się cała kwestia u Kamila – zacierał łapki ledwo dostał mikro – cieszył się, że wreszcie sobie „pohasa”. Jego taśma produkcyjna porusza się co najmniej minutę na kilometr szybciej i takie też było założenie (ja 3 z przodu mam tylko podczas biegania przyspieszeń na 100m, o ile mi sznurowadła nie popuszczą, a najlepiej to z wiatrem). Wstał zatem w sobotę radosny jak skowronek, wciągnął przedtreningowe wafle ryżowe z dżemorem i zaczął przygotowywać wyjściowy dres. Chcieliśmy wyglądać jak człowieki, bo to jednak trening typu „wyścig”, nasz pierwszy raz, a dodatkowo towarzyszyć miał nam jeszcze kolega z teamu – Robert, no to wstydu nie mogło być.

„Ja dzisiaj w krótkich spodenkach, żeby się nie ugotować.” – tako rzekł Kamil, a że ma większe doświadczenie to tylko przytaknęłam i żeby nie być gorszą sięgnęłam po swoje gacie 3/4. Gil jednak wisiał nam do pasa, zatem góra „na długo” – padło na czarne koszulki termoaktywne i eleganckie białe t-shirty techniczne (mój z herbem na plecach, muszę kiedyś obfotografować). Na wierzch wciągnęliśmy wyjściowe dresy, po kurtce przeciwwiatrowej na garb, po czapce na łepetynę i pojechaliśmy naszym Leosiem na Parkrun. Oczywiście z dużym wyprzedzeniem czasowym, bo po pierwsze – spóźniać się nie wypada, po drugie – nie wiadomo czy będzie gdzie zaparkować, po trzecie – rozgrzać się trzeba, a po czwarte – tak to już mamy w sytuacji nerwowego podniecenia, że nie usiedzimy na czterech literach.

Parking przed Del Mar o 8 rano świecił pustkami (zbiórka przed ParkRunem miała być o 8:45, a start o 9:00). Zupełnie nie zadziwił nas wejherowski wehikuł, którego właściciel totalnie zignorował wyrysowane linie parkingowe, ani nawet podzielający naszą pasję Przecinek (taka chudzinka), który uznał za normę odcedzić kartofelki jakieś 10m (3 drzewka) od naszego Leosia – tak właśnie było zimno, sennie i leniwie. Wysiedzieliśmy w Leosiu jeszcze 15 minut – po Kamilu było widać, że on już MUSI się przewietrzyć i zacząć rozgrzewać, bo inaczej para mu zacznie uszami uciekać. Poza tym zanim człowiek się wypakuje z tych dresów, nałoży ten celofan na siebie i zacznie truchtać… rozgrzewkę zaczęliśmy zatem o 8:20. Postanowiłam nie zdejmować kurtki przeciwwiatrowej, bo zimno byłoooo… pół rozgrzewki wiatr w plecy, a drugie pół prosto w ryjek. Skończyliśmy tuptać oczywiście jakieś 20 minut przed startem. W międzyczasie dołączył do nas kolega Robert (on mądrze zaczął się grzać ciut później), a my zaczęliśmy podskakiwać z zimna na poboczu w oczekiwaniu na zbiórkę. Pojawili się też inni biegacze – mali i duzi, dwu i czworonożni, mężczyźni, kobiety i dzieci – całkiem kolorowa grupka 🙂 Taka oto:

Parkrun Gdynia #218
Parkrun Gdynia #218

Wreszcie nadszedł TEN moment – sympatyczna prowadząca objaśniła nam (debiutantom), którędy wiedzie trasa i co nas czeka na mecie. Ustawiliśmy się gdzie trzeba i… wystartowaliśmy. Piknęłam swojego Garmina – z ekranu wyparował mój wspierający Ninja, a przed oczami zamigotało mi to nieszczęsne założone tempo… oczywiście wyrwałam za szybko i musiałam zwolnić, żeby się nie spalić na starcie, przed czym przestrzegała mnie w mikro Trenercia. Pierwszy kilometr biegło się jeszcze całkiem sympatycznie, z wiatrem w plecy i w ogóle. Przy drugim to już oczywiście musiałam coś pokiełbasić i zeszłam poniżej tych 5min/km zbyt wcześnie. Mysi ryjek wykrzywiło cierpienie, które towarzyszyło mi już do samego końca, tym bardziej, że od 3. km wiatr zaczął wiać prosto w twarz. Zipałam i sapałam jak stara lokomotywa – było mi strasznie głupio, kiedy przez kilkaset metrów próbowałam trzymać się swobodnie i z gracją biegnącej nastolatki, która zresztą odstawiła mnie z palcem w nosie i bez zadyszki w okolicach 4. km. Do mety udało mi się jednak szczęśliwie doczłapać przed upływem 25 minut, a za samą metą jeszcze pokręciłam się jak bąk, żeby dobiegać do końca Workout’u (zabrakło mi < 10 metrów, ale wykręcić to pomiędzy zawodnikami na mecie wcale nie było tak łatwo). Jeszcze tylko kilometr truchtu na schłodzenie, zarejestrowanie wyniku i można było wrócić Leosiem do domciu 🙂

Poniżej załączam dowody rzeczowe:

a) mego cierpienia…

Wykrzywiona cierpieniem Mysia

b) Kamilowej uciechy:

Uradowany i jakże fotogeniczny Kamil

 

Coś z głową ;)

Dzisiejszy trening biegowy był bardzo fajny. Lubię treningi, gdzie pojawia się II zakres. A tutaj był „lekki” i „mocny” II zakres – nie pytajcie mnie o definicję, nie znam się, jak tylko robię co mi każą 🙂 I tak, miałem przebiec sobie 5 km rozbiegania, potem 8 km lekki drugi i 6 km mocny drugi. Na koniec kilometr truchtu.

Już po pobudce wiedziałem, że mi się nie chce. I to bardzo mi się nie chce iść na ten trening. Mój wewnętrzny głos, mieszkający w mojej głowie, coś tam mówił, że przecież to będzie ciężki trening, bo 20 kilometrów i to w miarę szybkie, bo się złacham i będzie bolało, a najpewniej to w ogóle nie dam rady utrzymać nakazanych zakresów tempa i ogólnie dupa. Skubany wie, jak mnie podejść. Mojej świadomej części też się trochę przestało chcieć. Ale, decyzja zapadła, idziem biegać. Idziem, bo Monika też miała swój trening biegowy do zrobienia. No to się zebralim i poszlim, a raczej poszlim do auta i pojechalim 😉

Przez całą podróż (jakieś 10 minut) głos w głowie mówił „odpuść, zasymuluj kontuzję szybko, przecież nikt się nie będzie czepiał…”. I weź tu z takim gadaj. Na razie kulturalnie rzekłem mu „zamilknij, gdyż nie wiesz co mówisz” i powtórzyłem to kilka razy. Dojechaliśmy na parking, gdzie zazwyczaj porzucamy auto. Monika szybko czmychnęła biegać, gdyż jej również się trochę nie chciało i chciała po prostu zacząć bez zamulania. Mi chwilę zeszło, bo to muzykę odpalić trzeba, poprawić wiązania buta… Cholera, to głos przejął kontrolę. Nie ma, koniec zamulania, do roboty!

Auto zamknięte, kluczyk zamknięty (w kieszeni na zamek), słuchawki w uszach – można biec. Na początek luźne rozbieganie. Głos już marudzi: „Weź, zobacz, źle się biegnie, masakra będzie, potknij się, połóż się i odpoczniemy”. No to analizuję, źle się biegnie? A gdzie tam, fajnie jest. Rzut oka na zegarek, ups, za szybko! Hm, ale tętno w porządku. Ej, dobrze się biegnie, co mi ściemniasz?! Lecimy dalej!

No to lecę. Co, już zaraz piąty kilometr? Szybkie sprawdzenie tętna – średnie 136, czyli jak trzeba. Tempo? 4:31?! No to głos zaczyna „Co Ty robisz debilu? Zajedziesz się na rozbieganiu, a przecież zaraz będzie lekki drugi, się zesrasz a nie pobiegniesz jak trzeba! Wstydu nam narobisz!”. „Spojrzałem” na niego wewnętrznie i zacząłem drwić: „Co Ty w ogóle wiesz o bieganiu, co? Przecież kilka miesięcy temu przebiegliśmy maraton szybciej, niż dzisiaj mamy robić ten lekki drugi.” Zamilknął!

Zaczął się szósty kilometr, czas delikatnie przyspieszyć. Zegarek zaczyna wibrować, chyba za wolno biegnę, może jednak głos miał rację? Patrzę na zegarek, a tam czerwona obwódka dookoła tarczy – za szybko! Zwalniam, ale zegarek znowu wibruje, że za szybko. No to zwalniam bardziej, w końcu „trafiam” w zakres. Osiem kilometrów w tym tempie, szybko pójdzie 🙂 A tu głos zaczyna: „Zaraz spuchniesz, boś słaby. Tak kozaczysz, a tych ośmiu nie zrobisz, nie ma szansy.” No i weź tu z takim… Chamski sznurek. Ignoruję go, biegnę swoje. 5 kilometr tego interwału i zaczynam zauważać, że coś za lekko mi się biegnie. Rzut oka na zegarek, średnie tempo 4:15 min/km – no kurde, jest jak trzeba. Chwilę później zegarek zaczyna wibrować, znowu za szybko! Głos szydzi: „Spalisz się, spalisz się, na mocnym nie dasz rady.” Ja nie dam? Ja? Tydzień temu biegłem podobny trening i czułem się po nim świetnie, więc co to za bzdurne pitolenie?!

Lekki interwał zbliża się do końca, zaraz czas przyspieszyć. Tu już poczuję prędkość, sam to wiem. Głos znowu: „To dla Ciebie za szybko, przebiegłeś już 13 km, nie dasz rady 6 km w tym tempie =}”. Ze stoickim spokojem nie reaguję, bo wiem co się zaraz stanie. Przyspieszę, odczuję większe obciążenie, a po jakimś kilometrze wszystko się znowu ustabilizuje. No to przyspieszam, biegnę, przychodzi stabilizacja oddechu.

Głos po raz ostatni, teraz już cichutko i ledwie słyszalnie próbuje: „Nie utrzymasz tego tempa, to za szybko…” Szeroko się uśmiecham, bo wiem, że już z nim wygrałem. Mówię mu: „Ty chyba masz jakiś problem z pamięcią. Zapomniałeś już, że kilka tygodni temu pobiegliśmy 10 km ciągiem w tempie o 10 sekund na kilometr szybszym i okazało się, że to było za wolno?”. Głos nie odpowiada. Chyba nastąpił foch. Trudno, co zrobić? A mi biegnie się rewelacyjnie. Jest moc! Cztery kilometry z sześciu mocnego II zakresu już z głowy. Nogi chcą więcej, więc delikatnie im odpuszczam, niech pohasają. Uśmiech, który towarzyszy mi w sumie od początku biegu, staje się coraz szerszy 😀 Aż się ludzie dziwnie na mnie patrzą, biegnie taki, kurtka rozpięta, rękawiczki i czapka zdjęte, a do tego szczerzy się jak głupi do sera. Później, już w domu, sprawdziłem, że te ostatnie dwa kilometry mocnego wyszły w 3:43 min/km i 3:59 min/km… Dużo za szybko, ale cóż. Biegło się tak lekko, że po prostu nie mogłem zwolnić.

Trucht to już była tylko formalność. Tętno się uspokoiło, spokojnie dotruchtałem do auta. Tam 10 minutek na rozciąganie, szybkie przebranie się w suche ciuchy i chwilę po tym, jak schowałem się w aucie, przybiegła Monika. Zjazd do domu z poczuciem, że ten trening był bardzo przyjemny, a mój wewnętrzny głos jest gópi 😉

Czy potrzebny mi plan żywieniowy?

Podczas świąt tak skutecznie popuściłam pasa, że cały styczeń i połowę lutego tyłam dalej zamiast chudnąć. Treningi coraz bardziej wymagające, objętość treningowa również rośnie – powinnam tracić na wadze z palcem w nosie, a tu taki klops. Oczywiście nie ma tutaj żadnej zagadki ani filozofii – tyłam, bo dostarczałam organizmowi więcej energii niż zużywałam. Nie podobał mi się taki stan, ale tolerowałam go przez tak długi czas, bo to jednak oznacza konieczność wprowadzenia ograniczeń, a tego chyba nie lubi nikt. Dotarło do mnie jednak, że większa masa ciała, ale i pewna ospałość, ociężałość spowodowane nieodpowiednią dietą, zaczęły się przekładać wprost na moje sportowe wyniki. Doświadczyłam tego między innymi podczas ostatniego biegu ulicznego na 10 km – nie poszło mi dokładnie tak, jak chciałam. Postanowiłam zatem, że jednak pochylę się uważniej nad swoim talerzem 🙂

Ciężki ręcznik

Problemy z utrzymaniem wagi w normie to dla mnie żadna nowość – w swoim życiu zdążyłam już pewnie przytyć i schudnąć „całego dorosłego człowieka”, co za tym idzie świetnie wiem, co jeść, a czego nie jeść, i w jakich porcjach i proporcjach, ale… co innego wiedzieć jak odżywiać się zdrowo prowadząc umiarkowanie aktywny tryb życia, a co innego odżywiać się odpowiednio będąc sportowcem (również sportowcem-amatorem). Czy moja dieta może wyglądać tak samo, jeśli już na początku sezonu ćwiczę średnio 10 godzin tygodniowo i przygotowuję swoje ciało do przeżycia 1/2 IM? I choć wydaje mi się, że o jedzeniu wiem całkiem sporo, to i tak wolę się jeszcze w tym temacie podszkolić. Ostatnio nabyłam zatem pomoc w postaci ksiażki „Dieta triatlonisty. Pływanie, rower, bieg – odżywianie” Toma Hollanda i Amy Goodson i tak sobie poczytuję. Czytam sobie, czytam i wygląda na to, że ten plan to mi jednak będzie potrzebny, a odżywianie w triathlonie to wręcz czwarta dyscyplina – szczególnie na średnim i długim dystansie.

Postaram się wrzucić tu od czasu do czasu jakieś nieoczywiste oczywistości i inne ciekawostki, które wyczytam, so… stay tuned 😉