Podsumowanie roku 2015

Lepiej późno niż później 😉 Z przyczyn rozmaitych (ostatnia sesja, pisanie pracy magisterskiej, lenistwo) dopiero teraz zabrałem się za podsumowanie sezonu 2015. To pierwszy sezon, gdy współpracuję z trenerką, Olą Sypniewską. Postępy poczyniłem znaczne, nowe życiówki, nowe osiągnięcia. Ale po kolei.

Zacznę od biegów najkrótszych. Tych w sezonie 2015 popełniłem w sumie pięć:

  • Bieg Urodzinowy w Gdyni (10 km) – 21 luty – czas 00:40:45
  • Bieg Europejski w Gdyni (10 km) – 9 maja – czas 00:41:45
  • Nocny Bieg Świętojański w Gdyni (10 km) – 19 czerwca – czas 00:39:52
  • Bieg o Złotą Górę (9,2 km) – 19 września – czas 00:36:05
  • Bieg Niepodległości w Gdyni (10 km) – 11 listopada – czas 00:50:59

Pierwszym startem w 2015 roku był gdyński Bieg Urodzinowy. To był pierwszy test, czy uczciwie przepracowałem zimę. W głowie tkwiła myśl, że jestem w stanie zrobić życiówkę na 10 km, co więcej – zejść po raz pierwszy poniżej 40 minut! Wszystko szło dobrze, aż do ul. Świętojańskiej, gdzie zaczynał się dosyć długi, chociaż łagodny, podbieg. Mój plan zakładał przyspieszenie właśnie na Świętojańskiej i mocny finisz aż do mety. Niestety, chwilę po zwiększeniu tempa mocno zabolała mnie pachwina. Wtedy plan z „zejść poniżej 40 minut” zmienił się na „po prostu dobiec”. Dobiegłem, życiówkę poprawiłem o 21 sekund (wcześniejsza była 00:41:09), ale zadowolony nie byłem. Nie lubię, kiedy coś w moim ciele zawodzi.

Kolejny start to Bieg Europejski, również w Gdyni. Tydzień później miałem biec maraton w Gdańsku, więc nie było sensu zbytnio ryzykować spinając się na wynik, ale po głowie znowu chodziło zejście poniżej 40 minut. Trenerka wymyśliła plan: pierwsze 3 km tempo 4:10 min/km, kolejne 3 km tempo 4:00-4:05 min/km, a potem ile fabryka dała. Plan dobry, miałem zamiar się do niego zastosować. Pierwsze 3km poszły zgodnie z planem, na 4 km poczułem ból w pachwinie, znowu! Mając z tyłu głowy, że za tydzień maraton, resztę trasy pobiegłem zachowawczo. Dobiegłem minutę wolniej niż w lutym.

Następna dziesiątka w Gdyni była tą, która zadziwiła mnie najbardziej w tym sezonie. Nie nastawiałem się na wynik, bo nie czułem się najlepiej przed startem. Miałem jakiś problem pokarmowy, bolał mnie brzuch i w sumie nie chciało mi się biec szybko. Mentalnie odpuściłem sobie ten bieg. I tak się właśnie kończy nie nastawianie na wynik… sam się zrobił 😉 Już na starcie uknułem sobie plan, żeby pobiec pierwsze 2-3km w tempie 4:10 min/km i potem zobaczyć, jak się będę czuł. Pierwszy kilometr pobiegłem w 4:07 min/km i byłem dziwnie rozluźniony. Stwierdziłem, że nie zwalniam tylko lecę dalej. Drugi km wyszedł 4:03 min/km i dalej był luz. Czułem, że tętno jest zaskakująco niskie. No to zobaczmy trzeci kilometr – wyszedł 3:57 min/km. Na czwartym kilometrze podbieg, to lekko odpuściłem, żeby się za szybko nie zajechać. Potem gaz, kolejne kilometry wyszły 3:57 i 3:59 – więc myślę, to spróbuję tylko leciutko odpuścić na Świętojańskiej i wtedy pognam do mety, może się uda złamać 40 minut. Świętojańska w 4:07 min/km, więc myślę – jest dobrze, gazu! 8 i 9 km wyszły po 3:50 min/km, a w połowie 10km nagle czuję jak mnie zaczyna zginać i mam wrażenie, że zaraz, za przeproszeniem, zbrązowię nogi… Ale biegnę, chociaż zwieracze ledwie trzymają… Patrzę, jest zegar a na nim 40:31, no to myślę, najwyżej popuszczę, trudno. Dobiegam, zatrzymuję zegarek i widzę czas: 39:55. Jest na krawędzi, ale chyba się udało. I potem dostałem smsa, oficjalnie 39:52. Udało się! Było tak źle, a skończyło się tak dobrze 😀 Cały bieg miałem w głowie praktycznie tylko jedną główną myśl – biegnij luźno, żeby nie załatwić pachwiny. I nie załatwiłem!

Bieg o Złotą Górę to bieg, którego celem było pozbycie się glikogenu z mięśni. Miałem się zmęczyć i pozbyć energii, w ramach przygotowań do startu w Maratonie Warszawskim. Oficjalnie trasa biegu ma 10 km, w rzeczywistości wychodzi tego 9,2 km. Ten bieg był o tyle ciekawy, że na odcinku od 0,5 km do 1,2 km był podbieg o 35 metrów 🙂 Niestety, biegło się trudno ze względu na kontuzję mięśni brzucha, którą udało mi się załapać parę dni wcześniej, w trakcie treningu szybkościowego. Medal ze Złotej Góry wygląda tak:

Medal z Biegu o Złotą Górę 2015
Medal z Biegu o Złotą Górę 2015

Ostatnia dziesiątka była już po okresie roztrenowania. Biegłem z Moniką, która kończyła sezon wyścigów biegowych. Udało się z lekkim przytupem, bo poprawiła swoją życiówkę po raz kolejny w 2015 roku, tym razem o 21 sekund 🙂 Komplecik medali z całego cyklu GP Gdyni w biegach ulicznych 2015 wygląda tak:

Medale Gdynia 2015
Medale Gdynia 2015

Następnie biegi na dystansie średnim, całe dwa:

  • Enduroman w Elblągu (25 km) – 23 sierpnia – czas 02:24:15
  • II Amber Expo Półmaraton (21,1 km) – 25 październik – czas 01:58:49

Enduroman… Mój brat, Arek, startował na dystansie 50 km. Umówiliśmy się, że pojedziemy większą ekipą, żeby mu pokibicować. Trenerka była uprzejma wpisać mi 30 km długiego wybiegania na ten dzień. Padł więc pomysł, żeby Arek biegł swoje, ja żebym pobiegł na dystansie 25 km (+ jedno kółko 5 km, którego jednak nie zrobiłem), a Monika na dystansie 10 km. Mama tym razem tylko kibicowała, ale nie wytrzymała i wybrała się obejść trasę. W bardzo nieodpowiednim obuwiu 😉 Jako, że wybieganie miało być luźne, to stwierdziłem, że nie spinam się na wynik i biegnę spokojnie, swoim tempem. Próbowałem pilnować tętna, ale średnio mi to szło. Biegi w ramach Enduromana mają to do siebie, że można je uznać za biegi poniekąd górskie. Dlaczego? Na dystansie 25 km według zegarka biegowego było 892 m podbiegów. Chociaż w przypadku podejścia pod Belweder, ciężko mówić o podbiegu 😉 Tak czy owak, udało mi się przebiec te 25 km bez strat własnych, przy średnim tętnie 151 uderzeń i zająć ostatecznie 5 miejsce. A byłem tydzień po ukończeniu Maratonu Solidarności. Strach pomyśleć, co by było, jak bym pobiegł na maksa 😉 Polecam te zawody, atmosfera na części biegowej była bardzo fajna, wręcz familijna 🙂 Medal z Enduromana wygląda tak:

Medal Enduroman 2015
Medal Enduroman 2015

II Amber Expo Półmaraton w Gdańsku, to druga impreza z tej serii i druga w której startowałem. Tym razem biegłem jako pacemaker dla Moniki, która postawiła przed sobą ambitne zadanie ukończenia półmaratonu w czasie poniżej dwóch godzin. Jak widać z wyżej wymienionego wyniku, udało się! Na mecie rozpierała mnie duma, bo poniekąd byłem współautorem tego osiągnięcia. Oczywiście, to Monika trenowała, pod koniec przygotowań prowadziła ją już Ola. Ale spory kawałek przygotowań poprowadziłem ja. Co tylko uświadomiło mi, że nie nadaję się na trenera, bo mam za mało wiedzy. No i do tego to poczucie odpowiedzialności za osobę trenowaną… To było ciężkie! Tak czy owak, założony cel został osiągnięty z zapasem, a w nagrodę dostaliśmy takie medale:

Medal II Amber Expo Półmaraton 2015
Medal II Amber Expo Półmaraton 2015

Na koniec biegi długie, w tym przypadku trzy maratony:

  • 1. PZU Gdańsk Maraton – 17 maja – czas 03:11:13
  • XXI Maraton Solidarności – 15 sierpnia – czas 03:25:19
  • 37. PZU Maraton Warszawski – 27 września – czas 02:58:13

Maraton w Gdańsku był startem testowym, żeby zobaczyć, jak wygląda moja kondycja i po cichu liczyłem na zrobienie nowej życiówki poniżej 3 godzin i 10 minut. Kondycyjnie było rewelacyjnie. Na mecie zrozumiałem, że w sumie to mogłem urwać jeszcze z 5 minut z tego czasu, jednak pobiegłem zachowawczo, ponieważ bałem się przegiąć po chorobie, którą przeszedłem tuż przed maratonem. Na początku chciałem pobiec wolniej, ale jak ruszyłem, to założone tempo (4:29 min/km) okazało się odpowiednie, więc biegłem z założonym tempem. Podpiąłem się do kilku biegaczy, którzy do 22-23 km ciągnęli w tempie około 4:30 min/km, a chwilami nawet ciut szybciej. W trakcie biegu pojawiły się dwa problemy. Pierwszy, w okolicach 28 km zaczęły mnie bardzo boleć stopy. Po oględzinach już w domu, okazało się, że zrobiły się i popękały mi pęcherze. Nie byłem w stanie biec na śródstopiu, pojawiła się myśl, żeby zejść z trasy. Ale potem pojawiła się jeszcze inna myśl – mogę spróbować pobiec bardziej z pięty. Spróbowałem, bolało dużo mniej – lądowałem (próbowałem) na prawie płaskiej stopie, żeby nie zupełnie z pięty. Udało mi się nawet przyspieszyć. I tak sobie biegłem, nawet podbieg na 34 km nie był mi straszny. Czułem, że bolą mnie uda, ale starałem się je rozluźnić i po prostu biec. Dobiegłem do około 37 km i wtedy poczułem palący ból w pachwinie. Głowa nie wytrzymała i zacząłem iść. Wziąłem flaszkę wody (była zimna od wiatru) i się polałem, po czym zacząłem już tylko truchtać, nie mogłem wejść w rytm. Byłem cały spięty. Gdzieś tam po drodze znowu na chwilę zacząłem iść, ale w końcu zmusiłem się znowu do truchtania. I tak dotarłem do mety. Oficjalnie po 3:11:13. Na całej trasie wiatr dawał się we znaki jak wiał od frontu lub boków, co też chwilami mocno mnie spowalniało. Na koniec już w ogóle dał czadu, jak już mnie ta pachwina mocno bolała, bo miałem wrażenie że stoję w miejscu. Ale dobiegłem, zrobiłem nową życiówkę. Niestety, poniżej moich własnych oczekiwań. Byłem zawiedziony, szczególnie tą pachwiną… Medal z tej imprezy wygląda tak:

Medal 1. PZU Gdańsk Maraton 2015
Medal 1. PZU Gdańsk Maraton 2015

Drugim startem maratońskim, który miał być po prostu długim wybieganiem czy też jak to nazwała trenerka „zrobieniem objętości”, był XXI Maraton Solidarności. To mój trzeci Maraton Solidarności z rzędu! W XIX Maratonie Solidarności debiutowałem na tym królewskim dystansie. W 2015 roku po raz pierwszy było tak gorąco, do tej pory mnie oszczędzało. Na trasie nie było większych emocji, poza tym, że na 17 km zaczęła mnie pobolewać pachwina, ale wystarczyło się rozluźnić i było dobrze. Cały czas polewałem się wodą, na każdym z punktów żywieniowych. Mimo tego na 39 km mnie zgrzało na tyle, że zrobiło mi się biało przed oczami i na chwilę przystanąłem. Dobrze, że był przy mnie wtedy Arek, bo inaczej pewnie bym się nie zmotywował do dokończenia. Tempo mi spadło, do mety już tylko dotruchtałem. Byłem ugotowany. Ale dobiegłem! I kolejny medal do kolekcji:

Medal XXI Maraton Solidarności 2015
Medal XXI Maraton Solidarności 2015

O Maratonie Warszawskim skrobnąłem już parę słów tutaj. To był start główny sezonu 2015. Cel był „prosty”, ukończyć ten maraton z czasem poniżej 3 godzin. Tego dnia prawie wszystko było źle. Ale po kolei. Już w trakcie rozgrzewki bolał mnie brzuch. Od startu starałem się pilnować, żeby być w miarę rozluźnionym. Pierwszy raz miałem zamiar korzystać z pomocy pacemakera. Pacemaker generalnie był trochę zagubiony, bo pierwszy kilometr poprowadził w okolicach 4’00”, a potem zwalniał i przyspieszał, szarpiąc tempem. Pierwsza piątka poszła mi słabo, kolejna tak samo. Na 10 km przyjąłem pierwszy żel. Do 15 km po prostu już cierpiałem. Na około 17 km pacemaker poczuł zew natury i udał się do toitoi’a, więc dalej biegłem pilnując tempa sam. Grupa biegnąca na 3 godziny się rozpadła, część osób przyspieszyła, część zwolniła. Jako że zegarek mi ściemniał z czasami poszczególnych kilometrów, więc musiałem w głowie liczyć, jaki czas powinienem mieć na każdym kilometrze i szacować, czy biegnę dobrze, czy nie. Na 20 km kolejny żel. Jak się potem okazało ostatni. Liczenie jakoś mi szło, na połowie dystansu miałem około minuty zapasu. Problem w tym, że zaczęły mnie też boleć stopy – buty mi się uklepały, to był błąd, że nie kupiłem nowych. Znaczy, kupiłem, ale kurde w złym rozmiarze (numer mniejsze niż trzeba) i nie mogę w nich biegać dłużej niż godzinę, bo zaczynają być za ciasne. W okolicach 25km miałem mocne postanowienie, że jeśli nie przejdzie mi ból brzucha do 30km, to schodzę z trasy. Jakoś na 26km był krótki podbieg i stwierdziłem, że przynajmniej nie zwolnię, nawet jeśli nie uda mi się przyspieszyć. Podciągnę trochę i potem wrócę do swojego tempa, żeby zobaczyć jak się będę czuł. Gdy przyspieszyłem biegacz który biegł za mną od kilku kilometrów jęknął tylko „Chyba cię pogięło!”. Ale pomogło/zadziałało, mogłem biec. Do 30 km jakoś się dokulałem. Na 32 km był zegar, na którym zobaczyłem czas 2 godziny 14 minut. Miałem 45 minut na przebiegnięcie ostatniej dychy. 4:30 min/km. W głowie coś mi przeskoczyło, ból nie tyle zniknął, co się oddalił. Przecież w 45 minut to ja dychę na treningach z palcem w nosie biegam. Stwierdziłem, że nie odpuszczę. Ze względu na palący ból zewnętrznych krawędzi stóp zacząłem biec z pięty, żeby tylko nie zwolnić, nie odpuścić. Niewiele pamiętam z tych ostatnich 10 km, poza tym, że praktycznie non-stop wyprzedzałem i coś z tyłu głowy mi krzyczało „zwolnij, żebyś się nie spalił, żeby cię nie odcięło”. Od 40 km leciałem już na autopilocie, na 41 km poczułem że zwalniam. Jak zobaczyłem tablicę „600 metrów do mety” to miałem wrażenie, że ledwie truchtam. Jak się potem okazało, ostatni kilometr pobiegłem w tempie ~3:45 min/km… Na mecie musiałem złapać się barierek, żeby nie paść na twarz. Po minucie pokuśtykałem na masaż, po masażu już było dużo lepiej. Wniosek na przyszłość, nie biegajcie maratonów w uklepanych butach, to zły pomysł. Na mecie była Mama i Monika, ciężko mi było powstrzymać wzruszenie… A medal z tego wydarzenia wygląda tak:

Medal 37. PZU Maraton Warszawski 2015
Medal 37. PZU Maraton Warszawski 2015

Ogólnie, w sezonie 2015 dużo było biegania, trochę mniej roweru i sporo pływania. Pływanie to moja pięta achillesowa. Ale o tym innym razem. Podsumowując, wszystkie medale z biegów w 2015 roku wyglądają tak:

Medale 2015
Medale 2015

Dziękuję wszystkim za wsparcie, którego mi udzielili. I proszę o więcej! 😀 Bo ten rok będzie jeszcze cięższy. Szykują się pierwsze starty TRI…

Facebook

2 myśli na temat “Podsumowanie roku 2015”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *