Motywacja

Motywacja to trudny temat. Istnieje bardzo wiele opracowań, artykułów, opisów, kursów i innych źródeł, które można zdobyć, żeby się dokształcić i wyrobić sobie własne zdanie na ten temat. Mimo wszystko, postanowiłem podzielić się swoimi przemyśleniami 😉 Większość tego, co opisałem poniżej, jest wynikiem moich doświadczeń. Przeszedłem tą drogę i mogę powiedzieć, że jestem człowiekiem szczęśliwym, niezależnie od tego, co mnie w życiu spotkało. Poniższy tekst jest pewnie „odrobinę” chaotyczny, pisałem go dosyć długo i doszedłem do wniosku, że żeby przekazać wszystko co chcę, to potrzebna była by książka.

Wersja TL;DR: motywacja siedzi w nas, tylko od nas zależy, czy nam się będzie chciało.
A dla tych, którzy chcą poczytać ciut więcej, wersja dłuższa poniżej 😉

Na wstępie warto przytoczyć definicję słowa motywacja (za Słownikiem Języka Polskiego PWN):

1. «to, co powoduje podjęcie jakichś działań lub decyzji»
2. «uzasadnienie czyichś działań lub decyzji»

Po przeczytaniu tej definicji wydaje się, że wszystko jest jasne, prawda? Coś, co powoduje podjęcie jakichś działań lub decyzji. Proste?

Jako człowiek pracujący w korporacji i zarządzajacy ludźmi, w ramach swojego stanowiska, odbyłem kilkanaście szkoleń z zakresu motywacji. Usłyszałem na nich trochę wartościowych informacji, ale też całą masę rzeczy, z którymi się nie zgadzam. Na tych szkoleniach często motywowanie ludzi przedstawiane jest jako de facto manipulowanie nimi. Sposób na to, żeby ludzie robili to co chce korporacja, co chcę ja. Czy to jest motywowanie? Moim zdaniem nie. Co więcej, moim zdaniem, ten sposób działania jest na dłuższą metę demotywujący. Bo ludzie nie są głupi, prędzej czy później zorientują się, co się próbuje zrobić.

Co więc powoduje, że robimy cokolwiek? Rachunek zysków i strat? Osiąganie korzyści? Co sprawia, że przełamujemy wrodzone lenistwo i jednak coś robimy? Przymus? Konieczność? Być może. To zapewne wystarcza, żeby podjąć pracę. Bo jeść trzeba, ubrać się trzeba, rodzinę wyżywić też trzeba. No ale dlaczego robimy coś poza tym, co „trzeba”? Co nami powoduje?

Poczytajmy Wikipedię 😉

Motywacja – stan gotowości do podjęcia określonego działania, wzbudzony potrzebą zespół procesów psychicznych i fizjologicznych określający podłoże zachowań i ich zmian. Wewnętrzny stan człowieka, mający wymiar atrybutowy.

Procesy motywacyjne ukierunkowują zachowanie jednostki na osiągnięcie określonych, istotnych dla niej stanów rzeczy, kierują wykonywaniem pewnych czynności tak, aby prowadziły do zamierzonych wyników (zmiana warunków zewnętrznych, zmiana we własnej osobie, zmiana własnego położenia). Jeśli człowiek jest świadomy wyniku wykonywanych czynności, wówczas ten wynik nazywa się celem. Proces motywacyjny składa się z zespołu pojedynczych motywów. Motywem nazwać zaś można przeżycie pobudzające człowieka do działania lub powstrzymujące go, lub przeszkadzające jego wykonaniu.

Jak czytam powyższe, to zaczyna mnie boleć głowa 😉 W tymże artykule Wikipedii napisane jest, że motywacja może być wewnętrzna lub zewnętrzna. Pamiętacie to, co napisałem wyżej o manipulacji? W Wikipedii, odnośnie motywacji zewnętrznej, napisali tak:

zewnętrzna – polega na wzbudzeniu potrzeb przez stosowanie kar i nagród, informowaniu o możliwościach zawartych w różnego rodzaju sytuacjach i manipulowaniu tymi możliwościami

„Manipulowaniu tymi możliwościami”? Od kiedy manipulacja jest motywacją? Czy może nią w ogóle być? Czy manipulacja ma w ogóle cokolwiek wspólnego z motywacją? Na to pytanie wszyscy powinni sobie odpowiedzieć samodzielnie, ale moim zdaniem odpowiedź jest oczywista. Istnieje wiele teorii odnośnie tego, jak można zewnętrznie stymulować u kogoś działanie. Czy są skuteczne? To zależy, zdarza się, że bywają. Ale czy motywują, tworzą w kimś wewnętrzną wolę działania?

Zanim opiszę, czym dla mnie jest motywacja, chciałbym jeszcze wspomnieć o demotywacji. Demotywację rozumiem nie jako brak motywacji, ale działania pozbawiające chęci do działania. Innymi słowy gaszące motywację. Niestety, dookoła jest mnóstwo demotywatorów, które (za naszą zgodą!) pozbawiają nas chęci do działania. Żeby motywacja mogła istnieć należy zminimalizować liczbę demotywatorów. Zrzędzący szef, wiecznie niezadowolona teściowa (;)), to tylko przykłady. Na szkoleniach dotyczących motywacji, na których byłem, często podkreślano, że pracowników nie motywują pieniądze lub że motywują bardzo krótkoterminowo. Zgadzam się z tą teorią, to nie pieniądze motywują. Szkoda tylko, że na większości owych szkoleń nikt nie wspominał, że brak pieniędzy skutecznie pracowników demotywuje. Na tyle skutecznie, że inne sposoby na zainspirowanie (!) pracowników do wzbudzenia w sobie motywacji (!!) mogą okazać się nieskuteczne.

Dla mnie motywacja jest wyrazem wewnętrznej woli. Wola to kluczowe pojęcie, w tym przypadku. Bo od tego się zaczyna. Musi MI się chcieć. Mi, nie komuś innemu. Bez tego nie ma mowy o motywacji. Z przyczyn różnych, zajęło mi wiele lat dojście do obecnego punktu widzenia, ale odkryłem w końcu coś co czułem od dawna. Nikt i nic, co pochodzi z zewnątrz, nie jest w stanie mnie zmotywować. Owszem, mogę zostać zmuszony do działania, ale to nie będzie motywacja. Te działania będą zainspirowane. Jednak żeby działać powinienem CHCIEĆ. Powody, dla których się chce coś zrobić bywają różne. Czasami „muszę” (cóż za okropne słowo!), czasami „trzeba”, czasami „się chce”. Ale tak czy owak pojawić musi się wola do działania. Kiedy coś muszę, kiedy coś trzeba, to oznacza istnienie jakiegoś przymusu, zazwyczaj negatywnych konsekwencji braku działania. Nawet wtedy mam wybór, bo mogę wybrać poniesienie tychże konsekwencji, zamiast zmuszenia się do działania. Wybór jest kolejnym istotnym słowem w moim rozumieniu motywacji. Bo oprócz woli zawsze jest jeszcze wybór. Są zapewne ludzie, którzy na to stwierdzenie zareagują, że są sytuacje, w których nie ma wyboru. Otóż nie, nie ma takich sytuacji. Wybór jest zawsze. Nie zawsze konsekwencje tego wyboru są równoważne. Niektóre wybory po prostu wydają się być oczywiste. Czy są? Czasami pewnie tak. Czy zawsze oczywista droga jest najlepsza? Z tym już bywa różnie.

Motywacja jest też wyrazem oczekiwań wobec siebie. Czy zgodzicie się ze stwierdzeniem, że kiedy działamy zgodnie ze swoimi oczekiwaniami stajemy się wewnętrznie spokojni? Ile razy w życiu byliście w sytuacji, kiedy po jakimś zdarzeniu mówiliście do siebie „powinnam/powinienem inaczej zareagować”? Sądzę, że ja byłem w takiej sytuacji co najmniej tysiące razy. A ile razy zdarzyło się Wam z zadowoleniem z siebie powiedzieć „właśnie tak należało to zrobić”? Jak się w takich sytuacjach czuliście? Zapewne dobrze, spokojnie i, z braku lepszego określenia, spójnie. To jest właśnie funkcja tego, czego sami oczekujemy od siebie. W tych sytuacjach, gdy działamy zgodnie z własnymi oczekiwaniami, czujemy się spójni, czujemy się dobrze.

Moim zdaniem, pierwszą i podstawową rzeczą, która potrzebna jest do tego, żeby się zmotywować, jest świadomość tego, czego sami od siebie oczekujemy. To jest nasz drogowskaz, nasza wizja siebie. Gdy wiem czego chcę, to wiem do czego chcę dążyć (chcę, a nie muszę, bo to mój wybór). Oczywiście, można próbować iść na skróty i stać się kimś, kim de facto nie jesteśmy a chcemy być, za pomocą sztuczek czy masek, które można nałożyć. Stworzyć sobie osobowość, swego rodzaju reputację. Ale czy da się tak żyć na dłuższą metę? Pewnie się da, tylko z czasem ludzie nas przejrzą, bo będziemy niespójni. A prawda jest taka, że nie ma drogi na skróty, jeśli chodzi o pracę nad sobą. Gdy budujemy dom, to zaczynamy od fundamentu. Gdy fundament jest kruchy, to budynek nie będzie stabilny. Albo inaczej, przykład zaczerpnięty z „7 nawyków skutecznego działania” Stephen’a R. Covey’a (polecam lekturę!), gdy rolnik zapomni zasiać na wiosnę i pojawi się na polu w porze zbiorów, to czy będzie miał co zbierać? Raczej będzie z tym słabo. I tak samo jest z budowaniem siebie. Tak, dokładnie o to mi chodzi, o budowanie siebie. Bo mamy taką możliwość. Posiadamy zdolność do bycia samoświadomymi. Jesteśmy w stanie na bieżąco analizować swój stan psychiczny, swój tok myślenia! Co więcej, mając tę świadomość, możemy zmieniać zarówno swój tok myślenia, jak i stan psychiczny! Czyż to nie jest potężne narzędzie? Samoświadomość pozwala nam wybrać swoją reakcję na bodziec. Zastanówmy się, jak działa nasz umysł, jeśli chodzi o reakcje. Zazwyczaj jest tak, że najpierw jest bodziec, potem jest reakcja, a na końcu jest miejsce na refleksję. Z czasem, jeżeli będziemy to w sobie ćwiczyć, pomiędzy bodźcem i reakcją pojawi się luka, w której pojawi się czas na podjęcie decyzji, jaka będzie nasza reakcja. I z każdą podjętą w ten sposób decyzją będzie łatwiej, czas na podjęcie reakcji będzie dłuższy. O tym, jak to ćwiczyć, można poczytać na przykład w „7 nawykach”, w części dotyczącej proaktywności.

Przykładowo, gdy ktoś zajedzie mi drogę na ulicy, mogę zareagować agresją lub mogę wzruszyć ramionami i stwierdzić po prostu, żę to się zdarza. Która reakcja sprawi, że poczuję się lepiej? To pewnie zależy od osobowości, ale zapewne taka, która będzie zgodna z oczekiwaniami wobec siebie 😉 Tak czy owak, możliwość wyboru mamy i należy z niej korzystać. Jeśli mam wybór, to mogę wybrać reakcję, której sam od siebie oczekuję. Czy to się zawsze udaje? Nie, mi nie. Ale w ramach refleksji mam możliwość analizy tego, co zrobiłem i dlaczego to zrobiłem. Na podstawie tej analizy mogę pracować nad tym, żeby następnym razem zareagować zgodnie ze swoimi oczekiwaniami, zgodnie z mechanizmem opisanym powyżej. I to działa, wiem po sobie. Mam wybór i z niego korzystam. Chcę z niego korzystać. Mając wizję obecnego siebie mogłem zacząć budować wizję tego, kim chcę być. Jaki chcę być. Mogę wyznaczyć sobie pewne podstawowe cele i wartości. Znaleźć swego rodzaju punkt docelowy. Mieć wizję końca drogi.

Mam nadzieję, że zauważacie pewną prawidłowość. Proces tworzenia, o którym piszę powyżej, zaczyna się w środku i dopiero później się uzewnętrznia. W metodyce zarządzania projektami niektórzy nazywają to siedzeniem na rękach. W fazie inicjacji projektu kierownika projektu powinny boleć ręce, właśnie od siedzenia na nich 😉 Zanim cokolwiek zrobi, powinien wszystko przemyśleć, wykonać wewnętrzny proces planowania (oraz zarządzania ryzykiem i parę innych), a dopiero potem zabrać się za robotę, w tym formalne planowanie. Musi najpierw mieć pomysł, a dopiero później może przestać siedzieć na rękach i zacząć ich używać do działania. Z mojego doświadczenia wynika, że dobrze przemyślane zawczasu projekty mają dużo większą szansę powodzenia. Życie bynajmniej nie jest projektem, ale przemyślenie i planowanie są tu również kluczowe. To pewnie oczywiste, ale pracę nad sobą trzeba rozpocząć od siebie. Cóż zmieni rozgłaszanie wszem i wobec, że „oto nowy, lepszy, ja, patrzcie jak staję się człowiekiem sukcesu!”, gdy nasze działania się nie zmienią? Albo, gdy będą powierzchowne i przy pierwszej lepszej sytuacji prawda wyjdzie na jaw? Bez porządnego fundamentu nie da rady. Trzeba najpierw zasiać, żeby zbierać plony.

Należy pamiętać, że tak naprawdę wszystko robimy dla siebie, żeby spełnić własne oczekiwania wobec siebie. Nawet, jeżeli sobie nie zdajemy z tego sprawy. Gdy pomagamy innym, co samo w sobie jest chwalebne, tak naprawdę nie robimy tego dla nich, ale właśnie dla siebie, żeby spełnić swoje własne oczekiwania wobec swojej wizji siebie. Bo przecież oczekujemy od siebie tego, że będziemy pomagali innym. Zdaję sobie sprawę, że to może wydawać się kontrowersyjne, ale moim zdaniem tak właśnie jest. Napędza nas to, że chcemy coś zrobić. A chcemy, bo to sprawia, że czujemy się lepiej. I to wcale nie jest egocentryzm, tylko po prostu realizowanie własnej wizji siebie. Warto być tego świadomym, gdyż wtedy mamy większy wybór tego co chcemy robić oraz sposobów na realizację tego co chcemy robić.

No dobrze, ale co to wszystko ma wspólnego ze sportem? Ma i to wiele, bo w sporcie jak w życiu 😉 Przede wszystkim, należy sobie zadać pytanie, dlaczego w ogóle zajmuję się sportem? Co sprawia, że chcę trenować? Nie wiem, co kieruje innymi, ale wiem, co kieruje mną. W mojej misji życiowej, którą sobie spisałem i (w miarę) regularnie przeglądam, widnieje taki zapis dotyczący sportu:

Szukam granic swoich możliwości i je przekraczam.
Rozwijam się przez sport, psychicznie i fizycznie.
Zarażam tym innych, chętnie dzielę się swoją wiedzą i doświadczeniami.
Nauczę się pływać. Ukończę triathlon.

To są właśnie powody, dla których JA trenuję. Jak widać, trenuję dla siebie. Skupiam się na tym, żeby to były MOJE powody, które zaspokajają MOJE oczekiwania wobec siebie. Te powody są źródłem motywacji, która powoduje, że trenuję. Wyznaczają pewien kierunek w moim życiu, ale są przy tym na tyle ogólne, że warto było by je sprecyzować. I tu właśnie pojawiają się marzenia i cele, zarówno długo jak i krótkookresowe. Przykładowo, moim marzeniem jest ukończyć kiedyś zawody na pełnym dystansie Ironman. Właściwie to nawet nie tylko ukończyć, ale przebiec w nim maraton ze średnim czasem poniżej 5 min/km. Takich marzeń i celów mam więcej. Takim najbliższym do zrealizowania jest oswojenie się z głębokością na basenie Arki na tyle, żeby móc tam robić normalne treningi. Cele pomagają zaspokoić potrzebę realizowania czegoś konkretnego, co da (relatywnie) szybkie efekty.

Cały przydługi wstęp służył temu, żeby zobrazować moje podejście do, hm, teraz w sumie to już wszystkiego. Po pierwsze, wiem że nie ma drogi na skróty. Jeśli chcę coś zrobić, to powinienem znaleźć zasady, na jakich to działa i potem zgodnie z nimi ciężko i mądrze pracować. Co nie znaczy, że nie mogę szukać innych dróg, bo kreatywność może pomóc w osiągnięciu lepszych efektów 🙂 Poza tym, zgodnie z definicją szaleństwa przedstawioną przez Alberta Einsteina, która mówi:

Szaleństwem jest ciągłe robienie tego samego i oczekiwanie innych wyników

Szukanie nowych dróg ma sens! 🙂 Może się okazać, że jedna metoda treningowa zadziała na nas lepiej przez jakiś czas, a w innym okresie druga metoda będzie efektywniejsza. Ale trenować trzeba, bo bez tego się nie uda osiągnąć założonych celów. Tutaj dochodzimy do kwestii wychodzenia na trening. Wielokrotnie słyszałem od innych, że nie poszli na trening, bo byli zajęci, mieli jakieś zobowiązania i takie tam, co skutkowało brakiem czasu na trening. A przecież każdy jest panem własnego czasu. To ode mnie, od mojej decyzji, zależy czy na trening pójdę, czy nie. Czy zaplanuję dzień tak, że trening się zmieści, czy nie. Pilnuję, żeby mój dzień nigdy nie był wypełniony bardziej niż w 60%, zarówno w sferze prywatnej, jak i służbowej. To zostawia niezbędny margines pozwalający na elastyczność. Owszem, są dni, kiedy niezależnie od elastyczności rzeczy po prostu się spiętrzają. Wtedy też można wybrać, czy aby napewno wszystkie rzeczy są ważne? A może niektóre są tylko pilne, ale tak naprawdę nic się nie stanie, jeśli przesuniemy je na jutro? A jeżeli wszystkie są ważne, to może trening da się zrobić wieczorem? Pamiętam, że kilkukrotnie zdarzało mi się zaczynać trening biegowy czy rowerowy na trenażerze tuż przed północą. I żyję 😉 Prawie zawsze da się znaleźć sposób na to, żeby trening zrealizować. Bo kto chce, szuka sposobu. Kto nie chce, szuka usprawiedliwienia. Albo inaczej, jak powiedział Henry Ford:

Czy myślisz, że możesz, czy myślisz, że nie możesz – masz rację

Jeszcze parę słów w temacie „chcenia”. Zdarza się, że po prostu nie chce się wyjść na trening. Nie uwierzę, że istnieje ktoś, kto nigdy tego uczucia nie doświadczył. 😉 Co w takiej sytuacji? Ja w takich sytuacjach pamiętam o proaktywności. To ja decyduję, czy mi się chce. I nawet jeżeli wewnętrznie mi się nie chce, to jestem tego świadomy i mogę ten stan zmienić. Bodźcem jest niechęć, moją reakcją jest świadoma decyzja, że chcę wyjść na trening. Wiem, że wiele osób stwierdzi, że takie podejście jest naiwne, nierealne i tym podobne. Faktem jednak jest, że mamy świadomość tego co sami czujemy. Mamy świadomość tego, jakie są nasze cele. Mamy świadomość tego, jakie będą konsekwencje, gdy nie pójdziemy na trening. I mamy wybór. Możemy wybrać poniesienie konsekwencji i zadziałanie wbrew własnym oczekiwaniom wobec siebie, albo możemy zmienić nastawienie i na trening pójść. W moim przypadku, w 99% sytuacji, gdy nie chciało mi się iść na trening, ale jednak poszedłem, po treningu czułem się świetnie. Szczególnie psychicznie. Byłem z siebie bardzo zadowolony, bo działałem zgodnie z własnymi oczekiwaniami wobec siebie 🙂 Nie spotkałem się jeszcze z przypadkiem, kiedy ktoś, komu się nie chciało iść na trening, w ostatecznym rozrachunku był zadowolony, z tego, że treningu nie było.

Podsumowując, motywacja jest w każdym z nas. To wyraz naszej woli, który skutkuje podjęciem przez nas samych działań. Nic z zewnątrz nas nie zmotywuje. Ale może nas zainspirować, zbudować w nas chęć, która skutkować będzie decyzją, że coś zrobimy, że pojawi się wola. W tym momencie ktoś może stwierdzić np. ale mnie motywuje rywalizacja z kolegą! Czy aby napewno motywuje? A może ta rywalizacja jest celem i jednocześnie inspiracją? Przecież chęć, żeby rywalizować, powstała w środku, prawda? Wszyscy mamy w sobie przepotężną siłę, tylko trzeba sobie z tego zdać sprawę. To Wy sami decydujecie o tym, co chcecie robić. To Wy macie moc sprawczą, żeby to realizować. To Wy możecie podjąć decyzję, że Wam się chce, nawet gdy czujecie, że Wam się nie chce. Najlepszym podsumowaniem tego tekstu będą cytaty z pierwszej części Kung Fu Pandy, które pojawiły się już we wpisie o inspiracji:

Mr. Ping: The secret ingredient is… nothing!
Po: Huh?
Mr. Ping: You heard me. Nothing! There is no secret ingredient.
Po: Wait, wait… it’s just plain old noodle soup? You don’t add some kind of special sauce or something?
Mr. Ping: Don’t have to. To make something special you just have to believe it’s special.
[Po looks at the scroll again, and sees his reflection in it]
Po: There is no secret ingredient…

Tai Lung: Finally… oh, yes… at last, the power of the Dragon Scroll is *mine*…
[He opens the scroll – and stares at it]
Tai Lung: It’s nothing!
Po: It’s okay. I didn’t get it the first time either.
Tai Lung: What?
Po: There *is* no secret ingredient. It’s just you.

Powyższe to tylko wierzchołek góry lodowej, bo temat motywacji i tego, że pochodzi z wewnątrz, to temat na grubą książkę. Ale tego ten blog by nie zniósł 😉

Ziarnko do ziarnka

Kilka dni temu śniło mi się, że pokonuję część rowerową na dziecięcym rowerku z przytroczonymi do rączek pomponikami, takimi wiecie, z włosa anielskiego, czarno-srebrno-niebieskimi, w kolorze mojego obecnego rumaka – zbieg okoliczności? Freudowskie takie, co nie? W tym śnie kibice śmiali się ze mnie do rozpuku, a ja z irytacją cisnęłam dalej wyprzedzana przez zawodników na profesjonalnym sprzęcie i z mordem w oczach podzwaniałam od czasu do czasu takim wielkim srebrnym dzwonkiem. Mysia Killer. Jestem święcie przekonana, że to odzwierciedlenie wszystkich moich lęków związanych z tegorocznymi startami. Bywa też, że nie mogę zasnąć kiedy wiem, że następnego dnia czeka mnie trudny trening, albo taki, jakiego jeszcze nie miałam i nie wiem jak sobie z nim poradzę. Dodatkowo stresują mnie treningi pływackie – nie dlatego, że jestem kiepskim pływakiem (chociaż jestem), lubię pływać, ale w ostatnim czasie na basenach jest tylu ludzi, i tak wiele u nich pomysłów na basenową etykietę, że się w tym gubię. To jednak taki temat kobyła, na osobny post.

Obracam się wśród zawodników trenujących już po kilka lat, a mój narzeczony biega ze mną od czasu do czasu… swoje biegi regeneracyjne. Spokojnie mógłby mnie „oblatywać” dookoła, jak ćma lampę i nadal pozostałby rześki niczym świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy, podczas gdy moje tętno szybuje sobie w 3. strefę i zaczynam zipać jak stara kobyła po westernie. Znacie?

Moja trenerka z kolei jest świeżo po porodzie, a dosłownie WSZYSTKO robi dużo, dużo szybciej (niż ktokolwiek, nie tylko ja) – pływa niczym syrena, biega jak rączy jeleń i zapieprza na tym trenażerze tak, że spokojnie mogłaby zasilić w trakcie treningu wszystkie latarnie na Monciaku. Mówię Wam, można nabawić się olbrzymich kompleksów.

Jakiś czas temu załamałam się, że nie ma u mnie postępów. Mój narzeczony mądrze powiedział – proszę, zerknij w swój profil na Garminie i porównaj swoje wybiegania z początków, co? Popatrz na tempo i tętno i nie marudź. Jako rzekł, tak uczyniłam. W końcu mądry jest, a mądrego słuchać należy. No i dzięki Ci o Garminie, za raporty! Oto, co moje oczy zobaczyły:

predkosc
Mysie bieganie

Podjarałam się i podejrzałam też pływanie:

plywanie
Mysie pływanie

Coś tam się poprawia? A jużci! Pisałam zresztą i w ostatnim poście o swoich postępach – trenując dzień po dniu i patrząc na tych wszystkich zarąbistych zawodników wokół można tego zwyczajnie nie zauważyć. Gdybym miała porównywać swoje wyczyny do reszty, to już dawno powinnam to rzucić w cholerę, tylko… porównywać trzeba się z głową. Należy pamiętać o latach ćwiczeń, które pozostali mają za sobą. Bez pracy nie ma kołaczy – ja biegam dopiero od kwietnia 2015, uczę się pływać powiedzmy od lipca 2015, a na trenażer wskoczyłam pierwszy raz bodajże w październiku 2015. Powinnam sobie nakleić na czepek zielony listek i na kask rowerowy też, zdecydowanie 🙂 A przede wszystkim powinnam częściej pracować nad swoją głową, bo nad resztą przecież uczciwie pracuję. Pewnie, najważniejsza jest WYGRANA. Jednak nie z drugim zawodnikiem – z własną słabością, z moim przedtreningowym „nie chce mi się”, z gorącą głową i pragnieniem szybkiego efektu. Wczoraj na przykład stoczyłam wewnętrzny bój i… też udało mi się wygrać – zrzuciłam jedną przerzutkę podczas treningu rowerowego. W zeszłym tygodniu taki sam trening próbowałam zrobić szybciej, ale nie udało mi się wykonać go prawidłowo, nie utrzymałam kadencji. Wczoraj wybrałam, że pojadę lepiej jakościowo. Szybkość kiedyś wypracuję, przecież po to właśnie to całe trenowanie.

Do kilkunastu inspirujących cytatów Kamila mogę zatem po tych kilku miesiącach dorzucić coś od siebie:

Taka bywam:

Niecierpliwość żąda rzeczy niemożliwej – mianowicie osiągnięcia celu bez środków.  – Georg Wilhelm Friedrich Hegel

I dlatego właśnie powinnam sobie te poniższe wyryć albo wyhaftować i powiesić np. nad trenażerem 😉

Cierpliwość jest gorzka, ale jej owoce są słodkie.  – Jean-Jacques Rousseau

 

Cierpliwość nie jest, jak się zwykło uważać, cnotą dusz słabych i bez woli walki, ale cnotą dusz silnych i zuchwałych. – Mario Rapisardi

Byle do wiosny

Jeszcze tylko miesiąc i… wiosna 🙂 Z jednej strony nie mogę się jej doczekać – wreszcie będę mogła rzucić w kąt te ciepłe biegowe spodnie, bluzy, czapki i rękawiczki (te ostatnie i tak upycham za paskiem po 2-3 km, ale jakoś ciężko przełamać się i nie zakładać ich wcale), chodnikowe treningi przestaną w końcu przypominać dreptanie po plaży, no i próbuję sobie wyobrazić jak zmieni się nasz las? Nie miałam jeszcze okazji biegać po nim wiosną, a mój mysi nos podpowiada, że może być cudnie 🙂 Po kobiecemu jaram się wizją nowych ciuchów sportowych 😉 Jak na rasową Wielkopolankę przystało szukam okazji. Ostatnio w Lidlu dorwałam kilka par sportowych legginsów 3/4 i jakieś koszulko-staniki – dopiero po kilkunastu treningach rowerowych dotarło do mnie, że mogę spokojnie przestać obciskać się pancernym cyckonoszem biegowym – nie skacze tam nic jak podczas biegania i byle opaska wystarczy, żeby sprzęta nie wkręciły się w szprychy. No i marzą mi się nowe buty biegowe… takie soczyste i żarówiaste, żywe niczym wiosenne klomby. Może będę w nich umiała wykręcić jakieś lepsze wyniki? 🙂

Taaak, i w sumie tyle tego „nie mogę się doczekać”, bo po Mysiowemu musi być przecież i druga strona. A zatem… boję się (też mi nowość, prawda? ;)) Niech tylko słupek rtęci powędruje powyżej 10 st. C – trzeba będzie wypiąć rumaka z trenażera i spróbować swoich sił na dworze. Ile razy się wyglebię na stopie? Czy ja w ogóle będę umiała wejść w zakręt? Czy nie spowoduję wypadku drogowego? Jak mój tyłek przeżyje co najmniej 2 godziny treningu, skoro na trenażerze drętwieje już po pół godzinie? A pozycja aero? W moim wykonaniu to totalny dramat. Na trenażerze mogę sobie siedzieć prosto i bez trzymanki, ale na dworze to nie przejdzie 🙁 O ewentualnej konieczności zmiany dętki to już nawet nie wspomnę (wcześniej było). No i jedna Kaśka mnie nastraszyła, że kierowcy nie trawią cyklistów, a już kobiet ponoć szczególnie. Serio? Piesi nie trawią biegaczy, kierowcy i politycy z PiSu- cyklistów, a żaby, łabędzie i kaczki – pływaków. Gdzie nie spojrzę, ktoś mnie nie trawi. A kij im wszystkim w oko!

Po kobiecemu zmienię sobie teraz temat, żeby dalej nie biadolić. Podsumowania dawno nie było jakiegoś takiego fikuśnego, z tabelką, prawda? Jak na korpoludka przystało powinnam kochać tabelki wszelkie i wykresiki, a zatem o proszę bardzo, o:

Styczeń 2016

Rodzaj aktywnoś˜ciLiczba aktywno˜ściDystans [km]Czas [hh:mm:ss]
Biegi15156.5215:33:13
Kolarstwo11239.859:26:33
Płˆywanie1531.313:56:21
Inne (siła)8-4:11:34
Ogółˆem49428.3543:07:41

Jak widać styczeń był całkiem pracowity – jakby nie patrzeć spędziłam na treningach ciut ponad roboczotydzień! Jakieś efekty tej Mysiej roboty? Otóż mam się nawet czym pochwalić, gdyż:

  • Poprawiłam wynik T-30, czyli w pływaniu kraulem bez przerw przez 30 minut. Pod koniec grudnia płynęłam swój pierwszy taki test i wtedy udało mi się przepłynąć ciągiem 1290m. Drugi raz płynęłam ten test na początku lutego i pokonałam około 1362.5m 🙂
  • Poprawiłam wynik T-200, czyli w pływaniu kraulem dystansu 200m. Pierwszy test płynęłam jakoś w połowie listopada. Udało mi się wtedy z bólem w płucach wykręcić czas 4’22”54. Kolejny test płynęłam w pierwszym tygodniu lutego i udało mi się uzyskać czas: 4’02”30.
  • W lutowym Biegu Urodzinowym w Gdyni poprawiłam swoją życiówkę na 10km. Co prawda nie udało mi się złamać 50 minut, o czym całkiem jawnie marzyłam przez tych kilka zimowych miesięcy, ale biorąc pod uwagę, że ledwo co pożegnałam solidne przeziębienie i nadal trenuję głównie w tlenie, to w sumie mogę być zadowolona, że nie było regresu 🙂 Mój nowy czas na 10km to 50’27” 🙂 Dodatkowo humor poprawił mi nowy rekord na 5km, również z tego samego biegu – mój Ninja (zegarek mój najulubieńszy) odnotował, że moje najszybsze 5km z tego biegu przebyłam w 24’56” – poprzedni rekord 25’09” padł we wrześniu 2015, w Biegu Na Piątkę w Warszawie.

Może dość już tego chwalenia… trening czeka 😉

Bieg Urodzinowy Gdyni 2016

To był bardzo pouczający weekend. Z dwóch względów, po pierwsze, w sobotę miał miejsce Bieg Urodzinowy Gdyni 2016 (Gdynia ma już 90 lat!). Po drugie, na niedzielę miałem zaplanowany w mikro tzw. dzień konia, czyli wszystkie rubryki (pływanie, rower, bieg, siła) miały w sobie wpis!

Zacznijmy od biegu. Przed biegiem byłem dosyć mocno zestresowany. W sumie kompletnie bez sensu, ale mimo wszystko byłem. To miał być drugi bieg na dystansie 10 km, który miałem przebiec w czasie poniżej 40 minut. Pierwszy był Nocny Bieg Świętojański 2015, też w Gdyni. Wtedy uzyskałem czas 39 minut i 52 sekundy. Jak mi się wtedy biegło opisałem w podsumowaniu roku 2015. Tym razem fizycznie czułem się dobrze, po przeziębieniu nie było już śladu. Co więcej, akcent zrobiony w poniedziałek pozwalał mi być optymistą, że ponownie się uda. Z drugiej strony bardzo bałem się, żeby się nie spalić. Nie wyrwać zbyt szybko, nie pobiec zbyt mocno od początku. Trenerka zasugerowała strategię taką, żeby pierwsze trzy kilometry pobiec na spokojnie, w tempie 4’00″/km. A potem miałem grzać.

Przed biegiem miała miejsce rozgrzewka, razem z Moniką i innymi zawodnikami Tridei. Ja najpierw potruchtałem z Maćkiem, potem porobiliśmy przyspieszenia (już bardziej każdy na własną rękę). Krótkie rozciąganie i można iść (truchtać) na start. Tak więc truchtamy z Moniką na start, a w mojej głowie dziesiątki scenariuszy, jak rozegrać ten bieg. Czy powinienem zignorować wytyczne trenerki i od początku pociągnąć mocno? A może jednak się posłuchać i poczekać z wyrywaniem? Na trasie są trzy podbiegi, w tym jeden dosyć długi (ponad kilometr), może powinienem je wszystkie pobiec oszczędnie? A może te krótkie zrobić mocno i tylko na Świętojańskiej się pooszczędzać? Gonitwa myśli trwała w najlepsze. Przedstartowy buziak od Moniki na szczęście i rozeszliśmy się do swoich stref startowych. W strefie coraz więcej wątpliwości. Przecież w poniedziałek akcent wyszedł dobrze, czułem się mocny, może jednak pognać?

Zabrzmiał sygnał startowy, moja fala wystartowała. Przekraczając linię startu podjąłem decyzję, początek pobiegnę tak jak to było ustalone, potem zobaczę jak się będę czuł. Pierwszy kilometr prawie idealnie w zgodzie ze strategią, 3’59”. Chwilę później zaczął się pierwszy, najkrótszy, podbieg. Skupiłem się na tym, żeby nie zrobić tego, co robię zazwyczaj, czyli nie pognać pod górę. Trzymać tempo, biec swoje. Drugi kilometr w 4’02”. Trzeci kilometr, płaski, na którym jest dosyć długi prawy łuk, większość ludzi biegnie po zewnętrznej. Zawsze zastanawiam się, dlaczego? Przecież w ten sposób dokładają sobie dodatkowy dystans do przebiegnięcia 😉 Patrząc na to z mojej perspektywy, to w sumie dobrze, bo wewnętrzna jest wolna dla mnie! Zaczęło mnie nieść, czułem się mocny. Ten kilometr zajął 3’56”. Uśredniając, prawie się zmieściłem w strategii. Na czwartym kilometrze jest drugi podbieg, pod wiadukt, też w sumie krótki. Postanowiłem pobiec go trzymając dalej to samo tempo, co się udało, bo ten kilometr przebiegłem w równo 4 minuty. Stwierdziłem, że czas trochę przyspieszyć. Piąty kilometr wyszedł 3’54”. Powoli zbliżam się do Świętojańskiej, prawie 1,5 kilometra podbiegu. Niby nie stromy, ale potrafi zmęczyć. Chciałem w tym biegu cały ten dystans przebiec ze średnim tempem poniżej 4 minut na kilometr. Udało się! Szósty kilometr zajął 3’49”, a siódmy 3’56”. Zgodnie z tym, co pokazał zegarek, na siódmym kilometrze, pomiędzy jego początkiem i końcem, była różnica poziomu 18 metrów. A praktycznie całą Świętojańską wyprzedzałem ludzi. Z tyłu głowy miałem cały czas głos, który mówił mi „nie przegnij!”. Ciało mówiło z kolei, żeby gnać. Posłuchałem jednak głosu, jak się za chwilę okazało, niepotrzebnie. Gdy dobiegłem do góry ul. Świętojańskiej czułem, że ciągle mam dużo sił i pobiegłem ją za wolno. Trudno, trzeba pocisnąć końcówkę, może się jeszcze uda podkręcić tempo! Na ósmym kilometrze, zrobionym w 3’44”, zdołałem jeszcze odsapnąć, bo było z górki. Dziewiąty kilometr to był już początek finiszu, ale znowu nie chciałem się spalić, więc pobiegłem zachowawczo. Wyszło 3’46”. Ostatni kilometr pobiegłem tak samo jak ósmy, w 3’44”. W sumie wyszło 39’10”.

Nowa życiówka, lepsza od poprzedniej o 42 sekundy. Z jednej strony ogarnęła mnie radość, z drugiej czułem niedosyt. Za dobrze się czułem, nie zmęczyłem się tak, jak walcząc o poprzednią życiówkę. Sprawdziłem na zegarku, jakie miałem średnie tętno. Wynik? Średnio 154 uderzenia na minutę, maksymalne 163. Co?! Przecież ja wyższe tętno mam na treningach interwałowych! Z jednej strony cieszę się z tego wyniku, naprawdę. Z drugiej, widzę, że powinienem popracować nad głową. Przy poprzedniej życiówce, na dokładnie tej samej trasie, miałem średnie tętno 161, maksymalne 170. W sumie też nisko, ale jednak przyłożyłem się mocniej. Zastanawiałem się przez ostatnie dwa dni, dlaczego tak się stało. Formę fizyczną mam, jak widać, dobrą i rosnącą. Czyli to coś w głowie, co nie pozwala mi się mocniej zmęczyć. A przecież chciałbym w tym roku zrobić jeszcze kilka życiówek! Dzisiaj w trakcie regeneracyjnego truchtania doszedłem do wniosku, że marcowy półmaraton w Gdyni powinienem dać radę przebiec w tempie poniżej 4 minut na kilometr. Musze jedynie popracować nad głową! Jak? Pewnie na dwa sposoby, po pierwsze pogadać ze sobą „po swojemu” 😉 Po drugie, co już zapowiedziała trenerka, treningiem szybkościowym. Oj, dostanę wciry… 😉

A teraz parę przemyśleń w temacie dnia konia, na dzień po zawodach. Bałem się tej niedzieli strasznie. Na szczęście, pobiegłem zawody, jak pobiegłem. Dzięki temu zmęczenie było praktycznie żadne. 🙂 Ale! Nie chciało mi się wstać na basen z rana, więc stwierdziłem, że najpierw zrobię zakładkę (odwrotną, najpierw bieganie, potem rower na trenażerze) i siłę („tylko” core), a basen zostawię na deser. Bieganie wyszło luźniutko, rower jeszcze bardziej, ale siła mnie zmasakrowała. A to tylko w sumie 13 minut podporów w różnych wariantach! Na basen trafiłem kilka godzin później, samopoczucie było już lepsze. Ale po przepłynięciu tych 2200 metrów czułem się podmęczony. I tak na koniec dnia zacząłem się zastanawiać, jak ja sobie dam radę w tym triathlonie? 😉 Na szczęście uświadomiłem sobie, że nie będę przecież startował w zawodach dzień po dniu. No i dzisiaj, pomimo że jestem po regeneracyjnym bieganiu, jestem już o wiele bardziej wypoczęty 🙂

Inspiracja – cytatów kilka

Ludzie trenujący rozmaite sporty bardzo często rozmawiają o motywacji, o tym co ich inspiruje do treningu. Co pomaga motywację utrzymać, albo nawet ją podkręcić. Planuję post o motywacji, ale to jeszcze nie ten czas. Dzisiaj postanowiłem się podzielić swoimi przemyśleniami w temacie inspiracji, a konkretnie paroma cytatami, które poniekąd definiują to, jak obecnie podchodzę do treningu, zawodów i sportu w ogóle, jak również do życia w ogóle. To będzie zbiór moich ulubionych cytatów z różnych źródeł, czasami pewnie okażą się zaskakujące. Do rzeczy!

Pierwszy cytat przypomina mi o tym, że w życiu są rzeczy ważniejsze niż posiadanie.

There must be more to life than having everything. – Maurice Sendak

W kwestii treningu i zawodów, ten cytat przypomina mi, że posiadanie nawet najlepszego sprzętu nie zapewni wyniku. Sprzęt jest dodatkiem do tego, co mamy wewnątrz. Liczy się przede wszystkim nasza praca, mądra praca, zazwyczaj też ciężka. Dlaczego najpierw mądra? Bo można ciężko trenować, ale bez sensu. Przykładowo, robić trening wyłącznie szybkościowy, gdy trenujemy do maratonu. Czy będziemy szybcy? Tak. Czy będziemy szybcy w maratonie, gdy nie wybiegamy odpowiedniej objętości? Wątpliwe.

Drugi cytat podkreśla rolę tego, żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce 😉 Bez tego nie ma mowy o sukcesie.

Desire is the most important factor in the success of any athlete. – Willie Shoemaker

Inną kwestią jest to jak definiowany jest sukces. Dla kogoś to będzie po prostu ukończenie zawodów, dla innych zrobienie jakiegoś konkretnego wyniku czy życiówki, dla jeszcze innych pokonanie innego zawodnika. Żeby to osiągnąć trzeba chcieć. Chcieć trenować, chcieć poświęcić czas i zasoby na trening, chcieć opuścić strefę komfortu. Przeprowadziłem kilka prezentacji na temat biegania i często pojawiającym się na nich pytaniem było: jak zrobić, żeby mi się chciało biegać? Moja odpowiedź zazwyczaj była zadziwiająca dla słuchających: zdecyduj, że Ci się chce. Reakcja? „Ale jak to, zdecyduj?” Tak, to właśnie Ty masz tę moc, żeby o tym zdecydować. Więcej będzie we wpisie o motywacji, który pojawi się za czas jakiś 😉

Kolejnym cytatem jest cytat jednego z Pogromców Mitów.

Failure is always an option. – Adam Savage

Często spotykałem się z tym, że trenujący jakiś sport mówią, że nie ma możliwości, żeby się nie udało. Otóż jest. Trzeba się z nią liczyć. Co więcej, porażka nie oznacza końca świata. Z porażek trzeba wyciągać wnioski, wprowadzać poprawki, a potem dalej robić swoje. Porażki, przynajmniej w moim przypadku, są niestety najskuteczniejszym sposobem nauki. Dlaczego niestety? Bo wiele razy zdarzyło się, że o czymś czytałem, czy słyszałem, a potem w trakcie treningu lub zawodów popełniłem dokładnie ten błąd. Mądry Polak po szkodzie? 🙂 Najważniejsze, to wyciągać wnioski i nie popełniać tych samych błędów ponownie.

Ten cytat jest bardzo istotny dla osób takich jak ja, ponieważ przypomina o bardzo ważnej części treningu: odpoczynku!

The time to relax is when you don’t have time for it. – Sydney J. Harris

Szczególnie istotny jest odpoczynek w okresie przedstartowym, albo w trakcie trwania BPSa. Wtedy najbardziej kusi mnie, żeby sobie dołożyć wysiłku. Mimo, że trenerka już zadbała o to, żebym dostał w tyłek. To chyba taki kompleks prymusa. I często boję się, że w trakcie najważniejszych zawodów wyjdzie, że jednego treningu mi zabrakło do celu… A regeneracja, co powie Wam każdy trener, to jest część treningu. Istotna część treningu!

Wykrzywiona forma poniższego cytatu często jest przytaczana przez różnych ludzi, którzy w nie do końca dobry sposób próbują coś zrobić. Bardzo często przez polityków.

Wisdom denotes the pursuing of the best ends by the best means. – Francis Hutcheson

Oryginał często tłumaczony jest jako „cel uświęca środki”, co jest po prostu karykaturą oryginalnego znaczenia. Ja tłumaczę sobie to tak: rozwaga nakazuje poszukiwać najlepszych rozwiązań uzyskanych najlepszymi środkami. Prawda, że znaczy to coś zupełnie innego, niż „cel uświęca środki”? Tutaj nawiązać można ponownie do mądrej pracy na treningu. Szukamy najskuteczniejszych środków treningowych, które najmniejszym nakładem sił pozwolą uzyskać oczekiwany efekt. Można to odnieść do zasady najsłabszego skutecznego środka treningowego. Czyli nie ma sensu się zarzynać na treningu, jeżeli ten sam efekt można osiągnąć lżejszym treningiem. Chyba, że celem treningu jest głowa, przyzwyczajenie jej do zarzynania się na zawodach 😉 Tak czy owak, trzeba szukać rozsądnych sposobów osiągania najlepszych celów.

When we have done our best, we should wait the result in peace. – John Lubbock

Trzeba pamiętać o tym, że gdy wszystko co miało zostać zrobione zostało zrobione, to wtedy ze spokojem trzeba oczekiwać rezultatów. To zresztą napisała mi Ola w mikro, tuż przed startem w maratonie, cytuję:

Wszystko zostało zrobione… Leć więc 😉 – Aleksandra Sypniewska

Rzetelnie wykonana praca odpłaca się efektami. Z jednej strony mówi nam to tyle, że nie warto się stresować, jeżeli zrobiliśmy co trzeba. Zdarzyło mi się kilka razy „spalić się w głowie” na zawodach. Głowa sama wytworzyła takie ciśnienie, że ciało samo się poddawało. Tak było z moim łamaniem 40 minut na 10 km. A przecież jeżeli procent realizacji treningu stoi na dosyć wysokim poziomie, to potem przekłada się na wzrost formy. Obecnie jestem właśnie na takim etapie. Jeśli dobrze kojarzę (a wydaje mi się, że tak, bo sprawdziłem mikroplany 😉 ), to w tym sezonie przygotowawczym odpuściłem JEDEN trening – siłę – której nie dałem rady zrobić, ze względu na migrenę. Moja forma jest na fali wznoszącej. Oceniam, że jestem w formie zbliżonej do tej, którą osiągnąłem na koniec przygotowań do maratonu. Owszem, objętości są jeszcze trochę mniejsze, ale tak czy owak, jest dobrze. A będzie lepiej! Czyli stając na starcie zawodów nie powinienem się stresować aż tak, żeby negatywnie odbiło się to na moich możliwościach!

Z powyższym wiąże się kolejny cytat.

Whether you say you can’t or you can, you’re right. – Walt Disney

Często nasze nastawienie determinuje, czy coś uda nam się zrobić, czy nie. Jeżeli wierzymy, że tak, to bardziej się staramy, robimy więcej, żeby się udało. Jeżeli nie wierzymy, to często sami, nie do końca świadomie, sabotujemy swoje wysiłki. Bo przecież się nie uda. Taka samospełniająca się przepowiednia. U zawodników występuje często efekt pigmaliona. Polega on na tym, że jak trener powie zawodnikowi, że da radę, to ten zazwyczaj daje radę. Ciekawe, prawda? 🙂

Teraz czas na te cytaty, które być może będą zaskakujące, ze względu na źródła 🙂 Cytaty, które w dużej mierze pomogły mi wydobyć się z depresji. Pierwsze dwa pochodzą z filmu Kung Fu Panda. Trzeci pochodzi z drugiej części, czyli Kung Fu Panda 2. Czwarty usłyszałem w serialu animowanym Xiaolin Showdown, a w oryginale przypisywany jest Laozi, chińskiemu filozofowi.

Mr. Ping: The secret ingredient is… nothing!
Po: Huh?
Mr. Ping: You heard me. Nothing! There is no secret ingredient.
Po: Wait, wait… it’s just plain old noodle soup? You don’t add some kind of special sauce or something?
Mr. Ping: Don’t have to. To make something special you just have to believe it’s special.
[Po looks at the scroll again, and sees his reflection in it]
Po: There is no secret ingredient…

Powyższy cytat to fragment rozmowy pana Pinga z Po, kiedy postanowił wyjawić Po sekretny składnik zupy. Okazało się, że nie ma żadnego sekretnego składnika, była po prostu zupa.

Tai Lung: Finally… oh, yes… at last, the power of the Dragon Scroll is *mine*…
[He opens the scroll – and stares at it]
Tai Lung: It’s nothing!
Po: It’s okay. I didn’t get it the first time either.
Tai Lung: What?
Po: There *is* no secret ingredient. It’s just you.

Ten cytat pochodzi z fragmentu filmu, kiedy Tai Lung walczy z Po. Tai Lung odebrał Smoczy Zwój i po rozwinięciu go odkrył, że zwój jest pusty. Cały zwój był kawałkiem lustrzanego materiału, w którym „czytający” mógł zobaczyć swoje odbicie.

Powyższe dwa cytaty uświadomiły mi coś, co uświadomić powinien sobie każdy. Nie istnieje żaden magiczny sekretny składnik, który pozwoli rozwiązać wszelkie problemy i da nieograniczoną siłę. To wszystko siedzi w nas, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. To ja jestem tym, który może tworzyć w swoim życiu. Mogę wybierać ścieżkę, którą podążę. Co zrobię, gdy spotka mnie przykrość? Co zrobię, gdy odniosę sukces? Decyzja należy wyłącznie do mnie.

Soothsayer: Your story may not have such a happy beginning, but that doesn’t make you who you are. It is the rest of your story, who you *choose* to be. So, who are you, panda?
Po: [determined] I am Po. And I’m gonna need a hat.

Powyższy cytat jest fajnym uzupełnieniem dwóch poprzednich. Ten cytat pokazuje, że nasz los nie jest zdeterminowany tym, skąd przyszliśmy, gdzie zaczęła się nasza podróż. Bo swoją drogę zawsze możemy wybrać. Dla mnie jest on również bardzo osobisty. Z pewnych względów obwiniałem parę osób o to, jaki byłem, jakie miałem problemy, co się ze mną stało, że wpadłem w depresję. Dopiero terapia i lektura „7 nawyków skutecznego działania” pozwoliły mi zrozumieć, że to wszystko były wymówki. Tak było łatwiej i wygodniej żyć, móc obwiniać kogoś za swoje porażki. Cała odpowiedzialność, wydawało mi się, spadała na kogoś innego. Zdanie sobie sprawy z tego, że sami ponosimy odpowiedzialność za swoje życie jest, dla mnie, z jednej strony wielkim ciężarem, z drugiej źródłem ogromnej siły. Skoro to ja decyduję, co się ze mną stanie, to ja mam moc, dzięki której mogę pokierować swoim życiem. Oczywiście, zaraz pojawią się głosy, że to ułuda, bo nie ma się wpływu na rozmaite zdarzenia, etc. Owszem, na cały świat wpływu nie mamy. Ale jeśli coś mi się przydarzy, to ja decyduję o tym, jak na to zareaguję. Tylko ja.

A na koniec coś, co powinno każdemu uświadomić, że po pierwsze, każdy kiedyś zaczynał. Po drugie, że czas upłynie niezależnie od tego, czy coś będziemy robili, czy nie.

The journey of a thousand miles begins with but a single step.

Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Każda. Tak jak bieg na każdym dystansie zaczyna się od pierwszego kroku. Kiedyś przeczytałem, taką anegdotę:
– Który krok jest najważniejszy w maratonie?
– Następny.
I tak jest ze wszystkim. Zaczyna się od pierwszego kroku. Potem następują kolejne. Żadnego z nich pominąć się nie da. Wszystko ma swoją kolej. Wyobraźcie sobie rolnika, który pominął zasianie zboża, a potem w trakcie żniw chce zebrać plony. Czy to ma szansę się w ogóle udać? Ile razy w życiu mieliście moment, w którym zadawaliście sobie pytanie, czy też robiliście wyrzuty „dlaczego ja wtedy nie zaczęłam/zacząłem?”? Ja miałem takich momentów więcej, niż chciałbym 😉

A jakie są Wasze ulubione cytaty, powiedzenia, przypowiastki związane z treningiem?

Małe sukcesy

Czy też tak macie, że małe sukcesy Was bardzo cieszą? Tu trening wyjdzie dobrze, tam poprawicie jakiś czas, wygracie z jakąś swoją słabością. W sumie nic szczególnego. Co więcej, jak byście powiedzieli o tym komuś obcemu, to wzruszyłby pewnie ramionami, myśląc o co w ogóle tyle hałasu. Bo taki mały sukces to obiektywnie w sumie niby nic, a jednak daje swojego rodzaju pozytywnego mentalnego kopa.

Taki mały sukces przytrafił mi się dzisiaj. Po raz pierwszy udało mi się zrobić nawrót na głębokiej stronie basenu AM w Gdyni, popularnie zwanego basenem Arki (od tego klubu sportowego). Oczami wyobraźni widzę, jak zdecydowana większość potrafiących pływać puka się w głowę i przestaje czytać ten wpis. A może jednak nie? Bo przecież po co ktoś by pisał o takiej, wydawałoby się, bzdurze?

Najlepiej zacząć od początku. Od dzieciństwa, z różnych powodów, panicznie boję się wody. Mój strach przed wodą jest tak wielki, że każde pójście na basen to wyzwanie. Struktura tego strachu powoli się zmienia, nie mniej sam strach nie znika. Kiedyś bałem się nawet zanurzyć twarz w wannie. Czego bałem się najbardziej? Ogólnie, że się utopię. Nie potrafiłem wyartykułować tego, co mnie tak w wodzie przeraża. Teraz jestem już mądrzejszy. Wiem, że przede wszystkim bałem się siebie w wodzie. Że nie będę potrafił się na niej utrzymać. I że właśnie z braku umiejętności się utopię. Z braku kontroli. Przyznam się też, że cierpię na przypadłość zwaną nerwicą natręctw. Niektórzy nazywają to byciem „control frikiem”. Jeśli czegoś nie jestem w stanie kontrolować, to źle się z tym czuję. Czasami na tyle źle, że mnie paraliżuje. Boję się też wysokości, przestrzeni, głębokości, ciemności, małych i zamkniętych pomieszczeń. I wielu innych rzeczy.

Gdy rozpoczynałem współpracę z Olą, dostałem jasny komunikat: jestem trenerką triathlonu, będziesz uprawiał triathlon. Tak, wiem, mogłem przecież współpracy nie podejmować. Problem leżał w tym, że chciałem, bo Ola zrobiła na mnie wrażenie osoby kompetentnej, która doprowadzi mnie do wymarzonego celu – maraton w czasie poniżej 3 godzin. I doprowadziła 😉 Uświadomiłem trenerkę w temacie moich lęków i braku umiejętności pływackich. Potrafiłem „przepłynąć” „żabką” (cudzysłów jak najbardziej na miejscu, bo tego co robiłem nie można było nazwać ani pływaniem, ani żabką) jakieś 10 metrów. No, 20 jeśli się bardzo spiąłem. Przez chwilę myślałem nawet, że coś tam pościemniam i ostatecznie ten triathlon oraz to całe pływanie mnie ominie i zostanie tylko trening biegowy. A tutaj zdziwienie, bo jednak nie udało się ściemnić. Ola powiedziała, że brak umiejętności pływackich to w sumie zaleta, bo nie mam złych nawyków. Dobrych też nie, ale po to mam trenerkę, żeby je zbudować. A brak złych przyspieszy ten proces.

Mój pierwszy „trening” na basenie z Olą to był koszmar (październik 2014 rok). Miał miejsce właśnie na wyżej wymienionej Arce. Po płytkiej stronie basen ma 1,4 metra głębokości, po głębokiej 3,2 metra. Na początku treningu miało miejsce oswajanie się z wodą. Wszedłem do basenu, zanurzyłem głowę, pokopałem wodę trzymając rękoma ścianę i takie tam. Tyle dałem radę. Potem dostałem deskę pływacką i polecenie, żeby popłynąć na nogach na drugi, ten głęboki, koniec basenu. OK, pomyślałem, że też dam radę. Złapałem deskę, zacząłem kopać, dopłynąłem do miejsca za którym zaczynało opadać dno i… zmroziło mnie. Zesztywniałem i nie byłem w stanie wykonać nawet jednego ruchu więcej, żeby popłynąć dalej. W panice zawróciłem i popłynąłem z powrotem. Ola zdziwiona pytała co się stało, a ja byłem jedynie w stanie wydukać z wielkim wstydem, że mnie zmroziło i nie dałem rady płynąć dalej. Do końca treningu próbowaliśmy różnych rzeczy, ale tylko po płytkiej stronie…

Trenerka wpisywała mi baseny do planów treningowych, bez żadnych konkretnych zadań, a ja na te baseny chodziłem (te płytkie, do 1,5 metra) i próbowałem się z wodą oswoić. Przeczytałem kilka książek o pływaniu, obejrzałem dziesiątki filmów, chodziłem na te baseny, próbowałem coś tam robić i nic. Strach nie znikał. Cały czas po prostu ścinała mnie panika, nawet na tych płytkich basenach. Byłem załamany i sfrustrowany tym, że głowa wie co ma zrobić, a ciało nie słucha. Co więcej, wyglądało to tak, jak by nie chciało słuchać. Zero progresu. Null. Po 8 tygodniach orki na ugorze Ola zaczęła wpisywać mi jakieś zadania. Sprowadzały się w sumie do dwóch rzeczy, pływania na nogach z deską oraz ćwiczeń technicznych do kraula (przekładanka, dokładanka). W płetwach i bez. Dystans wpisany zazwyczaj był w okolicach 900 metrów. Jeśli przepływałem połowę tego, to był sukces. Potem miałem incydent z atakiem psa podczas biegania, który skończył się zakazem pływania ze względu na uszkodzenie tkanek miękkich w prawej ręce.

Gdzieś w lutym 2015 Ola wymyśliła, że możemy się spotykać na basenie w Chyloni, gdzie jest tor wypłycony do nauki pływania. Głębokość 90 centymetrów to było coś akurat dla mnie. A jednak i tak na myśl o basenie robiło mi się niedobrze, a na samym basenie dopadała mnie panika. Pływałem 600 do 800 metrów ćwiczeń w 45 minut, uwzględniając w tym ćwiczenia w płetwach. Tempo ma sa kry czne. Tragedia. Ale pod koniec marca coś drgnęło. Nie można powiedzieć, że zacząłem pływać kraulem, ale na treningu dawałem radę przepłynąć około kilometra. Treningi z Olą to było połączenie paniki i wstydu, tyle z tego pamiętam. Panika, bo woda. Wstyd, bo trenerka musi patrzeć na to, co ja w tej wodzie wyczyniam.

W połowie kwietnia pierwszy raz przepłynąłem na 45 minutowym treningu 1500 metrów. Ale z tego 1200 w płetwach… Czyli dalej słabiutko. Na koniec kwietnia wymyśliłem sobie, że na treningi będę chodził do sopockiego aquaparku, bo mogę tam spędzić więcej niż 45 minut w ciągu. Dużo pływałem na rękach, z deską między nogami. Dużo też na płetwach. Dystanse oscylowały w okolicach 1400-1500 metrów. Jak ja kiedykolwiek wystartuję w triathlonie, jeśli nie potrafię przepłynąć kraulem więcej niż 25 metrów, po których potrzebuję co najmniej minuty odpoczynku?! I do tego jeszcze temat, którym w ogóle nie zacząłem się zajmować, czyli strach przed głębokością? Na koniec maja przepłynąłem na treningu 2 kilometry. Z tego kilometr na rękach i 400 metrów w płetwach. Zajęło mi to godzinę i 16 minut. Kraulem było 8 długości, po każdej 30 sekund przerwy…

Na początku lipca ogólnie miałem jakiś kryzys. W jednym tygodniu, tuż przed wakacyjnym wyjazdem w Bieszczady, wypadło mi kilka treningów (pływackich, biegowych i rowerowych). Czułem się fatalnie. Wtedy wyjechałem w Bieszczady. W Bieszczadach, oprócz łażenia po górach, miałem tylko treningi pływackie. Znalazłem basen w Sanoku, głęboki na 1,8 metra. Czyli taki, gdzie mnie zakrywa. Na samą myśl o treningu – panika większa niż zwykle. Przemogłem się i wlazłem do tego basenu. Chodziła na nie ze mną Monika. Jej obecność dodawała mi otuchy. Sprawiała, że czułem dodatkowe wsparcie i jakby mój strach rozkładał się na dwie osoby. I tak już jakoś zostało, że na baseny najczęściej chodziliśmy już razem. Było mi łatwiej i szło mi ciut lepiej. Ale dalej maksimum moich możliwości to było 50 metrów kraulem bez zatrzymania. Po pięćdziesiątce już konieczna była przerwa, choćby krótka.

Pewnego pięknego dnia (9 sierpnia 2015) poszliśmy z Moniką kibicować Trideowcom (podopiecznym Oli), którzy startowali w Herbalife Triathlon Gdynia na dystansie 1/2 IM. Była nas tam spora grupa, partnerki i dzieci zawodników, dopingowaliśmy razem. Wtedy właśnie Monika powiedziała „ja też tak chcę”. Porozmawiałem z Olą, czy może była by możliwość, żeby i Monikę potrenować… Wiedziałem, że Ola oczekuje przede wszystkim motywacji od zawodników. Woli walki i chęci do działania. Tego Monice odmówić nie można. Jest uparta i osiągnie każdy założony cel. Dalej na baseny chodziliśmy razem. Monika bardzo szybko złapała podstawy kraula i śmigała szybciej ode mnie i na dłuższe dystanse. To było inspirujące. I odrobinę frustrujące, bo mimo że cieszył mnie jej szybki progres, to dołował mnie brak mojego.

We wrześniu, dwa tygodnie przed maratonem napisałem w mikro tak: „Ogólnie odkryłem, że nie potrafię pływać :-/”. A trening był prosty, 2 kilometry, 1 na rękach, 1 w płetwach. Czy ja się nigdy tego nie nauczę?

W trakcie roztrenowania, już po maratonie, w ramach poszukiwania rozwiązania mojego problemu Ola zasugerowała, że może powinienem spróbować pływać w piance. Podchwyciłem ten pomysł, ale z drugiej strony stwierdziłem, że cała pianka to może być przegięcie i tak stałem się posiadaczem neoprenowych spodenek, które zostały określone mianem pławnych gaci. Pławne gacie uczyniły cuda. Zapewne przede wszystkim w mojej głowie, ale uczyniły. I stało się coś dziwnego… Najlepiej podsumuje to cytat z mojego wpisu z mikro, z 7 listopada 2015: „Na koniec miało być 100kr + 100 luz, zamiast tego przepłynąłem pierwszy raz w życiu 300m bez przerwy kijowym kraulem z oddechem na jedną stronę. Ale w końcu więcej niż 100m!” Po ponad roku od pierwszego treningu można było pierwszy raz zacząć mieć nadzieję, że coś z tego jednak będzie! Dwa dni później poszedłem na pierwszego „nielegala”, czyli basen, którego nie było w planie. Swoim bardzo koślawym kraulem przepłynąłem w ciągu cały jeden kilometr! W tempie 2:34/100m, ale zawsze! Jeszcze cztery dni później miał miejsce drugi nielegal, w trakcie którego przepłynąłem (znowu koślawie i w tym samym tempie) 2 kilometry ciągiem. Czyli jednak się da!

Od tej pory pływanie zaczęło iść mi trochę lepiej, są drobne postępy. Czy to efekt pławnych gaci? Czy może coś zaskoczyło? Nie wiem. Jakoś nie próbowałem wiele pływać bez pławnych gaci, więc nie do końca wiem, jak by się to skończyło. Znając życie, pewnie pływałbym podobnie jak w gaciach. Najistotniejsze dla mnie jest to, że się w końcu coś ruszyło. Bo Olka zaplanowała mi już terminy startów w tri. Czyli terminy gonią, trzeba się ogarnąć.

Z tego względu, że trzeba się ogarnąć, zacząłem chodzić na dodatkowe baseny, bo nie mogę nazwać tego treningami, na Arkę. Ten basen to był mój koszmar. Ale jeśli się miałem gdzieś przełamać, to musiało być tam. Plan był prosty, przepłynąć z płytkiej części na głęboką i z powrotem. Nic prostszego, prawda? Przecież pływam ciągiem 2 kilometry, to w czym problem? Na torze obok pływali Trideowcy, Kasia, Monika i Robert. Jak zawsze, obecność Moniki w jakiś niewytłumaczony sposób dodawała mi odwagi. Wszedłem do wody, odbiłem się od ściany, w miarę spokojnymi ruchami popłynąłem w kierunku drugiego końca basenu. Zbliżyłem się do miejsca, w którym dno zaczyna opadać i… zmroziło mnie. Nie mogłem wykonać nawet jednego malutkiego ruchu, żeby popłynąć dalej. Przez chwilę przestraszyłem się nawet, że nie będę w stanie się spionizować, żeby stanąć na dnie! Kompletny paraliż całego ciała. Wróciłem do ściany i rozmawiałem sam ze sobą. Że przecież 25 metrów to w ogóle nie dystans, że spokojnie przepłynę, że dam radę… Nie dałem. Ten wypad na Arkę był stracony. Podobnie dwa kolejne.

Na następnej Arce wpadłem na pomysł, żeby spróbować inaczej. Tak trochę oszukać samego siebie i swój strach. Rozgrzałem się na płytkiej stronie basenu, po czym wyszedłem z wody, pomaszerowałem na głęboką część i tam wszedłem do wody kurczowo trzymając się najpierw drabinki, a potem ściany. Zajęło mi dobre 5 minut zdecydowanie się na odbicie od ściany. A przecież gdy się dobrze od niej odbiję, to przepływam 1/4 basenu bez wykonania żadnego ruchu. A głęboka część jest tylko do połowy. To w czym problem? Gdy się w końcu od tej nieszczęsnej ściany odbiłem, to byłem pewny, że się utopię. Że to był błąd. Pomimo uczucia paniki, które było w każdym fragmencie mojego ciała, wyuczone odruchy zaczęły same działać. Panicznymi ruchami starałem się płynąć ku płytkiej części basenu. Gdy zobaczyłem, że głęboka woda się kończy moje ruchy stały się spokojne i w miarę płynne. Jak by płynął ktoś zupełnie inny. Manewr ze spacerem powtórzyłem jeszcze kilka razy, po czym ponownie spróbowałem popłynąć na głęboką część. Znowu mnie sparaliżowało… Taka sama sytuacja powtórzyła się jeszcze na dwóch czy trzech Arkach. Na kolejnej, dwa tygodnie temu, w końcu udało mi się przełamać! Dopłynąłem na głęboki koniec basenu! I tam dopadła mnie panika… Kurczowo złapałem się ściany. Kurde, jak ja mam pływać treningi na głębokim basenie, nie mówiąc już o startach, skoro nie jestem w stanie zrobić nawrotu?! Na szczęście, pomimo że w zeszłym tygodniu nawrotu zrobić się nie udało, to w tym tygodniu, właśnie dzisiaj, się udało! Do tego, żeby zrobić trening jeszcze trochę mi zostało, muszę się dalej z tym basenem oswajać. Ale najważniejsze dwa kroki już zrobiłem!

Właśnie dlatego ten, dla innych błahy, a dla mnie wielki, sukces zainspirował mnie do opisania moich zmagań z wodą. Owszem, przeraża mnie ciągle ten basen, tak jak przeraża mnie każdy inny, nawet ten płytki. O pływaniu w wodach otwartych w ogóle nie wspominając! Ale wiem, że jestem w stanie wejść do wody i popłynąć, pomimo całego tego strachu. I zrobię to, przeżyję triathlonową pralkę i ukończę swój pierwszy triathlon. I kolejne. I dam radę!

A kiedyś, jak już się ogarnę, to ukończę pełnego Ironmana. I tak sobie w głowie snuję, że fajnie by było pojechać na Kona… I usłyszeć tam „You are an Ironman!”. Szkoda tylko, że tak ciężko załapać się na slota. Z drugiej strony, byli tacy, którzy twierdzili, że człowiek który zaczął biegać w moim wieku nie może wytrenować się na tyle, żeby przebiec maraton w czasie poniżej 3 godzin…

Technika biegania – jak lądować?

Kilka dni temu na pewnym forum motoryzacyjnym odbyła się, po raz kolejny, dyskusja w temacie „jak lądować w bieganiu”. Doszedłem więc do wniosku, po tym jak kolejny raz przedstawiłem swój punkt widzenia, że będę leniwy i przygotuję sobie gotowca 😉 Oczywiście, tematów związanych z samą techniką biegania jest wiele, jak chociażby praca rąk, sylwetka, przenoszenie nóg, kadencja, oddychanie, etc. Pojawią się moje przemyślenia również w tym temacie, ale na razie zostańmy przy temacie lądowania.

Na wstępie zaznaczam, że są to moje przemyślenia i mój punkt widzenia na ten temat. W związku z tym zachęcam do dyskusji, jeśli ktoś ma inny punkt widzenia. Osobiście przerabiałem lądowanie i na pięcie i na śródstopiu/palcach. Która metoda jest lepsza? Jak pojawia się takie pytanie, to radzę wykonać prosty test. Zdejmijcie buty i wykonajcie 10 podskoków lądując na piętach. Potem zróbcie 10 kolejnych podskoków lądując na palcach. I które podskoki są lepsze/wygodniejsze?

Dla mnie lądowanie na piętach było po prostu bolesne. Każde takie lądowanie powoduje obciążenie i drgania, które przekładają się na całe ciało, bo nie ma amortyzacji. Uderzenie, które przypada na piętę przechodzi potem na staw skokowy, kolano, biodro i wyżej. Niejednokrotnie zdarzyło mi się rozmawiać z ludźmi, którzy mieli problemy jelitowe po bieganiu. Sam je miewałem, najczęściej w okolicach 7-8 kilometra. Istnieją badania (linka nie pamiętam, do znalezienia w sieci 😉 ), które wiążą lądowanie na pięcie z tymi właśnie problemami. Dodatkowym problemem przy lądowaniu na pięcie jest też to, że przy każdym kroku następuje hamowanie. Sam sobie utrudniałem bieganie. Z każdym krokiem. Gdy biegnie się lądując na pięcie najczęściej noga jest wystawiona do przodu, jak przy chodzeniu, co przekłada się właśnie na hamowanie. Teraz wyobraźcie sobie, że biegniecie w ten sposób 10 km. Zakładając, że jeden krok ma 1 metr, to wykonujecie 10 tysięcy kroków. Przy każdym z nich hamujecie się i bez sensu obciążacie aparat ruchu. Każdy krok jest trudniejszy, ciało musi wykonać większą pracę, żeby się znowu rozpędzić. A przecież w sportach długodystansowych liczy się oszczędność energii, po co więc ta zbyteczna rozrzutność?

Zrobiliście test podskoków? To teraz zastanówcie się, dlaczego łatwiej się podskakuje, gdy ląduje się na palcach. Co sprawia, że to działa lepiej (bo działa)? Po pierwsze, jest naturalna amortyzacja. Ścięgna, mięśnie, wszystko pracuje tak, jak chciała natura. Ba, wybijając się z palców skaczecie wyżej, niż wybijając się z pięty. To właśnie prowadzi nas do „po drugie”: aparat ruchu jest skuteczniejszy! Teraz jeszcze warto dołożyć do tego mniejsze obciążenia stawów, brak wibracji działających na jelita, jest przyjemniej 😉 Nie ma efektu hamowania, przynajmniej wtedy, gdy nie wyciągacie nogi zbytnio do przodu. Biegnie się lżej, oszczędza się energię. U mnie jeszcze było to, że przestały pojawiać się różne bóle po dłuższych wybieganiach (kolana, biodro). No właśnie, co do lekkości biegania. Zwróćcie uwagę, jak ciężko zazwyczaj wyglądają osoby biegające z pięty, nawet te biegające z dużą kadencją. Osoby biegające ze śródstopia biegną dużo lżej, przynajmniej wizualnie 😉

Moim zdaniem warto się przestawić na bieganie ze śródstopia/palców. Jak? To proste. Biegajcie tak, żeby piętami w ogóle nie dotykać podłoża, przynajmniej na początku. Oczywiście, w praktyce to takie proste nie jest. Pojawi się ból, dziki ból, który umiejscowiony będzie w łydkach. To taki poziom bólu, że potem nie chce się wychodzić na trening. Serio, przerabiałem to 😉 Na początku byłem chojrak, po lekkim bieganiu (jakieś 10 km) czułem „tylko sztywność” w łydkach. Ból przyszedł następnego dnia. A trzeba było wyjść na trening… No i wychodziłem. Trenerka straszyła, że to może potrwać nawet kilka miesięcy, na szczęście po jakichś 6 tygodniach było po temacie. Biegałem ze śródstopia i nie bolało! Oczywiście, pracy nad techniką biegową było (i dalej jest) wiele, ale to już temat na inny wpis. Warto też podkreślić, że np. Monika szybciutko przestawiła się na śródstopie. I prawie bezboleśnie 🙂

A na koniec filmik, który oglądałem, gdy zmieniałem technikę. Polecam obejrzenie 🙂
https://www.youtube.com/watch?v=mTMgIViinuQ

I jeszcze jedna myśl, którą warto poddać refleksji: raz zdobyta technika, jeśli nie jest pielęgnowana, zanika.

Jeszcze jedna rzecz wpadła mi do głowy, często spotykam się ze stwierdzeniem, że ktoś ma dobrze amortyzujące obuwie, więc nie ma żadnego problemu i może biegać z pięty. To tak nie działa, amortyzacja może pomóc, ale wszystkiego nie załatwi. Z drugiej strony, od czasu jak zacząłem biegać ze śródstopia, to amortyzacja zaczęła mi przeszkadzać. Stopniowo kupowałem buty z coraz mniejszą amortyzacją i teraz biegam w takich prawie bez amortyzacji, które uznawane są za buty startowe (nazwy nie podaję, żeby nie było reklamy 😉 ).

Nowy rumak

W piątek przyjechał do nas mój nowy rumak – lśniący, czarny i… malutki 🙂

Taki oto:

Źródło fotki: szybkierowery.pl

Do tej pory trenowałam na „starym” rowerze Kamila – również cudnym, tylko jak się z czasem okazało, ciut dla mnie zbyt dużym. Wcześniej jakoś sobie radziłam, ale rosnąca liczba treningów rowerowych i również narastający dyskomfort w odwłoku sprawiły, że postanowiłam otworzyć się na nowe 😉 Jestem niesamowicie wdzięczna losowi, że wyposażył mnie w bardzo mądrego i oczytanego narzeczonego triathlonistę, bo inaczej byłoby ze mną krucho. Zaczęłam nawet sama coś poczytywać o różnicach między „szosą” i „czasówką”, odpowiednich kątach, sztycach, lemondkach, a nawet bidonach i ostatecznie… zdałam się na Kamila. Totalny ze mnie nieogar! Oczywiście mój cudny chłop złożył mi tego nowego rumaka do kupy w pińć minut i już w niedzielę mogłam zasiąść do 20-minutowej rozgrzewki rowerowej przed siłą (planki… fuj). Jeszcze chwilka na wstępne ustawienie i odpalam moje mysie turbo… Czujemy z Kamilem swąd palonej gumy – aż tak szybka nie jestem, zatem coś jest nie tak. Trafiona opona. Dopadło mnie nieuniknione – rozdziewiczenie w temacie wymiany dętki/opony. Kamil cierpliwie pokazywał i tłumaczył – biedny pewnie już przeze mnie posiwiał (dowiemy się jak mu włosy ciut odrosną), bo ja strasznie niecierpliwa jestem i najpierw robię, a później myślę 🙁 Szło mi strasznie opornie, ale z pomocą Kamila udało mi się wymienić tę oponę. Jestem przekonana, że przyda się na treningach na dworze, bo (pozwolę sobie użyć pojęcia wprowadzonego przez Chrissie Wellington), noszę w sobie muppeta. Mam jednak cichą nadzieję, że nie będę musiała praktykować na zawodach, gdyż zeszło mi zdecydowanie dłużej niż 45 sekund…

Teraz czekamy na nową sztycę (dłuższą), gdyż siodło jest jeszcze trochę za nisko, ale i tak jest lepiej niż na wcześniejszym olbrzymie. Oczywiście wcale się nie zdziwię, jeśli będzie konieczna jeszcze jakaś zmiana w naszej stajni, bo przecież byłoby zbyt nudno 😉

Acha! Hit zostawiłam sobie na koniec – cisnę już tę 20-minutową rozgrzewkę, ciszej tak jakoś i łatwiej idzie, w duchu cieszę się ze słusznej decyzji o wymianie sprzętu, gdy pada komentarz Kamila: „A wiesz… dopiero przy zdejmowaniu Alohy z trenażera zauważyłem, że hamulec tarł troszkę o koło…”