Wyprzedziłem Mistrza Świata – Sztafeta na 1/8 IM w Lidzbarku

Trzeci weekend startowy z rzędu. Start w zawodach cyklu Triathlon Energy. Tym razem dystans krótki, sztafeta Endure Team na 1/8 IM w Lidzbarku. Startowałem z Kariną (pływanie) i Tomkiem (rower), którzy tym startem debiutowali w świecie triathlonowym. I cóż to za debiut! Chociaż pogoda starała się nam uprzykrzyć zabawę. Sobotnie mistrzostwa świata w Cross Kajakach ze względu na bardzo silny wiatr zostały odwołane. W niedzielę wiało trochę mniej, ale dalej stosunkowo mocno.

W sobotę odebraliśmy pakiet startowy i poszliśmy kibicować Guciowi, synowi Kariny i Tomka, który brał udział w Möller’s Energy Kids Run, w kategorii C2 – bieg na 500 metrów. Poszło mu super, zajął 5 miejsce w swojej kategorii! Brawo 🙂

W niedzielę, po śniadaniu, udaliśmy się w okolice startu, gdzie Tomek wstawił rower do strefy zmian, a my kibicowaliśmy wcześniej startującym dystansom 1/2 i 1/4 IM. Pogoda, jak wspomniałem, nie rozpieszczała. Temperatura nie była bardzo niska (~17 °C), ale wiał zimny wiatr, który szybko wyziębiał. Zbliżała się godzina 12, czas startu. Karina wdziała piankę i udała się na start. Widać było napięcie i ogromną chęć walki już od pierwszych metrów, ale taktyka ustalona z Trenerem była inna. Pływacy weszli do wody i punkt 12 nastąpił start. Po 9’48” Karina zakończyła pływanie (pomiar oficjalny, trzeci czas wśród sztafet i 4 pośród wszystkich kobiet dystansu 1/8) i pobiegła do T1, przekazać czipa Tomkowi. Tomek pognał (o ile ktokolwiek dał radę gnać na wybiegu z T1 – hardkor pod górkę ;)) na rower i teraz wszystko w jego nogach! W międzyczasie ja poszedłem się rozgrzać. Tomek wrócił do strefy zmian po 46’42”, dzięki czemu utrzymał trzecią pozycję wśród sztafet. Przechwyciłem czipa i wyruszyłem na trasę biegową.

Bieg jako taki miał być mocny od początku do końca. Po Nocnym Biegu Świętojańskim chciałem zrobić życiówkę na 5 km. Zacząć mocno, a potem jeszcze dołożyć do pieca. Pierwsza dwa kilometry nawet wyszły (odpowiednio 3’44” i 3’42”), ale trzeci, na którym był podbieg (ten sam, który stanowił wybieg z T1), trochę się „zepsuł” – 3’59”. Czwarty kilometr to odrabianie strat (3’33”) i ten moment, właśnie ten, w którym… WYPRZEDZIŁEM MISTRZA ŚWIATA IRONMAN 2017, czyli MKONa! Kronikarska uczciwość nakazuje mi jednak poinformować, że MKON właśnie się roztruchtywał po biegu w ramach sztafety 1/4 IM, więc nawet się ze mną nie ścigał 😉 Tak mnie to jednak podkręciło, że na ostrym zakręcie, który był na mocnym zbiegu, postanowiłem pójść pełnym ogniem. I poszedłem, co było co najmniej głupie, bo bezwładność była duża i się dziwnie wykręciłem. Parę kroków później poczułem, że spina mi plecy z lewej strony i prawie nie mogę oddychać. Misterny plan na przyspieszenie końcówki diabli wzięli. Ostatni kilometr starałem się już tylko nie zwolnić. Pobiegłem go w 3’41” – czyli zwolniłem. Ostatnie 300 metrów przebiegłem w tempie 3’38″/km, czyli ciągle za słabo…

Tak wyglądał mój „uśmiech” na mecie:

"Uśmiech" na mecie - Zdjęcie dzięki uprzejmości Energy Events
„Uśmiech” na mecie – Zdjęcie dzięki uprzejmości Energy Events

Po biegu został niedosyt, bo założony cel nie został osiągnięty. Bieg według oficjalnego pomiaru ukończyłem w 19’31”. Ale, mimo wszystko, okazało się, że udało mi się wyprzedzić jedną sztafetę i zajęliśmy ostatecznie drugie miejsce, z czasem 1:17’32”! No niezły debiut, Karina i Tomek! 🙂

Podium sztafet 1/8 IM w Lidzbarku 2018
Podium sztafet 1/8 IM w Lidzbarku 2018

Serdecznie dziękuję wszystkim z Endure Team za doping na trasie biegowej. I dziękuję Mysi i Heniowi za doping i wsparcie w trakcie kolejnego już wyjazdu. Jesteście niezawodni! :*

Nocne bieganie z atrakcjami

Długo się zastanawiałem, jak zatytułować ten wpis – całą noc! Stwierdziłem, że wybiorę wersję łagodniejsza, bo się okaże, że ktoś coś je, albo coś… Od razu ostrzegam, będzie trochę niesmacznie 😉

Nocny Bieg Świętojański 2018 to bieg na odcinku 10 km odbywający się rokrocznie w Gdyni. Od zeszłego roku jest trasa z premią górską. Profil trasy wygląda jak na obrazku:

Trasa Nocnego Biegu Świętojańskiego (obrazek z gdyniasport.pl)
Trasa Nocnego Biegu Świętojańskiego (obrazek z gdyniasport.pl)

Jak widać, podbieg jest solidny! W zeszłym roku na tej trasie wykręciłem czas 39’30” i uważałem, że jest to wynik wyśrubowany. W ramach przedstartowych konsultacji z trenerem dostałem m.in. taką wiadomość: „Przede wszystkim chciałbym abyś podszedł bez presji na starcie. A jak na trasie poczujesz zew do walki to pójdź za tym. Życzę powodzenia.” Bez presji, taaa…

Ale im więcej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że Tomek ma rację. Warto spróbować podejść do tego startu inaczej. Była ku temu sposobność, gdyż aktualnie czytam książkę (o pływaniu, nota bene), która przedstawia zupełnie inne podejście do robienia różnych rzeczy. Zaleca skupienie się na tu i teraz, na odczuwaniu na bieżąco, nie uciekaniu w myślach gdzieś dalej. Na opisanie książki przyjdzie jeszcze czas, na razie wystarczy powiedzieć, że faktycznie próbowałem się skupić na tym, żeby być w sobie w trakcie biegu. Odczuwać to, co się ze mną dzieje.

Wystartowałem bez większego planu, miało być mocno. Mocniej niż w zeszłym roku. I się zaczęło! Stwierdziłem, zgodnie z rozmową z Trenerem, że nie będę patrzył na zegarek, żeby się skupić na odczuwaniu tempa, a nie spekulacjach jak mi pójdzie i gdzie padnę. 😉 Jak się potem okazało, tempo od początku zrobiło się mocne. Kilometry pod górkę (2 i 3) w 2017 roku zrobiłem odpowiednio w 4’06” i 4’30”. W tym roku było to 3’56” i 4’16”. 24″ „odzyskane” pod górkę :-O Zeszłoroczny czas z całej trasy to 39’30”, tegoroczny 37’36”! Kosmiczna różnica. Całość dystansu zrobiłem średnio o 11″ szybciej per kilometr. Gdy jeszcze uwzględnić to, że od końcówki podbiegu pod Kielecką mnie spięło w górnych partiach brzucha (pomimo nospy… Trenerze, znowu kurde coś!)… Hardkor! No i przez całą trasę myślałem, że puszczę w gacie. Jeśli jeszcze kiedyś wpadnę na pomysł, żeby okołostartowo żywić się humusem, to niech mnie małżonka strzeli w czaszkę! Przepraszam wszystkich, którzy biegli w mojej okolicy! Można powiedzieć, że mój bieg to było jedno wielkie pruknięcie… Lepiej bardziej nie będę tego tematu rozwijał…

I tym optymistycznym… 😉 Dziękuję, nieustająco, za wsparcie mojej rodzince oraz wszystkim Endurakom! No i nieustający szacun do Trenera, że potrafi ogarnąć taki postęp, pomimo wszystkich problemów z regularnością 🙂

I na koniec, dzięki Bałtykowi za cuksy! 😀

Cuksy od Bałtyku! :D
Cuksy od Bałtyku! 😀

A za tydzień pobiegnę w sztafecie w Lidzbarku w ramach cyklu Triathlon Energy. Nie, żeby jakieś ciśnienie, ale powalczymy o życiówkę na 5 km 😉 Mimo, że garmin powiedział, że już w nocy życiówka pękła (17’59”!).

Prawie triathlon, czyli sztafeta na dwa w Starogardzie Gdańskim

Tegoroczny sezon nie był dla mnie zbytnio łaskawy, do tej pory. Najpierw kontuzja uniemożliwiła mi ukończenie półmaratonu w Gdyni. Potem problemy z zębem uniemożliwiły start w Czempiniu. Z treningiem też było różnie, bo migreny i takie tam. No nie było dobrze, no… Jednak pomimo tych wszystkich problemów Trener był w stanie opracować taki trening, że jest postęp, jest forma.

Sprawdzianem tejże formy miał być mój prawie triathlon, czyli sztafeta w Starogardzie Gdańskim w ramach cyklu Triathlon Energy (polecam start, fajnie zrobione imprezy). To kolejny rok z rzędu, kiedy w Starogardzie w sztafecie Endure Team wystawia reprezentację. W zeszłym roku startowaliśmy we trzech (Marek płynął, ja jechałem na rowerze, a Paweł pobiegł zamiatając stawkę ;)) i zajęliśmy pierwsze miejsce. W tym roku startowaliśmy we dwóch (niezawodny Marek płynął, ja jechałem na rowerze i biegłem).

W tym miejscu warto dodać, że zarówno w zeszłym roku, jak i w tym, Marek robił wariant hardcore, czyli: najpierw płynął dla sztafety (950 metrów), a potem startował indywidualnie na 1/8 IM! Szacun ogromny i podziękowania wielkie! 🙂

Przepłynięcie odcinka pływackiego zajęło Markowi 19’16” i był to trzeci czas wśród sztafet. Pierwsza strefa zmian, gdzie przekazywaliśmy sobie czipa, zajęła nam 1’47”. Pokulałem się na rower i przyszedł czas na jazdę. Pierwsze kilkaset metrów to była nawierzchniowa masakra, potem już na nawierzchnię nie można było narzekać.

Sam rower miałem pojechać na 280+ watów, niestety, plan się nie udał. NP z całego odcinka rowerowego wyniósł 276W, jakieś 3,5 W/kg. 20 watów więcej niż w zeszłym roku, ale mniej niż założona moc… Przyczyn było kilka, jedną z nich była chęć uniknięcia draftowania. W szczegóły się wbijał nie będę, ale niektórzy powinni się mocno zastanowić, czy powinni jeździć w zawodach w konwencji bez draftingu. Kolejnym problemem było utrzymanie mocy na odcinkach z górki. Ogólnie, trzeba nad tym popracować, bo ten rower mógł i powinien być mocniejszy. Odcinek rowerowy zajął 1:11’55” i był to drugi czas pośród sztafet. T2 zajęło mi 1’18”. I przyszedł czas na bieg.

Nawrotka na pętli biegowej
Nawrotka na pętli biegowej

Bieg też wyszedł poniżej oczekiwań. Plan był na pierwsze 2 km w okolicach 4’/km i potem przyspieszyć. Wyszło inaczej 😉 Na biegu były dwie pętle, które dosyć solidnie mnie zmęczyły. Mało było odcinków płaskich. Sama trasa była również niedomierzona, na mecie zegarek pokazał 9,96 km, zamiast 10,55. Bieg ukończyłem z czasem 40’42” i był to drugi czas pośród sztafet. Najciekawsze na biegu było samopoczucie. Czułem, że mogę jeszcze ze dwie pętle w tym tempie przebiec, ale za nic nie mogłem zmusić nóg do szybszego biegu. Znowu, trzeba będzie nad tym popracować, żeby bieg był mocniejszy 😉

Sumarycznie, cały dystans zajął nam 2:14’58”, zajęliśmy drugie miejsce i mieliśmy 7’2″ straty do pierwszej sztafety. Drugie miejsce to gorzej, niż w zeszłym roku, ale sumarycznie czas mieliśmy lepszy. Czyli jest progres, tylko konkurencja nie zasypia gruszek w popiele 😉

Podium w Starogardzie Gdańskim
Podium w Starogardzie Gdańskim

Na koniec chciałbym podziękować drużynie wspierającej, czyli mojej Mamie, Monice i Heniowi (który dzielnie zniósł trudy kibicowania!). Oraz gratulacje dla wszystkich z Endure Team, bo wyniki startów były co najmniej zacne, np. Marta wygrała open kobiet w Charzykowych, Tomek wygrał open i złamał 2 godziny na 1/4 w Starogardzie 😀

A teraz czas zrobić kilka (tysięcy) kroków wstecz i zacząć pracę od podstaw nad pływaniem. I może, może! Za rok w Starogardzie sztafeta będzie jednoosobowa? 🙂

Nic już nie musiało, chociaż pewnie mogło.

Tytuł tego wpisu jest odpowiedzią, na mój poprzedni wpis. Zastanawiałem się, co się jeszcze może spieprzyć. I okazało się, że już nic nie musiało się spieprzyć, żebym w Czempiniu nie wystartował. Ten jeden ząb wystarczył. We wtorek okazało się, że zrobił się spory ropień, który trzeba było przeciąć i wyczyścić. Potem ząb został przeleczony kanałowo i miało być lepiej. Lekarz dawał 50% szansy na wystartowanie.

Faktycznie, zrobiło się lepiej. Wczoraj (w czwartek). Szkoda tylko, że nie na tyle, żeby to cokolwiek zmieniło. Dzisiaj (w piątek), miała być podjęta ostateczna decyzja, co do startu. Spróbowałem więc przebiec parę kroków. Zaraz poczułem ból, więc dałem sobie spokój. I z dalszym biegiem i z wyjazdem do Czempinia.

Teraz pozostało się wyleczyć oraz oszacować jakie szkody w organizmie poczyniły antybiotyki. Potem może poszukać jakiegoś innego startu. Szkoda tej formy co jest (była?). A duathlon w Gniewinie dopiero na koniec września, więc trochę daleko. Ze startami tri dalej nie wiadomo co będzie, ze względu na moje pływanie, które ciągle jest w lesie… Może chociaż jakiegoś Parkruna na życiówkę sobie pobiegnę?

Wszystkim startującym w Czempiniu życzę powodzenia! Za parę osób kciuki będę trzymał szczególnie mocno. OZD Braciszku! OZD Trenerze. OZD Enduraki!

Bardzo dziękuję wszystkim za wsparcie! Szczególnie Mysi :*

Na koniec tekst piosenki „Coda” zespołu Riverside, która gra mi teraz w głowie i mnie pociesza. Szczególnie ostatni wers.

Night outside grows white
I lie faceup in my shell
Open my eyes
Don’t feel like falling into blank space

Had allowed that life to drift
For I’ve chosen a different trail
When darkness fades
Don’t feel like falling into blank space

Want to be your light
Illuminate your smiles
Want to be your cure
Bridge between self and us
Want to be your prayer
Wipe the tears from your eyes
When the night returns

I won’t collapse

I’m set to rise

Ząb zupa zębowa, czyli jak przedreptałam Bieg Kobiet w Gdyni

Jeszcze kilka miesięcy temu miałam ambitny plan zrzucenia kilkunastu kilogramów i powrotu do treningów. W reżimie treningowym utrzymałam się może trzy tygodnie. I żeby nie było – nie chodzi o jakieś zajebiaszcze objętości, mega wycisk w stylu pąpkinsowego motto „krew, pot i łzy”. No dobra, pot jak najbardziej był, ale krew i łzy to mnie co najwyżej zalewały kiedy obserwowałam swoje marne osiągnięcia. Tylko czego się spodziewać przy CZTERECH godzinach treningu tygodniowo i kilkunastokilogramowym nadbagażu? Nie wiem, jak robią to inne trenujące mamy, ja ledwo dawałam radę z tymi czterema godzinami.

Próbowałam człapać, próbowałam cisnąć na trenażeRU, na basen nie było zbytnio szans, więc zanurzyłam płetwy całe dwa razy, a potem pokonało mnie ZĄBKOWANIE. Nie moje, żeby nie było – niedawno skończyłam 37 lat i niestety trzeci garnitur zębów nie jest mi dany, a to wielka szkoda – przydałaby się podmianka na jakieś nowe, ładniejsze i zdrowsze. Pokonały mnie jednak zęby Henryka. W czwartym miesiącu życia coś w niego wstąpiło (a raczej zamierzało wyskoczyć) i zaczął się dla nas wszystkich naprawdę trudny czas. Coś jak wieczny PMS, tylko w męskim wydaniu. Coś jak „pierwszy mężczyzna na ziemi ząbkuje”. Henio skończył niedawno 7 miesięcy, a zębów ma już całe sześć (i kolejne dwa w drodze). Nie przekłada się to nijak na postępy w przyjmowaniu pokarmów stałych, nawet bym powiedziała, że chyba wręcz mu to przeszkadza. Oznacza to tyle, że nadal jestem dla niego jedynym źródłem pożywienia (a zgodnie z wytycznymi WHO, „najgłówniejszym” co najmniej do ukończenia przez mojego małego ssaka 1. roku życia). Jak to się ma do mojego trenowania? Ano tak, że skoro dziąsła bolą w dzień, to ze 40% konsumpcji przypada na noc, zatem trenuję głównie przekładanie się z jednego boku na drugi. Po prostu jestem 24-GODZINNYM FOOD TRACKIEM, mobilnym barem mlecznym, z kilkunastomiesięcznym deficytem snu. To przekłada się zresztą również na moją dietę, a raczej moje fatalne wybory żywieniowe. Jestem zmęczona i cały czas szukam pociechy w jedzeniu i trudno mi odmówić sobie czegoś słodkiego. No wiem, wiem – wymówki, wymówki 😉 Nie sprzyja nam również czas. Kamil również go potrzebuje – na pracę, obowiązki domowe (ktoś musi ogarniać kuwetę, skoro ja głównie użyczam bufetu) i trening. Jeśli mam wybierać między moim treningiem, a treningiem Kamila – wybieram trening męża. On ma jakieś konkretne cele na ten sezon, odpowiednią wagę startową, no i może ewentualnie pójść się wyspać do innego pokoju, o ile tupnę nogą i to zarządzę, bo sam nijak się do tego nie zbierze 🙂 Z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów lubi spać z nami niczym fakir na ostatnich dwudziestu centymetrach materaca 😉

Po jaką cholerę zapisałam się zatem na Bieg Kobiet w Gdyni „Zawsze pier(w)si”, skoro ani formy, ani pracy nad nią, ani widoków na jedno czy drugie? Ano dla idei! Profilaktyka raka piersi jest dla mnie ważna z powodów osobistych – chciałam ten bieg zadedykować mojej mamie.

Kochana MAMO, gratuluję Ci z całego serca, że tak dzielnie stawiłaś czoła chorobie i wygrałaś. Ponieważ sama jestem mamą młodej kobiety, rozumiem również, dlaczego tak ważne w tym wszystkim było dla Ciebie, żebyśmy my, Twoje córki, się przebadały. Obiecuję, że będę się badać regularnie i już wkrótce wyślę na takie badanie również Twoją wnuczkę.

Co do samego biegu – na całe moje szczęście dystans wyniósł całe 5 km, a tyle to ja dziennie z palcem w nosie spaceruję – w końcu Heniek śpi jedynie przy piersi albo w ruchu (wózek, auto), więc jak mleczarnia już nie wydala to odpalam wózek 🙂 Dodatkowo limit czasowy był taki, że w razie problemów mogłam dociągnąć Galloway’em, chociaż bardzo mnie ta metoda mierzi (przede wszystkim jej używanie na zawodach). Nie ma co się rozpisywać – bez żadnego przygotowania to sobie można co najwyżej polecieć na papieża i z trasy pozdrawiać czule Polaków – zgromadzonych tłumnie słomianych tatusiów (wreszcie jakaś odmiana w stosunku do większości startów biegowych czy triathlonowych w Polsce, ciekawy widok swoją drogą 🙂 ) Zatem były to dwa okrążenia „o ja pie***lę”, „o ja Cię kręcę”, „na cholerę mi to było”, „sikać mi się chce, a ledwo zaczęłam”, „daleko jeszcze”,”że też taki zadzior wyhodowałam, trudno walczyć z grawitacją”. Ukończyłam bieg z czasem ok. 33 minut, czyli sporo powyżej mojej życiówki na tym dystansie, ale jak już pisałam, nie to w tym biegu było najważniejsze.

Mam cichą nadzieję, że już wkrótce wrócę chociaż do treningów biegowych – czekam tylko aż Henio skończy 8 miesięcy, bo takie zalecenie umieścił w instrukcji producent wózka biegowego BOB Revolution PRO, czerwonej strzały, którą zakupiliśmy na długo przed porodem. Siedzenie na szczęście Heniek już ogarnia. Synu, daj się wybiegać, pliz!

Trzymajcie kciuki!

Co się jeszcze może spieprzyć?

W sobotę zawody w Czempiniu. Plan jest taki, żebym wystartował na dystansie długim, czyli 10 km biegu, 60 km rower i potem kolejne 10 km biegu. To mój wiosenny start A i pod niego Trener Tomasz Spaleniak prowadził przygotowania. No właśnie, przygotowania… Jedno co można napisać o tych przygotowaniach, to że Trener musiał się nieźle nagimnastykować, bo nie ułatwiałem.

Żeby nie było, nie sabotowałem umyślnie tych przygotowań. Ot, tak wyszło. Jak bym miał to krótko podsumować, to naście razy wystąpiła migrena, z czego kilka razy tak, że nie byłem w stanie wyjść na trening. Raz posłuszeństwa odmówiły plecy i znowu parę dni i treningów w, hehe, plecy. Problem z nogą, rozwiązany na szczęście przez Macieja Czarnego, też uprzykrzył mocne treningi biegowe i zrobienie życiówki w półmaratonie. No i moja nieszczęsna alergia. Teraz, w okresie gdy pylą moje alergeny zdarza się, że pomimo leków mam problem z oddychaniem na treningach, nie tylko tych mocnych.

Mimo wszystko Tomek modyfikował plan, szukał sposobów, żeby forma była. I wiecie co? Forma jest! Zadania, które myślałem, że są niemożliwe do zrobienia przeze mnie, zostały zrobione. Ba, przy niektórych zakładkach duathlonowych (bieg-rower-bieg) myślałem, że po pierwszym biegu nie będę już w stanie ruszyć ręką czy nogą. A potem robiłem pierwszy bieg, siadałem na rower i dawałem radę. Może nie z jakimś zapasem, bo zazwyczaj obciążenia były tak dobrane, żeby było ambitnie i ciężko, ale żebym dał radę. Jak jest ciężko na treningu, to na zawodach może być jeszcze ciężej!

I szło do przodu, pomimo problemów. Tak mocnego roweru dotąd nie miałem. Tak mocnego biegania również do tej pory nie miałem. Ba, nie miałem nigdy tak mocnego biegania po mocnym rowerze! Poprawiła się moja technika biegowa, poprawiła się siła biegowa i rowerowa. No po prostu jest forma, jest moc!

Ale nie może być tak dobrze, żeby po prostu na luzie podejść do zawodów. Co to, to nie! Coś jeszcze się musiało zepsuć i się, niestety, zepsuło. W piątek wypadło mi wypełnienie z zęba (7 lewa dolna). Pod wieczór ząb zaczął pobolewać, ale w sobotę rano udało się ogarnąć naprawę wypełnienia. Niestety, ból się nasilał. Noc z soboty na niedzielę to była masakra. Chwilami chciałem pójść po kombinerki i pozbyć się problemu. Dla pewności wyrwać ze 3 zęby, jak by nie bolał ten, który podejrzewałem.

W niedzielę rano, mimo wszystko, pojechałem na trening grupowy Endure Team. Zrobiłem tylko połowę (rower+bieg, bez drugiego powtórzenia tego samego), bo na biegu miałem wrażenie, że ktoś mi, przy każdym kroku, młotkiem wali w głowę. Udało mi się umówić wizytę na 19 jeszcze w niedzielę. Szybkie zdjęcie i… okazało się, że lewa dolna 6 sobie zafundowała zmianę okołowierzchołkową. No masakra, to ona tak bolała. Szczegóły otwarcia zęba pominę, ale po godzince ulga była już wielka, ból. Niestety, ząb może być nie do uratowania – decyzja zapadnie we wtorek. Jakakolwiek decyzja nie będzie, to chciałbym jednak w Czempiniu wystartować, pytanie brzmi, czy to się uda? Bo dzisiaj rano wyglądałem tak:

Spuchły
Spuchły

Ech 🙁 Trzymajcie kciuki…

Małe podsumowanie – ONICO Półmaraton Gdynia 2018

Miałem zupełnie inny pomysł na ten wpis. Właściwie inny plan. Życie, niestety, zweryfikowało te plany. Miałem nadzieję pochwalić się nową półmaratońską życiówką, a tutaj… No właśnie, tutaj wypada napisać, że zdarzył mi się pierwszy biegowy DNF. Pierwszy raz zszedłem z trasy, ze względu na kontuzję. Przebiegłem jakieś 2,5 kilometra i ból nogi nakazał mi przerwać bieg. Nie wiem, czy bym dobiegł do mety. Wiem jednak, że nawet jeśli bym to zrobił, to skutki nieodpuszczenia byłyby opłakane. Tym razem zwyciężył rozsądek. A przynajmniej tak sobie to tłumaczę. W głowie frustracja i ból zawiedzionej własnej ambicji.

Szkoda, naprawdę szkoda tego biegu. Chciałem, żeby nowa życiówka zgrabnie podsumowała rok współpracy z Tomkiem, w ramach Endure Team. No cóż, wyszło jak wyszło. Po porannej wizycie u fizjoterapeuty (Maciej Czarny, polecam, potrafi zadać ból ;)) wiem, że dramatu z kontuzją nie będzie. I to jest bardzo pozytywna wiadomość tego poranka! Kolejna, to taka, że być może uda się rozwiązać mój problem z migrenami (które mogą nie być migrenami).

Co do właściwego podsumowania, to będzie krótko. Rok współpracy z Tomkiem. Trzy pudła, jedno w sztafecie triathlonowej, dwa indywidualnie w duathlonie, w tym brązowy medal Mistrzostw Polski. Poprawione życiówki na 5 i 10 kilometrów. Jest też forma na poprawienie życiówki w półmaratonie, ale to się niestety trochę odroczyło. Czuję się mocniejszy w każdej dyscyplinie. Poznałem inną myśl treningową. Zobaczyłem inny sposób trenowania. Zostałem też częścią bardzo fajnego zespołu. Nauczyłem się wiele, zarówno od trenerów (Tomka i Marcina), jak i reszty członków Endure Team. I wiele, mam nadzieję, się jeszcze nauczę.

Nie przedłużając, dziękuję i proszę o więcej! 🙂

Do kobiecego serca?

Dzisiaj Dzień Kobiet. Jak więc lepiej dotrzeć do kobiecego serca, niż przez żołądek? Tak, tak, wiem, wiem. To niby do męskiego serca się tak dociera. Ale przecież kobiety są równe mężczyznom, prawda? A do serca Mysiego przez żołądek można, więc poszedłem na łatwiznę i skorzystałem z utartej ścieżki 😉

Mówią różni eksperci, że w dobrym związku partnerzy zachowują swoją odrębność, ale mają też wspólne pasje. Tak się złożyło, że do naszych pasji zalicza się gotowanie (i jedzenie!) oraz sport (triathlon i takie tam). Często działamy razem, w myśl zasady, że co dwie głowy to nie jedna (i co cztery ręce, to nie dwie, a gdzie kucharek sześć tam… chyba się zapędziłem ;)).

Co ja tutaj chciałem, tak w ogóle… A, no tak. Czas do meritum. W ramach współpracy dzisiejszy posiłek przygotowaliśmy razem. Od jakiegoś czasu jemy zdrowiej, więc chcieliśmy zrobić mały eksperyment. Czy da się zrobić smaczne i w miarę zdrowe burgery? W końcu przy treningu istotne jest uzupełnianie żelaza! Z tego względu postanowiliśmy skorzystać z pomysłu, w którym zasmakowaliśmy w Baranoli (Bura Koza, mniam!) i do burgerów weszły też buraki, ser kozi i sos chrzanowy.

Podział czynności nastąpił według poszczególnych kompetencji. W temacie robienia pieczywa jestem zupełnie zielony, za to Monika potrafi tu zaszaleć. Za to ja, podobnie jak Monika, potrafię obrobić mięcho i złożyć posiłek w całość. Wykoncypowaliśmy więc, że bułki do burgerów zrobi Monika, a ja zajmę się resztą. Jeśli chcecie wiedzieć, co i jak z bułkami – pytajcie Moniki, ja „sięnieznam[tm]”. Jedyne co wiem, to że były pyszne! 🙂

Co do burgerów, tu już łatwiej, tą wiedzą mogę się podzielić – bo ją mam. A nawet jeśli nie, to i tak wyszło smacznie! Wiadomym jest, że w burgerach wielkie znaczenie ma jakie mięso wykorzystamy. No, chyba, że robimy burgery z krewetek czy warzyw strączkowych, to wtedy jednak nie. Tutaj burgery miały być wołowe, więc mięso było z wołu, a konkretniej z rostbefu. Mięso na burgery nie może być zbyt chude, bo inaczej wyjdą raczej twarde, a nie o to przecież chodzi. Czas na konkrety!

Składniki dla 4 osób:

  • Mięso wołowe – u nas ~200g na osobę
  • Bułki (to nie ja!)
  • Sos worcester (do mięsa) – 2 łyżki
  • Sól
  • Pieprz
  • Łyżka oleju słonecznikowego – do smażenia
  • Ser kozi w plastrach
  • Burak
  • Jogurt naturalny – pół małego kubka
  • Chrzan – dwie łyżki
  • Rukola – żeby było zielsko

Na początek wołowina trafiła na godzinkę do zamrażalnika. Jakoś mięso ma lepszą teksturę po zmieleniu, jak się je trochę zmrozi przed mieleniem. W międzyczasie przygotowałem „sos chrzanowy”, czyli dwie łyżki chrzanu tartego wymieszałem z połową małego kubka jogurtu. Pokroiłem buraka, tym razem był to gotowy burak ugotowany. Oprócz pokrojenia wymagał tylko podgrzania na etapie składania. Ser był gotowy w plastrach, więc tylko wyłożyłem go, żeby był pod ręką. Rukola umyta i wysuszona.

Gdy mięso się lekko przemroziło, kroimy je w kawałki, które wejdą do maszynki do mielenia, po czym… Odpalamy maszynkę do mielenia (szok!) i mielimy. Do zmielonego mięsa dodaję 2 łyżki sosu worcester, trochę zmielonego pieprzu (wedle smaku) i zagniatam je przez 45-60 sekund, aż połączy się w wielką kulę. Później kulę rozdzielam na mniejsze kule (~100 g) i formuję burgery. Tutaj warto zaznaczyć, że burgery formuję ręcznie, przy okazji zostawiając trochę grubszy brzeg, trochę chudszy środek. Dlaczego? Wiadomo, że mięso w trakcie smażenia się „zbiega”. Gdybym zrobił płaskie burgery, to „zbiegnięcie się” spowodowałoby powstanie sporego wybrzuszenia na środku, a w konsekwencji problemy w trakcie składania w całość. Formowanie z wgłębieniem na środku powoduje, że po usmażeniu mamy równiutkie kotlety.

Mięso uformowane, czas smażyć (Trenerze, nie bij!) burgery! Na rozgrzaną (porządną) patelnię wlewamy dosłownie łyżkę oleju słonecznikowego, rozprowadzamy go, żeby patelnia pokryła się cieniutką warstwą i wrzucamy mięso. Ja smażę tak, że na każdej stronie mięso spędza 30-45 sekund, po czym jest obracane. Patelnia cały czas na wysokiej temperaturze, ale takiej, żeby mięso się nie paliło. Czas smażenia? Zależy od mięsa, patelni, kuchenki, upodobań – czyli trzeba wyczuć. Po usmażeniu odkładamy kotlety na talerz, na ~2 minutki, żeby mięso odpoczęło. W międzyczasie podgrzały się plastry buraka, bułki zostały przekrojone. Składamy!

Na początek idzie spód bułki, na to rukola, plaster sera koziego, potem kotlet i na to jeszcze plaster sera (bo cienkie są, noooo…), na to jeszcze burak plus sosik chrzanowy i zamykamy bułką. Ostatnie trzy kroki do zobaczenia na zdjęciach poniżej 🙂

Krok przed przedostatniu
Krok przed przedostatniu
Krok przedostatni!
Krok przedostatni!
Burgery!
Burgery!

Etapu wcinania z troski o czytelników nie dokumentowaliśmy 😉

Korzystając z okazji, wszystkim Paniom chciałbym życzyć wszystkiego naj! I samych pyszności 😀

Bieg Urodzinowy Gdyni 2018

Bieg Urodzinowy 2018. Tak, dzisiaj będzie na gorąco i krótko. Tydzień zaczął się od niezłego zjazdu formy. Po niedzielnym Ważnym Treningu, w poniedziałek na rowerze była siła. A we wtorek był zgon 😉 Zrobiłem rozbieganie, gdzie na końcówce mogłem, za zgodą Trenera, pocisnąć co nieco. To i pocisnąłem, pomimo uczucia bardzo ciężkich nóg i kiepskiej nawierzchni, dałem radę. I na tym się skończyło. W środę było tak źle, że wybrałem się jedynie na basen, zadania na rowerze nawet nie próbowałem robić. Nastrój psychiczny przed startem był kiepski.

W czwartek bardzo luźna tlenowa zakładka weszła, ale z niechęcią. Przełamanie przyszło w piątek. Przeżyłem basen (30x50m) i coś drgnęło. Popołudniowy rower poszedł już całkiem dobrze. Sobotni rozruch… początkowe przyspieszenia to był dramat. Ale ostatnie 3 już było nieźle.

Przed startem jeszcze zbiorowe zdjęcie Endure Team!
Przed startem jeszcze zbiorowe zdjęcie Endure Team!

Stoję więc na starcie, po rozgrzewce, która zbytnio mnie nie pocieszyła, i tak sobie rozkminiam. Że początek z górki, dopiero od połowy dystansu będzie coś pod górę. Że najwyżej pobiegnę luźno i przybiegnę po 42 minutach i już. Na szczęście czas na rozkminy się skończył i trzeba było biec. Na pierwszym kilometrze miałem wrażenie, że przy tym tempie (3’48″/km) to ja padnę na twarz po maksymalnie trzech kilometrach. Szczęśliwie, po chwili to uczucie przeszło i po prostu zacząłem biec, ciesząc się tym, że jest z górki. Pierwsze 5 km wyszło w 18’38” (3’44″/km). Potem laba się skończyła i trzeba było popracować. Na 7 kilometrze coś mnie spięło w plecach (znowu, kurde, coś!) i tempo zdechło bardziej niż miało. Przez chwilę pojawiła się myśl, żeby do mety dospacerować… Ale nie było takiej opcji! Walcząc ze swoją niemocą starałem się nie zwalniać, po prostu dobiec. W końcu na mecie czekała moja grupa wsparcia (Mysia, Henio i moja Mama).

Radość, że meta już blisko ;)
Radość, że meta już blisko 😉

I… uwaga… dobiegłem 😉 W czasie netto 38’29” (3’51″/km). Przed startem brałbym ten czas w ciemno. Wyszło bardzo fajnie (poza tym bolesnym spięciem), co dobrze wróży przed kolejnymi startami (półmaraton w Gdyni, duathlon w Czempiniu). Co ciekawe, po dobiegnięciu do mety, chwilę pospacerowałem rozmawiając z Trenerem i plecy odpuściły. Jak poszedłem się roztruchtać, to miałem uczucie, że znowu wszystko jest w porządku i mógłbym dalej mocno pobiec. Czyli coś tam z formy jest. Wystarczy (taaa, he he, „wystarczy”) się nie stresować i pójdzie 😉

Kolejny medal do kolekcji 🙂

Taki ładny medal! :)
Taki ładny medal! 🙂

Przy okazji, na koniec, gratulacje życiówek dla Enduraków, bo sypnęło nimi (życiówkami) zacnie! 🙂

Zmierzyć się z bestią? Ale masz jakieś wsparcie?

Nie lubię bieżni mechanicznej. Parę razy próbowałem się nią polubić, kiedy zeszłą zimą powietrze w Warszawie dawało się gryźć 😉 Niestety, nie wyszło. Źle mi się na bieżni biega, skracam krok, po jakimś czasie biegu zaczynam się zataczać. Nienaturalne to dla mnie i tyle. Co dziwne, to trenażer lubię. Często wolę treningi jakościowe cisnąć na trenażerze, bo można dokładniej się cyferek trzymać (ach to OCD… ;)). Tak się jednak złożyło, że zamiast jechać gdzieś daleko na nieośnieżony odcinek do biegania, zdecydowałem się zrobić Trening (tak, przez wielkie „T”!) na bieżni.

Trening, o którym mowa, przerażał mnie bardzo już od kilku dni. Wynikało to z tego, że pierwsze podejście do niego miałem w zeszłym tygodniu i poległem przeokrutnie. Może najpierw napiszę, co to w ogóle była za jednostka 🙂 Prosty trening, 2x(6×2’@LT p. 1′)p. 5′. Czyli dwa razy po sześć dwuminutowych powtórzeń w tempie progowym. Między dwuminutówkami minuta przerwy, między obiema szóstkami pięć minut przerwy. Proste, łatwe, nieprzyjemne 😉

Cóż więc się stało w zeszłym tygodniu? Wyszedłem na trening, nastawiony bojowo, bo przecież nie takie rzeczy się biegało (no dobra, takich akurat nie – nie te tempa), więc co to dla mnie? Na początku rozgrzewka, parę przebieżek na rozruszanie kopytek i zaczynamy zadanie. Pierwsza dwuminutówka (cudne słowo!) poszła spoko, ciut nawet za szybko. Druga, trzecia też. Po czwartej… normalnie stan przedzawałowy! Biało przed oczami, błędnik sfiksował i prawie się wywaliłem. Przestraszyłem się i odpuściłem. Do domu poszedłem spacerkiem, nie byłem w stanie zacząć truchtać. Następnego dnia, u laryngologa, okazało się, że to wskutek infekcji zatok i to w sumie normalnie. Niestety, dostałem szlaban na basen i bieganie. Został jedynie trenażer… Na koniec tygodnia, mogę to śmiało napisać, był niezły ból tyłka 😛

Wracając do biegania i bieżni. I Treningu! W piątek, wraz z Trenerem, zgodnie ustaliliśmy, że czuję się na tyle dobrze, że mogę w sobotę się trochę rozbiegać, a w niedzielę robimy podejście numer dwa do Treningu. Przed sobotnim bieganiem byłem jeszcze z Mysią i Heniem na spacerze i trochę mi kuper zmarzł. Stwierdziłem więc, że skoro i tak rozważam zrobienie Treningu na bieżni, to może pójdę się z wrogiem zapoznać, żebym sobie nie zafundował jakichś niespodzianek na Tym Ważnym Treningu. I to był bardzo dobry pomysł. Bardzo. Czy wiecie, że bieżnie mają bardzo czuły hamulec bezpieczeństwa? Lekkie smyrnięcie ręcznikiem i sru, bieżnia stoi… :-O Zdarzyło mi się to dwa razy w ciągu pięciu minut! A niby coś tam technicznie ogarniam… 😉 To była cenna lekcja, dzięki niej ogarnąłem gdzie ręcznik powiesić, żeby nie smyrać hamulca bezpieczeństwa. No i dzięki temu, że w rozbieganiu były przebieżki, to ogarnąłem jak szybko zmieniać prędkość. Nie, wcale nie robi się tego przyciskiem „+” koło znaczka prędkości, jak mi się wydawało. Robi się to wpisując cyferki i klikając „ptaszka”. Któż by pomyślał, nie? 😉

Trochę podbudowany stwierdziłem – ogarnę ten Trening i na bieżni! Wstanę sobie wcześniej, pojadę potrenować, wrócę i będzie super. Henio musiał mnie usłyszeć, bo w nocy dał czadu. Oj dał. Efekt taki, że owszem, wstałem wcześniej (szósta rano), ubrałem się, zszedłem na dół z myślą o śniadaniu i… rzuciło się na mnie łóżko w gabinecie 😉 Chwilę przed ósmą Mysia zeszła z Heniem na dół, więc zwlokłem się do nich. Jak Monika mnie zobaczyła, to od razu było: „idź na górę spać, bo masz Ten Ważny Trening do zrobienia”. Polazłem, i zasnąłem. Pospałem do dziesiątej i obudziłem się z samopoczuciem psa zmielonego razem z budą. Ma sa kra.

Zszedłem na dół, Monika zdecydowanie podkreśliła, że mam zjeść śniadanie, bo idę przecież na Ten Ważny Trening. A mi w głowie już chodziło pisanie do Trenera, że może jednak jutro czy coś. Ale wiara Moniki w to, że przecież to ogarnę, że mimo niewyspania i tak mam formę, była tak wielka, że sam w to uwierzyłem. Wciągnąłem michę musli z jogurtem (węgle, przed treningiem dużo węgli!) i stwierdziłem, że o dwunastej ruszam na walkę z Bestią. W Mysich oczach widziałem zarówno tą głęboką wiarę, jak i odrobinę zmartwienia, że jestem niewyspany. Stwierdziłem więc, że pogram Heniowi na gitarze i pewnie poczuję się lepiej. Zacząłem grać, razem z Moniką chwilę pośpiewaliśmy, synek się wkręcił i cieszył się jak dziki. Ale tylko na żywsze utwory. Wszystko w skalach molowych było nie do przyjęcia 😉

Wybiła dwunasta. Zabrałem spakowany wcześniej plecak, wydałem po buziaku Monice i Heniowi i ruszyłem do siłowni. Wychodząc z domu wątpliwości wróciły. I tak się biłem z myślami jadąc całe pięć minut. Gdy wszedłem na siłownię, to przypomniałem sobie spojrzenie Moniki i wiedziałem, że trudno, najwyżej tym razem padnę. Ale się nie poddam!

Teraz można by napisać, że gdy wszedłem na bieżnię rozpoczął się bój, zaczęła się walka… Ale tak nie było. Wlazłem na bieżnię, odpaliłem i biegnę rozgrzewkę. Kurde, coś za lekko się biegnie! Sprawdzam, ale nie, prędkość taka jaka ma być. Zrobiłem przebieżki, żeby się przed zadaniem głównym rozgrzać i dalej luz. No to myślę, że będzie dobrze. I było. Tak naprawdę, jak by było 3x6x2 to też bym dzisiaj ogarnął. Chyba Mysia musi częściej przejmować kontrolę i mną dyrygować, to wtedy życiówki się będą sypały jak z rękawa 😉 Wszystkim życzę takiego wsparcia, jakie mam u siebie!

A teraz czas na pożywną grochówkę, też od Mysi! Jutro na basenie będzie napęd pneumatyczny 😀