Nic już nie musiało, chociaż pewnie mogło.

Tytuł tego wpisu jest odpowiedzią, na mój poprzedni wpis. Zastanawiałem się, co się jeszcze może spieprzyć. I okazało się, że już nic nie musiało się spieprzyć, żebym w Czempiniu nie wystartował. Ten jeden ząb wystarczył. We wtorek okazało się, że zrobił się spory ropień, który trzeba było przeciąć i wyczyścić. Potem ząb został przeleczony kanałowo i miało być lepiej. Lekarz dawał 50% szansy na wystartowanie.

Faktycznie, zrobiło się lepiej. Wczoraj (w czwartek). Szkoda tylko, że nie na tyle, żeby to cokolwiek zmieniło. Dzisiaj (w piątek), miała być podjęta ostateczna decyzja, co do startu. Spróbowałem więc przebiec parę kroków. Zaraz poczułem ból, więc dałem sobie spokój. I z dalszym biegiem i z wyjazdem do Czempinia.

Teraz pozostało się wyleczyć oraz oszacować jakie szkody w organizmie poczyniły antybiotyki. Potem może poszukać jakiegoś innego startu. Szkoda tej formy co jest (była?). A duathlon w Gniewinie dopiero na koniec września, więc trochę daleko. Ze startami tri dalej nie wiadomo co będzie, ze względu na moje pływanie, które ciągle jest w lesie… Może chociaż jakiegoś Parkruna na życiówkę sobie pobiegnę?

Wszystkim startującym w Czempiniu życzę powodzenia! Za parę osób kciuki będę trzymał szczególnie mocno. OZD Braciszku! OZD Trenerze. OZD Enduraki!

Bardzo dziękuję wszystkim za wsparcie! Szczególnie Mysi :*

Na koniec tekst piosenki „Coda” zespołu Riverside, która gra mi teraz w głowie i mnie pociesza. Szczególnie ostatni wers.

Night outside grows white
I lie faceup in my shell
Open my eyes
Don’t feel like falling into blank space

Had allowed that life to drift
For I’ve chosen a different trail
When darkness fades
Don’t feel like falling into blank space

Want to be your light
Illuminate your smiles
Want to be your cure
Bridge between self and us
Want to be your prayer
Wipe the tears from your eyes
When the night returns

I won’t collapse

I’m set to rise

Ząb zupa zębowa, czyli jak przedreptałam Bieg Kobiet w Gdyni

Jeszcze kilka miesięcy temu miałam ambitny plan zrzucenia kilkunastu kilogramów i powrotu do treningów. W reżimie treningowym utrzymałam się może trzy tygodnie. I żeby nie było – nie chodzi o jakieś zajebiaszcze objętości, mega wycisk w stylu pąpkinsowego motto „krew, pot i łzy”. No dobra, pot jak najbardziej był, ale krew i łzy to mnie co najwyżej zalewały kiedy obserwowałam swoje marne osiągnięcia. Tylko czego się spodziewać przy CZTERECH godzinach treningu tygodniowo i kilkunastokilogramowym nadbagażu? Nie wiem, jak robią to inne trenujące mamy, ja ledwo dawałam radę z tymi czterema godzinami.

Próbowałam człapać, próbowałam cisnąć na trenażeRU, na basen nie było zbytnio szans, więc zanurzyłam płetwy całe dwa razy, a potem pokonało mnie ZĄBKOWANIE. Nie moje, żeby nie było – niedawno skończyłam 37 lat i niestety trzeci garnitur zębów nie jest mi dany, a to wielka szkoda – przydałaby się podmianka na jakieś nowe, ładniejsze i zdrowsze. Pokonały mnie jednak zęby Henryka. W czwartym miesiącu życia coś w niego wstąpiło (a raczej zamierzało wyskoczyć) i zaczął się dla nas wszystkich naprawdę trudny czas. Coś jak wieczny PMS, tylko w męskim wydaniu. Coś jak „pierwszy mężczyzna na ziemi ząbkuje”. Henio skończył niedawno 7 miesięcy, a zębów ma już całe sześć (i kolejne dwa w drodze). Nie przekłada się to nijak na postępy w przyjmowaniu pokarmów stałych, nawet bym powiedziała, że chyba wręcz mu to przeszkadza. Oznacza to tyle, że nadal jestem dla niego jedynym źródłem pożywienia (a zgodnie z wytycznymi WHO, „najgłówniejszym” co najmniej do ukończenia przez mojego małego ssaka 1. roku życia). Jak to się ma do mojego trenowania? Ano tak, że skoro dziąsła bolą w dzień, to ze 40% konsumpcji przypada na noc, zatem trenuję głównie przekładanie się z jednego boku na drugi. Po prostu jestem 24-GODZINNYM FOOD TRACKIEM, mobilnym barem mlecznym, z kilkunastomiesięcznym deficytem snu. To przekłada się zresztą również na moją dietę, a raczej moje fatalne wybory żywieniowe. Jestem zmęczona i cały czas szukam pociechy w jedzeniu i trudno mi odmówić sobie czegoś słodkiego. No wiem, wiem – wymówki, wymówki 😉 Nie sprzyja nam również czas. Kamil również go potrzebuje – na pracę, obowiązki domowe (ktoś musi ogarniać kuwetę, skoro ja głównie użyczam bufetu) i trening. Jeśli mam wybierać między moim treningiem, a treningiem Kamila – wybieram trening męża. On ma jakieś konkretne cele na ten sezon, odpowiednią wagę startową, no i może ewentualnie pójść się wyspać do innego pokoju, o ile tupnę nogą i to zarządzę, bo sam nijak się do tego nie zbierze 🙂 Z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów lubi spać z nami niczym fakir na ostatnich dwudziestu centymetrach materaca 😉

Po jaką cholerę zapisałam się zatem na Bieg Kobiet w Gdyni „Zawsze pier(w)si”, skoro ani formy, ani pracy nad nią, ani widoków na jedno czy drugie? Ano dla idei! Profilaktyka raka piersi jest dla mnie ważna z powodów osobistych – chciałam ten bieg zadedykować mojej mamie.

Kochana MAMO, gratuluję Ci z całego serca, że tak dzielnie stawiłaś czoła chorobie i wygrałaś. Ponieważ sama jestem mamą młodej kobiety, rozumiem również, dlaczego tak ważne w tym wszystkim było dla Ciebie, żebyśmy my, Twoje córki, się przebadały. Obiecuję, że będę się badać regularnie i już wkrótce wyślę na takie badanie również Twoją wnuczkę.

Co do samego biegu – na całe moje szczęście dystans wyniósł całe 5 km, a tyle to ja dziennie z palcem w nosie spaceruję – w końcu Heniek śpi jedynie przy piersi albo w ruchu (wózek, auto), więc jak mleczarnia już nie wydala to odpalam wózek 🙂 Dodatkowo limit czasowy był taki, że w razie problemów mogłam dociągnąć Galloway’em, chociaż bardzo mnie ta metoda mierzi (przede wszystkim jej używanie na zawodach). Nie ma co się rozpisywać – bez żadnego przygotowania to sobie można co najwyżej polecieć na papieża i z trasy pozdrawiać czule Polaków – zgromadzonych tłumnie słomianych tatusiów (wreszcie jakaś odmiana w stosunku do większości startów biegowych czy triathlonowych w Polsce, ciekawy widok swoją drogą 🙂 ) Zatem były to dwa okrążenia „o ja pie***lę”, „o ja Cię kręcę”, „na cholerę mi to było”, „sikać mi się chce, a ledwo zaczęłam”, „daleko jeszcze”,”że też taki zadzior wyhodowałam, trudno walczyć z grawitacją”. Ukończyłam bieg z czasem ok. 33 minut, czyli sporo powyżej mojej życiówki na tym dystansie, ale jak już pisałam, nie to w tym biegu było najważniejsze.

Mam cichą nadzieję, że już wkrótce wrócę chociaż do treningów biegowych – czekam tylko aż Henio skończy 8 miesięcy, bo takie zalecenie umieścił w instrukcji producent wózka biegowego BOB Revolution PRO, czerwonej strzały, którą zakupiliśmy na długo przed porodem. Siedzenie na szczęście Heniek już ogarnia. Synu, daj się wybiegać, pliz!

Trzymajcie kciuki!

Co się jeszcze może spieprzyć?

W sobotę zawody w Czempiniu. Plan jest taki, żebym wystartował na dystansie długim, czyli 10 km biegu, 60 km rower i potem kolejne 10 km biegu. To mój wiosenny start A i pod niego Trener Tomasz Spaleniak prowadził przygotowania. No właśnie, przygotowania… Jedno co można napisać o tych przygotowaniach, to że Trener musiał się nieźle nagimnastykować, bo nie ułatwiałem.

Żeby nie było, nie sabotowałem umyślnie tych przygotowań. Ot, tak wyszło. Jak bym miał to krótko podsumować, to naście razy wystąpiła migrena, z czego kilka razy tak, że nie byłem w stanie wyjść na trening. Raz posłuszeństwa odmówiły plecy i znowu parę dni i treningów w, hehe, plecy. Problem z nogą, rozwiązany na szczęście przez Macieja Czarnego, też uprzykrzył mocne treningi biegowe i zrobienie życiówki w półmaratonie. No i moja nieszczęsna alergia. Teraz, w okresie gdy pylą moje alergeny zdarza się, że pomimo leków mam problem z oddychaniem na treningach, nie tylko tych mocnych.

Mimo wszystko Tomek modyfikował plan, szukał sposobów, żeby forma była. I wiecie co? Forma jest! Zadania, które myślałem, że są niemożliwe do zrobienia przeze mnie, zostały zrobione. Ba, przy niektórych zakładkach duathlonowych (bieg-rower-bieg) myślałem, że po pierwszym biegu nie będę już w stanie ruszyć ręką czy nogą. A potem robiłem pierwszy bieg, siadałem na rower i dawałem radę. Może nie z jakimś zapasem, bo zazwyczaj obciążenia były tak dobrane, żeby było ambitnie i ciężko, ale żebym dał radę. Jak jest ciężko na treningu, to na zawodach może być jeszcze ciężej!

I szło do przodu, pomimo problemów. Tak mocnego roweru dotąd nie miałem. Tak mocnego biegania również do tej pory nie miałem. Ba, nie miałem nigdy tak mocnego biegania po mocnym rowerze! Poprawiła się moja technika biegowa, poprawiła się siła biegowa i rowerowa. No po prostu jest forma, jest moc!

Ale nie może być tak dobrze, żeby po prostu na luzie podejść do zawodów. Co to, to nie! Coś jeszcze się musiało zepsuć i się, niestety, zepsuło. W piątek wypadło mi wypełnienie z zęba (7 lewa dolna). Pod wieczór ząb zaczął pobolewać, ale w sobotę rano udało się ogarnąć naprawę wypełnienia. Niestety, ból się nasilał. Noc z soboty na niedzielę to była masakra. Chwilami chciałem pójść po kombinerki i pozbyć się problemu. Dla pewności wyrwać ze 3 zęby, jak by nie bolał ten, który podejrzewałem.

W niedzielę rano, mimo wszystko, pojechałem na trening grupowy Endure Team. Zrobiłem tylko połowę (rower+bieg, bez drugiego powtórzenia tego samego), bo na biegu miałem wrażenie, że ktoś mi, przy każdym kroku, młotkiem wali w głowę. Udało mi się umówić wizytę na 19 jeszcze w niedzielę. Szybkie zdjęcie i… okazało się, że lewa dolna 6 sobie zafundowała zmianę okołowierzchołkową. No masakra, to ona tak bolała. Szczegóły otwarcia zęba pominę, ale po godzince ulga była już wielka, ból. Niestety, ząb może być nie do uratowania – decyzja zapadnie we wtorek. Jakakolwiek decyzja nie będzie, to chciałbym jednak w Czempiniu wystartować, pytanie brzmi, czy to się uda? Bo dzisiaj rano wyglądałem tak:

Spuchły
Spuchły

Ech 🙁 Trzymajcie kciuki…

Małe podsumowanie – ONICO Półmaraton Gdynia 2018

Miałem zupełnie inny pomysł na ten wpis. Właściwie inny plan. Życie, niestety, zweryfikowało te plany. Miałem nadzieję pochwalić się nową półmaratońską życiówką, a tutaj… No właśnie, tutaj wypada napisać, że zdarzył mi się pierwszy biegowy DNF. Pierwszy raz zszedłem z trasy, ze względu na kontuzję. Przebiegłem jakieś 2,5 kilometra i ból nogi nakazał mi przerwać bieg. Nie wiem, czy bym dobiegł do mety. Wiem jednak, że nawet jeśli bym to zrobił, to skutki nieodpuszczenia byłyby opłakane. Tym razem zwyciężył rozsądek. A przynajmniej tak sobie to tłumaczę. W głowie frustracja i ból zawiedzionej własnej ambicji.

Szkoda, naprawdę szkoda tego biegu. Chciałem, żeby nowa życiówka zgrabnie podsumowała rok współpracy z Tomkiem, w ramach Endure Team. No cóż, wyszło jak wyszło. Po porannej wizycie u fizjoterapeuty (Maciej Czarny, polecam, potrafi zadać ból ;)) wiem, że dramatu z kontuzją nie będzie. I to jest bardzo pozytywna wiadomość tego poranka! Kolejna, to taka, że być może uda się rozwiązać mój problem z migrenami (które mogą nie być migrenami).

Co do właściwego podsumowania, to będzie krótko. Rok współpracy z Tomkiem. Trzy pudła, jedno w sztafecie triathlonowej, dwa indywidualnie w duathlonie, w tym brązowy medal Mistrzostw Polski. Poprawione życiówki na 5 i 10 kilometrów. Jest też forma na poprawienie życiówki w półmaratonie, ale to się niestety trochę odroczyło. Czuję się mocniejszy w każdej dyscyplinie. Poznałem inną myśl treningową. Zobaczyłem inny sposób trenowania. Zostałem też częścią bardzo fajnego zespołu. Nauczyłem się wiele, zarówno od trenerów (Tomka i Marcina), jak i reszty członków Endure Team. I wiele, mam nadzieję, się jeszcze nauczę.

Nie przedłużając, dziękuję i proszę o więcej! 🙂

Do kobiecego serca?

Dzisiaj Dzień Kobiet. Jak więc lepiej dotrzeć do kobiecego serca, niż przez żołądek? Tak, tak, wiem, wiem. To niby do męskiego serca się tak dociera. Ale przecież kobiety są równe mężczyznom, prawda? A do serca Mysiego przez żołądek można, więc poszedłem na łatwiznę i skorzystałem z utartej ścieżki 😉

Mówią różni eksperci, że w dobrym związku partnerzy zachowują swoją odrębność, ale mają też wspólne pasje. Tak się złożyło, że do naszych pasji zalicza się gotowanie (i jedzenie!) oraz sport (triathlon i takie tam). Często działamy razem, w myśl zasady, że co dwie głowy to nie jedna (i co cztery ręce, to nie dwie, a gdzie kucharek sześć tam… chyba się zapędziłem ;)).

Co ja tutaj chciałem, tak w ogóle… A, no tak. Czas do meritum. W ramach współpracy dzisiejszy posiłek przygotowaliśmy razem. Od jakiegoś czasu jemy zdrowiej, więc chcieliśmy zrobić mały eksperyment. Czy da się zrobić smaczne i w miarę zdrowe burgery? W końcu przy treningu istotne jest uzupełnianie żelaza! Z tego względu postanowiliśmy skorzystać z pomysłu, w którym zasmakowaliśmy w Baranoli (Bura Koza, mniam!) i do burgerów weszły też buraki, ser kozi i sos chrzanowy.

Podział czynności nastąpił według poszczególnych kompetencji. W temacie robienia pieczywa jestem zupełnie zielony, za to Monika potrafi tu zaszaleć. Za to ja, podobnie jak Monika, potrafię obrobić mięcho i złożyć posiłek w całość. Wykoncypowaliśmy więc, że bułki do burgerów zrobi Monika, a ja zajmę się resztą. Jeśli chcecie wiedzieć, co i jak z bułkami – pytajcie Moniki, ja „sięnieznam[tm]”. Jedyne co wiem, to że były pyszne! 🙂

Co do burgerów, tu już łatwiej, tą wiedzą mogę się podzielić – bo ją mam. A nawet jeśli nie, to i tak wyszło smacznie! Wiadomym jest, że w burgerach wielkie znaczenie ma jakie mięso wykorzystamy. No, chyba, że robimy burgery z krewetek czy warzyw strączkowych, to wtedy jednak nie. Tutaj burgery miały być wołowe, więc mięso było z wołu, a konkretniej z rostbefu. Mięso na burgery nie może być zbyt chude, bo inaczej wyjdą raczej twarde, a nie o to przecież chodzi. Czas na konkrety!

Składniki dla 4 osób:

  • Mięso wołowe – u nas ~200g na osobę
  • Bułki (to nie ja!)
  • Sos worcester (do mięsa) – 2 łyżki
  • Sól
  • Pieprz
  • Łyżka oleju słonecznikowego – do smażenia
  • Ser kozi w plastrach
  • Burak
  • Jogurt naturalny – pół małego kubka
  • Chrzan – dwie łyżki
  • Rukola – żeby było zielsko

Na początek wołowina trafiła na godzinkę do zamrażalnika. Jakoś mięso ma lepszą teksturę po zmieleniu, jak się je trochę zmrozi przed mieleniem. W międzyczasie przygotowałem „sos chrzanowy”, czyli dwie łyżki chrzanu tartego wymieszałem z połową małego kubka jogurtu. Pokroiłem buraka, tym razem był to gotowy burak ugotowany. Oprócz pokrojenia wymagał tylko podgrzania na etapie składania. Ser był gotowy w plastrach, więc tylko wyłożyłem go, żeby był pod ręką. Rukola umyta i wysuszona.

Gdy mięso się lekko przemroziło, kroimy je w kawałki, które wejdą do maszynki do mielenia, po czym… Odpalamy maszynkę do mielenia (szok!) i mielimy. Do zmielonego mięsa dodaję 2 łyżki sosu worcester, trochę zmielonego pieprzu (wedle smaku) i zagniatam je przez 45-60 sekund, aż połączy się w wielką kulę. Później kulę rozdzielam na mniejsze kule (~100 g) i formuję burgery. Tutaj warto zaznaczyć, że burgery formuję ręcznie, przy okazji zostawiając trochę grubszy brzeg, trochę chudszy środek. Dlaczego? Wiadomo, że mięso w trakcie smażenia się „zbiega”. Gdybym zrobił płaskie burgery, to „zbiegnięcie się” spowodowałoby powstanie sporego wybrzuszenia na środku, a w konsekwencji problemy w trakcie składania w całość. Formowanie z wgłębieniem na środku powoduje, że po usmażeniu mamy równiutkie kotlety.

Mięso uformowane, czas smażyć (Trenerze, nie bij!) burgery! Na rozgrzaną (porządną) patelnię wlewamy dosłownie łyżkę oleju słonecznikowego, rozprowadzamy go, żeby patelnia pokryła się cieniutką warstwą i wrzucamy mięso. Ja smażę tak, że na każdej stronie mięso spędza 30-45 sekund, po czym jest obracane. Patelnia cały czas na wysokiej temperaturze, ale takiej, żeby mięso się nie paliło. Czas smażenia? Zależy od mięsa, patelni, kuchenki, upodobań – czyli trzeba wyczuć. Po usmażeniu odkładamy kotlety na talerz, na ~2 minutki, żeby mięso odpoczęło. W międzyczasie podgrzały się plastry buraka, bułki zostały przekrojone. Składamy!

Na początek idzie spód bułki, na to rukola, plaster sera koziego, potem kotlet i na to jeszcze plaster sera (bo cienkie są, noooo…), na to jeszcze burak plus sosik chrzanowy i zamykamy bułką. Ostatnie trzy kroki do zobaczenia na zdjęciach poniżej 🙂

Krok przed przedostatniu
Krok przed przedostatniu
Krok przedostatni!
Krok przedostatni!
Burgery!
Burgery!

Etapu wcinania z troski o czytelników nie dokumentowaliśmy 😉

Korzystając z okazji, wszystkim Paniom chciałbym życzyć wszystkiego naj! I samych pyszności 😀

Bieg Urodzinowy Gdyni 2018

Bieg Urodzinowy 2018. Tak, dzisiaj będzie na gorąco i krótko. Tydzień zaczął się od niezłego zjazdu formy. Po niedzielnym Ważnym Treningu, w poniedziałek na rowerze była siła. A we wtorek był zgon 😉 Zrobiłem rozbieganie, gdzie na końcówce mogłem, za zgodą Trenera, pocisnąć co nieco. To i pocisnąłem, pomimo uczucia bardzo ciężkich nóg i kiepskiej nawierzchni, dałem radę. I na tym się skończyło. W środę było tak źle, że wybrałem się jedynie na basen, zadania na rowerze nawet nie próbowałem robić. Nastrój psychiczny przed startem był kiepski.

W czwartek bardzo luźna tlenowa zakładka weszła, ale z niechęcią. Przełamanie przyszło w piątek. Przeżyłem basen (30x50m) i coś drgnęło. Popołudniowy rower poszedł już całkiem dobrze. Sobotni rozruch… początkowe przyspieszenia to był dramat. Ale ostatnie 3 już było nieźle.

Przed startem jeszcze zbiorowe zdjęcie Endure Team!
Przed startem jeszcze zbiorowe zdjęcie Endure Team!

Stoję więc na starcie, po rozgrzewce, która zbytnio mnie nie pocieszyła, i tak sobie rozkminiam. Że początek z górki, dopiero od połowy dystansu będzie coś pod górę. Że najwyżej pobiegnę luźno i przybiegnę po 42 minutach i już. Na szczęście czas na rozkminy się skończył i trzeba było biec. Na pierwszym kilometrze miałem wrażenie, że przy tym tempie (3’48″/km) to ja padnę na twarz po maksymalnie trzech kilometrach. Szczęśliwie, po chwili to uczucie przeszło i po prostu zacząłem biec, ciesząc się tym, że jest z górki. Pierwsze 5 km wyszło w 18’38” (3’44″/km). Potem laba się skończyła i trzeba było popracować. Na 7 kilometrze coś mnie spięło w plecach (znowu, kurde, coś!) i tempo zdechło bardziej niż miało. Przez chwilę pojawiła się myśl, żeby do mety dospacerować… Ale nie było takiej opcji! Walcząc ze swoją niemocą starałem się nie zwalniać, po prostu dobiec. W końcu na mecie czekała moja grupa wsparcia (Mysia, Henio i moja Mama).

Radość, że meta już blisko ;)
Radość, że meta już blisko 😉

I… uwaga… dobiegłem 😉 W czasie netto 38’29” (3’51″/km). Przed startem brałbym ten czas w ciemno. Wyszło bardzo fajnie (poza tym bolesnym spięciem), co dobrze wróży przed kolejnymi startami (półmaraton w Gdyni, duathlon w Czempiniu). Co ciekawe, po dobiegnięciu do mety, chwilę pospacerowałem rozmawiając z Trenerem i plecy odpuściły. Jak poszedłem się roztruchtać, to miałem uczucie, że znowu wszystko jest w porządku i mógłbym dalej mocno pobiec. Czyli coś tam z formy jest. Wystarczy (taaa, he he, „wystarczy”) się nie stresować i pójdzie 😉

Kolejny medal do kolekcji 🙂

Taki ładny medal! :)
Taki ładny medal! 🙂

Przy okazji, na koniec, gratulacje życiówek dla Enduraków, bo sypnęło nimi (życiówkami) zacnie! 🙂

Zmierzyć się z bestią? Ale masz jakieś wsparcie?

Nie lubię bieżni mechanicznej. Parę razy próbowałem się nią polubić, kiedy zeszłą zimą powietrze w Warszawie dawało się gryźć 😉 Niestety, nie wyszło. Źle mi się na bieżni biega, skracam krok, po jakimś czasie biegu zaczynam się zataczać. Nienaturalne to dla mnie i tyle. Co dziwne, to trenażer lubię. Często wolę treningi jakościowe cisnąć na trenażerze, bo można dokładniej się cyferek trzymać (ach to OCD… ;)). Tak się jednak złożyło, że zamiast jechać gdzieś daleko na nieośnieżony odcinek do biegania, zdecydowałem się zrobić Trening (tak, przez wielkie „T”!) na bieżni.

Trening, o którym mowa, przerażał mnie bardzo już od kilku dni. Wynikało to z tego, że pierwsze podejście do niego miałem w zeszłym tygodniu i poległem przeokrutnie. Może najpierw napiszę, co to w ogóle była za jednostka 🙂 Prosty trening, 2x(6×2’@LT p. 1′)p. 5′. Czyli dwa razy po sześć dwuminutowych powtórzeń w tempie progowym. Między dwuminutówkami minuta przerwy, między obiema szóstkami pięć minut przerwy. Proste, łatwe, nieprzyjemne 😉

Cóż więc się stało w zeszłym tygodniu? Wyszedłem na trening, nastawiony bojowo, bo przecież nie takie rzeczy się biegało (no dobra, takich akurat nie – nie te tempa), więc co to dla mnie? Na początku rozgrzewka, parę przebieżek na rozruszanie kopytek i zaczynamy zadanie. Pierwsza dwuminutówka (cudne słowo!) poszła spoko, ciut nawet za szybko. Druga, trzecia też. Po czwartej… normalnie stan przedzawałowy! Biało przed oczami, błędnik sfiksował i prawie się wywaliłem. Przestraszyłem się i odpuściłem. Do domu poszedłem spacerkiem, nie byłem w stanie zacząć truchtać. Następnego dnia, u laryngologa, okazało się, że to wskutek infekcji zatok i to w sumie normalnie. Niestety, dostałem szlaban na basen i bieganie. Został jedynie trenażer… Na koniec tygodnia, mogę to śmiało napisać, był niezły ból tyłka 😛

Wracając do biegania i bieżni. I Treningu! W piątek, wraz z Trenerem, zgodnie ustaliliśmy, że czuję się na tyle dobrze, że mogę w sobotę się trochę rozbiegać, a w niedzielę robimy podejście numer dwa do Treningu. Przed sobotnim bieganiem byłem jeszcze z Mysią i Heniem na spacerze i trochę mi kuper zmarzł. Stwierdziłem więc, że skoro i tak rozważam zrobienie Treningu na bieżni, to może pójdę się z wrogiem zapoznać, żebym sobie nie zafundował jakichś niespodzianek na Tym Ważnym Treningu. I to był bardzo dobry pomysł. Bardzo. Czy wiecie, że bieżnie mają bardzo czuły hamulec bezpieczeństwa? Lekkie smyrnięcie ręcznikiem i sru, bieżnia stoi… :-O Zdarzyło mi się to dwa razy w ciągu pięciu minut! A niby coś tam technicznie ogarniam… 😉 To była cenna lekcja, dzięki niej ogarnąłem gdzie ręcznik powiesić, żeby nie smyrać hamulca bezpieczeństwa. No i dzięki temu, że w rozbieganiu były przebieżki, to ogarnąłem jak szybko zmieniać prędkość. Nie, wcale nie robi się tego przyciskiem „+” koło znaczka prędkości, jak mi się wydawało. Robi się to wpisując cyferki i klikając „ptaszka”. Któż by pomyślał, nie? 😉

Trochę podbudowany stwierdziłem – ogarnę ten Trening i na bieżni! Wstanę sobie wcześniej, pojadę potrenować, wrócę i będzie super. Henio musiał mnie usłyszeć, bo w nocy dał czadu. Oj dał. Efekt taki, że owszem, wstałem wcześniej (szósta rano), ubrałem się, zszedłem na dół z myślą o śniadaniu i… rzuciło się na mnie łóżko w gabinecie 😉 Chwilę przed ósmą Mysia zeszła z Heniem na dół, więc zwlokłem się do nich. Jak Monika mnie zobaczyła, to od razu było: „idź na górę spać, bo masz Ten Ważny Trening do zrobienia”. Polazłem, i zasnąłem. Pospałem do dziesiątej i obudziłem się z samopoczuciem psa zmielonego razem z budą. Ma sa kra.

Zszedłem na dół, Monika zdecydowanie podkreśliła, że mam zjeść śniadanie, bo idę przecież na Ten Ważny Trening. A mi w głowie już chodziło pisanie do Trenera, że może jednak jutro czy coś. Ale wiara Moniki w to, że przecież to ogarnę, że mimo niewyspania i tak mam formę, była tak wielka, że sam w to uwierzyłem. Wciągnąłem michę musli z jogurtem (węgle, przed treningiem dużo węgli!) i stwierdziłem, że o dwunastej ruszam na walkę z Bestią. W Mysich oczach widziałem zarówno tą głęboką wiarę, jak i odrobinę zmartwienia, że jestem niewyspany. Stwierdziłem więc, że pogram Heniowi na gitarze i pewnie poczuję się lepiej. Zacząłem grać, razem z Moniką chwilę pośpiewaliśmy, synek się wkręcił i cieszył się jak dziki. Ale tylko na żywsze utwory. Wszystko w skalach molowych było nie do przyjęcia 😉

Wybiła dwunasta. Zabrałem spakowany wcześniej plecak, wydałem po buziaku Monice i Heniowi i ruszyłem do siłowni. Wychodząc z domu wątpliwości wróciły. I tak się biłem z myślami jadąc całe pięć minut. Gdy wszedłem na siłownię, to przypomniałem sobie spojrzenie Moniki i wiedziałem, że trudno, najwyżej tym razem padnę. Ale się nie poddam!

Teraz można by napisać, że gdy wszedłem na bieżnię rozpoczął się bój, zaczęła się walka… Ale tak nie było. Wlazłem na bieżnię, odpaliłem i biegnę rozgrzewkę. Kurde, coś za lekko się biegnie! Sprawdzam, ale nie, prędkość taka jaka ma być. Zrobiłem przebieżki, żeby się przed zadaniem głównym rozgrzać i dalej luz. No to myślę, że będzie dobrze. I było. Tak naprawdę, jak by było 3x6x2 to też bym dzisiaj ogarnął. Chyba Mysia musi częściej przejmować kontrolę i mną dyrygować, to wtedy życiówki się będą sypały jak z rękawa 😉 Wszystkim życzę takiego wsparcia, jakie mam u siebie!

A teraz czas na pożywną grochówkę, też od Mysi! Jutro na basenie będzie napęd pneumatyczny 😀

Kilka przepisów w jednym, czyli o udanym związku i BOBKACH MOCY

Jak zapewne udało się Tobie czytelniku zauważyć – a może wcale nie, bo przecież nie wszyscy są tak spostrzegawczy i równie jak ja (czyli co najmniej jak woda w kiblu) bystrzy – sparafrazowałam właśnie tytuł poprzedniego wpisu mojego męża. Wcale nie zrobiłam tego złośliwe! Wręcz przeciwnie – jakby zaśpiewał bardzo lubiany przez niego wykonawca, niejaki Jack Black – „This is a tribute!” (swoją drogą polecam w wolnej chwili sobie posłuchać, nóżka sama chodzi).

Dziś Międzynarodowy Dzień Przytulania i postanowiłam w tym dniu i tym oto wpisem męża mojego uhonorować. Dlaczego? A bo go kocham bardzo i uwielbiam, pewnie również dlatego, że tak dłuuuuugo musiałam na niego czekać! I dlatego jeszcze, że mój mąż obudził we mnie i dzielnie pielęgnuje … tri-potwora 🙂 Tak, tak – nie oszukujmy się, gdyby nie mój ukochany, pewnie nigdy nie wzięłabym się za ten cały trajlon. A zaczęło się tak niewinnie… ale to historia na zupełnie inny wpis 🙂

Muszę się mocno pilnować, bo mam niestety straszliwe zapędy do brnięcia w liczne dygresje i odchodzenia od meritum… no więc o co chodzi z tymi przepisami?

Pierwszy miał być na udany związek 😉

Otóż kiedy wreszcie zebrałam się w sobie i wyszłam na dzisiejszy trening, a jakoś tak mocno mi się nie chciało – no ale tak czasem bywa – nie chce się, a potem człek jest mega zadowolony, że jednak wylazł… a zatem kiedy wreszcie wybiegłam dziś z domu, nie miałam w głowie kolejnych startów, ani Henia-alkoholika, tylko pojawiła się taka myśl, jaki fajny jest ten mój mąż, że właśnie w tej godzinie ogarnia potomka, żebym ja mogła ruszyć te swoje cztery litery. Małżonek mój bowiem w swej mądrości ogarnia, że będąc w związku warto (raptem dwie rzeczy):

Być sobą i pozwolić na to samo swojemu partnerowi.
Mieć swoje pasje, ale też wspierać drugą połowę w dążeniu do samorealizacji.

 

A żeby nie było tak sztywno i moralizatorsko, no i by faktycznie wpis zawierał kilka przepisów, pozwolę sobie opisać w skrócie (ale nie takim aż telegraficznym), moją drogę do pozyskania BOBKÓW MOCY.

Czeko-kulka w kokos-wiórkach, czyli BOBEK MOCY
  1. Wczesnym popołudniem wykoncypuj sobie, że potrzebujesz jakiegoś porannego posiłku przedtreningowego bez wielkiego porannego gotowania.
  2. W trakcie wieczornej drzemki swego prawie 4-miesięcznego syna obczaj lodówkę i spiżarnię. Bądź pełna nadziei, że z lekko przeterminowanej kremówki, cukru, płatków owsianych, orzechów nerkowca, nasion słonecznika i rodzynkUF uzyskasz batony śniadaniowe Nigelli.
  3. Natychmiast podejmij się realizacji zadania – wlej kremówkę do garnuszka, dorzuć cukru na oko i gotuj to wszystko na małym ogniu licząc po cichu, że cukier rozpuści się bez mieszania i wszystko będzie git.
  4. W plastikowej misce wymieszaj wszystkie suche, oczywiście odmierzone również na oko, bo przecież nie masz czasu – dzieć może się obudzić w każdej chwili. Puknij się następnie w łeb i wymień miskę na szklaną, bo przecież ostatecznie będziesz do tego dolewać gorącą kremówkę.
  5. Przemieszaj jednak tę kremówkę z cukrem (warto), zalej suche składniki i mieszaj porządnie do połączenia, ale bez przesady – pamiętaj o dzieciu!
  6. Ooo! Skubany młody się obudził – na jednej nodze wyłóż blachę papierem, uklep w pośpiechu uzyskaną breję i wstaw do zimnego piekarnika. Ciepnij garnek i miski do zlewu, bo młody już zaczyna jękolić, leć po niego!
  7. Z dzieckiem na ręku włącz piekarnik.
  8. Po godzinie piętnaście poproś męża o pokrojenie tego czegoś w blaszce, bo sama masz młodego przy cycu.
  9. Jeśli batony nie wyszły – myśl jak Pollyanna – masz granolę!
  10. Następnego dnia rano wraz z małżonkiem wciągnij pół blachy tego czegoś z jogurtem. Całkiem niezły shit, ale za miENTkie jak na granolę. Kombinuj dalej. Acha! Umyj garnek i miski!
  11. Jak na dziecko lat 80′ poprzedniego stulecia przystało orientujesz się, że z płatków w każdej postaci da się jakoś dojść do CiastkUF owsianych bez pieczenia. No dobra, te są jakieś fikuśne, kto w tamtych czasach widział jakieś masło orzechowe?! Ty spróbuj bez.
  12. Wieczorem, znów w trakcie drzemki syna, podejmij się realizacji powyższego pomysłu – z reszty „tego czegoś” co Ci zostało po śniadaniu. W garnku zagrzej masło, mleko, jeszcze cukru i kakao. W ciepłą masę wciepnij resztkę swojej brei, dorzuć płatków owsianych, bo jednak jest tego ciut za mało.
  13. W nagłym przypływie zdrowego rozsądku poproś swojego męża (wybierającego się akurat do apteki w centrum handlowym), o dokupienie w markecie mleka w proszku i wiórków kokosowych, bo przecież w razie totalnej porażki da się skombinować jakąś hybrydę z blokiem czekoladowym.
  14. Odstaw gorącą masę do ostygnięcia. Zapomnij o niej do rana, w końcu dzieć usypia przy piersi…
  15. Rano znajdziesz w garnku zastygniętą masę – skoro już masz te wiórki kokosowe i mleko w proszku zrealizuj swój ostateczny pomysł w trakcie porannej drzemki młodego.
  16. Podgrzej to coś w garnku z dodatkiem mleka (płynnego), dosyp mleko w proszku i ciut wiórków – resztę wykorzystaj do obtoczenia kulek.
  17. Niech dziecko obudzi się w trakcie tej czynności, a Ty zawołaj do męża: „Przejmij Heńka, bo ja jeszcze kulam to gówno!” i dzięki temu znajdź nazwę dla swojego wynalazku! Tak oto pozyskałaś/eś BOBKI MOCY! Kaloryczne w cholerę, może niekoniecznie super zdrowe, ale jakie dobre!
  18. Brudne gary wciepnij do zmywarki, ogarnij podczas kolejnej drzemki dziecia, albo zdaj się na męża 😉

I pamiętaj!

Zawsze możesz liczyć, że Twoje dziecko rozbuja Twoją kreatywność, zainspiruje do kolejnego wpisu, a nawet pomoże w przygotowaniu go na raty!

W końcu to Twój mały pomocnik!

Heniek, bo 1+1 >= 3!

 

 

 

 

Wiele przepisów w jednym, czyli jak ogarnąć smaczny makaron w 10 minut!

Treningowo nie mam nic do powiedzenia. No bo co tu mówić? Że znowu choroba, czy inna migrena i treningi powypadały? Szkoda gadać i tyle. Warto jednak skupić się na temacie wytopu. Ten szedł całkiem nieźle (z 83 kg waga zeszła do 76 kg, brakowało kilograma do wagi docelowej!), ale przypałętała się migrena. W 4 dni waga wzrosła do 81,6 kg :-O Większość tego to woda, ale i tak jest to deprymujące, bo o ile początek łatwo się zrzuca (dzisiaj, czyli kolejne 4 dni później, już jest 78,5 kg), to końcówka zawsze jakoś zejść nie chce.

Z tego względu powinienem znowu większą uwagę zwrócić na to co jem. I zwracam, bo pojawiają się bardzo zdrowe posiłki typu warzywka na parze + jakieś mięsko (indyk, kurczak, ryba). Ale trzeba sobie czasem dogodzić, czyż nie? W końcu o czym człowiek myśli na wytopie, jak nie o jedzeniu!? I to raczej nie wytopowym 😉

Jakiś czas temu zrobiłem fajny makaronik, który od tamtego czasu powtarza się regularnie. Przygotowanie jest proste i szybkie, a smak powala. No jest w tym smaku coś, co sprawia, że mógłbym to jeść prawie codziennie! Mowa o makaronie z własnoręcznie przygotowanym pesto.

Dlaczego przygotowane własnoręcznie, a nie kupne? Świetne pytanie, cieszę się, że je sobie sam zadałem 😉 Z dwóch względów. Po pierwsze, kupne pesto można nabyć najczęściej w postaci klasycznej (zielone, z bazylią) lub czerwonej (z suszonymi pomidorami). Takie pesto często jest masakrycznie tłuste i przez to mdłe. Po drugie, samodzielnie przygotowane może być udziwnione.

Tak właśnie jest w tym przypadku. Ja pesto przygotowuję najczęściej w dwóch wariantach: ze szpinakiem (Mysia uwielbia!) i z jarmużem (ja uwielbiam!). Ale można eksperymentować. Można zrobić pesto z natki pietruszki, czy praktycznie dowolnej innej zieleniny!

Składniki na jedną (1!) porcję (trzeba mnożyć przez liczbę osób!):

  • Parmezan – 15g
  • Orzeszki piniowe – 15g
  • Oliwa z oliwek – 15g
  • Czosnek – ile lubicie, ja daję dwa lub trzy ząbki na głowę
  • Sok z cytryny – zależy od cytryny, zazwyczaj sok z 1/4 cytryny na głowę
  • Jarmuż lub szpinak – ile wlezie do blendera! Tu naprawdę ciężko przesadzić 😉
  • Makaron – adekwatnie do potrzeb 😉

Przygotowanie jest trywialnie proste. Przygotowujemy odpowiednie porcje poszczególnych składników. Wrzucamy parmezan, orzeszki (można je również zastąpić np. pestkami słonecznika), oliwę, czosnek i sok z cytryny do rozdrabniacza (lub blendera, też się nada). Rozdrabniamy aż będzie ładnie rozdrobnione (;)). Następnie porcjami dodajemy i rozdrabniamy zieleninę. Jak już docelowa porcja jest gotowa, to sprawdzamy smak. Pesto ma nam po prostu smakować na surowo. Jeśli nie smakuje, to dodajemy co potrzeba, żeby było lepiej. Nastawiamy wodę na makaron – ostatnimi czasy wcinamy świeży makaron z Lidla, papardelle albo tagliatelle, który gotuje się 3-4 minuty. Wrzucamy makaron i go gotujemy. 2 minuty przed końcem gotowania makaronu na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy z oliwek i wrzucamy pesto. Chodzi o to, żeby doprowadzić do lekkiego roztopienia się parmezanu w pesto (u mnie zajmuje to 30-60 sekund, w zależności od producenta parmezanu). W międzyczasie odcedzamy makaron, po czym wciepujemy go na rozgrzane na patelni pesto. Mieszamy, żeby makaron rzeczonym pesto się pokrył. Przekładamy na talerze/miski i wcinamy!

Może nie wygląda to zbyt zachęcająco na zdjęciu, ale w smaku… niebo w gębie!

Makaron z pesto
Makaron z pesto

Santa Claus is coming to town, czyli FAT-MADKA wraca do gry…

Niespiesznie wciągam fioletowe rajtki w rozmiarze S na lekko spocone pupsko w rozmiarze XL. Nie mam specjalnych majtasów jak Brydzia Dżons, ale jakoś to będzie. Tu wcisnę, tam upchnę, porządnie zwiążę sznurek w talii, żeby nic nie wyskoczyło górą. Wielkopolska sknera mieszkająca we mnie jest szczęśliwa, bo dzięki dodatkowi lycry nie muszę wymieniać całej sportowej garderoby.

Jest 8:30, ale jestem na maksa zmulona. Brakuje mi werwy, bo w nocy Henio zarządził imprezę od 1:30 do prawie 4, ze zmianą cyca w połowie dystansu. Dopinam przyciasny sportowy stanik na chwilowo niesymetrycznym biuście – lewa nieopróżniona, bo od 6:00 graliśmy prawą na leżąco, żeby jeszcze choć trochę pospać – wciągam koszulkę techniczną i bluzę biegową, a w międzyczasie trzy razy sprawdzam ręką miejsce w okolicy mleczarni, przy tym poziomie zmęczenia nie ufam samej sobie, ale za każdym razem znajduję pulsometr na właściwym miejscu. Mogę kontynuować przygotowania do treningu. Schodzę na dół, w przedpokoju zakładam ciut toporne Kalenji, ale w nju balansach bym się pewnie dzisiaj „samozapłodniła”, o czym przekonam się już wkrótce. Z salonu dobiega głos najwspanialszego taty we wsi Kazimierz:

„Osioł robi i-aa, i-aa!”

Oho! Chłopaki dorwali się do poważnej literatury – „Księga dźwięków”, ostatnimi czasy nasz książkowy hit, zaraz po „Najlepszym” 😉

„Nie biorę klucza!” – krzyczę.

Sprawdzam czas na Garminie i jak na Grażynę triathlonu przystało – bez żadnego śniadania, i co gorsza o suchym pysku, za to z pięciominutową obsuwą w stosunku do wczorajszych założeń, wychodzę na bieg – naprawdę nie jest źle. Odstawiam jeszcze kosz na śmieci na swoje miejsce (Panowie z PUKu zwykle zostawiają go na środku podwórka, żeby zaznaczyć swoją obecność) – zyskuję 10 punktów w plebiscycie GOSPODYNI ROKU, nie powiem, przyda się, albowiem azaliż od paru miesięcy totalnie nie ogarniam kuwety. Ahoj przygodo! Mogę ruszać!

Wybieram trening na zegarku i tu pierwszy ZONK – Garmin ustawia typ treningu „Bieg w pomieszczeniu”. Macham na to jednak ręką i szczam sikiem prostym, bo od kiedy Henio jest z nami to serio nie mam czasu na takie pierdoły. Poza tym, co ja tam dzisiaj wyczytam z tego treningu, skoro dopiero wracam do jakiegokolwiek wysiłku po tylu miesiącach przerwy? Co najwyżej Garmin znów podpowie, że regenerować się powinnam w trumnie na katafalku, czyt. jakieś 3 dni. Wsłuchuję się zatem w Sistars, które odpaliłam w spotyfaju na srajfonie (telefon, nieodzowny element wyposażenia treningowego matki), i zaczynam biec.

W głowie powtarzam sobie co mam do zrobienia – 15 minut luźno, 5 x (20” ciut szybciej / 1’40” luz) i 15 minut schłodzenia. Tak zarządził trener, a ja mam najlepszego na świecie, czyli mojego męża, to go będę słuchać! Mocno pilnuję się, żeby już na starcie nie myśleć o duathlonie w Czempiniu, bo wiem, że raciczki oszaleją, tętno poszybuje w kosmos, a i tak nie mam czym szastać. Szczególnie biorąc pod uwagę 13 kg, które mi jeszcze zostało do zrzutu. Nooo… o tym też strach myśleć – specjalnie zgłosiłam się do czelendżu MKONa, żeby te kilogramy pożegnać, ale od tego momentu zeszło ich raptem całe dwa (święta – serniczki, pierniczki, makowce, sałatki jarzynowe, śledziunie, śledziuniuniuniunie kochane).  A skoro już zaczęłam myśleć o wadze, to wróciło do mnie oczywiście to wczorajsze ciasto, co to je z wielkim apetytem spałaszowałam, czując co prawda pewien niesmak do samej siebie, który jednak zupełnie nie utrudnił mi konsumpcji.

JA: Kochanie, w tym chyba nie ma alkoholu, prawda?

KAMIL: Nie, spokojnie możesz zjeść, ja nic nie poczułem, a jestem w tym temacie wyczulony…

No to rzuciłam się jak szczerbaty na suchary… cholera, czy mi się wydaje, czy tam jednak jest coś rozgrzewającego? Temat wkręcił mi się w mózg i świdruje od tej 19:30, kiedy zakończyłam spożycie. To zatem całkowicie naturalne, że o 3 nad ranem, po zmianie cycusia na prawy, wpisuję w google „sowa tort cookie skład” – w opisie jak wół stoi SPIRYTUS. Ku*wa mać! Pieprzona madka roku!

W pierwszych pięciu minutach biegu myślę zatem o Heniu, którego na bank wczoraj wieczorem wpędziłam w alkoholizm. Oczami wyobraźni widzę sklep całodobowy, przed nim dorosłego już i z lekka zużytego Henryka obalającego flaszkę z jakim innym menelem, pardon alkoholikiem. Konsumpcję przerywa im trzeci żul zagajając:

„Te Heniek! Kopsnij szluga!”

Ja pikolę, Mysza rilaks! Zjadłaś jeden mały slajsik, daj se kobito siana!

Na szczęście po kilku minutach biegu nawierzchnia diametralnie się zmienia, co zmusza mnie jednocześnie do zmiany tematu rozważań. Zaczynam się zastanawiać czy w ogóle dam radę zrobić na tej trasie jakiekolwiek przyspieszenia. „Gwiazdy tańczą na lodzie!” -„Janusze i Grażyny triathlonu” special edyszyn. Jedyny plus – wzrost kadencji i poprawa Vertical oscillation 😉 W międzyczasie zauważam, że niestety wróciłam do biegania w stylu Rocky’iego – ciężko stąpam i boksuję rękami na boki. Pocieszam się i usprawiedliwiam sama przed sobą, że to na pewno przez zmianę środka ciężkości – biegnę przecież z nieopróżnionym lewym cyckiem, to musi być to! Dobiegam do asfaltowej ścieżki rowerowej i widzę, że będzie zabawa. Przede mną jakieś dwa dwustumetrowe pasy szarego bez lodu, czyli da się śmigać!

Zaczyna się pierwsze przyspieszenie i kobyle wypada z pyska wędzidło, a przecież miałam polecieć tylko CIUT szybciej!

„Konik robi i-ha ha, i-ha ha!”

Tylko to przyspieszenie to raczej w głowie. W rzeczywistości odwalam ślimaka, który w „Księdze dźwięków” jedynie elegancko macha czułkami. Na końcu odcinka drobię niczym gejsza, bo znów zaczyna się lód – jak dobrze, że Garmin wypikuje zakończenie tego dramatu, a ja wracam do Rocky’ego. Ten schemat powtarza się jeszcze 4 razy – na odcinkach 20” staram się wskoczyć w skórę T-1000 z „Terminatora 2″, w sensie łapki pięknie pracujące równolegle do korpusu w osi góra-dół, wzrok skierowany przed siebie, wydłużony krok… w wyobraźni jestem jak Usain Bolt, w praktyce – jak Usain Bolt z większym lewym cyckiem, w za ciasnych rajtkach i przestrzelonym kolanem. Ledwo zipię w przerwach i na 1’40” znowu wskakuję w skórę Rocky’ego.

Monodram zmierza ku końcowi, zostaje 15 minut schłodzenia – przeżyję je całkiem dzielnie, na oblodzonych odcinkach żeniąc Rocky’ego z gejszą i rozmyślając już tylko o tym, czy Henryk aby nie umiera z głodu.

W oknie witają mnie dwa najukochańsze na świecie męskie oblicza.

Jeszcze tylko prysznic i będziesz mógł się dorwać do jadłodajni, synku!

I oby mleko nie było kwaśne…