EnduroMan Elbląg 2015 – 10km mojej treningowej porażki :)

„Siała baba mak, nie wiedziała jak – trener wiedział i powiedział, a babie nie w smak… ”
Tak w skrócie można opisać przyczynę mojej porażki w tym biegu. Zabrakło mi doświadczenia i rozeznania we własnych możliwościach by odpowiednio rozłożyć siły w tym wymagającym biegu. A trener ostrzegał, napominał – przecież miał to być bieg treningowy, a nie wyścig. To podejście rozumiałam jeszcze mniej więcej na 5 minut przed startem. Jak zwykle gdy wystrzelił pistolet wstąpił we mnie jaki czort – tętno skoczyło na starcie do ponad 160 uderzeń serca na minutę i najwidoczniej cały tlen odpłynął spod kopuły. Zaczęłam powiedzmy spokojnie, chociaż oczywiście zupełnie nie w mojej II strefie tętna. Po około 300 m poczułam panikę – wyprzedzili mnie już chyba wszyscy biegacze, co do jednego. Mam tak po prostu ślimaczyć dalej? Bieg treningowy i tętno ma być niskie?! Przecież i tak nie jest! Nie jest i nie będzie! Nie w tym biegu przynajmniej! Przecież to TOTALNIE i NA 100% bieg przełajowy, zatem jestem TOTALNIE i NA 100% rozgrzeszona ze swojego podwyższonego tętna, prawda?! No i tym sposobem zamiast pobiec spokojny bieg treningowy popełniłam jakiś dziwny marszobieg. Zipałam, sapałam i prychałam, snułam się, zwisałam z liny pod Belwederem, generalnie robiłam wiele, ale trudno to nazwać bieganiem. W każym razie dopełzłam do mety z czasem znacznie gorszym niż bym sobie wymarzyła, ale może chociaż mądrzejsza po szkodzie…

A taka byłam właśnie przeszczęśliwa, że w ogóle dokończyłam ten bieg:

Mysia1
Miałam ochotę paść i całować ziemię…

A tu z K. – moim mądrym trenerem 🙂

2015_08_23_Enduroman_Elblag_12
Dumne Wizziulki

Mhm przemyśliwuje

Jest siódma rano – nieludzka godzina. Niby spałam jakieś 8 godzin, ale oczy wciąż lekko podpuchnięte, myśli leniwe i dalej chce mi się spać – jeszcze nie doszłam do siebie po wczorajszym EnduroManie. Wcinam nieprzepisową drożdżówkę z serem, zapijam ciepłą i słodką (również nieprzepisowo), kawą z mlekiem i zastanawiam się jak najlepiej oddać moje wrażenia z poprzedniego tygodnia trenigowego.
Sumarycznie – boję się 🙂 Lękam czy na pewno uda mi się nadrobić wszelkie braki przed przyszłorocznym startem w 1/2 IronMana. Nie jestem pewna czy dałabym radę w sprincie, a co dopiero w 1/2. Szaleństwo. A najbardziej przeraża mnie moja własna głowa, ale może jakoś tak bardziej po kolei?

Najpierw o pierwszej rowerowej „przejażdżce” na trenażerze.
Ha! To Ci dopiero żart! Jedź z kadencją 90, lekko, pilnuj tętna mówili. Ja nie dam rady? Lekko? No skoro lekko, to przecież dam! Rozpędzam swoje leniwe nogi na NAJNIŻSZYM obciążeniu. Trochę za długo zabiera mi wskoczenie na kadencję 90, tym samym moja spanikowana głowa i leniwe ciało pchają moje biedne serce w rytm 140 uderzeń na minutę. Zatem już nie lekko. Tętno ważniejsze mówili. Tylko, że już za późno! Może gdyby padło: „Trzymaj tętno 120, a jak się uda przy nim doskoczyć kadencji 90 to będzie super”… Ja już jednak mam w głowie informację, że POWINNA to być kadencja 90. Co robię? Trzymam te 90 rpm, przecież serce z piersi przy 140 bpm mi nie wyskoczy, co nie? I tak oto oszukuję plan treningowy przez przepisowe 30 minut. Ujechałam w tym czasie ledwie 10km – na najniższym obciążeniu, bez przewyższeń i utrudnień wszelakich na jakie rowerzysta narażony jest w terenie. Dramat i rozpacz. No i jeszcze jedno – suwam się w tych śliskich portkach, w tej cholernej grubej pielusze po siodle i obcieram sobie co nieco. Czy moje co nieco się do tego przyzwyczai?

Drugi trudny przystanek w tym tygodniu to „treningowy” bieg EnduroMan na dystansie 10km.
No i tutaj proszę Państwa to dałam do wiwatu ;/ Muszę tylko jeszcze zebrać myśli żeby najlepiej oddać stan mojego umysłu w trakcie i po tej całej „zabawie”…

c. d. n.

Wstępniak

Witaj Internetowy Przechodniu!

Jestem zszokowana, że w ogóle chciało Ci się tutaj zajrzeć!
Nie zdziw się, jeśli nie znajdziesz tutaj niczego ciekawego lub przydatnego – ostatecznie to MÓJ codziennik i wcale nie musi być atrakcyjny dla innych 🙂
Acha, dodatkowo jestem kiepska w pisaninie – w moim umyśle panuje chaos i dokładnie tego można się tutaj spodziewać.
Dostałeś ostrzeżenie i masz szansę opuścić ten dziennik, póki jeszcze moja sraczka myślowa nie odcisnęła na Tobie piętna – czuję się rozgrzeszona.
Welcome to Jamaica, have a nice day!

Co trenuję i dlaczego?

Od połowy kwietnia 2015 roku próbuję biegać.
Początkowo nawet trudno to było nazwać slow-joggingiem – nie dawałam rady przebiec łącznie 30 minut – łapała mnie kolka, pot lał się po twarzy i zipałam jak palacz z bronchitem. To był autentyczny dramat. I pomyśleć, że minęły niecałe 2 lata odkąd przestałam korzystać z siłowni i może pół roku kiedy ostatni raz byłam na pracowej siatkówce! Jak żyć?!
A dlaczego w ogóle zaczęłam? Otóż właśnie, po tym jak przestałam robić cokolwiek moja waga zaczęła dramatycznie rosnąć (w końcu uwielbiam jeść czy tam żreć, jak zacznę uzupełniać swój dziennik żywieniowy to zrozumiesz, dlaczego to drugie określenie jest bardziej adekwatne), a psychika siadać (nie tylko z powodu braku ruchu, ale nie o tym).
Musiałam zrobić coś ze sobą i dla siebie, a bieganie wydawało się najprostszym rozwiązaniem wszelkich moich problemów.
Mamy sierpień 2015 i mogę powiedzieć, że uprawiam jogging. Potrafię truchtać dłużej niż przez 30 minut, pocenie i zipanie niestety pozostało. Mój Pan Trener twierdzi, że uprawiam bieganie. W jego opinii jogger truchta sobie po 3-4km na sesję, a ja przecież na treningu przebiegam minimum 6 km. Ja tam swoje wiem – jestem Mysioggerem. Mysiotruchtam sobie zatem w lokalnych zawodach na 10km, a na październik 2015 zaplanowałam pierwszy udział w półmaratonie.
A co mnie podkusiło, żeby w przyszłym roku zostać kobietą z żelaza? Ano mój Pan Trener mnie podkusił i kibicowanie w tegorocznym Ironman 70.3 Gdynia.
Póki co zaczynam (tak, zaczynam, uczę się od około miesiąca?), pływać MysioKraulem, a dziś (21.08.2015) czeka mnie mój pierwszy trening na rowerze triathlonowym – oczywiście na trenażerze, żebym przypadkiem nie zaczęła swojej przygody z rowerem od spektakularnej wywrotki. Szkoda by było zedrzeć takie piękne nowe spodzienki czy kask.

Cokolwiek by się nie działo – proszę, trzymaj za mnie kciuki 🙂

C.d.n.